Deszcz cz 38

Rozlokowaliśmy się w trzech hotelach. Pierwszy raz od dawna Rozalinda wynajęła z Paulem jeden pokój. Tylko ja leciałem do Japonii. Skontaktowałem się z Koi. Chloe i Aisha czuły się dobrze i w Nagano im się podobało. W żadnych wiadomościach nie dano znaku o wybuchu bomby. Gdybym nie był tego świadkiem, mógłbym uważać, że mi się wszystko przewidziało. Czyżby nigdzie nie było żadnej reakcji? Wiedziałem, że uderzyliśmy w samo serce i najważniejsze gady zginęły. To musiało odnieść skutek.

W południe zadzwoniła Roz.

— Nie wiem, kiedy się zobaczymy, mam nadzieję, że niedługo. Na razie jedziemy z Paulem do Hiszpanii. Może będzie dobrze.

Wiedziałem co ma na myśli.

— Cieszę się. Pobędę w Japonii, a za tydzień wybieram się na wyspę, żeby zobaczyć Rogera i Camille.

— Pewnie się ucieszą.

— Z pewnością. Brakuje mi ich, to trzy lata.

— Kupę czasu. Będziemy w kontakcie, trzymaj się... kocham Cię.

— I ja ciebie też. To jest na życie, prawda?

— Oczywiście moja umiłowana.

Rozłączyłem rozmowę, ktoś musiał. Zostałem sam. Zrobiliśmy coś dużego, żałowałem Melvilla, ale nie mogłem mu wówczas pomóc. Mimo że próbowałem utrzymać jego funkcje życiowe. Widocznie dar działał tylko w odpowiednich warunkach. Nadal czułem się dziwnie i nie potrafiłem wytłumaczyć powodu. Następnego ranka miałem lot do Tokio.

Na lotnisku wszystko odbyło się bez żadnych kłopotów. Miałem fałszywe dokumenty na nazwisko Kevin Greatwool. Miałem miejsce przy oknie. Siedziałem obok starszego pana z rysami północnoafrykańskimi, prawdopodobnie z Maroka. Dalej siedziała europejka i Japonka kilka lat starsza ode mnie. Samolot miał lądować piętnaście minut po dziewiątej rano dnia i następnego na lotnisku Narita w Tokio. Wylecieliśmy planowo z paryskiego lotniska imienia Charlesa de Gaulle. Lot miał trwać dwanaście godzin, a ponieważ przesunięcie czasu wynosiło siedem godzin to taka godzina była w Tokio. Drzemałem i jadłem posiłki. Rozmyślałem o swoim życiu. Po odprawie celno — paszportowej wypatrywałem trójki moich umiłowanych kobiet. Dostrzegłem Koi i Aishę, ale nigdzie nie widziałem mojej córki. Poczułem to samo odczucie, które towarzyszyło mi od dwóch dni, a kiedy zobaczyłem, że zarówno twarze Koi, jak i Arabki są smutne wiedziałem, że coś złego się stało.

Dotarłem do nich pospiesznie.

— Gdzie jest Chloe? — zapytałem od razu.

Widziałem, że Koi powstrzymuje łzy.

— Zawiodłam, kochany.

— Co się stało — ścisnąłem jej dłoń w nadgarstku.

— Porwano ją. Została tylko kartka. Były z Aishą na spacerze niedaleko klasztoru. Rozpłynęła się w powietrzu. Kiedy Aisha zaczęła wołać i szukać natrafiła na to.

Podła mi kartkę. Włosy na całym ciele mi się zjeżyły. Informacje napisano po baskijsku.

,, Jeżeli chcesz zobaczyć żywą córkę, przyjedź sam" I napisano adres.

Od razu poznałem, że to nie pismo Hajze, chociaż podobne.

— Znasz ten adres — zapytałem Koi.

— To Nagano, stara część miasta.

— Euri, wybacz — szepnęła Aisha.

— To nie twoja wina.

Szliśmy do taksówki.

— Pojedziesz sam? Rozmawiałam z mistrzem, stwierdził, że ten, kto to napisał jest czystym złem.

— Pojadę sam. Nie wiem skąd to wiem, ale to jest ta tajemnicza osoba, która mnie uratowała. Czego chce?

— Nie wiem, kochanie — szepnęła Koi.

Czułem ich ból.

— Chcesz pojechać do klasztoru i porozmawiać z mistrzem?

— Nie. Pojedziemy do klasztoru, a ja od razu tam pojadę.

— Chcesz broń?

— Ten ktoś jest geniuszem, nie będę ryzykował. Prawdopodobnie chce mojego życia za życie Chloe, ale skoro jest czystym złem, nie wiem.

— Odczuwam coś złego, Euri.

— To moje przeznaczenie. Przynajmniej się dowiem kim on jest.

— Wiesz, że to mężczyzna?

— Tak, z całą pewnością.

Z lotniska pojechaliśmy na dworzec pociągów. W sytuacji jak ta szybszym połączeniem był pociąg— pocisk niż samolot. Mimo że Shinkansen może osiągać ponad trzysta kilometrów na godzinę, pokonanie drogi dwustu dwudziestu dwóch kilometrów zajmuje mu sto minut. Do Nagano dotarliśmy kilka minut po południu. Nie czas było na przypominanie starych miejsc. Odwiozłem Koi i Aishę do klasztoru.

— Wróć z nią, Euri — szepnęła Aisha.

Koi tylko na mnie spojrzała. Zobaczyłem dwóch młodych mnichów w drzwiach. Kiedy kobiety weszły do środka jeden z młodzieńców o cos pytał Aishy.

Jechałem na spotkanie mojego przeznaczenia. Dom pod wskazanym adresem znajdował się blisko starego zamku w prefekturze Ueda. Sam zamek miał setki lat. Typowy dla architektury Japonii, utrzymany w ciemnym brązie z flagami przed wejściem, zatopiony w koronach drzew liściastych. Ponieważ osoba, z którą miałem do czynienia obdarzona była niezwykłą inteligencją i sprytem nie próbowałem żadnych sztuczek. Przed domem nie dostrzegłem żadnego samochodu ani sam dom nie wskazywał na obecność kogokolwiek. Drzwi były zamknięte, ale nie na klucz. W starych domach drzwi stanowiły zasuwane płaszczyzny, nie jak w Europie czy Ameryce drzwi na zawiasach. Wszedłem do typowego japońskiego domku. Wytężyłem słuch, żeby wychwycić najcichszy dźwięk i wówczas usłyszałem moją Chloe. Powoli poszedłem w tym kierunku. Siedziała na podłodze. Nie miała zakrytych oczu ani ust, ale wkoło pasa miała zainstalowane ładunki wybuchowe. Moja kochana córka bała się, ale nie wpadła w panikę.

— Czemu przyszedłeś, on zabije ciebie i mnie. — szepnęła.

Stałem w odległości dwóch metrów od mojej córki.

— Nie podchodź bliżej — szepnęła.

Wskazała oczami prawie niedostrzegalny drucik.

— Widzę.

Ona uniosła oczy i skierowała je za mnie. Wiedziałem, że on wszedł.

— Możesz się odwrócić, ale bardzo powoli. Mam zapalnik i pistolet. Strzelam równie dobrze, jak Rozalinda.

Odwróciłem się. Był bardzo podobny do Hajze.

— Jesteś moim bratem, prawda? — zapytałem bez strachu.

— Brawo Euri. Tak, mamy to nieszczęście, że spłodził nas ten sam człowiek. Człowiek to niezbyt dobre określenie. Potwór będzie lepsze.

— Zabij mnie a ją uwolnij.

— A nie chciałbyś odwrotnie? Może chcesz przed śmiercią zobaczyć, że odchodzi wolna?

— Tak byłoby lepiej. To ty zabiłeś Terrego, Simona i Hajze. Joseph dał ci jakieś imię?

— Oczywiście — uśmiechnł się szczerze, ale nie był to uśmiech radości. — Mam na imię Cień. Co za skurwysyn... dać dziecku takie imię. By całe życie żył w cieniu. Zapomniałeś jeszcze dodać, że zabiłem jego i twoją matkę.

— Kto jest twoją matką — patrzył mi prosto w oczy w magnum nawet nie drgnęło w jego prawicy.

— Za dużo chciałbyś wiedzieć.

Doznałem olśnienia.

— Betty cię urodziła, a Hazjze jest twoim rodzonym bratem. Teraz rozumiem, dlaczego na niego mówiła po imieniu. Ile musiała cierpieć przez ciebie.

— Przeze mnie? Chyba żartujesz. Winny był on. Tylko on. To jest zapalnik. — położył go ostrożnie na podłodze. Twoja córka jest wolna. Chloe możesz zdjąć ładunki. Obiecuję ci, że wyjdziesz stąd żywa, oczywiście zobaczysz najpierw trupa swojego ukochanego tatusia.

— Zabiję cię potworze — powiedziała cicho.

— Masz prawo próbować, ale wiedz, że wówczas wejdziesz na ścieżkę wojenną. Ja nie przegrywam i nie robię błędów. To tyle. Żegnaj Euri.

Czy człowiek widzi wszystkie obrazy, zanim umrze? Ja niczego takiego nie odebrałem, być może z prostego powodu, że nie było mi pisane umrzeć. Padł strzał, ale nic nie poczułem, natomiast na koszuli Itzala pojawiła się czerwona plama. Był szybki, to musiałem mu przyznać. Nie strzelił we mnie tylko w osobę, która go śmiertelnie zraniła. Właściwie dwa wystrzały zbiegły się w czasie. Betty strzeliła o ułamek chwili wcześniej. Trafił ją, ale sam już miał policzone sekundy.

— Dlaczego mamusiu, zawsze cię kochałem?

— Ja ciebie też, Itzala, ale ktoś musiał to zrobić, a mogłam tylko ja.

Miała łzy w oczach a on tylko patrzył. Mógł zabić mnie, mógł zabić matkę, ale nie zrobił nic. A ona nie dała mu więcej szans. Kolejne kule wchodziły w jego tors. Władowała w niego cały magazynek.

— Jest tylko ciemność — szepnął, a jego oczy zaszły mgłą.

Podszedłem do Chloe i podniosłem ją z podłogi. Betty siedziała na drewnianej podłodze. Miał kulę blisko serca. Od razu rozpocząłem leczenie, ale podobnie jak w przypadku Melvilla wiedziałem, że polegnę.

— Jest ktoś, kto umrze w ciągu trzech dni, jeżeli jej nie uratujesz, kochanie. Mnie to nie jest potrzebne. Może po drugiej stronie mu przebaczą i będę z nim. Po tej nie mogłam. Uratuj ją.

Podała mi coś i odeszła. Szybko i cicho.

Chloe płakała.

— Dlaczego tak tatusiu?

— Nie wiem kochanie. Nie wiem.

Wyszliśmy z domku.

— Zostawisz ich tak?

— Tak. Policja się tym zajmie. Znając Itzala nie zostawił śladów.

Rozwinąłem kartkę. Niemożliwe! Tam? Zobaczyłem adres domu Camilli. Czyżby porwał ją i zostawiono na pewną śmierć?

— To adres domu Camilli. Muszę natychmiast wracać do Londynu. Teraz już wiem, że jesteś bezpieczna.

— To był naprawdę twój brat?

— Tak. To on zabił Hajze, a mnie wyniósł, zanim nasz dom został zniszczony. Nie wiem zupełnie kto tam czeka na mnie. Gdybym zginął, ta osoba by zginęła. Dlaczego Betty nie uratowała tej osoby?

— Może nie mogła puki Itzala żył?

— Może. Wrócisz sama do klasztoru?

— Tak. Spiesz się. Uratuj ją kimkolwiek jest.

— Tak, kochanie. Zrobię to.

Pocałowałem ją delikatnie w usta i przytuliłem. Uświadomiłem sobie jak bardzo ja kocham. Bardzo.

Nie musiałem dzwonić do Koi, bo wiedziałem, że Chloe zaraz to zrobi. Dałem jej pieniądze na taksówkę, sam zamówiłem drugą i pojechałem na dworzec.

Przez całą drogę myślałem tylko o tym, czy zdążę. Nie zastanawiałem się ani sekundy kim jest ta osoba. W samolocie nie zmrużyłem oka. Prosto z Heathrow wziąłem taksówkę i pojechałem prosto do dawnego domku Camili. Wszedłem do środka. Jak wiedziałem, że jest w piwnicy? Wiedziałem. Ale kiedy wszedłem na dół zaniemówiłem. Sądziłem, że zobaczę Camilę. Ale zobaczyłem kogoś innego. Przypiętego łańcuchem. Wglądającego na żywego trup Tylko woda i toaleta, ze zrozumiałych powodów czułem smród. Ale gdybym miał wybierać w tej chwili to i zapach pola fiołków, wybrałbym to, co teraz. Na podłodze z prostych desek siedziała on Tak, ona.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii kryminał i dramaty, użył 1849 słów i 10595 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto