Roublove. Rozdział 2. Serce Everglades

Prawdziwe piękno kryje się z dala od cywilizacji, w miejscach odizolowanych i nieskażonych niszczycielską ręką ludzkiego gatunku. Tam, w zieleni gęstych lasów i ciszy mrocznych bagien, gdzie jedynym śladem ludzkiej ingerencji są białe nitki przelatujących sporadycznie nad bezkresną puszczą samolotów, mieściło się sanktuarium Roublove'a. Skryte było na cichej wysepce na rzece, gdzie gęsta ściana namorzynowych lasów dawała mu schronienie przed palącym słońcem i wzrokiem patrolujących park helikopterów straży leśnej i służb ratowniczych. Od wielu lat żaden człowiek nie zbliżył się na odległość nawet kilku kilometrów od jego siedziby, a ostatni, który tego dokonał (samozwańczy ekolog o pretensjonalnej fryzurze i radykalnych poglądach) został ustrzelony z łuku, dobity siekierą, następnie poćwiartowany, upieczony i spożyty przez ceniącego sobie prywatność gospodarza. W tym niezwykłym miejscu czas w zasadzie nie istniał, tylko regularnie robiło się bardziej jasno lub bardziej ciemno. Pory roku nie odwiedzały tych stron, zatrzymując lasy, rozlewiska i moczary w stanie wiecznej zieleni.
Roublove szedł przez swoją krainę z upolowanym dwunogiem przerzuconym przez ramię. Jedną ręką podtrzymywał bezwładną zdobycz, w drugiej trzymał łuk i strzały. Martwy turysta zaczynał mu nieco ciążyć, więc zatrzymał się na chwilę w gęstych zaroślach przy brzegu jeziora. Podziwiał rozciągającą się panoramę pierwotnego krajobrazu i chłonął widok niezwykłych niezwykłości. Wodną wodę, drzewne drzewa, roślinne rośliny i cały bezmiar darów, jakimi obdarzało go święte sanktuarium.
Nagle dosłyszał plusk w akwenie. W przybrzeżnej trzcinie toczyła się zajadła walka: pyton został pochwycony przez krokodyla i oba zwierzęta zwarły się w uścisku śmiertelnej bitwy. Ciało węża oplotło się na korpusie drugiego gada, ten jednak pochwycił paszczą szyję przeciwnika tuż przy głowie. Ruchy potężnego wężowego cielska mąciły wodę, krokodyl zaś zaczął obracać się wokół własnej osi, tak że oba drapieżniki zniknęły po chwili w odmętach falującej i spienionej wody. Roublove przyglądał się temu starciu z zainteresowaniem i raptem nawiedziło go uczucie przemijania i zmieniających się czasów. Jeszcze kilka lat wcześniej pytonów nie było w parku, to głupie dwunogi przywlokły je tutaj i bezmyślnie wypuściły. Wszystko się zmieniało. Dwunogi zaczynały podchodzić coraz bliżej, o czym najdobitniej świadczył leżący u jego stóp martwy turysta. W końcu przyjdą także na jego cichą wyspę. W końcu domyślą się, czemu niektórzy z nich nie wracają z tego lasu. Wtargną tutaj ze swoimi hukostrzałami i gończymi psami, zmuszając go do ucieczki lub ostatniej walki. Jednak ma na razie czas. Ta chwila jeszcze mu nie grozi.



O zmroku dotarł do brzegu rzeki i przepłynął ukrytym w szuwarach czółnem do swojej rezydencji. Ciało dwunoga rozebrał do naga i powiesił za stopy na służącej do oprawy zwierzyny konstrukcji z grubych gałęzi. Rozpalił duży ogień, by ciemność nocy nie przeszkadzała mu w kuchennych zajęciach. Oprawienie dorosłego dwunoga jest skomplikowane i czasochłonne, ale miał już znaczną wprawę w oporządzaniu tych smacznych istot. Oskórował trupa krzemieniem, robiąc mu długie nacięcia w strategicznych miejscach i ściągając powłokę silnymi ruchami. Kawałek po kawałku, spod zerwanej skóry odsłaniały się mięśnie i ścięgna. Była już ciemna noc, gdy zakończył ten pierwszy krok. Skórę cisnął w nurt rzeki i przystąpił do następnych czynności. Był już porządnie głodny i kusiło go, by zacząć jeść surowego dwunoga, jednak powstrzymał się i zrobił przerwę na przystawkę z kawałka suszonej jeleniny i zebranych uprzednio owoców. Potem wziął większy nóż, również krzemienny, i zaczął oddzielać od trupa interesujące go partie ciała. Zaczął od nóg i rąk. Odciął wszystkie mięśnie i fragmenty zawierające tłuszcz, potem otworzył korpus i wydobył wątrobę oraz serce. Odrąbał oskalpowaną głowę i położył na rozżarzonych węglach obok ogniska. Po kilku godzinach będzie można zrobić dziurę w potylicy i wydobyć patykiem upieczony mózg, a czaszka z dyskretnym tylko otworem powędruje do szałasu z trofeami.
Zapas mięsa wystarczy mu na długo. Najlepsze części zje od razu, resztę uwędzi lub ususzy, by mieć coś na ząb w czarnej godzinie. Wątroba dwunoga wylądowała na ruszcie i po niedługim czasie nozdrza zapełniła mu cudowna woń pieczonego mięsa. Zjadł ją ze smakiem i popił źródlaną wodą. Następnie skonsumował serce. Za deser posłużyły mu owoce i rzeczne raki. Najedzony do syta zapalił fajkę z dzikim tytoniem. Długo delektował się smacznym smakiem wonnej rośliny i pykał powoli tlący się kalumet. Wypaliwszy go, poszedł do swojej chatki na spoczynek. Las niósł mu pieśń szeleszczących delikatnie liści przy akompaniamencie cykadziej gry.
Roublove spał twardym snem. Ognisko zaczynało pomału dogasać. Płomienie trzaskały coraz ciszej, aż w końcu w palenisku pozostały tylko tlące się leniwie okruchy żaru. Z tyłu wysepki mieścił się śmietnik, na którym lądowały ogryzione kości i niejadalne resztki. Leżało tam ciało turysty, pozbawione skóry, głowy, kończyn i najsmaczniejszych części. Szczątki nagle poruszyły się pod wpływem swojego ciężaru i przeturlały w kierunku wody. Cichy plusk przeszył uśpioną dżunglę. Fala porwała okaleczony korpus i poniosła na swym grzbiecie, daleko od cichej wyspy, prosto w stronę morza.



Wiele dni później, przy ujściu rzeki nad Ponce de Leon Bay, gdy pijany w sztok kłusownik sprawdzał swoje sieci, rozległy się jego głośne krzyki i przekleństwa. Policja otrzymała niebawem telefon, przez który anonimowy i mocno zachrypnięty rozmówca poinformował funkcjonariuszy o zmasakrowanych zwłokach znalezionych w szuwarach. Gdy strażnicy sprawdzili doniesienie i z przerażeniem potwierdzili jego prawdziwość, ruszyła machina prawnego systemu. Policyjne motorówki zmąciły wodę, nad którą unosił się helikopter straży leśnej. Funkcjonariusze i technicy zabezpieczali ślady, robili zdjęcia i dzwonili do swoich przełożonych. Informacja o makabrycznym mordzie w okamgnieniu dotarła do odległego o ponad pięćdziesiąt kilometrów Miami.
Kapitan Oliver B. Knight wybudzony został przez dźwięk telefonu. Starając się nie zakłócać spokoju leżącej obok żony, wysłuchał sensacyjnych doniesień, po czym zatarł z zadowolenia ręce. Zganił się za to w myślach i poczuł wyrzuty, bo po raz pierwszy przyłapał samego siebie na tym, że ucieszyła go wieść o czyjejś śmierci.


Koniec rozdziału drugiego. Ciąg dalszy nastąpi.  

                                       * * *

Jest to część druga serii w klimatach kryminał/horror gore. Jeżeli Wam się spodobała, dajcie znać w komentarzach, a pojawią się następne odcinki. Wszelka konstruktywna krytyka jest mile widziana. Zaznaczam również, że pojawiające się w tekście dziwne słowa i niepoprawne gramatycznie sformułowania są celowym zabiegiem.

AndrzejNiemowa

opublikował opowiadanie w kategorii horror i kryminalne, użył 1233 słów i 7219 znaków, zaktualizował 26 lip 2017.

1 komentarz

 
  • Malolata1

    Baaaaardzo dobrze. Mroczny klimacik i łatwy sposób przekazu w niebanalny sposób. Jestem za!????