Roublove. Rozdział 1. Strzała i łucznik

Knight siedział już ponad pół godziny w wyznaczonej na spotkanie restauracji "Nikki Beach Miami". Wieczór z lekka zapadał i letnie słońce przestawiło się na obroty nieco bardziej ludzkie. Upał słabł. Znad oceanu unosiło się kojąco chłodne powietrze.
Kapitan policji Oliver B. Knight był umówiony z doktorem Coneway'em na osiemnastą, jednak z braku lepszych zajęć przyszedł grubo przed czasem i zabijał teraz nudę, rzucając mewom resztki swojego homara. Obsługa patrzyła się na niego z dezaprobatą, jako że dokarmianie tych pierzastych szkodników stało w sprzeczności z leżącą w ich interesie czystością tarasu. Zbyt dobrze znali jednak kapitana i byli skłonni przymknąć na to oko. Policjant cieszył się reputacją sumiennego i przyzwoitego stróża prawa, a odkąd zakończył śledztwo w sprawie włamania do domu właściciela, miał w "Nikki Beach Miami" taryfę ulgową i stałą zniżkę na martini.
Wskazówka zegarka wreszcie dotarła do odpowiedniej cyfry i niemal w tym samym momencie na horyzoncie pojawiła się postać doktora. Przyszedł od strony oceanu i wszedł po schodkach na taras restauracji. Widok Coneway'a zawsze budził w sercu policjanta dziwną mieszaninę rozbawienia i szacunku. Miał w sobie coś z niefrasobliwego dziwaka i stoickiego mędrca jednocześnie. Niewysoki jegomość w ciemnych okularach, słomkowym kapeluszu i jasnej koszuli wyglądał bardziej na turystę z Europy niż najlepszego psychiatrę sądowego w stanie. Może właśnie ta niepozorność była źródłem jego powodzenia w zjednywaniu sobie podejrzanych i analizowaniu ich umysłów.
Knight podał mu rękę i gestem zaproponował leżak.
- Dobry wieczór, doktorze. Dziękuję za punktualność.
- Dobry wieczór, kapitanie. Dla pana zawsze znajdę chwilę. – lekarz uśmiechnął się uprzejmie. Darował sobie zbędne formalności towarzyskie i przeszedł od razu do rzeczy.  
- Mówił pan, że ma dla mnie jakąś rewelację.
- Źle się wysłowiłem. To tylko potencjalna rewelacja, jeżeli moje przypuszczenia okażą się przynajmniej w pewnym stopniu prawdziwe. Z góry więc uprzedzam: to tylko przypuszczenia oparte na dziwnych poszlakach i intuicji policjanta z dziesięcioletnim stażem.
- Brzmi zachęcająco. Proszę, niech pan kontynuuje. - Coneway zachęcił kapitana. Jego rozmówca zasępił się nagle. Spojrzał z powagą na bawiącego się okularami doktora.
- Czy bywa pan czasami w rezerwacie Everglades? - zapytał.
- Ciężko, żebym nie bywał. Mieszkam na jego granicy. Często chodzę po szlakach, a kilka razy w roku nawet głębiej.
- Ale czy zapuszcza się pan naprawdę głęboko? Mówię o prawdziwej dziczy.
- Nie, raczej nie. Jak byłem młodszy, to trochę się po tych chaszczach chodziło, ale to już nie te lata. Staram się trzymać uczęszczanych tras. Czyżby coś związanego z tym parkiem budziło pana niepokój?
- Tak. W lesie ktoś jest.
- Owszem - Coneway z udawaną powagą pokiwał głową. - Cały oddział służby leśnej, pracownicy parku, ratownicy SAR, kilka tuzinów naukowców i około miliona turystów rocznie.
- Wie pan, że nie to mam na myśli. Nie zawracałbym panu głowy, doktorze, gdybym nie miał poważnych podejrzeń.
- Zamieniam się zatem w słuch - doktor Coneway istotnie zamienił się w słuch. Siedział nieruchomo na swoim leżaku z zainteresowanym wyrazem twarzy i bystrym wzrokiem skupionym na obliczu rozmówcy. Knight poczuł się niczym pacjent na kozetce psychoterapeuty. To by się nawet zgadzało, biorąc pod uwagę niemal paranoidalny charakter jego podejrzeń. Odpędził tę karykaturalną wizję i zaczął opowiadać.
- Jak pan wie, Everglades jest trzecim co do wielkości parkiem narodowym w Stanach. To prawdziwa oaza dzikiej natury, pełna bagien, rozlewisk i lasów namorzynowych. Turyści znają zaledwie ułamek tego ogromu zieleni, a i nawet pracownicy parku nie są w stanie patrolować całej jego powierzchni. Od kilku lat dzieje się tam coś niedobrego. Służba leśna donosi o dziwnych obserwacjach i zdarzeniach. Czasami strażnicy znajdują zwierzęce szczątki płynące w nurcie rzeki. Wyraźnie oprawione ludzką ręką. Innym razem są to ślady bosych stóp albo nacięcia na drzewach. Jakiś czas temu pracownicy zastrzelili pytona...
- Pytona? - przerwał mu zaciekawiony doktor. - W Ameryce nie ma pytonów. Na południu są węże boa, ale pytony występują w Afryce, Azji i Australii.
- Teraz już są. Prywatni hodowcy nie pilnowali uważnie swoich pociech i wiele uciekło do parku. Po Huraganie Andrew przybyło ich jeszcze więcej. Pyton birmański, podgatunek pytona tygrysiego. Paskudne bydlę. Dorasta do trzech czy czterech metrów, czasem nawet do pięciu. Świetnie się odnajdują w naszym klimacie. Pracownicy parku mają z nimi istną udrękę, bo te wielkie węże zagrażają lokalnym gatunkom i niszczą ekosystem. Regularnie więc je odławiają. A zresztą, mniejsza z gatunkiem zwierzęcia. Pewnego razu odstrzelili dużego osobnika trawiącego akurat dziką świnię. Rozpruli mu brzuch, by dokładnie zidentyfikować jego zdobycz. Zwykły knur. Jednak w ciele świni znaleźli coś dziwnego.
- Co to było?
- Strzała. Taka, jakiej nikt jeszcze nie widział. Wykonana od podstaw ręcznie. Grot z ociosanego krzemienia, lotki z czaplich piór. Wszystko złączone żywicą i sznurkiem z trzciny.
- Widocznie ktoś się bawił w survival - doktor podsunął najbardziej prawdopodobną konkluzję.
- Znajomy ze służby leśnej dał mi ją w prezencie, a ja pokazałem ją zaprzyjaźnionemu archeologowi z Amelia Island Museum of History. Był pod wrażeniem. Broń wykonana jest w sposób analogiczny do narzędzi paleolitycznych ludów, aczkolwiek jest jak najbardziej współczesna. Twierdził, że żaden survivalowiec nie bawiłby się w robienie tak precyzyjnych narzędzi. - to mówiąc, wyjął z teczki podłużne zawiniątko. Rozwiązał zaciśnięty na nim sznurek i pokazał Coneway'owi znalezisko. Doktor ujął je palcami i dokładnie obejrzał. Strzała wyglądała intrygująco. Drzewce z ciemnego drewna w nienaruszonym stanie wytrzymało podróż przez zwierzęcy układ pokarmowy. Krzemienny grot połyskiwał lekko w promieniach zachodzącego słońca. W momencie, gdy psychiatra dotknął po raz pierwszy broni, poczuł rodzący się w podświadomości niewytłumaczalny niepokój. Zupełnie jakby strzała miała w sobie zaklętą złą energię, jakby wykonana była nie tylko z kamienia i drewna, ale również z ze skondensowanej nienawiści i żądzy przemocy, pochodzącej od przedstawiciela prymitywnego i dawno wymarłego gatunku człowieka. Odrzucił tę absurdalną myśl i skupił się na artefakcie.  
- Istotnie, zadziwiający przedmiot. Chyba jednak nie ma innej możliwości. To musiał był survivalowiec, a raczej wyjątkowo utalentowany kłusownik, skoro oddawał się takiemu sportowi na terenie parku narodowego.
- W samym sercu rezerwatu? - Kinght sceptycznie pokręcił głową. - On ma przecież ponad sześć tysięcy kilometrów kwadratowych i pracownicy parku nie są bynajmniej jedynym zagrożeniem dla miłośników nielegalnych łowów. Tam się aż roi od drapieżników. To nie mógł być kłusownik. Nikomu by się nie opłacało ryzykować życiem i wolnością dla brodzenia po bagnach i strzelania do świń. W dodatku można sobie wykupić licencję na polowanie w parku, chociażby na aligatory. Sportowiec też odpada. Survivalowcy mają swoje zasady, niemal zawsze przestrzegają przepisów związanych z polowaniem.
Coneway w milczeniu słuchał argumentów rozmówcy. Knihgt ciągnął dalej.
- To jeszcze nie wszystko. Są też zaginięcia. Znaczy się – dodał szybko – w każdym parku narodowym zdarza się cała masa niewyjaśnionych zaginięć. SAR zawsze ma z tym pełne ręce roboty. Jednak w ciągu ostatnich dziewięciu lat na mniej więcej tym samym terenie, na którym znaleziono strzałę, przekraczają one średnią i mają nietypowe okoliczności. Z reguły scenariusz zaginięcia jest podobny, ale w tym przypadku przeczy schematom. Zazwyczaj znajduje się jakieś ślady po zaginionych, ewentualnie ciała. A oni po prostu rozpływają się w powietrzu. Osiem niewyjaśnionych zniknięć w ciągu dziewięciu lat na jednym obszarze. Były też inne wypadki, ale stwierdzono, że odpowiadały za nie grzęzawiska, krokodyle i aligatory. Moim zdaniem zbyt wiele jest tutaj dziwnych zbiegów okoliczności. Ta strzała musi mieć przecież swojego łucznika.
- Myśli pan, że w rezerwacie grasuje Wielka Stopa? Albo niedobitek z epoki kamienia łupanego? - doktor Coneway nie wyglądał na przekonanego.
- To może być żołnierz z zespołem stresu pourazowego. Zbiegły więzień. Szaleniec albo dobrowolny pustelnik. Ewentualnie zdziczały socjopata. To mieści się w zakresie zainteresowania pańskiej profesji, doktorze. Jaki człowiek od dekady siedziałby w kniei, polując na dzikie zwierzęta, i, kto wie, może również na ludzi? Jak silna musiałaby być jego awersja do społeczeństwa? Gdzie leży jej źródło? Czy kieruje nim choroba, czy wyrachowanie? Z punktu widzenia psychiatrii to wyjątkowo ciekawy przypadek.
- Faktycznie, byłby intrygujący – przyznał doktor. - Jednak nie mamy nawet pewności, czy ten osobnik w ogóle istnieje. Przecież może to być wyjątkowo dziwny zbieg zwykłych okoliczności.
- W aktach już istnieje. Sam przekonałem prokuratora do wszczęcia postępowania. Szeryf Doxley pozwolił mi na rozpoczęcie śledztwa. Nazwałem je "Sprawą Huntsman'a".
- "Huntsman"? - psychiatra zachichotał. - Z całym szacunkiem, kapitanie, ale brzmi jak pseudonim rodem z brukowca. Niebawem stworzy pan nową miejską legendę.
- Lepsze to niż "Sprawa dziwnego zbiegu okoliczności z udziałem strzały, wieprza, martwego pytona, śladów bosych stóp i ośmiu zaginionych ludzi". - Knight odpowiedział półżartem.
Coneway przeszedł do podsumowania.
- Czego pan ode mnie oczekuje? Nie jestem profilerem. Gdyby dał mi pan podejrzanego, prześwietliłbym go na wylot. Jeśli jednak siedzi w buszu, moja pomoc na nic się panu nie przyda.
- Jestem innego zdania. Jest pan najlepszym specjalistą na Florydzie, a może i na całym wschodnim wybrzeżu. Wezmę pana jako konsultanta. Rozgryziemy motywy owego Huntsman'a i wytropimy go. Ja i moi ludzie zajmiemy się aresztowaniem, a pan, jeżeli uda się go wziąć żywcem, otrzyma szansę na zbadanie osobnika o umyśle uwstecznionym do czasów pierwotnych. Ma pan szansę na przełomowe odkrycie. Może nawet nazwie pan nowy zespół własnym nazwiskiem.
Doktor nie odzywał się przez dłuższą chwilę. Wreszcie odpowiedział kapitanowi.
- Cieszy mnie twoja opinia o moich kompetencjach. Wiesz, że cenię sobie profesjonalizm bardziej niż sławę i nie skusisz mnie perspektywą pierwszego naukowego opisu Boogeyman'a. Strzała i plotki to za mało. Jeżeli dasz mi jakikolwiek fizyczny dowód na obecność przestępcy w tym lesie, wtedy sam chętnie włączę się do śledztwa. Na razie jesteśmy na etapie gdybania.
Knight nawet ucieszył się z tego nagłego przejścia na "ty". Doktor wstał i włożył na głowę kapelusz. Podali sobie ręce i już mieli się rozejść, gdy kapitan odezwał się do lekarza.
- Powiem panu jedno, doktorze. On tam jest. Wiem to. Nie mam dowodów ani świadków, ale moja intuicja mówi mi o tym z wyjątkową mocą. W tym lesie osiadło coś złego, coś, co ma w pogardzie ludzkie życie i nie czuje identyfikacji z resztą przedstawicieli swojego gatunku. Może właśnie w tej chwili, Boże uchowaj, poluje na następnego biedaka.



Do zmierzchu pozostało jeszcze trochę czasu i Jimmy Angel panował na razie nad rodzącą się w jego głowie paniką. W myślach wyżywał się na swoich towarzyszach. Wszystko przez Billy’ego, zasranego kowboja, który nalegał na penetrowanie puszczy bez przewodnika. Baz wojskowych mu się zachciało. O krótkofalówkach jednak nie pomyślał. I teraz zniknął gdzieś w tym buszu razem z całą resztą. Zapewne niebawem zauważą jego nieobecność i cofną się do miejsca, w którym widzieli go po raz ostatni. Albo stroją sobie gówniane żarty i mają teraz niezły ubaw. Nie, to nie wchodzi w grę. Zbyt dobrze znał Billy’ego i mógł go oskarżyć co najwyżej o nieuwagę i brak wyobraźni.
Zaczęło się od tego, że Billy wyczytał gdzieś informację o opuszczonych bazach i lotniskach, które rząd budował całymi dziesiątkami podczas wojny. Obawa przed japońskim atakiem od strony Florydy skłoniła ludzi Roosevelta do naruszenia hermetyczności rezerwatu, który znajdował się wówczas na pierwszej linii potencjalnego frontu. Teraz wojskowe konstrukcje miały zarosnąć trawą i dać się pożreć bujnej roślinności, wdzierającej się nieubłaganie w każdą szczelinę w betonie i rozsadzając ją korzeniami. Pokusa eksploatowania romantycznych ruin była zbyt silna i wszyscy uczestnicy wycieczki z chęcią przystali na ten pomysł. Kilka kilometrów dalej była zacumowana ich motorówka, którą opuścili przed paroma godzinami, by szukać w puszczy reliktów przeszłości. Po zwiedzeniu ruin małego lotniska przedzierali się lasem w kierunku domniemanych magazynów i właśnie wtedy chłopak nieświadomie odłączył się od grupy.
Jimmy przedarł się przez grząskie bajoro, brodząc po pas w wodzie. Modlił się w duchu, żeby tylko nie było tu aligatorów. Wyczłapał na brzeg i między namorzynami dostrzegł otwartą przestrzeń. Poczuł przypływ nadziei. Za drzewami rozciągał się archaiczny pas startowy. Dotarł do omszałej powierzchni betonu i rozejrzał się na wszystkie strony. Nie było jednak żadnego śladu pozostałych turystów. Tylko dzikie ptactwo, owady i wszechobecna zieleń.
- Billy! Wyłaź, dupku! Billy, ty zasrańcu! John, Clara, Hank! - wrzeszczał ile sił w płucach. Odpowiadała mu tylko monotonna muzyka cykad i świerszczy.
- Matkojebco! Gdzie jesteś?! - jego krzyki tylko spłoszyły kilka ptaków. - A wiecie co? Mam was gdzieś, wracam do motorówki!
Był teraz bardziej wściekły niż przestraszony. Słyszał kiedyś o zasadzie "zostań tam, gdzie jesteś", jednak po dłuższym oczekiwaniu uznał ją za przereklamowaną. Jak tylko znajdzie resztę, nie poszczędzi im kilku ciepłych słów odnośnie do ich zdolności organizacyjnych. Postanowił poszukać drogi powrotnej na własną rękę. Liczył na to, że idąc wzdłuż pasa, odnajdzie charakterystyczną odnogę rzeki, za nią kolejny las starych namorzynów, a dalej zacumowaną motorówkę na dużym rozlewisku ciągnącym się aż do Whitewater Bay.
Szedł już od kilku minut przez zarośnięty pas. Kątem oka zarejestrował nagle ruch za linią drzew. Przystaną i zaczął machać rękami.
- Billy! John! Tu jestem! - zawołał. Przez pełną niepewności chwilę zaczął powątpiewać w szansę na odnalezienie znajomych. Pewnie zwierzę przemknęło między drzewami, a może powiew wiatru poruszył jakąś gałęzią.
Odwrócił głowę w przeciwnym kierunku i nagle stanął jak wryty. Między drzewami stał nagi człowiek z jakimś podłużnym przedmiotem w ręku. Jego ciało wysmarowane było błotem i ciężko było odróżnić je od otoczenia. Gdy tylko zamrugał, postać zniknęła. Poczuł nagłą falę lęku. Co to było, do cholery? Czy ma omamy z nerwów i zmęczenia? Zaczął iść szybkim krokiem. Cokolwiek to było, na otwartej przestrzeni zauważy, jeśli zacznie się do niego zbliżać. Niech tylko znajdzie tego zasrańca Billy’ego, wtedy...
Ledwo słyszalny świst przeszył powietrze. Ognisty ból poraził jego szyję. Odrzut uderzenia pchnął go na bok. Upadł na betonową powierzchnię pasu, powoli tracąc świadomość. Złapał się za szyję i ze zgrozą wymacał sterczący z niej podłużny obiekt. Nie mógł złapać oddechu, szok sparaliżował go całego, a ból rozchodził się przez szyję do wypełniającego się krwią gardła. W momencie, kiedy dostał śmiertelnych drgawek, świadomość litościwie opuściła jego umysł. Zdążył tylko przez mgłę zarejestrować zbliżającą się w jego stronę postać o wymazanym błotem ciele i łukiem w dłoni.



Roublove przyglądał się rzucanej drgawkami sylwetce dwunoga. Strzał był całkiem niezły, wręcz zwalił wroga z nóg. Nie zawsze udawało mu się wykończyć zwierzynę pierwszą strzałą. Czasem musiał tropić ją, gdy ranna rozpaczliwie usiłowała uciec. W takich sytuacjach zwykle biegł w ślad za nią i dobijał nożem lub siekierą, podczas gdy ta miotała się i wydawała przyprawiające go o ból głowy dźwięki. Któregoś razu ranny dwunóg wyciągnął hukostrzelacz i próbował go upolować. Przerwa między przeładowaniem magazynka wystarczyła mu na zadanie dwudziestu ciosów nożem w jego brzuch. Tym razem obyło się gładko i bez zbędnego hałasu.
Roublove wyrwał strzałę z gardła ofiary, otarł o kępę trawy i włożył do kołczana. Podniósł bez trudu ciało i przerzucił przez ramię. Rozejrzał się po pasie i nie zauważywszy innych wrogów, ruszył w kierunku drzew. Czekał go pracowity wieczór, jednak nagrodzony strawą lepszą od czapli, dzikich świń, ślimaków czy krabów. Oprawienie dorosłego dwunoga zajmuje wiele godzin. Będzie musiał rozpalić większy ogień, by ukończyć robotę za jednym podejściem. Świerze mięso nie może czekać na dusznym i gorącym powietrzu.
Nie liczył już lat, które spędził w sanktuarium. Nie liczył też upolowanej zwierzyny. Nie widział najmniejszej różnicy między złowioną żabą, rybą, mulakiem czy dwunogiem. Jedynie kolekcja trofeów dawała mu pojęcie o rozmiarach swojego skromnego udziału w procederze uszczuplania lokalnych populacji. W swym sanktuarium na cichej wyspie miał już osiem czaszek dwunogów, do której niebawem dołączyć miała dziewiąta.  


Koniec rozdziału pierwszego. Ciąg dalszy nastąpi.  

                                                                  * * *

Jest to część pierwsza serii w klimatach kryminał/horror gore. Jeżeli Wam się spodobała, dajcie znać w komentarzach, a pojawią się następne odcinki. Wszelka konstruktywna krytyka jest mile widziana. Zaznaczam również, że pojawiające się w tekście dziwne słowa są celowym zabiegiem.

AndrzejNiemowa

opublikował opowiadanie w kategorii horror i kryminalne, użył 3107 słów i 18374 znaków, zaktualizował 24 lip 2017.

Dodaj komentarz