Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Rozdział 4

"Et dimitte nobis" (przebacz nam panie)
1
          18 listopada
     Chłopak spoglądał na nich ze zdziwioną miną. Przed nim stało osiem dzieciaków, każde w innym wieku. Nie znał nikogo, a tylko dwie twarze kogoś mu przypominały. I tak, był to David oraz Patrick, którzy patrzyli na niego równie zdziwieni. Chociaż w oczach tego pierwszego widać było niechęć. Oprócz nich był jeszcze jeden chłopak, a pozostała piątka to dziewczyny.  
     - Co wy tu robicie? - zapytał Kuro po chwili milczenia. Nie odpowiedzieli mu od razu, dlatego powtórzył, nieco inaczej – Przecież Roy wyeksmitowała stąd dość liczną grupkę, to jak to możliwe, że wam udało się uniknąć więzienia? - jedna dziewczynka, która nosiła okulary, dość niepewnie, spojrzała umownie na drzwi w głębi kuchni. Kuro patrzył nieco zmieszany, ponieważ nie kojarzył, aby takie pomieszczenie kiedykolwiek tutaj się znajdowało. Podszedł tam, chociaż reszta David sceptycznie do tego podchodził. Zajrzał do środka. Wyglądało to na spiżarnię. Nie wyróżniało się niczym specjalnym. Oprócz brudu i kurzu, który osadzał się na drewnianych beczkach, niczego tam nie było.
     - Ukryliśmy się w beczkach – powiedział Patrick, który pierwszy zdecydował się podjąć głos. Reszta popatrzyła na niego i bodajże nieco im zelżało – kilkoro Łowców znalazło to pomieszczenie, w końcu nie ciężko go zauważyć, ale nie pomyślało, aby sprawdzić zawartości beczek.
     Nagle rozległ się huk z zewnątrz, co nieco opamiętało chłopaka. Był na służbie i musiał uważać, aby nikt go nie przyłapał, a tym bardziej tych dzieciaków. Cieszył się w głębi, że teraz może chociaż w małym procencie spełnić prośbę dawnej matki, Marry i zaopiekować się nimi, aż do jej powrotu.
     - Słuchajcie, muszę wracać na służbę, nim dowiedzą się, że węszę tutaj. Wrócę nazajutrz, może uda mi się zniknąć na…
     - Nikt cię tutaj nie chcę, cholerny Łowco – nim Kuro zdążył dokończyć, David wciął mu się w zdanie. Chłopak spojrzał na niego ze zdziwieniem – a wraz z nim kilkoro innych. Jego kolega uderzył go z otwartej dłoni i skarcił go ostro.
     - Zamknij się! - po czym zwrócił się do przybysza – Wróć jutro, nieważne kiedy, tylko tym razem zapukaj trzy razy w drzwi spiżarni. Teraz ryzykowaliśmy, bo równie dobrze mógłbyś być tą zołzą, a wtedy cała nasza ósemka miałaby przesrane – uśmiechnął się na obraźliwe stwierdzenie o Roy.
     - Spokojnie, ona ma teraz wiele na głowie… wiecie, sprawy związane z rozbiórką tego miejsca… - posmutniał, a każdy z dzieciaków z nim. Jedna dziewczynka, ta w okularach, która pokazała mu kryjówkę, zapytała przez łzy.
     - Proszę pana… a czy my stracimy nasz dom? - patrzył na nią ze spokojem. W biegu swoich własnych potrzeb nie spojrzał na to z tej perspektywy. Faktycznie, oni nie mieli domu. Miejsca, dokąd mogliby pójść. Uśmiechnął się do niej fałszywie.
     - Nie stracicie domu… z tego co wiem, wiele mieszczan, zważając na ostatnie wydarzenia uważa, że w mieście potrzebne są takie przytułki – i to była akurat prawda. Chociaż Kuro nie spędzał za dużo czasu na dworze, w sensie, nie rozmawiał za dużo z tymi wyżej postawionymi, zdołał posłyszeć, że wiele osób nie jest przychylna rozbiórce. Może, ale nie musi to wpłynąć na decyzję. Warto spojrzeć na to pozytywnie – mój przyjaciel na pewno to rozważy – te słowa nieco zapiekły go w oczach, ale wytrzymał ból – jest Ceaserem.
     Na tym chciał skończyć i wyjść, a wtedy Patrick zawołał za nim. Obejrzał się zza pleców i spojrzał na niego. Ten chwilę się zawahał, by wypowiedzieć coś, co przeraziło wszystkich zebranych.
     - Kuro… - zaczął niepewnie. Nabrał głęboko powietrza – Wiemy o morderstwach. Wiemy, że ktoś zabija dzieci w Yami. My, wszyscy widzieliśmy… go – a on tylko patrzył na niego. Pokiwał lekko głową i opuścił ich.

2
     Następnego dnia nie wydarzyło się nic, co byłoby warte uwagi. Kuro nie zdołał znaleźć, ani
chwili, aby odwiedzić dzieciaki. Mogłoby się zdawać, że ktoś naskarżył na chłopaka, ponieważ na straży stanęło znacznie więcej ludzi. Przez ich obecność nie mógł wymigać się z warty. Musiały się strasznie nudzić, będąc cały czas same, kryjąc się po kątach.  
     Chociaż, zastanowiwszy się nad tym, tego dnia miało miejsce coś nietypowego. Kuro w tym czasie, jak zwykle miał w zwyczaju, przechadzał się po rynku Mortuum obserwując dookoła teren. Razem z nim teren patrolowało dwóch żołnierzy niższej rangi niż on. Rozmyślał o słowach, z jakimi zostawił go Patrick, zeszłej doby. Chłopak rzadko miał styczność z dzieciakami, jedynie gdy odwiedzał Marry Jane, co zresztą i tak nie miało miejsca zbyt często. Uważał je za źródło coraz to nowej wiedzy oraz kopalnią pomysłów, ale także za dziwne istoty. Mimo zalet, nie lubił ich, aż tak bardzo. Nie była to oczywiście nienawiść, jaką emanowała Roy w stosunku do nich. Nie darzył ich sympatią, tylko szanował.  
     Jedynymi dzieciakami, jakie szanował, była Lorraine oraz Patrick. Dziewczyna po raz pierwszy, od dawna rozbudziła w nim chociaż mały pierwiastek uczuć, które tkwił w sobie tak długo. Ellie, jej śmierć, a teraz Raily… Niestety i także teraz nie miał w sobie wystarczająco siły, aby ją ochronić. Wczoraj, w tak małym odstępie czasowym, jego emocje, znów sięgnęły zenitu. Słowa wypowiedziane przez Patricka wystraszyły go, och tak. Temu nie da się zaprzeczyć. W tamtym momencie bał się jak skurwysyn. Te dzieci wiedzą. Wiedzą, że ktoś na nie poluje. On nie zdołał uratować żadnego z nich. Mimo to, ósemka została. Jak to może nie przerazić człowieka? W przeplataniu ze strachem, Kuro odczuwał wielką ekscytację. Prędzej czy później, dane im będzie stanąć twarzą w twarz z monstrum.
     - Uważaj, czuję gniew – zasyczał w jego głowie przenikliwi głos. Rozpoznał w nim swojego nieodłącznego towarzysza, Xena. Wyrwany z zamyśleń, otrząsnął się i rozejrzał. Dostrzegł, jak kilku wojów uformowało wokół czegoś krąg. Słychać było krzyki oraz wołanie o pomoc. Wbili swój wzrok w – no nie wiadomo co i nie reagowali – ratuuj – zabrzmiał ponownie, na zachętę. Kuro ruszył w kierunku tajemniczego zdarzenia. Na dzielącej ich kilkumetrowej odległości był w stanie rozróżnić padające słowa.
     - Wiedźma! Wiedźma! - chłopak wyglądał sponad głowy i dostrzegł starszą kobietę z rękami jak chude, kurze łapy. Palce przypominały ostro zakończone szpony. Na jej twarzy, dziesiątki zmarszczek zlewały się ze sobą, dodając kobiecie jeszcze starszego wieku, niż pewnie w rzeczywistości miała. Włosy miała bardzo długie, sięgające po barki – Wiedźmo cholerna, wynocha z naszego miasta! - krzyczała wniebogłosy na dziewczynę, którą trzymała. Widać było, że kobiety się popychają.
     - Nie jestem żadną wiedźmą! - odparła, próbując się wyrwać. Kuro postanowił się wtrącić i odgonił je od siebie. Starsza nie dawała za wygraną. Chciała się rzucić na Łowcę, ale wtedy jeden z Piechoty złapał babcie od tyłu i chciał wynieść ją z miejsca wydarzenia. Mimo to, nadal wrzeszczała jak opętana.
     - Nie brońcie tej wiedźmy! Plugawe nasienie, które gorszy imię, dobrych i prawowitych wyznawców Najwyższego Boga oraz jego popleczników! Spłoń, demonie nieczysty! Widziałam, jak czarujesz – na chwilę udało jej się wyrwać. Momentalnie podbiegła w ich stronę, a dziewczyna złapała go za ramię – plwam na ciebie grzesznico zrodzona z krwi i rytuałów, których, o zgrozo!, nawet czorty nie chciałyby się hańbić! - wyciągnęła kościste ręce w stronę dziewczyny, a wtedy Kuro odepchnął staruszkę i rzekł.
     - Idź śpiewać swoje wersety gdzie indziej, kobieto. Ta tutaj nawet krztą magii nie pachnie, a gdyby była, wątpię, że pozwoliłaby ci mielić tym ozorem tak długo. Już dawno by zjednała twoją duszę z ciałem i zamieniła w żabę – złapał poszkodowaną w objęcia i chciał stamtąd pójść, aby móc się nią zająć. Zatrzymała go kolejna wypowiedź babci, która wzbudziła w nim jeszcze większy strach.
     - Och, Łowco wybrany na wzgląd nieczystych diabłów i szumowin… Bronisz niszczycielskiego potomstwa, które ześle na nas zło w czystej postaci. Słońce zblaknie, trupy wstaną z grobów, aby wybić gatunek ludzki. Nas! - żołnierz za nią pociągnął ją ze sobą, a ta nadal krzyczała. Oczy poszerzyły się  – Niech Czarny Pomiot sprowadzi na ciebie zagładę, marne dziecię! Quoniam sapientia cavnis, munditiam covpis! Poena quisque pevrenive et Dei!* Niech żyje! Imprimatur! Imprimatur! IMPRIMATUR! - była bliska zdarcia swojego gardła. Kuro wpatrzony w obłęd kobiety poczuł dreszcze na plecach. Nie zrozumiał jej ostatnich słów. Natychmiast się oddalił, zostawiając ją za sobą.
     Kuro trzymał ją za ramię i ciągnął za sobą. Szli tak przez jakiś czas, aż w końcu chłopak zwolnił tempa i odpuścił. Zwolnił uścisku i odwrócił się w stronę dziewczyny. Dopiero teraz mógł zobaczyć jej twarz, ponieważ zdjęła kaptur, odsłaniając swe oblicze. Wyglądała na bardzo młodziutką.  
     - Dziękuję za pomoc – rzekła, uśmiechnąwszy się, odsłaniając swoje białe zęby. Widać było po niej zmęczenie oraz głód. Nie odejmowało to jej urody, ale zmartwiło go to. Wyciągnęła ręką, przygotowaną do uścisku – Nazywam się Merri – Marry, pomyślał chłopak i momentalnie spochmurniał. Ciekawie jak się ma. Czy osiągnęła to, czego pragnęła? - A ty? - wyrwany po raz kolejny dzisiaj z zamyślenia, spojrzał na nią i ukrywając rozdarcie, przedstawił się.
     - Nie ma sprawy… co do pomocy – bąknął niepewnie.
     Jej uroda zwalała go z nóg. Wpatrywał się w nią z zauroczeniem. Krótko ścięte, złote włosy oraz pofalowane końcówki dodawały niewinności. Wzrostem sięgała Kuro, dzięki czemu mógł spojrzeć w jej zielone, przemęczone oczy, pełne szczęścia. Na policzkach rozlały się liczne siniaki oraz zadrapania. Zarumienił się nieco i chciał odejść. Miał się odwrócił, kiedy to tym razem dziewczyna złapała go za rękę. Serce podskoczyło.
     - Moglibyśmy pogadać? - radość uszła, a zamiast niej pojawił się niepokój. Błysk w oczach Merri zniknął. Spoważniała, a wraz z nią Kuro. Przełknął ślinę, a przez plecy przeszły ciarki. Nabrał powietrza i zgodził się.
     Nie zniknęli zbyt daleko. Kuro zamienił się z jednym z żołnierzy i tak jak wcześniej przechadzał się wokół rynku, bardziej od strony budynków. Wcisnął mu jakiś kit, zresztą jak zawsze. Prości ludzie są w stanie uwierzyć nawet w najbardziej prymitywne kłamstwo. Oddalił się na tyle daleko, że mógł zadać to nurtujące pytanie Merri, która czekała w ustalonym miejscu.
     - Kim była ta stara kobieta? - chwile milczenia. Dziewczyna spojrzała na niego, bodajże z lekkim strachem o dalsze pytania, które mogłyby paść.
     - Fanatyczka, nie było widać? - odparła z uśmiechem, a Kuro żachnął się i sprecyzował swoją myśl.
     - No dobrze, ale jaką konkretnie? Chociaż mieszkam tutaj tyle lat, z religią w tych okolicach nie mam za wiele styczności. Można by wręcz uznać, że jestem odcięty od tego tematu – miała już odpowiedzieć, ale wtedy padło jedno stwierdzenie, które zasiało ciszę na znacznie dłuższą ciszę – Poza tym, ta kobieta nazwała cię czarownicą. To prawda? Potrafisz czarować?
     O wiedźmach Kuro wiedział tyle co nic. Nie miał okazji edukować się tutaj – poza tym poziom był naprawdę słaby. Zasłyszał jedynie parę plotek, czy nawet informacji na ich temat. Były to nieczyste byty, stworzone przez straszliwego potwora, Kitsune, lisiego demona. Miał on dwadzieścia ogonów i narodził się z opactwa półbóstwa, syna Najwyższego. Pilnował on świat zmarłych oraz opiekował się ich duszami, oraz rodzinami, które dotknęła tragedia.
     Niestety z czasem zaczął buntować się przeciwko ogólnemu porządkowi świata. Odgryzł część swojej skóry, rozbryzgując krew dookoła. Połączył nasienie z utoczonym płynem, aby w ten sposób nadać życie pierwszej czarownicy, władającą potężną magią. Według legendy, miała żyć wieczność, jednak przez porażkę Kitsune wraz z innymi istotami boskimi, miał skrócić jej rządy minimalnie. Dał jej więc sto lat życia od tamtego momentu. Mądra kobieta zdążyła stworzyć dwanaście, równym sobie czarownic. Każda, władała cząstką pierwotnej magii matki. Stworzyły one Krąg, a ich celem jest zniszczenie świata i zaburzenie jego harmonii.
     Tak przynajmniej mówią ludzie, a jak wiadomo, paplają co im ślina na usta niesie. Wiele pewnie dodali, a jeszcze więcej odjęli od prawdy. Mogło nawet tak być, że owe wiedźmy nawet nie egzystowały. Chociaż, fakt, że potrafił władać cieniami, mówił sam za siebie.
     W końcu, po minutach ciszy, dziewczyna zaczęła swój monolog.
     - Nie jestem wiedźmą, a nawet jeśli byłabym, to wiedz, że prawda w tym przypadku jest znacznie inna – kłamała. Czuł to. Zbyt dużą przerwę dała sobie, aby tylko zaprzeczyć tezie jakiejś popapranej staruszki – Nic co w Yami nie jest prawdziwe, Kuro – chciał zapytać o co jej dokładnie chodzi, ale pokręciła głową, tak jakby chciała powiedzieć, że na to przyjdzie czas. No cóż. Nie zamierzał się z nią kłócić, szczególnie, że w głębi czuł, że zaraz odejdzie i będzie to ich prawdopodobnie ostatnie spotkanie.
     - Ta staruszka podążała za mną z Ōmori. Należy do odłamu wiary, nazywaną Czerwonym Krzyżem. Nie wiem jak tutaj, w Yami, ale u nas ta organizacja ma bardzo duży wpływ. Wiele ludzi przechodzi z głównego korzenia naszej wiary i przechodzi do Czerwonego Krzyża. Wywiera to wiele presji na ludzi. Nie znam wielu szczegółów. Cechują się cynizmem i nienawiścią do innych, jak to nazywają, innowierców. Szczególnie uczepili się wiedźm oraz wszelkich magicznych istot – chłopak dostał dreszcze. Pomyślał sobie o słowach, które kobieta wypowiedziała w jej oraz jego stronę. Szczególnie te, w niezrozumiałym języku.
     - Czego oni chcą? - zapytał, a momentalnie oblał go zimny pot.
     - Oczyścić świat z „plugastwa”. Zabić wszelkie magiczne istoty. Podobno nawet składają krwawe ofiary, a ich przywódczyni jest równie walnięta jak wyznawcy. Nazywają ją Muzą, bo jest sztuką dla boga. Stek bzdur, uszytych na poczekaniu, no ale cóż. Ludzie łykną wszystko...
     Kuro spojrzał się za siebie w obawie, że ktoś mógł tego podsłuchiwać. Nie był zbytnio w temacie, ale wiedział, że są to sprawy o których najlepiej jeżeli wie jak najmniej osób. Nagle Merri zagaiła go, całkowicie zmieniając temat.
- Nie wiedziałam, że spotkam tutaj kogoś, kto potrafi to – trzeba przyznać, że na pierwszą chwilę, chłopak się przeraził. Pomyślał wpierw o swoim druhu, który się w nim kryje. Niee. To niemożliwe. Nikt nie miał prawa wiedzieć o Xenie. Szczególnie, że nigdy nie używał jego siły publicznie.
     - To? Co masz na myśli mówiąc „to”?
     - No, tak. To co masz w głowie. Wyczułam cię dzięki temu – odparła w taki sposób, jakby to była oczywistość. Może przynajmniej dla niej, bo Kuro poczuł się niepewnie.
     - W głowie? Sugerujesz, że jestem walnięty?
     - Nie! To wcale nie miało mieć takiego wydźwięku! - poprawiła się szybko, zdając sobie sprawę, ze swojego nietaktu. Chłopak widział, że Merri jest bardzo grzeczna i dokładnie dobiera słowa. Kuro odpowiedział jej, że nie ma żadnego problemu, że nawet przywykł do podobnych tekstów. Ta jednak tłumaczyła dalej swoje stanowisko – Wiem, że bardzo dziwnie to brzmi, ale oboje mamy coś z głowami. I to nie jest negatywna cecha. Sama też nie wiem dokładnie, czym to tak naprawdę jest. Nazywam to Darem, ponieważ moje życie jest nieco łatwiejsze dzięki niemu. Mam czasami wizje przyszłości – niedalekie, ale są. Mogę też wyczuć aurę, jaka mnie otacza. Wrogość, czy przyjacielskość? Każde z nich rozpoznam... - tu urwała i zamilknęła na dłuższa chwilę. Kuro przeszły dreszcze i starał się połatać te informacje ze sobą. Przyszłość. Ta kobieta mogła zajrzeć w stronę całkowicie przeciwległą, niż on – dziwne – przerwała tą ciszę. Zdawałoby się jakby ten moment zrównał się z wiecznością, a sceneria zamarła – Pewnie wydaje ci się, że kręcę
     - Nie, niby czemu? - podrapał się po brodzie. Serce biło mu coraz szybciej. W jego głowie wszystko łączyło się w jedność. Wiedział już wszystko, a to powie Merri tylko go w tym utwierdzi.
     - No, bo jeśli potrafię wyczuć ludzkie intencje, to czemu wcześniej nie uciekłam od tej strasznej kobiety?
     - Każdy się myli, Merri – odparł niemal od razu – Poza tym, ta kobieta zaatakowała cię znienacka. W napływie emocji, mogłaś tego nie przewidzieć – dla Kuro wszystko było jasne. Wiedział, czemu tak się stało.
     - No tak, racja! - zatrzymała się i spojrzała za siebie. Zaraz sobie pójdzie, to pewne. Słońce zniknęło nagle za chmurami, żeby wrócić po chwili – Będę musiała już iść, Kuro. Powoli dzień się kończy, a ja muszę znaleźć schronienie na dzisiejszą noc. I nie. Dziękuje, ale nie skorzystam – dziewczyna faktycznie potrafiła czytać w myślach. Uprzedziła go, zanim zaproponował jej schronienie – Jestem już dorosła, muszę sobie radzić – odwróciła się na pięcie i poszła w przeciwną stronę, niż dotychczas się kierowali. Już chciał odwrócić od niej wzrok, kiedy ta znowu na niego spojrzała. Uśmiechała się słabo – Kiedy się zjawiłeś i chciałeś mnie uratować. Właśnie wtedy poznałam to. Ciężko to pomylić z czymkolwiek innym. Człowiek dzięki temu staje się czystszy, chociaż nie zawsze. Możliwe, że już nigdy się nie spotkamy, ale wiedz, że nawet jeśli teraz nie potrafisz się określić i rozpoznać swojego Daru, to kiedyś ci się uda. Zdecydujesz wtedy, czy jest to twój dar, czy wręcz przekleństwo – i odeszła. Chłopak patrzył jak drobna blondynka znika za horyzontem budynków, a on stoi wryty w ziemię, mając mętlik w głowie. Otrząsnął się szybko i tak samo jak ona, wrócił do swojego życia i obowiązków.
     Cóż, Kuro bardzo długi czas nie pamiętał tego wydarzenia. Od razu po rozstaniu z dziewczyną zapomniał w ogóle, że coś takiego miało miejsce. W miejscu tego wspomnienia powstała ogromna dziura, która miała się nie wypełnić, aż do kolejnego spotkania Merri oraz Kuro, w znacznie niebezpieczniejszych okolicznościach. To spowodowało również, że lata po tym, napędził go niesamowity lęk. Przypominając sobie tamtą, groteskowo wyglądającą staruszkę, w głowie roiło mu się od tylko jednej myśli. Od niczego.  No tak. Po prostu. Bo ona nigdy nie istniała. I w świecie rzeczywistym i w tym równoległym. Iluzja. Cholerna iluzja.

3
     Kiedy zapadł zmrok, a mieszczanie uciekli do swoich zakątków, Kuro mógł w końcu udać się do swojego „domu”. Ściągnął z siebie nieco przepoconą pelerynę i zarzucił ją na ramię. Od zamku dzieliło go parę kilometrów. Pożegnał się z niektórymi znajomymi po fachu, znikając za cieniami budynków. Jak zawsze wybrał tą krótszą ścieżkę, aby nie przesiadywać zbyt długo na zewnątrz. W natłoku spraw – spotkanie tajemniczej kobiety oraz ukrytej mocy chłopaka, całkowicie zapomniał o dzieciakach, które czekały cierpliwie na jego przybycie. Prawdopodobnie i tak nie mógłby zbiec chociaż na chwilę, ale on po prostu zapomniał. Zresztą jak i o Merri.
     Zanim dotarł do zamku, spotkał Railiego, który opatulony swoją peleryną patrzył pusto w horyzontu, jakby kogoś wyczekiwał. Jego czupryna delikatnie falowała na wietrze, a oczy z utęsknieniem obserwowały zachodzące słońce. Kuro domyślił się, że może to właśnie na niego czeka. Zagadał go, ale ten nie zareagował od razu. Dopiero za trzecim razem przeniósł swój wzrok na Łowcę i uśmiechnął się.
- Dawno nie wychodziłem ze swojego gabinetu o tej godzinie. Prawie zapomniałem, jakie tutaj są widoki – wskazał palcem na wcześniej wspomniane słońce. Kuro popatrzył w tamtą stronę i oniemiał. Poczerwieniałe promienie, przedzierające się spod warstw chmur padały na chłodną nawierzchnię miasta. Nie raziły tak, jak to miały w zwyczaju w środku dnia. Chłopak mimo wszystko uśmiechnął się równie nostalgicznie jak jego towarzysz. Zachód słońca przywodził mu wspomnienia o dzieciństwie, które już i tak były jedynie migawkami.
- Jak tu pięknie… - westchnął i wyszczerzył się. Prawdopodobnie był to jeden z nielicznych momentów, kiedy Kuro będzie wolny od trosk i problemów. Nie miał o tym pojęcia – i dobrze. Lepiej, że czasami czegoś nie wiemy, ponieważ możemy całkowicie spieprzyć sprawę. Tutaj, świadomość tych okropnych rzeczy już wtedy, mogła go jedynie zniszczyć od środka.
- Kuro, musimy pilnie pomówić – Raily zbiegł momentalnie od tematu. Kuro spojrzał na niego z powaga i tylko pokiwał głową – Na temat domu dziecka – serce mu podskoczyło do gardła, a plecy przeszedł znajomy, nieprzyjemny chłód.  Czekał cierpliwie, co ma mu do powiedzenia – Ale to zrobimy u mnie w gabinecie, dobrze? - na odpowiedź nie musiał dłużej czekać.

     - Zburzenie tego miejsca przedłużyło się nieuchronnie w czasie ze względu na niezadowolenie mieszczan. Wielu z nich jest oburzonym tym faktem, iż państwo chce zabrać, prawie że jeden z nielicznych miejsc, gdzie dzieciakami są bezpieczne. Może tego nie widać, ale w tym przypadku jesteśmy w ciężkim położeniu – od razu przeszli do konkretów, kiedy tylko znaleźli się w gabinecie Ceasera. Kuro nieco wcześniej przebrał się w swoim pokoju w luźniejsze ubrania, jakie miał w zwyczaju nosić, będąc w zamku. Raily również zrezygnował z tych bardziej elegantszych mankamentów. Mogło się więc wydawać, że rozmawiają jak równy z równym. I w rzeczywistości tak było.
     - Czemu chcesz o tym ze mną rozmawiać? - zapytał, marszcząc brwi. Nie do końca rozumiał jego intencji – Jestem jedynie niskiej rangi Łowcą. Masz przecież Kriega, albo nawet Roy…
     - No i o to tu właśnie chodzi, Kuro – wtrącił machnąwszy ręką, jakby ta dwójka ludzi mimo zasług i pozycji nie miała za wielkiego znaczenia – Nikomu nie zależy na tym budynku bardziej, niż tobie. Poza tym Roy żyje w swoim własnym, przepełnionym nienawiścią do tych biedactw świecie – zaskoczyło to jego rozmówce, że tak niechlubnie wypowiada się o dziewczynie. Wiedział, że darzy ją ogromnym uczuciem i w wielu aspektach zgadzał się najpierw z nią, a nie z nim. Dlatego widok obrażającego Roy Railiego, napawał Kuro pozytywnymi emocjami. Chociaż raz tej wstrętnej babie mogło się coś nie udać – Chciałem z tobą pogadać właśnie z tego względu. Roy nie odpuści tak łatwo. Ona też tutaj przyjdzie… spokojnie, stary – dodał na prędko, widząc jego niezadowolenie – zjawi się tu nieco później. Wracając, musisz ją przekonać, aby ustąpiła i odrzuciła swoje polecenie o rozbiórce budynku. Dopiero wtedy dom pozostanie nietknięty – Kuro uśmiechnął się na tą wieść. Railiemu jednak nie było, aż tak do śmiechu – jest jednak druga strona medalu.
     Kuro nieco posmutniał po tym, co usłyszał. Przetarł włosy nerwowo, a potem oparł ręce o blat biurka. Splótł palce ze sobą. Chociaż budynek można uratować przed zniszczeniem, niestety wszystkie dzieciaki, które zostały zamknięte głęboko pod nimi, w zimnych i nieprzyjaznych lochach – ich czeka znacznie inny, mniej miły los. Miały zostać skazane na banicje wraz z początkiem grudnia. Powodem były podejrzenie Roy o spiskowanie przeciwko władcy oraz szpiegowanie w murach zamku. W tej także chwili dowiedział się, że na niego również czekała śmierć, ale w postaci stryczka. Uchronił go przed tym Raily, który uargumentował wierność chłopaka wobec ojczyzny.
     - Ale to jest bezsensu! - powiedział Kuro w taki sposób, że prawie krzyknął. Jego dłonie lekko drżały z gniewu. Jego rozmówca nawet nie chciał spróbować go uspokoić. Sam wiedział, że jest to okropny akt niesprawiedliwości wobec tych dzieciaków
     - Taki mamy ustrój, Kuro – żachnął się – Królowa popiera wniosek od Roy i również domaga się ich śmierci. List gończy za Marry Jane został wysłany. Wygląda, jakby uciekła, a to też dobrze nie wpływa na rozstrzygnięcie sprawy. Tutaj niestety nie mogę nic wskórać, ale powiem ci coś w tajemnicy – mimo napływu negatywnych emocji, Łowca zdołał zmusić się na odrobinkę uwagi. Chciał płakać, ale nie potrafił wydobyć z siebie ani jednej łzy. Spojrzał na Railiego, który usilnie starał się uśmiechnąć.
     - Co jest? - bąknął.
     - Może wyglądam na głupca, ale domyślam się, jak wygląda sytuacja. Wiem, że są dzieciaki, które zbiegły przed pojmaniem i teraz ukrywają się. Najpewniej w domu dziecka, w jakimś mniej widocznym miejscu – zniżył głos i pochylił się w stronę chłopaka. Ten, nieco osłupiały, słuchał z uwagą – Mogę cię zapewnić, że w tej kwestii zapewnię im bezpieczeństwo.
     Skończywszy, tak jakby na wezwanie, do środka weszła Roy, która trzasnęła drzwiami z całej siły. Pełna fałszywej i wymuszonej gracji, można powiedzieć, że… biegła. Biegła w stronę Railiego, trzymając ręce wzdłuż ciała.
     - Powiedz mi, co ma oznaczać to, że jeden z moich wniosków został zawieszony? - w jej głosie słychać było nutkę irytacji, ale dla Roy jakiekolwiek emocje, zburzyłyby wytworzony wokół siebie perfekcjonizm. Starała się zachować swoją kamienną twarz, pozbawioną jakichkolwiek uczuć. Spojrzała na Kuro i zmarszczyła brwi – A ten co tutaj robi?
     - No właśnie, zaprosiłem was tutaj obu, aby przedyskutować ten problem – burknął, oparłszy się o swoje siedzenie. Pocierał nerwowo skroń. Kuro uśmiechnął się w duchu, że chłopak pierwszy raz od dawna wstawił się tak bardzo za nim i jego interesami. Dawno nie zetknął się z jego dobrą duszą. Chyba się zaczerwienił na twarzy, albo po prostu zrobiło mu się ciepło na sercu – Roy, zdajesz sobie sprawę, że wiele osób nie zgadza się z twoją decyzją. W tym też ja – Kuro był bliski śmiechu, ale przełknął ślinę i powstrzymał się od tego.
     - Przecież sam zgodziłeś się na rozbiórkę Domostwa Pani Jane, blisko kilka dni temu – skrzywiła nieco usta. „Denerwuje się... to dobrze”, pomyślał jej aktualny oponent, który obserwował teraz sytuację nieco z boku.
     - Słowo klucz – zgodziłem się. Ale przemyślałem sprawę i zgłosiłem to w celu anulowaniu rozbudowy przytułku. A królowa się zgodziła – nacisnął na pierwsze słowa, ponieważ dziewczyna chciała się chamsko wtrącić – pod warunkiem, że oddalisz prośbę.
     - Nie zrobię tego – rzuciła szorstko, uśmiechając się ironicznie.
     - Dlaczego chcesz zniszczyć życie naszych dzieciaków? Już i tak wiele z nich skazana jest na śmierć! - w końcu głos zabrał Kuro. Wstał na równe nogi, patrząc na nią z góry – jeśli zabierzesz im przytułek, nie będą miały gdzie się podziać.
     - Szczerze mnie to nie obchodzi, Kuro i nalegam, abyś odsunął się ode mnie natychmiast – odepchnęła go tak, że prawie się przewrócił. Złapał jednak równowagę i w napływie gniewu chciał jej oddać, ale rozdzielił ich Raily.
     - Spokój! - wszedł pomiędzy nimi odsuwając każdego ręką – w taki sposób nigdy nie dojdziemy do konsensusu. Chociaż udawajcie, że wam zależy i nie kłóćcie się – to rzekłszy, wrócił z powrotem na swoje siedzenie i splótł swoje dłonie na biurku. Roy po raz kolejny podniosła ciśnienie chłopakowi, przez co nie potrafił się skupić. Zacisnął pięści, a wtedy niespodziewanie usłyszał czyiś głos w głowie.
     ‘Wiem, że  teraz może wydawać się oczywiste, ale postaraj się rozluźnić’ - zabrzmiał. Chłopak pierwszy raz słyszał, aby Xen wypowiedział aż tak długie zdanie. Przeraziło go to, zwłaszcza, że jego słowa, oddech i każdy, możliwy dźwięk bębnił w środku Kuro. Demon nabrał dużą ilość powietrza. Słychać było świst, a potem na jednym wydechu, zasyczał - ‘Jest rozgoryczona, ponieważ Raily w tym momencie odwrócił się od niej’ - tak. To miało sens.  
     Łowca, powoli, ale skutecznie rozluźnił dłonie i odetchnął. Odszedł dwa kroki od dziewczyny. Rozważał, co takiego mógł powiedzieć w tym momencie, aby zbić ją całkowicie z tropu. Wtedy go coś naszło.
     - Roy, wycofaj się ze swojego stanowisko, inaczej cię wyrzucą stąd – Raily poprawił nerwowo swoje ułożenie na siedzeniu. Prawdopodobnie nie spodziewał się takiego stwierdzenia… tak odważnego. On chyba też. Xen zaśmiał się zachrypnięty.
     - Co masz na myśli, Kuro? - zapytała, nieco zmieszana, ale jak zawsze nie dawała tego poznać o sobie. Że też jej się nie nudzi. To całe udawanie.
     - Sama słyszałaś, że ludziom nie podoba się twoja polityka – odparł ze stoickim spokojem na twarzy. Natomiast w środku, jego wnętrzności aż wrzały ze stresu. Serce przyspieszyło rytmu. To był pierwszy raz, kiedy chłopak mógł z nią wygrać na argumenty – Sądzisz, że gdy dom dziecka runie, mieszkańcy porzucą tą sprawę?
     - Co to ma do rzeczy? - niewiarygodnym przeżyciem było zobaczyć dziewczynę zagonioną w kozi róg. Nie wiedziała co ma powiedzieć.
     - Jeżeli wzburzą bunty, ktoś będzie musiał przelać krew za to, co się stało.
     I to będziesz ty.
     Przełknęła ślinę i – w końcu – odwróciła wzrok, błądząc po pokoju nerwowo. Był to znak, że jest na przegranej pozycji. Przeliczyła się ze swoimi umiejętnościami i w końcu przegrała dyskusje. Teraz rozumie na czym polega jej błąd.
     Jeżeli doprowadzi do, można to tak nazwać, ze względu na jej metody, eksterminacji dzieci, mieszczanie nie darują jej tego i będą się mścić. Może niekoniecznie na niej, ale zbuntują się przeciw władcy. To państwo jest małe, zbyt małe, aby pozwolić sobie na bunty. Zginie wielu ludzi, to jest pewne. Zapłonie w nich nienawiść i popełnią wiele, karygodnych czynów. A więc jedynym sposobem na uchronienie kraju, będzie zgładzenie tego zapalnika – Roy Redfox.
     - No dobra… rozumiem - przeraziło ją to. Widać było po jej oczach – więc nie. Nie odpuszczam – tylko ją to gówno obchodziło. Większą nienawiścią pałała do Kuro, niżli wszyscy mieszczanie w stosunku do niej. Wiedziała, że to dla niego dużo znaczy. Ten cały dom dziecka. W końcu, to tam się wychował i bardzo lubił tą opiekunkę, Marry Jane. Szczerze, nie obchodzą ją jakieś dzieciaki. Mogą sobie żyć gdziekolwiek chcą. Jednak niwelowanie jego marzeń – bezcenne.
     - Co?! - krzyknął Kuro (a wraz z nim Xen). Chłopak sądził, że Roy zgodzi się ustąpić, ale widocznie nawet taka groźba jej nie ruszyła. Ciężko uwierzyć, aby na tym świecie była chociaż jedna osoba, która nie boi się swojej własnej śmierci – Możesz umrzeć!
     - Tak, wiem. Nie przejmuje się tym – odparła spokojnie, uśmiechając się szeroko – Mam własne zasady, które są dla mnie ważne. Mogę nawet za nie umrzeć, jeśli będzie trzeba. A widocznie jest.
     ‘Co za ździra. Czuję, jak trzęsie się ze strachu. Łże ja pies’ Cóż, może i łże, ale nadal ma nad nami kontrolę – pomyślał Kuro. Niestety, bez tego nie da się odwołać rozbiórki. Wtedy, chłopak postawił na ostatnią kartę, która mogła przechylić szalę zwycięstwa.
     - Dobra – omal nie wrzasnął. Xen oniemiał z wrażenia, gdy usłyszał myśli swojego towarzysza. Zresztą, nie tylko on. Raily oraz Roy również zaniemówili – Zrezygnuje z tej posady, pod warunkiem, że odwołasz wniosek i pozwolisz mi tam zamieszkać.
     
     Nastała dłuższa chwila ciszy. Ceaser opadł na krześle, a na jego twarzy pojawił się smutek. Przetarł nerwowo oczy, jakby chciał powstrzymać się od płaczu. Po pewnym czasie, Raily zwrócił się do chłopaka.
- Jesteś tego pewien? Są to słowa, rzucone dość otwarcie, w emocjach – jego głos łamał się. Większość słów przychodziło mu z trudnością – Możesz tego żałować, Kuro…
- Tak, jestem pewien – odparł stanowczo.
     Nie przywiązywał zbytnio uwagi wobec swojego stanowiska. Równie dobrze mógł on być zwykłym piekarzem, byle zadbać o dobro tego przytułku. Rozumiał, że rezygnując ze stanowiska, straci wszystkie dobra, którymi teraz państwo go otacza. Ryzyko było duże, ale czy był inny wybór?
     Oczywiście że był. Mógł przecież wypiąć się na nich, zrezygnować z pomocy. Mógł wybrać lepsze, dogodniejsze życie. Mógł, ale nie chciał. Wolał poświęcić wszystko co miał, w zgodzie ze swoim sumieniem. Roy w tym czasie prychnęła arogancko. Na jej ustach pojawił się pełny obłędu uśmiech. Można powiedzieć, że wygrała po raz kolejny. Choć przez dłuższy czas sądziła, iż przegra tą sprawę, los znowu jej sprzyja.
     - Zgoda – rzekła, powstrzymując się od wybuchu swoich emocji. Przetarła włosy rękami i zbliżyła się do chłopaka – Oddalam wniosek, ale już dzisiaj masz się stąd wynieść. Mam cię po prostu dosyć, dupku – uczucia dały górę, i zniszczyły – na jej nieszczęście – wizerunek idealnej, poważnej dziewczyny. Wyszło z niej prawdzie „ja”, które było wulgarne i bezpośrednie – Masz stąd się wynosić natychmiast!...
     - Roy – wtrącił się Raily, który wstał od biurka i podszedł do niej.
     - Tak? - nieco się uspokoiła, ale nadal upajała się wewnętrznie sromotną klęską chłopaka
     - Masz natychmiast udać się do królowej. Skoro Kuro ma odejść już dzisiaj, to także ty masz tego samego dnia oddalić wniosek i już nigdy nie wtrącać się w te sprawy – spochmurniała, a euforia minęła. Można powiedzieć nawet, że rozgniewało ją to bardzo. Burknęła coś i odeszła.
     Obaj panowie zostali w pokoju, spoglądając, jak dziewczyna w akcie złości trzaska drzwiami i odchodzi. Na zewnątrz nie było już nikogo słychać. Roy zniknęła, nie było już jej słychać.
     - Dlaczego to zrobiłeś? - zapytał Raily, który opierał się ciężko o blat i próbował poskładać myśli. Wodził wzrokiem to tu, to tam, jakby szukał na ścianach jakiekolwiek odpowiedzi – mogliśmy ją przycisnąć… a nuż udałoby się wyegzekwować od niej zgodę – Kuro jedynie pokręcił głową. Stracił humor i wyglądał jakby na pozbawionego życia.
     - Nie dałoby to nic – rzekł po cichu. Zbliżył się do swojego przyjaciela. Położył swoją rękę na jego barku – Wiesz jaka ona jest. Ty powinieneś to wiedzieć najlepiej, w końcu kochasz ją. Nie daje łatwo za wygraną, szczególnie jeśli w grę wchodzi moja sprawa.
     - No tak, ale może dałoby się… - chłopak znów pokręcił głową i westchnął. Raily zrozumiał, że był to niestety jedyny sposób.
     - Nie ma co roztrząsać tematu. Przegrałem.
     Miał już odejść stamtąd, bowiem nie trzymało go tu już nic. Z dniem dziewiętnastego listopada, Kuro oficjalnie przestał być Świętym Łowcą. Zrezygnował z tej posady na rzecz swoich małych przyjaciół, którzy wiernie czekają na niego w Domostwie Pani Jane. Nagle, mężczyzna złapał go za rękę.
     - Zaczekaj – powiedział, po czym sięgnął do kieszenie, z której wyciągnął  Mutatio Tempus, Zmieniacz Czasu od Kuro. Przez chwilę ciężko mu było w to uwierzyć, ale wszystko się zgadzało. Złoty kieszonkowiec, z fioletowymi kamieniami, układające się w literkę M od nazwiska Magellan – chyba zgubiłeś – złapał go łapczywie i ukrył w swojej kieszeni
     - Skąd to masz? - zapytał Kuro. Przeraziło go to do szpiku kości, ponieważ sądził, że cały czas leży on w jego płaszczu, bezpieczny.
     - Znalazłem.. tutaj – pokazał ręką na półkę – nie wiem, skąd to się tu wzięło, ale domyśliłem się, że jest to twoje, więc chciałem ci je oddać. Lepiej je pilnuj, ponieważ może to trafić w niepowołane ręce.
     Po tych słowach Kuro wyszedł czym prędzej z gabinetu od Railiego, zostawiając go bez słowa. Tego też wieczoru spakował do torby najważniejsze rzeczy, przy czym upewnił się przynajmniej z pięć razy, czy ma swój zegarek przy sobie. Opuścił zamek, aby już nigdy nie wkroczyć tam jako Święty Łowca.
4
     Tego samego dnia, późniejszym
     Gdy Kuro przekroczył próg drzwi, nie doświadczył żadnego powitania. Wszedł do ciemnego domu, w którym nie było nic słychać, oprócz ciszy. Od razu doszedł do wniosku, że mogą spać, w końcu ta pora nie jest dla dzieciaków odpowiednią do czuwania. Zdecydował się on przejść pewnym krokiem, macając ściany, aż dotarł do kuchni.. Wszedł niepewnie, rozglądając się od razu.
     - Kim jesteś? - zawołał go, dosyć znajomy głos. Dochodził on z drugiego końca kuchni, gdzie niski, chudy chłopak siedział przy zapalonej świeczce. Słabe światło padało na jego twarz. Poznał, w tym ryżym człowieku Patricka, który jako jeden z nielicznych uchował się tutaj. Niebieskie oczy utkwione jedynie na cieniu tajemniczego gościa oraz zmarszczone, słabo widoczne brwi – Kim jesteś?! - powtórzył, nieco głośniej, a wtedy Kuro podszedł do niego i wyłonił się ze swego całunu
     - To ja, Patrick – powiedział spokojnie, patrząc na jego reakcje. Ten, uśmiechnął się niezwłocznie na widok byłego Łowcy.
     - Kuro! Co ty tutaj robisz o tej porze?
     - To samo ciebie chciałem się zapytać – bąknął, stanąwszy teraz tak blisko chłopaka, że mógł on bez problemu zauważyć nawet najmniejszy detal. Jakieś cechy szczególne, na przykład niewielkie zmarszczki, czy pojedyncze włoski na brodzie – czemu nie śpisz tak jak reszta?
     - Boimy się o własne zdrowie, Kuro. Może i sprawa z tą przebrzydłą jędzą ucichła, ale nadal, lepiej być przygotowanym na wszystko. Co jeżeli by nam wtargnęli w środku nocy do domu? - na to pytanie wyraźnie spoważniał i spochmurniał. Cóż, wcale nie jest to dziwne. Patrick, jak i cała reszta przeżywali dość ciężki okres w swoim życiu. Marry Jane zniknęła, nie wiadomo nawet czy nadal żyje (na co oczywiście Kuro ma nadzieję i w to wierzy – nie chciałby, aby jego przyszywana matka zginęła bez pożegnania).
     - Sprawa z, jak to mówisz, jędzą jest zakończona. Nie będzie ona się już wpierdalała w nie swoje sprawy i zostawi was. Przynajmniej na razie – uśmiechał się w jego stronę, aby ukryć drugie dno sprawy. Jednak to pytanie, którego się tak Kuro obawiał padło. I z bólem serca musiał na nie odpowiedzieć.
     - Świetnie! A co z uwięzionymi? Kiedy ich wypuszczą? - na jego twarzy malował się wyraz pełen nadziei. Nadziei, którą Kuro musiał zetrzeć. Stopniowo ekscytacja gasła, dotknięta powagą rozmówcy. Kuro patrzył na niego, można powiedzieć jakby z żalem. Patrick opadł bez sił na oparcie i czekał co powie.
     - Przykro mi, Patrick. Nie da się ich uratować.
     Nastała dłuższa chwila ciszy, w której obaj wpatrywali się w siebie. Jeden, oczekiwał od drugiego jakiegoś słowa pocieszenia. Tylko co? Co w takiej sytuacji można powiedzieć? Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze? Czy ktoś w ogóle w to jeszcze wierzy? Towarzysze, znajomi, przyjaciele… jak może być dobrze, skoro wisi nad nimi piętno śmierci?
     - Ach… rozumiem – powiedział bez życia. Złapał za świeczkę, a stopiony wosk spłynął mu po palcach – pójdę się zamienić z Davidem, najwyższa pora…
     - Nie – wtrącił szybko, zachodząc mu drogę. Dostrzegł w jego oczach łzy, ale uznał, że nie będzie reagował. Sam sobie nie radził z tą sytuacją – idź odespać do pokoju. Ja będę tutaj pilnować – zaraz po tym dodał – Wybacz, że zostawiam cię tak bez informacji, ale wolę, żeby to usłyszeli wszyscy, a tez w sumie jest późno – przyciszył głos, słysząc czyjeś chrapanie, kilka pomieszczeń dalej – Wyśpij się – rzucił na pożegnanie, zabierając mu z rąk świecę i postawił ją z powrotem na stół. Usiadł na krześle i odchylił głowę na bok. Patrick miał już wyjść z pokoju, kiedy to ostatni raz tego dnia zwrócił się do Kuro.
     - Ej… dziękuję. Że jesteś – Kuro tylko spoglądał w tamtą stronę. Było tak ciemno, że jedyne co widział, to ten sam całun, który go wcześniej osłaniał. Mimo to, na te słowa uśmiechnął się, a w środku zrobiło mu się znacznie cieplej.
5
     Nim Kuro przeniósł się do zamku, już na zawsze zrywając więzi z tamtym miejscem, zdążył on zamienić z Railim jeszcze kilka słów. Jeszcze raz podziękował mu za zwrócenie zegarka, którego musi teraz bardziej pilnować, niżli przedtem. Gdyby ta broń trafiła w ręce Kultu Demonów, zyskaliby nad nimi niewyobrażalną przewagę, w postaci czasu. Po Ceaserze widać było, że pogodził się, chociaż w małym stopniu, z odejściem jego znajomego. Może w momencie gdy rozmawiał z chłopakiem, jego serce krajało się na pół.
     - Kto by pomyślał, że po tak krótkim czasie zrezygnujesz ze swoich marzeń i wrócisz do bycia zwykłym mieszczuchem? - było w tym wiele nieścisłości. Mianowicie, Kuro jedynie raz pomyślał o byciu Świętym Łowcą, jako o czymś super. Kiedy uświadomił sobie, że będzie mieć darmowy nocleg i jedzenie.
     Chociaż słowo „darmowe” tutaj może być nie za bardzo trafne. Służba królowej w wojsku, wiązała się z wieloma wyrzeczeniami i obowiązkami. Od tych formalnie związanych z zawodem, po te milsze, jak święta i uroczystości – które były tak sztywne, że Kuro zdążył się podczas jednej z nich przespać – i tylko to w tym było takie ‘miłe’. Niestety, wszystkie te bzdury były obowiązkowe. Co miesiąc, w jedną sobotę miało miejsce święcenia, oraz nabożeństwo. Na nich odbywało się ponowne odmówienie przysięgi, święcenie oręża oraz składanie ofiar. Oczywiście, nie jakichś wyszukanych, jak to było tysiące lat temu. Mordowanie pierworodnych czy inne gówno. Wystarczyło rozciąć skórę na dłoni, aby utoczyć trochę krwi do wielkiej, szerokiej miski. Przy innych świętach, rola Świętych, czy Srebrnych ograniczała się tylko do stania.
     Kuro zaciągnął się do armii z jednego powodu, który wydawał mu się zbyt błahy, ale niestety tak było. Porzucenie spokojnego życia i częste ryzyko jego straty. Liczne rany, urazy oraz skazy psychiczne. Wszystko to zaryzykował dla osoby, która teraz stała przed nim i rozmawiała z nim życzliwie.  
     Dla Railiego.
     - No… - ale on o tym nie wiedział – szkoda że ta przygoda się kończy, ale mam zadanie do wykonania.
     W sumie był jeszcze jeden powód. Wiązał się on z Kultem, który namaścił go swoim piętnem zemsty. Nie było sensu kłamać, Kuro miał nóż na gardle, a jedynie dobrze wyszkoleni wojownicy mogli go ochronić. Sam też potrzebował treningu. Może, gdyby miał tutaj miłe wspomnienia, to w tym momencie rzuciłby się na Railiego i zaczął płakać. Chociaż – gdyby były, on nigdy nie zdecydowałby się porzucić tego wszystkiego. Każde okropieństwo i przykrość sprawiła Roy, która teraz triumfuje. W końcu wykurzyła go z zamku. No nie ma co, dopięła swego, głupia dziwka.
     - Będziesz tutaj wpadał? - to pytanie oderwało Kuro z zamyśleń – Tak jak wcześniej odwiedzałeś Marry? - żeby znowu zobaczyć tą sukę, jak uśmiecha się z ironią i pychą? Żeby wysłuchiwać obelg jakiejś niezrównoważonej kobiety? Oj, nie ma opcji.
     - Jasne – skłamał z uśmiechem. Railiemu to wystarczyło. Nawet jeżeli nie w zamku, to kiedyś się znowu spotkają. Od tego dnia, mógł być ze sobą szczery – kochał go, może nie w taki sposób jak kiedyś pokocha jedną kobietę. Ale ta miłość była i na pewno przyciągnie go do niego. Prędzej czy później.
     W tym momencie, zawiał mocniejszy wiatr, wprawiając w ruch włosy obu mężczyzn. Na niebie rozjaśniały gwiazdy, a Kuro objawił się obraz Lorraine, która wiła się z bólu na chłodnej posadce. Białka wturlały się do środka oczodołów, pozostawiając jedynie czarną otchłań. Wokół niej unosiła się tajemnicza mgła, prawdopodobnie trująca.
     Potem kolejne klisze – ułożone w złej kolejności i bez żadnej koneksji. Tak jakby jakieś dziecko zrobiło komuś na złość. Najpierw, czerwone niebo, całe czerwone. Wyglądało na zalane krwią. Ludzką. Także ziemia
- a wszędzie dookoła szepty i krzyki, Kuro czuł się jakby w jego ciele znajdował się tłum ludzi -
rozerwała się i powstała niewielka dziura. Pochłonęła ona część budynków.
     To co dalej widział, było ciężkie do opisania. Zmasakrowane ciała oraz ludzie, chodzący jak zaklęci. Jak zombie. I tak na przemian – zombie, mord, zombie, mord.
     Mord, zombie, mord.
     Wszystko okraszone wieloma niezrozumiałymi widokami. Jak można zinterpretować jakiegoś grajka, ubranego niczym pierwszy lepszy łachmyta na ulicy. Albo wielki statek, unoszący się w powietrzu, którego części nie były złączone, ale jednak tworzyły zwartą konstrukcję. Po prostu trzymała je magia. Oh, tak.
     Arka.
Czekaj, skąd to słowo mu przyszło do głowy? Tak jakby samo mu weszło do niej i się rozgościło. Dziwne.
     Ostatnie, co widział w tej krótkiej wizji, to kobieta. Siedziała na krześle, przywiązana do niego. Na oczach nosiła opaskę, spod której spływała krew. Milczała. Wiedział kto to.
     - … wiem jak tam jest i… - z daleko pobrzmiewał głos Railiego, a to oznaczało tylko tyle, że niedługo Kuro wyrwie się z amoku i wróci do świata rzeczywistego. Gnał przed siebie, w stronę Marry Jane, która uwięziona nawet nie zwróciła nań uwagi. Uciekał przed kolejnymi obrazami, jakie mógł zobaczyć. Biegł, rwał się przed siebie, ale cały czas stał w miejscu.
     Dusi się, topi się. Pomocy! - woła, ale nikt go nie słyszy.
     - … dlatego myślę… - coraz dalej, a tak blisko. Coraz bliżej, a jakby nie ruszył się z miejsca. Czuł, jak woda zachodzi zachodzi mu w nozdrzach i je zapełnia. Gardło ścisnęło się, blokując dopływ powietrza. Jego niewidzialny awatar upadł na podłogę, a obraz rozmazał się.
     Wyrwał się stamtąd z głośnym świstem. Złapał się Railiego i próbował złapać normalny oddech. Ciężko mu to przychodziło, ponieważ strach otępił go.
- Kuro, spokojnie! Co ci jest, przyjacielu? - zawołał chłopak. Próbował do niego dotrzeć, ale Kuro nic nie słyszał. Oczywiście, oprócz swojego świszczącego oddechu – spokojnie! - zawołał ponownie, a po chwili ucichł. Tętno wróciło do normy, a okropny, zachrypnięty odgłos zniknął. Tak samo jak i paraliż. Mięśnie się rozluźniły i Kuro mógł stanąć na równe nogi.
     - Nie zwracaj na to uwagi. O czym mówiłeś? - Raily nieco niechętnie przystanął na jego prośbę, ale uznał, że nie będzie go męczył pytaniami.
     - Mówiłem, że podeślę do ciebie solidną grupę fachowców, niech pomogą ci wyremontować chociaż część budynku. Zresztą – tu machnął ręką i uśmiechnął się słabo - sam zdecydujesz o co ich poprosisz. Wszystko na mój koszt… Na pewno wszystko okej? - Kuro kołysał się w przód i w tył. Widać, że rozmyślał nad czymś, ale nie wyłączył się całkowicie. Od razu spojrzał na niego i odpowiedział ze sztucznym spokojem.
     - Tak, wszystko okej. Dziękuję za trud, Raily – wprawdzie, nadal dygotał i czuł się niepewnie, ale wróciwszy myślami do niego, od razu mu się poprawiło.
     Pożegnali się. Było to ich ostatnie spotkanie przed śmiercią, kiedy to ziemia spowije się mrokiem, a na niebie pojawią się krwawe łuny.
     Według danej obietnicy, następnego dnia pojawili się robotnicy u progu drzwi. Kuro powitał ich zmęczonym uśmiechem i spojrzeniem. Miał wory pod oczami, widać było po nim, że nie spał. Nie wiedzieli, że całą noc stał na warcie, pilnując, aby nikt do środka się nie włamał. Przespał się jedynie nad ranem, około piątej nad ranem. Tylko, ile człowiek może odespać w przeciągu jednej, dwóch godzin?
     Pierwsze z poleceń było dość proste. Mieli z powrotem zamontować frontowe drzwi i zabezpieczyć je jak najlepiej przed wyłamaniem. Tylko, że było ich prawie dwudziestu. Przecież cała zorganizowana grupa nie może zająć się jednymi, cholernymi drzwiami, pomyślał Kuro. Wprowadził więc pozostałą grupę do środka i pokazał im, co mają jeszcze naprawić. Znalazły się tam między innymi kolejne, wyłamane drzwi, czy na przykład stół w kuchni. Chłopak nie martwił się o to, że mogliby zobaczyć dzieciaki. Przedwcześnie zdołał im polecić, aby udali się do ojca Clance’a, a on po nie przyjdzie, kiedy robotnicy sobie pójdą.
     - Panie Kuro, ma pan tutaj gdzie się odlać? - spytał jakiś tęgi mężczyzna, który świecił umięśnioną klatą. Na piersiach miał liczne rany i zadrapania, pewnie spowodowane ciężką pracą. Po jego kwadratowej twarzy, Kuro uznał, że jest stereotypowym robotnikiem, który oprócz tężyzny, niczego ciekawego nie reprezentuje – bo chce mi się tak szczać, że o ja pierdole – do tego język ordynarny. Zaśmiał się w duchu, a przy okazji skarcił się za arogancję. Przecież on sam używa wulgarnego języka. Wzruszył on rękoma.
     - Musicie, panie pójść na zewnątrz się wysikać – a wtedy do jego głowy, chyba wręcz z powietrza, wpadł znakomity pomysł. Całą drogę rozmyślał, czego tutaj dzieciaki mogą potrzebować. Łazienka. No właśnie! Chłop już wychodził na zewnątrz, kiedy to Kuro zdążył go zawołać – Ej, panie!
     Tak też do końca miesiąca robotnicy skończyli swoją pracę. Niestety, co nie spodobało się większości mieszkańców, aby powstała łaźnia, musieli poświęcić pokój, w którym rezydowała Lorraine, ten duży, znajdujący się pod schodami. Stało się tak, ponieważ jego położenie było najlepsze, aby podłączyć tam prowizoryczną kanalizację. Wiadomo, w całym Yami sprawa higieny nie była na najwyższym poziomie, ale jednak była.
     Wszystkie przedmioty, związane z dziewczyną, zabrali stamtąd, a łóżka powynosili. Wszystko uporządkowali i dbali o to w taki sposób, aby żaden z jej przedmiotów nie ucierpiał. Gdy Lorraine wróci do nich, będzie czuła się, tak jakby nic nie się nie stało, a wszystko będzie tak jak dawniej.
     Niestety tak się nie stało. W nocy, z trzydziestego listopada na pierwszego grudnia, Lorraine zmarła z wycieńczenia, a wraz z nią Marry Jane, która wyzionęła ducha w chatce, kilka godzin drogi od swego celu. A Kuro obudził się wtedy z wrzaskiem.
6
     Tym razem ta wizja wyglądała znacznie inaczej. Nie był już tylko widzem, ale brał tam czynny udział. Poniekąd.
     Kuro tej nocy zasnął zaskakująco szybko. Zwykle zabierało mu to ponad półgodziny, zanim odchodził do krainy snów, ale wtedy było inaczej. Specyficznie. Chłopak czuł, że pojawił się w tamtym miejscu od razu po zamknięciu powiek. Jakby się teleportował.
     Po chwili dezorientacji, rozpoznał tamto miejsce. Zawsze, gdy Oruk pokazywał mu, co się dzieję z Lorraine, starał się doszukać jakichś szczegółów, gdzie dziewczyna jest przetrzymywana. Domyślił się, po ciemnych korytarzach, celach oraz tym wielkim, latającym statku. Widok ten przeraził Kuro
(?)
na tyle, że poczuł dreszcze na plecach. Nie wiadomo czemu, ale w tamtym momencie przyszła do jego głowy strasznie absurdalna myśl. Patrząc na dryfujący okręt, widział w nim martwe dzieci.
     Po chwili, usłyszał okropny skowyt, który rozlegał się z drugiego końca sali. Głowa sama powędrowała w tamtą stronę i Kuro spostrzegł nikły cień, który przypominał mu zagubioną dziewczynę.  
     - Oruku – coś zadrżało w jego sercu, kiedy tajemnicza postać zawołała mężczyzna swoim potężnym, głębokim głosem. Nie zważał na to i chciał pobiec w stronę Lorraine, ale nie zdołał ruszyć się ani na krok. Stracił autonomię nad swoimi nogami, czy rękoma. Nawet głowa odmawiała mu posłuszeństwa. Powoli coś do niego docierało, ale zrozumiał to, kiedy jego postać odpowiedziała na wezwanie i skierowała się w przeciwną stronę. Wszystko co się teraz działo, widział oczyma Oruka.
     - Tak, ..bmmmh?
     - Musimy przywołać.. bmmmh, musimy doprowadzić naszą Arkę do końca – głos co chwilę przerywał się jakimś tajemniczym bulgotaniem i szumem. Kuro domyślił się, że to mógł być zabieg specjalny, aby  jakieś informacje nie wyciekły. Ale czemu? Przecież Oruk miał współpracować z Kuro i pomagać mu w ciężkich chwilach. Dlaczego to przed nim ukrywał?
     Nastała chwila ciszy. Tajemniczy przybysz zniknął w ciemnościach, a mężczyzna udał się do celi dziewczyny. Chłopak poddał się i obserwował jedynie to, na co pozwolił mu Oruk. Jego ślepia wbite były w dziewczynę, która wiła się z bólu. Stanął naprzeciw niej, a Kuro zobaczył niebieską poświatę, unoszącą się wokół Lorraine. Spróbował krzyknąć, ale jego głos załamał się i brzmiał, jakby chłopak znajdował się pod grubą warstwą wody.
     - …, … - znowu to samo. Obraz odwrócił się w stronę, skąd napływały dźwięki bulgotu, ale nie układały one się w żadne słowa, które zapewne pierwotnie nimi były. Tym razem nadeszły dwie osoby. Obie były mu mniej bądź bardziej znane.
     Pierwsza, to był ten sam człowiek, który rozmawiał z Orukiem kilka chwil temu. Kuro zastanawiało, kim może być ten tajemniczy „ktoś’, którego chcieli przywołać. I czym w ogóle była ta Arka? Skojarzyło mu się to z lewitującym statkiem, znajdującym się w tym pomieszczeniu, i pewnie miał rację, ale po co? Czemu miał służyć ten wielki okręt, który nawet nie jest do końca zbudowany. Brakowało mu wiele części, a konstrukcja się nie trzymała.
     A za nim…  
Kuro poczuł na sobie przerażająco zimne dreszcze, które oblazły go niczym pająki (nie był pewien, czy jego nosiciela również). Gdy ujrzał postać, która wlokła się za tajemniczym mężczyzną, nie tylko uderzyło go poczucie niewiarygodnego strachu, ale także jego serce przyspieszyło tempa. Oddech stracił na swojej naturalności, zaczął sapać (czy naprawdę?) z przerażenia.
     Najgorsze, że poznał to monstrum. Ciężko zapomnieć bladego, człekopodobnego potwora, z ostrymi zębiskami. Także jego kapelusz nie różnił się od poprzedniego razu, kiedy to Kuro miał z nim do czynienia. Ten sam, wysoki cylinder z rondem. Jednak tym razem mógł dojrzeć również resztę jego ubioru. Nosił starą koszulę, całą zzieleniałą, prawdopodobnie od wody. To samo tyczyło się jego spodni, które sięgały mu aż do kostek. Skóra gniła, ale nadal pozostawała biała i gładka.
     - … - odezwał się, Kuro to wiedział, ponieważ widział jak ruszał ustami. Widział to, więc tak musiało być. Obraz zaczął się rozmazywać, a wszelkie szczegóły zanikały we mgle. I te oczy, które patrzyły w jego stronę… czy on obserwował Kuro, czy też Oruka? Wlepiony teraz w nich obu, nie drgnął ani na chwilę. Żółtawe źrenice utkwione w chłopaka sprawiały, że czuł się on zahipnotyzowany.
     Znowu poruszał ustami, lecz tym razem zabrzmiała cisza. Odwrócił się na pięcie i otworzył klatkę Lorraine.
     - ..psze, Utopku – ostatnie słowa zabębniły niczym echo. Kuro w końcu udało się wyjść z ciała mężczyzny i mógł on poruszać się do woli. Cała sceneria zniknęła, został tylko on. I to monstrum.
     - Nie… - wypowiedział po cichu i ruszył w jego stronę. Choć miał swobodę ruchu, nie mógł postępować zbyt szybko i pochopnie. Patrzył, jak blady mężczyzna łapie ją na ręce. Przestaje dygotać, ale z jej ust i oczu wysnuwa się niebieska mgła. Jego mięśnie zdrętwiały.
     W mgnieniu oka stwór, widocznie zwany Utopkiem, rozszerzył swoją paszczę i wbił się prosto w serce dziewczyny. Ostre, niczym igły zęby wsuwały się w głąb jej klatki piersiowej. Ona powoli zastygała, a chmura osiadała. Jej prawdziwe źrenice wróciły na miejsce, a na twarzy zrodził się strach. Martwy blask jej lic przyprawiał widza o dreszcze. Wtedy też Utopek wyszarpał z jej żeber serce, które jeszcze biło. Łapczywie konsumował się nim, oblewając się cały krwią.
     - Nie!! - ktoś krzyknął, ale to nie był Kuro, tylko ktoś zza jego pleców. Ciężko było stwierdzić, co to „nie” miało oznaczać. Czy był to wrzask, aby potwór oszczędził dziewczynę, czy też po to, aby powstrzymać Kuro, żeby się nie zbliżał do niego. Monstrum nie zrobiło sobie z tego zbyt wielkiej różnicy. Popatrzyło się w stronę chłopaka, trzymając nadal w zębach niebijący organ. Jedynie co zrobił to uśmiechnął się, a cały obraz zamazała mgła.
(strach, niepewność. Utopek)
który natychmiast przeistoczył się w kolejny. Tym razem chłopak znajdował się w ciemnym pokoju. Nie widział żadnych szczegółów oprócz krzesła, gdzie związana była kobieta. Siedziała z pochyloną głową i ani drgnęła. Nie żyła.
     Kuro podszedł do niej, chcąc się jej przyjrzeć. Wzdrygnął się, bowiem w twarzy kobiety rozpoznał Marry Jane. Załamał się i najzwyczajniej w świecie zaczął płakać. To było dla niego o krok za dużo wrażeń, jak na jeden raz. Nigdy nie spodziewałby się, że obie, bliskie mu osoby zmarły w tak krótkim czasie, niżli by się spodziewał.
     Przytulił się do martwego ciała i szlochał. Spod opasek, które miała przewiązana na oczach, pociekły kropelki krwi. W tej chwili, zastygł razem z nią.
     - Odejdź od niej, Kuro – rzekł mężczyzna, która spowity mrokiem obserwował chłopaka od dłuższego czasu. Kuro zdezorientowany, rozejrzał się po pokoju, w którym oprócz Marry oraz ogromnego całunu, nie było nic widać. Gdyby teraz tu był Xen, pomyślał, na pewno pomógłby mu odnaleźć się w takiej ciemnicy.
     - Kto to mówi? - zająknął się, szukając po omacku tego człowieka. Wtem, z jednego rogu wyłoniły się kontury, które od razu nakreśliły postać, z którą miał do czynienia. Nie ciężko mu było odgadnąć, że był to Oruk.
     - Czego tu chcesz? - zadał kolejne pytanie, na które znów nie uzyskał odpowiedzi. Oruk jedynie stał naprzeciw niemu, wgapiony. Nie ruszał się od momentu, jak się ukazał. Kuro miał mu tyle za złe, a tyle samo chciał mu w tym momencie powiedzieć. Zdobył się tylko na to – Dlaczego do cholery kazałeś mi na to patrzeć? - miał na myśli śmierć Lorraine
(ten widok, rozrywanego ciała)
ale w tym momencie oboje rozumieli się jakby bez słów.
     - Bo chciałem, abyś zobaczyć to, co ja musiałem oglądać przez dłuższy czas – chwila zająknięcia została przygłuszona przez krzyk Kuro, który w gniewie powstał i stanął wyprostowany.
     - Tak sądzisz? Te dzieciaki, Ed i Henry, a nawet Mike zginęli na miejscu! Nie musieli cierpieć to co ona! - przymierzał się już do uderzenia, ale powstrzymał się – może nie z własnej woli, ale jednak. To był poniekąd świat, stworzony dzięki Orukowi. To on tutaj panował. Kuro był jedynie pionkiem.
     - Słuchaj, do cholery, te dzieciaki nie były jedyne! Jest prawie setka innych, która zaginęła. Wielu z nich przyprowadzał do kryjówki i tam pożerał, sprawiając im niewyobrażalne katusze. Poza tym, Mike został zabity przeze mnie – to zainteresowało chłopaka. Spojrzał wymownie na rozmówce, podnosząc dwie brwi.
     - Ty go zabiłeś? - dziwnym uczuciem było przywoływanie nieszczęścia, które miało miejsce ponad miesiąc temu. Dobrze pamiętał tą interwencję ze strony Świętych Łowców, chociaż nie odbiła się ona aż takim echem. Świat, w którym żył Kuro był zepsuty, pełny zgnilizny i znieczulicy ludzkiej. Takie morderstwa niestety były powszechne.
     Jednak przypadek Redwooda był inny. Ciało zmarłego miało liczne rany, przypominające zagryzienia zwierzęce. Nie należało to do najprzyjemniejszych widoków, jakie mógł doświadczyć. Michel był rozczłonkowany, wszędzie było pełno krwi. Na ścianach budynków, chłodnym sklepieniu uliczki. Kuro był tam wtedy z grupką innych żołnierzy. To, co go przeraziło najbardziej to malujący się na twarzy Mike’a strach. Zastygły.
     - Jestem nieumarłym, muszę się czymś żywić – odparł, a po chwili dodał – w prawdziwe nie do końca jestem nieumarłym. Nazwałbym siebie półżywym. To o wiele lepsze określenie – nie dawało to żadnego tropu dla chłopaka, a jeszcze bardziej zamąciło mu w głowie. Choć nie bardziej, jak kolejne wypowiedzi Oruka.
     - Czemu nie pomogłeś Lorraine, kiedy umierała? - spytał, odbiegając od poprzedniego wątku. Mężczyzna jedynie uśmiechnął się gorzko i odparł równie smutno.
     - Nie byłem tego świadomy. Pochodzę z przyszłości. W mojej linii to wyglądało całkowicie inaczej… - przyszłość? Cóż za dziwne słowo. Tak bardzo nie pojęte dla ludzkiego umysłu.
     Czymże bowiem jest przyszłość dla tak marnego bytu, jakim my jesteśmy? Mogą to być narodziny dziecka, które rośnie w brzuchu matki. Może być to ślub młodej pary, którzy siebie pragną. Pojęcie tak niesłychanie odległe i niepojętne, dla Kuro nabierało o wiele więcej sensu. Mroczniejszego.
     - Jak to możliwe? Nie masz przecież Magellana… - bełkotał pod nosem, ale ten go nie słuchał. Milczał, a jedyne co zrobił to wbił swoje osmolone palce w krwistą masę, którą miał na oczach.
     I zaczął to zdzierać. Złapał te kilkucentymetrowe mięso i zdarł, ujawniając swoje przekrwione ślepia. Wokół tęczówek tańczyły rozwidlające się czerwone żyłki, niczym sieć pajęcza.
     Nagle do jego głowy przyszła jedna myśl, która męczyła go aż do ich następnego spotkania, tym razem w świecie rzeczywistym. Nie będzie to przyjemne doświadczenie dla obu stron, ponieważ będzie poprzedzało śmierć jednego z nich. Jeżeli teraz Kuro pałał do niego nienawiścią, znacznie większą niż do Utopka, czy Kultu Demonów, to gdy po raz kolejny się spotkają, wybaczy mu.
     Ale nic to już nie zmieni.
7
     1 grudnia, 1352 roku

     - Jesteś tego pewny? - rozbrzmiało znów to samo pytanie, które David wręcz natrętnie zadawał Kuro. On opowiadał już setny raz tą samą historię. Jak trafił do celi Lorraine, jak widział jej śmierć. Do tego wspomniał o Marry Jane, która również widział martwą.
     Dzieciaki były załamane. Zresztą, nie ma się co dziwić. W przeciągu jednego dnia stracili dwie osoby, które były im bliskie,
(tak samo jak i Kuro)
a ciężko się pozbierać po takim ciosie. Dwie dziewczynki, które siedziały w kącie, płakały. Jedna nosiła okulary i nazywała się Annie. Ona chyba najbardziej przeżyła śmierć Marry Jane. Była dla niej jak matka… w sumie dla kogo ona taka nie była? Chociaż historia Annie nie była znana Kuro zbyt dobrze, to wierzył na słowo, że dziewczyna ma jakiś konkretny powód. Pewien bodziec, który tak bardzo pomógł zbliżyć się i zżyć dziewczynce z Marry.
     Obok niej siedziała jej wysoka koleżanka, która tuliła ją mocno. Zoë, bo tak się nazywała, miała ciemne, brązowe oczy skierowane były w bok. Przez jej oszklone łzami gałki, chłopak widział pustkę. Płonące zmarnowanie wypływało spod powiek. Czarne, krótkie włosy opadały na twarz, przykrywając znaczną część.
     - Tak. Obie nie żyją – odparł cały czas wpatrzony w dziewczyny. Zauważył, jak na jego słowa, niczym na wezwanie, ich czoło zmarszczyło się, wargi zadrgały.
     Ktoś się zająknął, więc Kuro mimowolnie spojrzał w tamtą stronę. Tym razem rozpłakał się na dobre David wraz drugim chłopakiem. Bodajże wołali go James, ale nie był pewien. Cóż, można by rzec, że Kuro zachował się jak skończony dupek. Zero współczucia dla tych dzieciaków, ani okazania wsparcia. Nie było po nim widać smutku, ponieważ bardzo dobrze go ukrywał. On cierpiał równie mocno jak reszta.
     Od łez powstrzymały się także dwie inne osoby. Chłopak, z którym wiele razy Kuro rozmawiał. Ten sam, którego zresztą zamienił na warcie tamtego dnia. A także dziewczyna, o długich włosach i ziemistej cerze. Patrick i Katie.
     - Miałeś je uratować! - wrzasnął po dłuższej chwili David, rzucając w chłopaka przypadkowo napotkanym przedmiotem. Siedzieli w kuchni, także jego asortyment był ograniczony. Padło na glinianą szklankę, która śmignęła ponad głową i trafiła w ścianę obok.
     - Kurwa, opanuj się Dav! - Patrick ruszył w stronę młodzieńca i popchnął go na stół. Nie było to mocno, więc nic mu się nie stało. Odpowiedział na taką zaczepkę parsknięciem i złowrogim zamachem – Ostatnio zachowujesz się gorzej niż jakaś napuszona pięciolatka.
     - On ma rację – wtrącił się Kuro, który znów odpłynął do krainy zamyśleń. Wrócił on jednak szybko i wstał z krzesła – Miałem je chronić za wszelką cenę, a spieprzyłem sprawę – popatrzył po wszystkich i mówił dalej – Nie wiem jak bardzo mam was przepraszać i czy w ogóle powinienem się wam pokazywać – (nie powinieneś – zamknij się!) - ale chce, żebyście wiedzieli, że jeżeli nie zaczniemy współpracować, skończymy podobnie – Kuro nie miał talentu do przemów, perswazji. Wiedział to, a także miał naoczny dowód w postaci kilkoro, zmieszanych dzieciaków.
     Odszedł bez słowa, zostawiając ich w smutnej zadumie.
8, koniec
     Działo się to zbyt szybko, aby Kuro mógł nad czymkolwiek nadążyć.
     Zaczęło się blisko przed północą. Chłopak tym razem usnął nieco wcześnie, ale około dwudziestej trzeciej otworzył powieki. Rozejrzał się po pokoju szukając zegara, który Kuro zamówił u znajomego zegarmistrza. Podobny stał od jakiegoś czasu w jadalni, obok kuchni.
     - Która godzina? - zapytał sam siebie, a raczej swojego towarzysza, ponieważ nie potrafił dostrzec wskazówek. Wtedy Xen odpowiedział mu, że za chwilę wybije jedenasta w nocy. Podziękował, tym razem w myślach i położył się z powrotem na łóżko. Zamknął powieki i spróbował po raz kolejny usnąć.
     Nie było mu to już dane, ponieważ niemal po chwili rozległ się wstrząs i potężny huk.
     Kuro poderwał się i wstał na równe nogi. Podszedł do biurka, na którym leżały jego spodnie, w których był ukryty jego zegarek oraz sztylet. Szybko je założył, a gdy to zrobił, jakby na zawołanie, budynek zaczął się zawalać. Ściana naprzeciw niego runęła, a podłoga przechyliła się w taki sposób, że chłopaka porwała nieznana siła i ściągnęła go aż do przepaści. Złapał się krawędzi pokoju i balansował nad wyrwą, która biegła wzdłuż miasta.
     Kuro powoli zbliżał się do gruntu, a gdy był na odpowiedniej wysokości, zeskoczył i odbiegł na odpowiedni dystans. Aż w końcu upadł, a razem z nim, dom dziecka rąbnął o podłoże, rozbryzgując dookoła kurz i resztki desek. Instynktownie skulił się, osłaniając głowę. Kiedy się uspokoiło, postanowił on wstać i zobaczyć co spowodowało tą anomalię. Wtedy usłyszał po raz pierwszy dźwięk fletu.
     Nie była to idealna, przejrzysta muzyka, a bardziej chrzęst i skrobanie. Chłopak zmarszczył brwi i chciał zatkać sobie uszy, ale w tym momencie się porzygał na siebie. Jego wymiociny były pełne krwi, a ten widok przyprawił go o takie mdłości, że stracił przytomność. Ostatnim obrazem wtedy, który zanotował, było błyskające się, fioletowo-czarne niebo.
     Minęło ponad półgodziny, nim Kuro znowu wrócił do świata żywych. Podczas jego ‘nieobecności’ zdążyły już zagrać dwie kolejne pieśni, które pobrzmiewały na całym świecie. Muzyka, która wywołała tłumy ludzi z domów i poprowadziła ich ku przeznaczeniu.
     Nagle, jakaś zlodowaciała ręka dotknęła go w ramię, przyprawiając go o kujący ból. Otworzył szeroko oczy i spojrzał na tajemniczą postać.
     - Ku..ro – wyszeptał chłopak, którymi rysami przypominał Patricka. Jednak to nie był dokładnie on. Jego skóra gniła, a oczy zaszły mgłą. Spływały z nich łzy, które spadały na kamienie. Ręce miał wychudzone i kościste. Coś co przykuło jego uwadze to to, że ubrania dotknęły ten sam zielonkawy nalot, który miał Utopek. To dało do myślenia Kuro, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, Patrick rzucił się na niego. Przygniótł jego obie ręce i schylał się ku niemu, aby go pożreć. A przynajmniej tak to wyglądało. Rozwarł paszczę,chcąc  ugryźć go w szyję.
     Walcz do cholery, bo tutaj obaj zginiemy!- zawołał jego cienisty pomocnik. Ale jak, skoro jest uziemiony. Do głowy przyszła myśl, która na szczęście okazała się skuteczna. Czuł słaby nacisk na nogach z jego strony. Poderwał jedną z niewyobrażalną siłą, serwując mu solidnego kopniaka. A potem drugiego. Mimowolnie twarz oponenta się skrzywiła z bólu, a ucisk się zwolnił. Kuro musiał to wykorzystać, inaczej by zginął. Złapał za sztylet, który krył się w jego kieszeni. Wystarczył mały zamach, aby wbić go Patrickowi na całą głębokość.
     Korpus bezwiednie osunął się na bok, taplając się w wymiocinach Kuro. Chłopak odetchnął i wstał na równe nogi. „Jednak kop w jaja zawsze boli” - przemknęło mu przez głowę, zaśmiawszy się ponuro.
     Niebo rozjaśniło się i nastał potężny grzmot. Spojrzał w stronę nieba, a widok sprawił, że zamarł on z przerażenia.
     Nad zamkiem królewskim dryfował wielki statek. Był on potężną konstrukcją, wykonaną z ciemnego drewna. Nie miał masztu, ale wielkie bale przeznaczone na jego przewieszenie mimo wszystko stały. Na jego kadłubie tańcowała pewna postać. Trzymała ona w dłoniach flet.
To on. To on jest temu wszystkiemu winien. Utopek, Arka. Tak. Arka. To ona.
     On pływa, dryfuje.
Kuro wpadł w pewnym sensie w efekt katatonii. Z pozbawionym uczuć spojrzeniem, utkwionym w Arkę, osunął się na kolana. Wokół rozgrywało się piekło. Wiele ludzi, podobnym Patrickowi zbliżało się do chłopaka chcąc go zabić. W tym też czasie rozbrzmiała ostatnia pieśń, zwana Końcem.
Oj, tak.
Końcem…
     Nim stracił całkowicie świadomość, ktoś znalazł się przy nim, po czym zniknął. Ale ten ktoś zmienił po raz kolejny bieg wydarzeń, ratując Kuro, Patricka oraz wielu innych przed
     ...świata.
------
Quoniam sapientia cavnis, munditiam covpis! Poena quisque pevrenive et Dei! - Grzeszny umysł, czyste ciało. Boska kara każdego dosięgnie (przypuszczalne tłum. Łac.)

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 2 listopada

    Dokąd  to zmierza? Poplatane są losy bohatwrów.