Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Rozdział 3

R o z d z i a ł  3
     "Cisza"
1
          17 listopad, miejsce bliżej nieznane
     Od ponad godziny Lorraine była na tyle przytomna, by móc wsłuchiwać się w otaczającą ją ciszę. Nie wie ile spała, czy to był w ogóle sen. Leżała na kamiennej posadce, która kuła ją niemiłosiernym chłodem. Postanowiła w końcu otworzyć oczy. Nie sądziła, że coś może się wydarzyć, szczególnie jeśli przez taki ogrom czasu nikt tutaj nie przechodził.  
     Wpatrywała się teraz w sufit, który z jej pozycji wydawał się być wysoki, ale kiedy stanęła, to jej głowę dzieliły jedynie centymetry. Nim jednak wstała, postanowiła rozejrzeć się wokół siebie. Po chwili żałowała tego, ponieważ oprócz przemokniętych ścian, ociekających brudną wodą, zauważyła, że jej lewa ręka, w znacznej części była odcięta. Odstawała jedynie niewielka część zakończona kikutem owiniętym bandażami. Zmroziło ją od środka i chciała wrzasnąć, ale jej strach sparaliżował ją do tego stopnia, że wydobył się tylko głuchy jęk. Oparłszy się o drugą, na szczęście, całą rękę, chciała wstać. Przeszyło ją momentalnie okropne uczucie, które powaliło ją ponownie na ziemię, tym razem plecami do góry. Poczuła, jak woda mrozi jej brzuch. Nie mogła dalej tkwić w bezruchu. Przeczołgała się do najbliższej ściany i wraz jej pomocą stanęła na nogach. Choć wewnątrz niej, wręcz paliło od tego bólu w lewej ręce, to zdołała utrzymać się w pionie… by zaraz po tym upaść po raz drugi, lecz tym razem nie próbowała wstawać. Usiadła w rogu i wpatrywała się w żelazne pręty, które zastępowały czwartą ścianę, tworząc z tego pomieszczenia, coś na pozór klatki.
     Tkwiła w tej pozie przez kolejną godzinę. Rozmyślała, a raczej próbowała. Wspominała swoje wczesne życie z dwójką najmilszych mężczyzn, których miała okazję spotkać. Lucas… i Peter. To dziwne. Chociaż nie byli jej rodziną, to właśnie takich ich widziała. Jak swoją pierwszą, prawdziwą rodzinę. Kochającą rodzinę. Nigdy w zasadzie nie myślała o tym. Chyba też nie miała potrzeby, bo w pewnym momencie straciła poczucie, czym tak naprawdę jest miłość i więzi. Uśmiechnęła się, a z jej oczu popłynęły łzy. Jej usta wykrzywiły się w grymas smutku, zaś w sercu  kuło ją niemiłe uczucie. Samotność. Strata.
     Płakała, a wraz z nią jej małe serduszko, które nieco przyspieszyło rytmu. Nie pomyślałaby nigdy, że śmierć tej dwójki takie emocje na nią wywrze. Pamięta tamten dzień, Jak mogłaby zapomnieć?
     
     Było to jedno z nielicznych świąt obchodzonych w Yami. Pod koniec grudnia, świętowano Dni Żniw. W wyniku temperatur panujących tutaj, takowe święto obchodzono pod koniec roku. Podobno w innych krajach było to niemożliwe, ponieważ występowało takie zjawisko, jak pory roku,a same żniwa kończyły się w sierpniu. Dowiedziała się tego od Lucasa, który pochodził z Ōmori, Opowiedział jej o niesamowitych dożynkach, które tak samo jak w Yami i każdym innym państwie były świętem narodowym. Oddawali wtedy cześć Najwyższemu Bogu, za dostatek i plony. Kiedy u nich świętowanie ograniczało się do uroczystego obiadu, to na zachodzie była to uroczystość na kilka dni. Odprawiano modlitwy, puszczano tak zwane fajerwerki(sztuczne ognie, układające się na niebie w przeróżne kształty – tak to tłumaczył Peter, który był świadkiem takiego widowiska), a uczty były na miarę królewskich, nawet w tych wiejskich częściach. Wszystko prowadziły cztery, najważniejsze zakony. Najbardziej młodą Lorraine zaciekawiły fajerwerki. Dwójka mężczyzn obiecała jej, że pogadają z pewną kobietą i będzie im dane uciec na zachód.
     Chyba już wtedy Lorraine wiedziała, że wisi nad nimi piętno śmierci. Nie tylko przez ich smutne twarze, które ostatnio tak często widziała. Była to po prostu dziecięca intuicja, która niestety nie raz się sprawdzała. Mimo tego, postanowiła, że będzie ich na swój sposób bronić. Przerażała ją postawa Duke’a, nieznośnego brata Petera, który coraz bardziej wygrażał się jej rodzinie, ale była silna. Wierzyła w lepsze czasy. Kochała ich, a oni ją.
     Niestety, tego feralnego dnia dożynek, kiedy zasiedli do rodzinnego stołu. Nie minęła chwila, a do środka dobijał się ktoś natarczywie. Najpierw rozległo się w miarę ciche pukanie, żeby po chwili rozbrzmiała seria potężnych uderzeń. Pierwszy wstał Lucas z miną jakoby zobaczył ducha. Wymienił spojrzenia z Peterem, który również się przeraził. Wziął dziewczynkę za rękę i zaprowadził do ich pokoju, ryglując drzwi za sobą. Kiedy się znaleźli w pomieszczeniu usłyszeli huk. Brzmiało to bardzo poważnie, co ją przeraziło. Przytuliła się do Petera z płaczem.
     - Co się dzieje, Peter? - zapytała łamiącym głosem, a wtedy ktoś próbował dobić się do pomieszczenia gdzie się znajdowali. Rozbrzmiało pierwsze uderzenie.
     - Schowaj się pod łóżkiem, Lorraine… - ukucnął do niej i pocałował ją w czółko (teraz myśląc tak o tym dotknęła się w tamto miejsce z sentymentem i trzymała się tam przez jakiś czas) – Oboje cię kochamy, słonko. Żyj dla nas – to była ich ostatnia rozmowa w życiu. Dziewczynka ucałowała go w policzek, który był szorstki przez jego delikatną brodę. Uśmiechnął się do niej (drugie uderzenie), chociaż oboje wiedzieli że jest to nieodpowiednia sytuacja, aby się cieszyć. Oderwała się od niego i (trzecie uderzenie – zaraz wyważą te drzwi, pomyślał Peter) schowała się tam, gdzie kazał jej mężczyzna.
     Za czwartym uderzeniem drzwi wypadły z zawiasów, czemu towarzyszył straszny grzmot. Dziewczynka spostrzegła jak upadają one na podłogę. Z jej pozycji widziała również, jak kolejne osoby wchodzą do pokoju i osaczają go. Bez zbędnych słów jeden z nich, na którego wołali Goliat, zwrócił się do Petera.
     - Gdzie ona jest? - zaskrzeczał, a odpowiedziała mu cisza. Stęknął groźnie i uderzył go z otwartej dłoni – pytam gdzie ona jest, do cholery?
     - Eksportowaliśmy ją stąd. Już jej nie ma w kraju – pierwszy poważny cios powalił go na podłogę. Chyba zauważył w tej ciemności jej szklące się, czarne oczy, bo chciał się uśmiechnąć, ale zamiast tego zakrztusił się. Z ust pociekła krew. Dwóch typów dźwignęła go i przywarła do ściany. Chciała krzyknąć, ale odruchowo przytknęła sobie usta. Zaskoczyło ją to. Pierwszy raz w życiu ciało nie zgrało się z jej myślami. Nie uchroniło ją tego, bowiem wścibskie oczy jej wujka dostrzegły ją. Tak, Duke też był tego dnia z nimi. Nasłał na nich żołnierzy. Rozpieprzył ich rodzinę w drobny mak.
     - ‘Eksportowaliśmy’, heh? - burknął Nawton wyciągnąwszy dziewczynę spod łóżka.
     - Ty pierdolony zboczeńcu! – wrzasnął jeden z opryszków i uderzył go pięścią w brzuch. Peter stracił oddech. Próbował jak najszybciej go złapać, przez co zaświszczał. Kolejna, potężna seria uderzeń spadła na mężczyznę – Dziecko chcieliście wykorzystać, popaprańcy? Potworze jeden! - krzyknął drugi. Oj nie, mylisz się. Jedynymi potworami jakie tutaj się znajdują jesteście wy , pomyślała Lorraine. Chciała to wykrzyczeć, lecz strach stłamsił jej głos. Jedynie zdołała zająknąć się z płaczem.
     Goliat sięgnął po nóż i chciał go zabić. Wtedy uczucia, jakie nosiła w sobie, miłość wobec swojej rodziny, otworzyły jej usta, pozwalając jej mówić.
     - NIE DOTYKAJ GO! - warknęła na mężczyznę, a ten niemal od razu się odwrócił. Widać było po jego wyrazie twarzy, że jest oburzony jej zachowaniem. Obnażył zęby w gniewie i zamachnął się pięścią w jej stronę. Przymknęła oczy, przygotowawszy się na ból. Ten jednak nie nastąpił. Poczuła tylko groźny powiew wiatru, nic więcej. To Duke odchylił ją od ciosu. Goliat jeszcze bardziej się zdenerwował.
     - Zawarliśmy umowę, Goliat – burknął ten pierwszy. Ten drugi zaś prychnął i wyszedł z pokoju.
     - Wkurwiają mnie mieszczanie, a w szczególności takie smarki jak ty – tutaj zwrócił się najpewniej do Lorraine, bo zaraz potem dodał – Mam go nie dotykać? A może ten psychol właśnie tego chce? - wynieśli Petera z pokoju i postawili na krześle, naprzeciwko niej. Miał całą spuchniętą twarz, z której bryzgała ciepła krew. Wymienili obaj spojrzenia – swoje ostatnie.
     W mgnieniu oka, Goliat rozciął mu szyję, z której rzygnął czerwony strumień, pryskając po deskach ich wspólnej kuchni. Mężczyzna opuścił bezwiednie głowę, plując na siebie swoją własną krwią. Już tylko na chwilę podniósł wzrok w stronę dziewczynki. Poruszał delikatnie ustami, jakby chciał powiedzieć, że ją kocha. Po czym nóż przeszył jego szyję na wylot, a Peter upadł na ziemię martwy. Lorraine zastygła w bezruchu, patrząc na nieruchome ciało jej – chyba pierwszy raz go tak nazwała – ojca. Prawdziwego tatusia, którego kochała z całego serca. Niestety wraz z nimi, zginęło również i ono. Potem wynosząc ją z mieszkania, zobaczyła Lucasa, którego głowa była rozwalona o ścianę. Nie płakała, bowiem jej serduszko robiło to za nią.     
     Dla niej dalsze losy były niczym zły koszmar, z którego musiała w końcu się obudzić. Duke nie oszczędzał jej choćby na chwilę. Nie była pewna, czy stawiany opór jedynie wzmógł nękania. Mieszkali sami, ponieważ żona opuściła go z powodu szaleństwa, które go opanowało. Lorraine mogła dostać w twarz za byle przewinienie. Nie obyło się niestety bez wykorzystywania. Mężczyzna był obłąkany. Dziewczyna uważała go za potwora, zaś on ją za dziwkę. Nie szczędził na nią słów. Zniszczył jej życie, zabił rodziców i jeszcze ją wykorzystywał. I on uważał ich za złych?  
     
     Płakała tak w kącie, aż przypomniała sobie Marry Jane i Kuro. Pamiętała dzień, kiedy kobieta przyjęła ją pod dach. Pewnego razu wykorzystała okazję, kiedy Duke zasnął w głęboki sen. W alkoholicznym szale oberwała kilka razy gołą pięścią. Na zewnątrz padały grube krople deszczu.  wybiegła z przesiąkniętej okropnym odorem chałupy i ruszyła przed siebie. Mknęła przez miasto.  wa razy poślizgnęła się o śliską taflę kamieni. Z ust sączyła się krew, a jej łzy mieszały się z  deszczowymi.
     Wtedy przed nią stanęła tajemnicza kobieta z parasolką. Chociaż, ciężko ją tak nazywać. Gdyby nie jej dorosła prezencja i pewna… ciężko to opisać, ale gdyby nie też pewna aura dorosłości, jaka ją otaczała, można by uznać, że jest zaledwie parę lat starsza od Lorraine. Młodziutkiego wyglądu dodawały jej niski wzrost, gładziutka cera oraz strasznie groteskowy ubiór. Była to szeroka, biała sukienka, ozdobiona ciemnofioletowymi falbankami. Bufiaste ozdoby na barkach, oraz mały kołnierz. Do tego jej długie granatowe, prosto zakończone włosy opadały na ramiona, zaś z góry układały się w delikatną grzywkę, która przykrywała część twarzy. Jej szare oczy okalała intensywna czarna kredka. Parasol był dopasowany do jej stroju, co dodawało jedynie gracji.
     Dziewczyna patrzyła na Lorraine z góry. Mała widziała w niej królewską osobowość, także tym bardziej zaskoczył jej gest. Bowiem ona pochyliła się nad nią i użyczyła jej parasola. Nie obchodził ją deszcz, który łatwo mógł zmyć jej makijaż, ani to, że jej strój moknie w niewyobrażalnym tempie. Lorraine przeszło malutkie poczucie ciepła, spowodowane nagłym odcięciem od tnącej wody. Było ono tylko chwilowe, ale jak przyjemne. Wtedy kobieta zwróciła się do niej, cichym głosem.
     - Ty jesteś Lorraine? - zapytała. ‘Skąd ona zna moje imię?’ - zdziwiła się dziewczynka. Pomyślała błędnie, że pewnie jej wizerunek był publikowany w gazetach, jako „ofiara” dwóch gejów. Dlatego nie przejmowała się tym więcej i po prostu pokiwała głową.
     Tamta uśmiechnęła się delikatnie i wyciągnęła ku niej rękę.
     - Chodź, zaprowadzę cię do domu – ta przestraszyła się i zaczęła machać rękoma. Odsunęła się na chwilę – do nowego domu, Lorraine. Duke już cię więcej nie skrzywdzi – może to zmęczenie, a może urok kobiety sprawił, że dziewczynkę naprawdę nie zaintrygowało, skąd ona tyle wie o niej. Odetchnęła z ulgą i złapała ją delikatnie za dłoń – Zapłaci za swoje… - wtedy Lorraine nie słyszała tych słów. Sądziła, że było to jedynie głuche mruknięcie. Teraz jednak była pewna tego. Miało to sens, ponieważ łączyło się z kolejnymi wydarzeniami, jakie miały trzy dni po tym wydarzeniu.  
     Zapytała o imię tamtej kobiety. Pamięta, że nazywała się dziwacznie, nawet jak na standardy Yami. Zaprowadziła ją do pani Marry Jane, zapewniając, że będzie tylko lepiej. Może, nie musi…
     - Trzymaj się, dzieciaku – powiedziała Loli, w swoim groteskowym odzieniu – kiedyś się spotkamy – tak o to obie dziewczyny spotkały się po raz pierwszy i ostatni w życiu. Nigdy więcej się nie widziały na ulicy. Nigdy już nie ujrzała tego przedziwnego stroju. Loli dała o sobie jeszcze raz znać, chociaż w tamtym czasie Lorraine nawet przez myśl nie przeszło, że ona ma coś z tym wspólnego.
     Otóż trzy dni później, Duke Nawton nie poszedł kolejny raz do pracy w sklepie, co strasznie opóźniło obieg towarów i umniejszyło zarobki. Tak można było wyczytać w jednej z gazet: „Właściciel w gniewie udał się do domu Duke’a Nawtona, który już któryś raz opuścił dzień pracy. Z myślą, że zastanie mężczyznę pijanego, chciał go ukarać wypowiedzeniem. Faktycznie, zastał go, ale nie pijanego… tylko z rozwaloną głową”…

2
     Cały jej pobyt w domu dziecka nie był owiany zbyt wieloma dobrymi wspomnieniami. Szczególnie początki były bardzo trudne.
     Po przeżyciach z Duke’iem miała trudności z zaufaniem. Pomimo szczerych i czystych intencji Marry Jane, nie potrafiła. Śmierć Petera i Lucasa głęboko utkwiła jej w pamięci. W głębi serca nadal to przeżywała, choć mogła tego nie okazywać, do momentu, kiedy trafiła do zamkniętej przestrzeni, bez jednej ręki i w poczuciu agonalnym. Tak jakby śmierć, która stała teraz przed nią, otworzyła dla niej oczy.
     Podniosła się, nie zważając na przeszywający ból. Myśląc o pani Jane, a także poniekąd o Kuro, napawało ją to siłą. Tego drugiego znała krótko, ale zdołała się otworzyć dla niego. Idąc ku żelaznym prętom, myślała o wspólnych nocach, kiedy wybudzona przez zły koszmar mogła się przytulić. Nawet teraz czuła jego ciepło. Te kilka dni, pomogły jej inaczej też na to wszystko spojrzeć i pozwoliły poczuć się bezpiecznie.
     Teraz wiedziała, że chce walczyć o swoje życie. Była świadoma przeszkód i trudności, z jakimi wiązało kalectwo. „Ale będę wdzięczna, kiedy będę mogła dalej żyć, nawet bez lewej ręki. Chcę pozwolić znowu Marry Jane, aby darzyła mnie matczynym ciepłem, jak wcześniej”. Doczłapała się do krat i wyjrzała przez. Zlękła się, odsuwając się momentalnie stamtąd, aby znowu się przybliżyć.
     Zobaczyła tam ogromny statek, a raczej wrak, unoszący się nad ziemią. Znajdował się w ogromnej przestrzeni. Przypominało to kanały, ale przecież w Yami nie było żadnych ścieków, czy jak to tam się nazywa, pomyślała. Może jaskinia? Taak, to bardziej prawdopodobne niż jakieś instalacje kanalizacyjne, które tego czasu były stosowane jedynie w  Ōmori.
     Ten okręt miał dziwną prezencję. Otóż części, w ogóle nie łączyły się w całość, tylko dryfowały blisko siebie. Było też coś, co przeraziło dziewczynkę. Chociaż nie miała pewności czy to… niee, to niemożliwe.
     Nagle ktoś przemknął z prawej strony... Ktoś na nią spojrzał i zmierzał ku niej, przez co  szybko straciła się z widoku. Wróciła do tego samego miejsca i usiadła, udając, że śpi. Usłyszała jak ktoś dyszy i warczy. Długi cień padł na jej twarz. Podniosła delikatnie powieki, żeby nie było widać, że ona go obserwuje. Nie widziała zbyt wiele, ale rozpoznała w tej postaci tą samą, która zabiła Henrego, a później rzuciła się na nią dwa razy. Lorraine domyślała się, że ten potwór wie o jej spojrzeniu na nim. Nie przeszkadzało mu to widocznie. W końcu to ona jest więźniem, a on ‘strażnikiem’. On łowcą, a ona zwierzyną.
     Po chwili obserwowania cień zniknął, a wraz z nim tajemnicza postać. Otworzyła szeroko oczy z powrotem i rozejrzała się. Chyba z godzinę tkwiła tak w tej pozie, nim odważyła się lekko poruszyć. Obecność tego potwora przypomniała jej o porwaniu tamtej nocy. Nie była pewna, czy to było wczoraj, czy trzy dni temu. Mimo to, czuła że to całkiem niedawno. Przeszły ją dreszczy, kiedy przypomniała sobie, że…

     ...słyszy głosy. Znowu te głosy. Jakby nie mogły sobie odpuścić i za punkt honoru obrały sobie nękać Lorraine i inne dzieci z przytułku. Leżała wtulona w plecy Kuro, kiedy po pokoju rozniosły się szepty, wołające ją po imieniu.
     Dziewczynka otworzyła oczy. Z początku ani drgnęła, w obawie, że ktoś tam stoi, jednak już po chwili dźwignęła głowę, rozglądając się dookoła. Zastała jedynie głęboką ciemność, na które padały krótkie poświaty księżyca. W pomieszczeniu nic się nie wyróżniało. Żadne przedmioty, krzesła, czy ubrania. Wszystko zlewało się w jedną całość. Chociaż jakby tak pomyśleć to nie. Było coś, co się wyróżnia. Mianowicie cień, który miał posturę chłopca. Lorraine zobaczyła, że stał przy drzwiach. Podniosła się na łóżku, spoglądając w tamtą stronę, ale dopiero gdy kolejny raz rozległy się szepty, potrafiła go dostrzec.
     Wyglądało na to, że wyciągnął przed siebie rękę w przyjaznym geście. Jego kontury przypominały jej Henrego, więc może dlatego zsunęła się spod kołdry i chciała za nim podążyć.  
     - Chooooodź – powiedział do niej i zniknął za drzwiami. Dziewczynę przeszły dreszcze oraz poczucie lęku. Już raz spotkała coś takiego, tam na strychu, parę dni temu. Odwróciła się i chciała pójść z powrotem spać, a gdyby cienie nie dawały jej spokoju, mogłaby zbudzić Kuro. Przecież opowiadał, że potrafi nimi władać.
     Gdy odwróciła się na pięcie i skierowała się, tak przynajmniej myślała, do łóżka, wpadła z głuchym uderzeniem w drzwi. Odsunęła się raptownie, masując się po czole. Momentalnie zdała sobie sprawę z tego, że znajduje się na korytarzu. Strach ukuł ją niemiłosiernym chłodem, a szyja zalała się zimnym potem. Serce przyspieszyło pracę, co odbiło się to nieregularnym oddechem. Spojrzała w lewo. Spodziewając się tego, zobaczyła tam przerażającą postać. Chociaż ciemność nie pozwalała ją dokładnie dostrzec, to rozpoznała w niej Henrego.
     Nagle poruszył się i zniknął za drzwiami. Nie chciała, ale coś pchnęło ją, aby pójść za nim. Stanęła mniej więcej w tym samym miejscu, gdzie go widziała. Łazienka…. To tam poszła zjawa.  
     - Lorrainee – serce podskoczyło jej do gardła. Pomimo tego, że było miło znów go usłyszeć, to nadal czuła strach i niechęć. Coś zmuszało ją, aby postawiać kolejne kroki z jego stronę, a coraz wyraźniejszy głos utwierdzał, że znajduje się w wielkim niebezpieczeństwie.
     Weszła do środka, a jaskrawe światło buchnęło jej prosto w twarz. Ciało odmawiało posłuszeństwa. Cały czas pchało ją do przodu. Mimo silnej woli, nie mogła się sprzeciwić. Zamknęła za sobą drzwi i rozejrzała się po pomieszczeniu. Nic się nie wyróżniało. Tylko światło bijące od tych obskurnych lamp było zbyt jasne.
     - Tuuutaaj – wyszeptała zjawa, a wraz z nią pojawiły się inne odgłosy. Jeszcze bardziej przerażające. Popatrzyła w stronę, skąd to się wydobywało. Jej zielone oczy zatrzymały się na wannie znajdującej się przy ścianie. Widziała, że tafla wody, bowiem cały zbiornik był wypełniony aż po brzegi, faluje. Czuła w sobie ten strach, że te jęki, chichoty i szepty wprawiają ją w ruch. W końcu podeszła do niej i zobaczyła, że nie widzi swojego odbicia.
     Co więcej, zobaczyła tam tą postać, która ją tu przywiodła. Henry trzymał splecione dłonie na torsie i unosił się na wodzie. Oczy miał zamknięte, a na szyi widniały czerwone szwy, które umocowały jego głowę do ciała. Skórę miał pobladłą, a włosy, jak niegdyś miały odcień pięknego kasztanu, tak teraz posiwiały.
     Woda mimo swoich ruchów nie zatracała obrazu. Nadal go widziała, jakby faktycznie tam leżał. Martwy. Położyła lewą dłoń o kraniec wanny, starając się nie dotykać wody. Nagle, usłyszała trzask. Obejrzała się energicznie z prawej strony i zobaczyła, jak kluczyk przekręca się, ryglując drzwi. Chciała tam podejść jak najszybciej, ale niestety, gdy jej opuszki palców musnęły fałszywy obraz, czyjaś ręką, pociągnęła ją do siebie. Uderzyła się. Sycząc z bólu zerknęła na wannę i od razu zamarła. Henry patrzył na nią czarnymi oczodołami – gdzie kiedyś by widniały głębokie, brązowe oczy.  
     - Czas kąpieli, suko – choć jego usta się poruszyły, to nie on przemówił. Wtedy także, obraz się zamazał, a spod wody wyłonił się demon – ten sam, którego już nie raz widziała, tak samo jak Eddie, czy Henry albo Kuro. Te same zżółkniałe oczy, przekrwione. Biała cera, kapelusz z rondem i  obnażone, spiczaste zęby. Teraz zauważyła, że tak naprawdę wpatrywała się w krew. Nie było żadnej cholernej wody, tylko ta pieprzona krew. A ona trzymała w niej rękę. Próbowała się wyrwać, gdy w pewnym momencie przestała ją czuć. Rzygnął na nią czerwony strumień, ochlapując znaczną część łazienki. Wpatrywała się z przerażeniem, jak wbija swoje zęby w ramię, a z jej kikuta cieknie krew.
     Nim straciła przytomność, pamiętała, że demon złapał ją za szyję i wciągnął przez otwór w wannie. Wprawdzie, znajdowała się tam krótka rura, która wylewała wodę na kamienne dróżki, jednak, kto by się przy porywaniu na wpół martwego dziecka tym przejmował?

     Została wyrwana z zamyśleń, przez tajemniczego mężczyznę, który pojawił się za kratami jej celi.
     - Dziewczynko – choć znał jej imię, wolał go nie wypowiadać, aby nie zdradzić poniekąd swojej tożsamości. Wolał, żeby została ona na lepszą okazję. Lorraine, ocknęła się z amoku i spojrzała na niego – jak się czujesz? - spytał, kiedy zobaczył z jej strony reakcję.
     - Mam urąbaną lewą rękę, do tego jestem uwięziona i jest w cholerę zimno. Serio pytasz, jak się czuję? - zadrwiła z niego, zanosząc się kaszlem, a jej blond włosy opadły na twarz. Wtedy zobaczyła, że są przemoknięte i zniszczone. Tamten człowiek jedynie się zaśmiał i uklęknął patrząc na nią.
     - Niesamowite, jak te dzieci stają się wulgarniejsze – odparł, całkowicie zbaczając z tematu – Ja nigdy nie starałem się przeklinać za dzieciaka, chociaż teraz się coś zepsuło po drodze – dziewczynka uśmiechnęła się, opierając brodę o kolana.
     - Gdy mieszkałam z Peterem i Lucasem, nigdy nie przeklinałam… - powiedziała, a łza spłynęła jej z prawego oka. Otarła ją i zaciągnęła trochę powietrza – za to Duke… on używał przekleństw jak przecinków - Milczał, tak samo jak ona. Przypomniała sobie tamto pytanie i odpowiedziała – czuję się beznadziejnie...
     - Wiem… - szepnął mężczyzna, przez co go nie usłyszała. Nie zwracała na to zbyt wielkiej uwagi. On wyprostował jedną nogę, pochylając głowę do tyłu. Oparł ją o metalowe kraty. Lorraine obserwowała go i nagle… poczuła się bezpieczniej w jego towarzystwie. Zbliżała się po trochu w jego stronę. Gdy znajdowała się na tyle blisko, że  był wręcz na wyciągnięcie ręki, wybąkała;
     - Gdzie ja jestem?  
     - Nie mogę ci powiedzieć, bo nas podsłuchują – odpowiedział spokojnie. Choć całkowicie ją to nie zadowalało, musiało jej wystarczyć. Poczłapała jeszcze bliżej, aż w końcu była blisko niego. Nurtowało ją jeszcze jedno pytanie, znacznie cięższe. Musiała je zadać.
     - Ile jeszcze przeżyję... – nie była świadoma, że jej własne pytanie bardziej ją przerazi niż Oruka, który siedział teraz przy niej, czy Kuro, który obserwował tą całą sytuację z bardzo daleka – możesz mi powiedzieć?
     - Przykro mi, ale nie wiem… - rzekł i poczuła, że on tak samo spochmurniał. Wiedziała, że ma dobre serce. Nie zbył jej, ani nie traktował gorzej. Usiadł z nią i rozmawiał, a nawet dzielił z nią emocje. Dlatego dotknęła jego pleców, a głowę oparła w tym samym miejscu gdzie on. Choć pręty mroziły ją w czoło, to poczuła jego ciepło, a przez jej głowę przeszła pewna myśl. „Zupełnie jak on...”
3
      18 listopad, pokój Kuro
     - Dlaczego mi to pokazujesz?! - krzyknął chłopak obserwując Lorraine, jakby zza okna. Nie był to idealny obraz. Miejscami się rozmywał, mimo to, mógł poznać dziewczynę oraz Oruka ze stopioną skórą. Obaj siedzieli obok siebie, ale dzieliły ich metalowe pręty. Widok dziewczyny przyprawił Kuro o dreszcze i poczucie winy. Upadł na kolana, odwracając wzrok od jego wspomnień.
     - Żebyś wiedział, że żyje.
     - Ale sam powiedziałeś, że nie wiesz jak długo! - drżał. Choć nie znał myśli dziewczyny, czuł, że oboje dzielą się takimi samymi uczuciami. Stali się wobec siebie bliscy i zaufali sobie. Ona mogła poczuć się bezpiecznie przy nim, a on miał osobę, której się wyżalał. Tak, dobrze wiedział, że te parę dni to było bardzo krótko, ale on tego potrzebował. Poza tym, wiązała go z Marry Jane obietnica, że ją ochroni. Spieprzył po całości i pluł sobie za to w brodę.
     - Tak, wiem… - westchnął i zamilkł. Wyglądał, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć, ale może łzy i pojękiwania Kuro zmusiły go do ciszy. Zdołał tylko uklęknąć przy nim i dotknąć go na ramieniu.  
     Nie był świadomy, że Oruk obserwuje przez te warstwy opuchlizny i mięśni  jego znamię. Z  wiekiem, te okręgi rozprzestrzeniły się po skórze. Teraz bardziej znajdowały się one na plecach, chociaż nadal skierowane były w stronę prawego barku. Tak jakby ten tatuaż przemieszczał się powoli na środek. Nawet Lorraine, przy której musiał spać w koszuli.
     - Co to? - zapytał mężczyzna, dotykając swoją szorstką dłonią jeden z pierścieni. Nie był pewien, ale w środku złączenia tych trzech okręgów pojawiła się mała gwiazdka.
     - Traktat świadczący o tym, że między mną, a Xen istnieje więź, która pozwala mi władać jego siłą. Nie pamiętam gdzie go dostałem, wydaje mi się, że był ze mną całe życie – Oruk otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale w czas się powstrzymał.
     - Nie ciąży ci?
     - Niee, przynajmniej mogę używać magii… - odparł Kuro, a zaraz za nim wciął się Oruk stanowczym głosem.
     - Magii mogą używać tylko wiedźmy! Ty jesteś przeklęty, przez co możesz korzystać z jego siły. Każdy w tym mieście jest cholernym kmiotem, nie potrafiącym używać swojej many – Kuro zmarszczył brwi. Coś kojarzył, co to była mana. Podobno osoby nią obdarzone, mogły ją wykorzystywać do czarowania, ale ile w tym było prawdy po tym, co miał mu zaraz powiedzieć mężczyzna?
     - Do czego dążysz?  
     - Dążę do tego, że w tym państwie jedynie wodzą za nos. Okłamują was na każdym kroku i próbują zmyślać fakty, o których nie macie prawa wiedzieć, że są kłamstwem.
     - Nie rozumiem tego, o czym ty do mnie mówisz. Najpierw pokazujesz mi jak Lorraine cierpi z głodu i mrozu w jakiejś celi, a teraz wmawiasz mi, że cała władza nami manipuluje – oburzył się i wstał, a zaraz za nim Oruk – Wybacz, ale kocham swój kraj i nie pozwolę ci go obrażać
     - JA TEŻ GO KOCHAŁEM I WIDZISZ JAK SKOŃCZYŁEM! - wrzasnął, a po chwili otrząsnął się, zdając sobie sprawę, co powiedział. Kuro spojrzał na niego z niemałym zdziwieniem. Nagle obraz zaczął się zatracać.
     - „Kochałeś”? Czyli ty też tu mieszkałeś… hej! - zawołał za nim, ale mężczyzna zniknął, a Kuro poderwał się na łóżku, budząc się. Dysząc ciężko, spojrzał przez okno. Już świtało.

4
     Po tym wydarzeniu nie dało się zasnąć. Kuro leżał na łóżku, opierając głowę o ręce. Spoglądał na sufit i dumał sobie nad wszystkim.
     Między innymi nad rozmową z Railim, którą miał okazję przeprowadzić dwa dni temu. Nie należała ona do najprzyjemniejszych. Musiał wstawić się do jego pokoju, gdzie siedział za biurkiem i coś skrobał na papierze. Obok niego stała, na nieszczęście, Roy, uśmiechając się. Wyglądała komicznie, bo jej nos jeszcze się nie zagoił. Obandażowana zerkała na niego drwiąco, ale chłopak jak zwykle nie zwracał na nią uwagi.
     Raily, podniósł wzrok na Kuro. Liczył na uśmiech, ale rudy chłopak miał poważny wyraz twarzy. Wyprosił Roy z pokoju, a to zbiło go nieco z tropu. Jakby nie patrzeć, był to pierwszy raz od bardzo dawna, kiedy rozmawiali twarzą w twarz. Dziewczyną minęła go ze sztuczną gracją, która w ogóle do niej nie pasowała. Zamknęła za sobą drzwi, aby po tym nastała niezręczna cisza.  
     - Usiądź sobie… - rzekł, wskazując kulturalnie ręką na krzesło. Miał siedzieć naprzeciwko niego. Pierwszy raz od dawna zestresował się taką sytuacją, kiedy zostali sami. Usadowił się wygodnie i spojrzał na chłopaka. Ten z powrotem wrócił do stert papieru, a jego postrzępione, rude włosy opadały mu na oczy. Kuro ukradkiem zerkał na kartkę, która powoli wypełniała się jego krzywym, acz czytelnym pismem.
     - Po co mnie wezwałeś, Raily? - spytał po cichu, a tamten momentalnie go skarcił, marszcząc brwi.
     - Proszę, zwracaj się do mnie oficjalnie, Kuro – stuknął ostatni raz piórem, odłożył je i oderwał wzrok od swego pisma. Utkwił swoje niebieskie oczy na swojego rozmówce, przez co nieco go to zawstydziło. Jego lica się zarumieniły delikatnie – Jestem Ceaserem, a nie Railim.
     - Weź nie żartuj Raily… jesteśmy przyjaciółmi przecież – rozstawił ręce, uśmiechając się głupio, ale Railiemu to nie pasowało. Zrobił jeszcze poważniejszą minę (co dziwne, bo Kuro nie sądził, że jest to jeszcze możliwe) i westchnął. Przetarł swoje czoło nerwowo i kontynuował.
     - Mniejsza… Poprosiłem cię tutaj, ponieważ nie spodobało mi się twoje zachowanie wobec Roy – powiedział stanowczo, czekając chwilę na odpowiedź, ale gdy jej nie uzyskał, mówił dalej – powiedziała mi, że przynajmniej dwa razy podniosłeś na nią rękę. Co więcej, rozkwasiłeś jej nos – tutaj chłopak przypomniał sobie widok dziewczyny z krzywym nosem i omal się nie roześmiał. Na jego nieszczęście, prychnął i to dość głośno, co bardziej zbulwersowało Ceasera – Jeszcze przeszkodziłeś jej w wykonywaniu pracy.
     - Masz na myśli zamknięcie Domostwa Pani Jane? Toż to absurd, zamknęła w więzieniu kilkanaścioro dzieciaków! - podniósł lekko głos i zacisnął pięść w gniewie.
     - Zrobiła to, ponieważ ja i rodzina królewska wydała na to zgodę. Są podejrzenia, że niejaka Marry Jane nasłała tutaj małą dziewczynkę, aby szpiegowała dla niej i podobno TY ją ukrywałeś, to prawda? - Kuro przez moment się zawahał, myśląc, co tu powiedzieć. Nie mógł pozwolić sobie, aby Raily z nim wygrał w tej batalii słownej.
     - Nie ukrywałem jej! Przyjąłem ją tutaj, bo grozi jej niebezpieczeństwo... - ‘a i tak nie mogłem jej uratować’, dodał w myślach. Spuścił wzrok i nie odzywał się dalej. Jego własny przyjaciel nawet nie chciał go wysłuchać, bowiem całkowicie zignorował fakt o zaginięciu Lorraine. Wrócił natomiast do kwestii niesubordynacji.
     - Nie mogę tego tak zostawić, że robisz sobie co chcesz. Należysz do armii Świętych Łowców, których i tak nie ma za wielu. Każdy z tej elitarnej grupy, wykazuje się nad wyraz wielką inteligencją i sprytem, ale nie mogę pozwolił sobie na takie ignorowanie zasad. Nie masz dziesięciu lat, Kuro. Mieszkasz w zamku, na co mogą pozwolić sobie jedynie najlepsi, stoisz ponad setkami osób. W naszym mieście jest około dwóch, trzech tysięcy osób, gdzie wy, czyli Święci Łowcy i Srebrna Piechota, stanowicie mały procent społeczeństwa – trochę zabawne, bowiem każdy kpił z Srebrniaków. Była to jednostka, aby postawić kropkę przy fakcie, że to Święci Łowcy są najlepsi. Tamci, słabsi, gorsi, non-stop karani nie liczyli się dla nikogo, a Kuro o tym wiedział, Raily też. Niestety, jak każdy z nich kpił, tak i każdy wolał przemilczeć temat – Nie mogę pozwolić, aby ci, którzy chronią nas wykazywali się taką niesubordynacją… ale przez to że byliśmy przyjaciółmi, ostrzegam cię pierwszy i ostatni raz. Kolejna taka sytuacja skończy się degradacją i częścią Pandemonium – chyba bardziej od słowa Pandemonium, zabolało go zdanie, że byli przyjaciółmi. Nie są. Już nie. Kiedyś byli. Ale teraz nie.
     Dalej go nie słuchał, w sumie niewiele potem mówił. Kazał mu stawiać się regularnie na warcie, codziennie. Poinformował go również, że jest plan zburzyć dom dziecka, w przeciągu dwunastu dni i jest to decyzja nie do odwołania. Mnóstwo przygnębiających wieści tego dnia trafiło do chłopaka.
     Teraz, dwa dni potem leżał na łóżku myśląc o tym. Niechętnie wstał z niego i podszedł do garderoby, żeby się przebrać. Ubrał nową bielizną, potem założył swój służbowy strój. Spodnie na szelkach, ciasna koszula – coś, czego chłopak nienawidził. Do tego wysokie buty na obcasie, które go uwierały, a na siebie musiał zarzucić swoją pelerynę z Leari’yonem i złotymi ozdobami. Dzisiaj miał odbywać swoją wartę, a za karę wybrał jedną z lżejszych, ale za to uciążliwą. Mianowicie miał dwunastogodzinną służbę na mieście, bez jakiegokolwiek jedzenia. Dopiero gdy wróci, będzie mógł coś zjeść. Nie była to zbyt ciężka kara, bo Łowcy byli szkoleni, aby wytrzymywać długo bez posiłków, jednak nawet to nie mogło zmienić faktu, że każdy odczuwa głód. Dlatego przechadzanie się po mieście w burczącym brzuchem było nieznośne.
     Wyruszył na rynek. Reszta mieszkańców zamku jeszcze spała – i nawet lepiej dla niego. Nie chciał spotkać kogokolwiek, kto mógłby mu wytknąć jego błędy, szydząc z niego. Przemieszczając się przez korytarz, nie przypuszczałby, co go jeszcze czeka dzisiaj. Wyszedł na zewnątrz bocznymi drzwiami przybudówki i tam spotkał Railiego, w swoim odświętnym stroju. Chłop widząc go, narzucił na siebie kaptur, aby uniknąć jego spojrzenia. Niestety nie podziałało i mężczyzna złapał go za ramię. Poczucie ekscytacji, jakie go przeszło było bardzo silne. Przez ostatnie miesiące nie miał okazji, aby doświadczyć takiej czułości z jego strony. Spojrzał na niego. Szata była nieco ciasna, co uwydatniało jego mięśnie. Choć wzrostem sobie dorównywali, to dzieliło ich pięć lat różnicy. To dziwne, że akurat tego samego dnia, czyli dwudziestego piątego grudnia mieli swoje urodziny. Kuro kończył dwadzieścia lat, zaś on dwadzieścia pięć.
     - Wiesz, że nie robię tego na złość. Bardzo mi zależy na was obu – powiedział Ceaser, a chłopak jedynie stał w milczeniu. Ciężko mu się zrobiło, kiedy to wypowiedział, więc odtrącił jego dłoń z ramienia i poszedł przed siebie, zostawiając go bez słowa.
     Służba zapowiadała się strasznie nudno. Pogoda nie dopisywała, ponieważ lało jak z cebra. Spowodowało to też małe powodzie na ulicach, a ludzie nie wychodzili z domów i barykadowali je, aby woda nie dostała się do środka. Były niestety przypadki, gdzie niektórym osobom zalało piwnice, ale tak nie wyrządziło to znaczących szkód. Kuro starał się bardzo szybko reagować na takie sytuację, niestety nie było ich wiele, przez co większość czasu spędził siedząc na bruku i nucąc sobie.
     Siedział teraz na głównej ulicy, pod „Zachodnim Rajem”, gdzie Mike Redwood zjadł swój ostatni w życiu posiłek. Restauracja była opustoszała, a po drugiej stronie, gdzie z reguły stali ludzie przy stoiskach, teraz widniały jedynie kamienne budynki. Prawdopodobnie ta cisza na ulicy pchnęła go do przejścia się. Konkretnie, celował do domu dziecka. Wokół niego stacjonowała Piechota oraz dwóch Łowców. Podniósł się i bez zastanowienia, ruszył w tamtą stronę. Złapał go jeden z Piechoty wypytując go o coś. Chłopak, nieco zirytowany, musiał mu odpowiadać ze spokojem. Wtedy też zauważył naprzeciw siebie typa w ozłacanej pelerynie i uświadomiło go to o czymś. Kiedy skończył pieprzyć głupoty, Kuro zwrócił się do mężczyzny.
     - Panie, mógłbyś ponosić moją pelerynę, muszę na chwilę pójść, a nie chcę dostać opierdolu z góry – bez dalszych ceregieli, zarzucił mu ją i chciał zniknąć za budynkiem. Łatwo go znajdzie,  bowiem nosił charakterystyczny, granatowy ubiór – typowy dla Srebrniaków, podobny zresztą dla  owców. Do tego ten wstrętny szkorbut… taa, bez problemu go odszuka.
     Nim jednak się stracił, tamten go zatrzymał, wbijając mu szpile swoim pytaniem.
     - A mogę wiedzieć gdzie się udajesz, sir? - Kuro odwrócony do niego plecami zrobił zdziwioną minę i przez chwilę się nie odzywał. Stał jak wbity w ziemię, żeby potem odwrócić się w jego stronę, zrobić głupkowatą minę i powiedzieć coś najbardziej żenującego, co przyszło mu do głowy.
     - Wysrać się – na reakcję nie musiał czekać długo. Facet zaśmiał się gromko i machnął ręką, na znak, aby poszedł. Odetchnął z ulgą. Nie miał zbyt wiele czasu, ale wystarczyło, aby odwiedzić tamto miejsce.
     Pozbył się go tylko ze względu na blask, którym emanował. Mogło by to go łatwo zdradzić, nawet gdyby przemieszczał się bocznymi uliczkami. Wolał więcej nie ryzykować. Przedzierał się między kolejnymi budynkami, aż w końcu znalazł się przy domu dziecka. Prychnął, bo sądził, że napotka pełno szkód i zniszczeń. Cóż on mógł się spodziewać, że w przeciągu kilku dni z budynku zostanie ruina? Zbyt naiwne.
     Wszedł do środka, uprzednio sprawdzając, czy nikt go nie widzi. Minął wyłamane drzwi i… po prostu stanął, wpatrując się w każdy szczegół. Wszędzie pełno kurzu, z niektórych pokojów drzwi ledwo utrzymywały się w zawiasach. Wdrapał się na pierwsze piętro i rozejrzał się dookoła. Najpierw wszedł do gabinetu Marry, ponieważ tam jedynie drzwi były wyłamane. Wejrzał, a tam biurko było wywrócone, wszelkie kartki walały się po podłodze i powoli osadzały się pierwsze warstwy brudu. Potem zajrzał do innych pokoi. Tam widok był lepszy, ale Kuro zauważył ślady po przeszukiwaniu. Dość drastycznym i stanowczym.
     Wtedy usłyszał ciche szepty. Spojrzał w bok i zobaczył, że na końcu korytarzu, wejście na składzik było otwarte. Prawdopodobnie stamtąd dochodziły te głosy. Przypomniał sobie przez to, jak za dzieciaka ten pokój straszył również jego. (chociaż jakby się zastanowić, to nigdy tak nie było) Kiedyś pokój po na drugim końcu, naprzeciwko strychu należał do niego, Davida i Patricka. Eddie mieszkał obok, niestety Kuro tego nie pamięta.
     Postanowił zignorować te dziwne zjawisko i zszedł na parter. Nagle z jego lewej strony rozległ się trzask. Zatrzymał się na schodku, wytężając słuch. Jednak odgłosy się nie powtórzyły. Skierował się więc tam. Widząc najpierw jadalnię, a potem drzwiczki prowadzące do małej kuchni przypomniały mu o bestialskim zachowaniu Roy, kiedy potraktowała malutką dziewczynkę jak przestępczynie. Spojrzał na stół, przy którym kilkanaście dni temu rozmawiał z Marry i Lorraine. Minął leżące drzwi i podszedł do niego. Wtedy zauważył, że kurz nie zalegał na blacie. Podniósł wzrok, a widząc to samo wokół siebie, przeszły go dreszcze. Ktoś tutaj był. Nim jednak zdążył zareagować, pewien chłopak zawołał na niego.
     - Kim jesteś?! Pokaż się! - Kuro posłusznie obrócił się w tamtą stronę i doznał szoku. Mała gromadka dzieciaków stała na wprost niego i równie zaskoczona, ale też przestraszona, obserwowała go.
5
     Ciężko wyjaśnić moment, kiedy dwoje ludzie łączą się tak silną więzią, że są w stanie dzielić ze sobą myśli, czyny i emocje. W świecie, gdzie każdy dąży do swojej perfekcji i spełniania swoich ambicji, całkiem trudno o tak silne łączę między człowiekiem, a jego bratem czy siostrą. Często słyszy się o bratobójstwie, czy też o pogardzie w stosunku swojej rodziny. Wręcz rzadkością jest zjawisko, które potocznie nazywane podzielnością umysłów.
     Jednak coś takiego dotknęło dwie bliskie sobie osoby. Na pozór odmienne, a także obce wobec siebie. Póki co nie są świadome swojej przynależności i więzów, nie przeszkodziło to, żeby chociaż na chwilę się połączyły w trudnej dla siebie sytuacji.
     Lorraine, leżąc już któryś dzień, powoli słabnąc, wróciła myślami do pierwszych dni u pani Jane. W tym samym czasie, kiedy owa kobieta umierała przywiązana do krzesła, w ciemnym pomieszczeniu, odcięta całkowicie od społeczeństwa, również zajrzała do tamtych chwil.
     Nie były one usłane różami, szczęśliwe, mimo to bardzo pamiętne. Szczególnie zapadł im w pamięci jeden dzień. Jeżeli dobrze pamiętały, od samego ranka, po późny wieczór lało na zewnątrz jak z cebra. Dlatego wszystkie dzieci, tak samo jak dorośli i starsi ukrywali się pod swoimi dachami. Marry Jane spoglądała na Lorraine, która wpatrywała się na padający deszcz. Siedziała w swoim pokoju, gdzie póki co spała sama. Minął miesiąc, odkąd dziewczynka uciekła od psychopatycznego mężczyzny. Duke nie żył od tygodni, a ona to wiedziała. Kobieta nie była pewna, czy cieszył ją ten fakt, w końcu poniekąd był dla niej rodziną.
     Postanowiła przełamać tego dnia pierwsze lody i porozmawiać z dziewczyną. Żeby nie było niedomówień, przez ten miesiąc nieraz zdarzyło im się pogadać. Utrzymywała także kontakt z innymi dzieciakami, szczególnie z trójką przyjaciół, ale widać było w niej smutek. Kryła go, może dlatego że się bała. Już wtedy miała na pieńku z Henrym, który wyżywał się na młodszych, lecz to nie był pewien. Marry nigdy nie dowiedziała się po traumie, która dotknęła dziewczynkę.
     Usiadła obok niej i zagadała.     
     - Jak się czujesz, Lorraine? - zapytała uśmiechając się troskliwie. Pochyliła głowę w jej stronę, a jasnawe włosy opadły, zakrywając niebieskie oczy. Zauważyła wtedy, że mała płakała. Przeraziło ją to nieco, ponieważ łkała bez emocji na twarzy. Jej wielkie łzy spływały po policzkach, a ona sama wpatrywała się ślepo w okno. Kobieta dotknęła jej ramienia, a potem przytuliła. Dziewczynka mimochodem poczuła się lepiej. Ciepło Marry wyrwało ją z tej chwilowej petryfikacji. Skrzywiła twarz w grymasie i zająknęła się.
     
     Minęły dwie godziny od tamtego zdarzenia. Pani Jane zdołała wyciągnąć dziewczynkę do jadalni i póki co, bezskutecznie proponowała jej jedzenie. Począwszy od chleba z masłem, po jakieś liche wędliny czy strawy. Nic do niej nie przemawiało, a nawet czuła obrzydzenie wobec nich. Bezradna kobieta usiadła obok niej i zapytała, co lubi jeść. Ta odpowiedziała w następujący sposób;
     - Rzadko kiedy jem, z reguły dostawałam same resztki.
     Wstrząsnęło to kobietą. Widać było, że Lorraine jest wychudzona, ale nigdy nie pomyślałaby, że ktokolwiek byłby w stanie głodować dziecko. Zbulwersowało ją to i w duchu cieszyła się z jego śmierci. Był parszywym dupkiem. Za dobrze go pamiętała…
     - Ile masz lat, Lorraine? - spytała niepewnie, licząc na jakąś reakcję. Na szczęście dziewczynka odpowiedziała.
     - Dwanaście, jeżeli dobrze kojarzę – rzekła przecierając zmęczone oczka. Wykorzystała to opiekunka i zagaiła ją.
     - Chciałabyś pójść położyć się spać? Widzę, że jesteś bardzo zmęczona dzisiaj… - uśmiechnęła się. Przeczesała włoski, głaszcząc ją. Ona spojrzała na nią i odwzajemniła uśmieszek.
     - Dzisiaj mam zły dzień i chciałabym się zdrzemnąć – odparła ze spokojem. Kobieta wzięła ją więc za rączkę i zaprowadziła do pokoju. Kiedy położyła Lorraine do łóżka, poprosiła ją, żeby poczekała chwilę. Marry zniknęła za drzwiami i wróciła po paru minutach ze szklanką białego napoju. Lorraine dźwignęła się zdziwiona, patrząc na kobietę.
     - Co to jest? - zapytała
     - Mleko – nigdy nie miała okazji pić takiego rarytasu, jakim jest mleko. Z reguły dostawała wodę i to nie za bardzo czystą. Zdarzały się też dni, kiedy mogła łyknąć się nieco wina, czy liemu. Były to jednak wyjątki. Nigdy jednak nie piła tego pysznego napoju. Złapała za szklankę, nieco ciepłą. Po pierwszym łyku nie minęła chwila, a dziewczynka opróżniła ją od razu. Zrobiła się ociężała. Podała ją z powrotem opiekunce i położyła się. Zaraz po tym usnęła.

3 komentarze

 
  • AnonimS

    AnonimS · 9 września

    Chcialem pogadać na pw ale masz zamknięty.  Piszesz ciekawie , z pomysłem.  A jezeli pytasz co warto by poprawić to ja bym chcial wiedzieć coś blozej o tej sekcie Kult Demonów to samo o Łowcach  . I dobrze by byko gdybyś poszczegolne fragmenty danej częsci tytulowal np Loraine , czy Kuro . To by pokazywalo z czyjej perspektywy opisujesz dane zdarzenie. Ale generalnie zaciekawila mnie  ta historia. Pozdrawiam

  • AnonimS

    AnonimS · 9 września

    , która kuła ją niemiłosiernym chłodem. Chyba kłuła. / ktokolwiek byłby w stanie głodować dziecko wg mnie glodzić dziecko.

  • AnonimS

    AnonimS · 6 września

    Pomieszane te losy