Martwy Punkt: Pętla na Szyi, Prolog

                                                                       P r o l o g

     Niekiedy sami nie dostrzegamy, jak w jednym błędnym kole wędrujemy, my, ludzie. Biegniemy za czymś, co się nawet nigdy nie wydarzy. Sądzimy, że podążamy za marzeniami, kiedy tak naprawdę sami siebie upokarzamy i zawodzimy. Jedno kłamstwo zakrywamy drugim kłamstwem, aby zamknąć się w tej niebezpiecznej bańce własnych łgarstw.  A gdy nie potrafimy nic zmienić i nasze życie zamienia się w głębokie szambo, wmawiamy sobie, że gdybyśmy mogli cofnąć czas, to byłoby lepiej. Gówno prawda.

                                                                            1.

     20 października, 1352 rok, I ery światła

          Mortuum, stolica państwa Yami.
     Tego dnia padał ulewny deszcz. Miasto znajdowało się we wilgotnej strefie kraju, jednak od lat mieszkańcy nie doświadczali takiej ulewy jaka dzisiaj ich spotkała. Nawet ci starsi wiekowo doznali dużego szoku widząc taką – oczywiście dla niektórych – anomalię. Z powodu deszczu wiele robót budowniczych i remontowych zostało odwołanych do momentu, aż pogoda się poprawi. Nie przeszkadzało to dzieciakom, które zafascynowane nowym dla nich zjawiskiem biegały po ulicach miasta. Choć państwo rozwijało się w pozytywnie szybkim tempie, nie  wprowadzono jeszcze obowiązku szkolnictwa. Było to rozporządzenie królowej Caudy, która zafascynowana utopijną wizją króla mocarstwa Hikari, w której nie było mowy o edukacji dzieci, chciała odwzorować ten pomysł na swoim państwie wraz ze swoim mężem, Arthurem.  
     Zamiast szkół, dzieci uczyły się robótek ręcznych i ciężkiej pracy od swoich rodziców. Niekiedy znaleźli się bogatsi rodzice, którzy posyłali swoje pociechy to klasztorów i kaplic, w których wyszkoleni kapłani uczyli je gramatyki, retoryki oraz dialektyki. Kurs taki trwał pięć lat, a zdarzały się też tacy szczęściarze, którzy mogli połasić się na studiowanie w dalekich zakątkach cesarstw, zawdzięczając swojego talentu do nauki. Problem polegał jednak na tym, że najczęściej nie wracali do domu, a rodzice, stęsknieni za synem czy córką umierali w samotności.
     Dlatego też wielu ludzi krytykowało tak drastyczną decyzję władców. Uznali ją za autodestrukcyjną, bowiem z powodu wojen, wiele dzieciaków straciło swoich rodziców. Wiązało się to potem z tym, że trafiali do przytułków i ich jedynym przeznaczeniem było zemrzeć na gruźlica, która wśród młodych była „popularna” albo pracować na roli za marne dukany (najmniejsza wartość pieniądza w państwie Yami)… a w ostateczności i tak umrzeć z głodu. Zdarzały się wyjątki, których jakaś rodzina przygarnęła do siebie. Zdarzało się to jednak bardzo, ale to bardzo rzadko. Tak więc, brak wolnej edukacji pogrążało Yami do kryzysu. Jednak po władcach nie było widać, ani cienia zmartwień. Trwali w swoich racjach, a sąsiedzi jedynie drwili z ich poczynań.  
     Dzisiaj także wszelkie katedry czy kaplice były zamknięte i nie prowadziły zajęć. Temu też zamożniejsze rodziny wsiadały do swoich karoc i opuszczało stolicę na parę dni. Jednak nie zrobił tego Michel.  
                                                                              2.

     Michel był jednym z tych, któremu w życiu się powiodło. Rodziców, tego dobrze zbudowanego młodzieńca, zabrała choroba kiedy miał dziesięć lat. Trafił do przytułku, ale, niczym grom z jasnego nieba, parę miesięcy po tym pojawiła się dama wraz ze swoim mężem. Prezentowali się dostojnie i wyniośle. Przedstawili się jako państwo Redwood. Madame Violet oraz lord Clintes. Był strasznie uczulony, aby nie wymawiać tego „t” w jego imieniu.  
     Małżeństwo Redwood było znane ze swojej arogancji wobec swoich pracowników na swoim dworze, a w szczególności dzieci. Nie robili tego publicznie, ale było wiadome, że do ciężkiej pracy brali najmłodszych. I tak. To był fakt, ale do czasu, kiedy po dwudziestu latach starań, Violet zaszła w ciążę, ale po paru dniach poroniła, przekreślając też jakąkolwiek możliwość na ponowną ciążę. Lekarze uznali, że jej organizm, chociaż wydawał się bardzo zdrowy, ze względu na krągłości kobiety, był zbyt słaby, aby rozwinął dziecko dostatecznie dobrze. Do tego wiek ich gonił, a następcy rodu nie było, więc podjęli decyzję o adopcji. Padło wtedy na Michela. Działo się to piętnaście lat temu, kiedy to jeszcze był wątłym i delikatnym dziesięciolatkiem. Gdyby postawić ich obok siebie, nikt by nie uwierzył, że jest to ta sama osoba. Pamiętał ten dzień jakby to było wczoraj
     Siedział wtedy w kącie z zapłakaną buzią. Szurał pantoflem po dużym, czerwonym dywanie. Ręce skrzyżował, a głowę schował za kolanami. Nosił staromodną, brązową marynarkę oraz posiwiałą koszulę. Jego grzywka opadała mu  na oczy, a łzy spływały po policzkach. Nie zauważył kiedy to trójka dorosłych – państwo Redwood oraz Marry Jane, opiekunka tego miejsca. Miała wtedy ledwo dwadzieścia lat. Michel pamiętał pierwsze słowa, jakie padły z ust Clintesa.
     - Ten będzie idealny – powiedział tak jakby oglądał wystawę dorodnych świń, aby wybrać tą jedną, która zaspokoi ich apetyt na kolejne dni. Chłopak popatrzył w górę i lekko się przeraził. Rysy twarzy mężczyzny, malowały się w złowrogi grymas. Był wyłysiałym już starcem. Do tego jego wzrost bardzo uwydatniał jego wychudzoną posturę. Ludzie szeptali między sobą, że jego żona za wszelkie zdrady głodowała go. Prawda była taka, że do dnia przed jego śmiercią, czyli dwanaście lat później od adoptowania Michela, nie miała o niczym pojęcia. Kiedy jej mąż leżał na łożu śmierci, odchodząc z tego świata jej przyszywany syn, który wiedział o wszystkim wyznał jej prawdę. Ta, wbrew odgórnie przypuszczanej wersji chłopaka, wybaczyła mu. Faktycznie, wybaczyła mu, jednak rana jaka została jej zadana, pchnęło ją do podjęcia radykalnych czynów… a raczej jej stołek.
     - Co się stało kochaniutki? - zapytała Violet i uklęknęła przy chłopaku. Natomiast jej rysy twarzy przypadły Michelowi do gustu. Były łagodne, a okrągłość jej twarzy powodowała, że jej prezencja była znacznie przyjaźniejsza, niż tego starucha. Michel zaciągnął się nosem i łamiącym się głosem odpowiedział
     - Ta… wstrętna – na tym słowie Marry Jane, syknęła z niezadowolenia i upomniała chłopca, aby wyrażał się grzeczniej. Ten jednak nie zwrócił na nią aż takiej uwagi i ciągnął dalej – ta wstrętna Missy Clearwater śmiała się znowu, że moje włosy wyglądają, jakby ktoś je z czyjegoś tyłka wyjął – opiekunka złapała się za głowę, całkowicie zażenowana słownictwem, jakiego używają jej dzieciaki. Starsza kobieta jednak zaśmiała się i cały czas patrząc na chłopaka, pogłaskała go po policzku i założyła jego długie włoski za ucho.
     - Nie przejmuj się jej słowami. Jak się nazywasz? - zapytała po chwili.
     - Mi...chel – zająknął się od płaczu. Kobieta jeszcze bardziej się uśmiechnęła.
     - Chciałbyś nowy dom, Michel? - spytała łagodnie przyciągając go do siebie i przytulając – Chciałbyś mieć coś, czego ta Missy, prawdopodobnie nigdy nie zazna? - był to zbyt chamski i nietrafiony tekst zdaniem pani Jane. Ten przytułek prosperował od ponad roku, a już tyle dzieciaków znalazło w nim schronienie. Trafiali tam z różnych przypadków. To były osoby, które nie miały tyle szczęścia co reszta, a ta baba i ten stary gbur, którzy wręcz wykorzystywali nieletnich do własnych celów, operowali tak karygodnym sformułowaniem w obecności dojrzewającego chłopaka. Gdyby Marry miała choć odrobinę tupetu, wyrzuciłaby tą dwójkę bezdusznych ludzi.
     Z zamyśleń i gorejącej w niej nienawiści wyrwały ją słowa Michela, który skuszony wizją nowego domu chciał jak najszybciej zamieszkać. Także nie tracąc czasu wypisali potrzebne papiery do urzędu i tak o to z Michela stał się Michel Redwood, prawowity spadkobierca rezydencji Redwood. Pamiętał też, że gdy opuszczali przytułek, wrócił się na chwilę i poprosił Marry Jane, aby ta przekazała Missy, że ma się pierdolić. Jednak zanim jego była opiekunka cisnęła w niego jego starymi ubraniami, on zdołał wybiec z budynku i wrócić do swoich nowych rodziców, zaczynając w ten sposób nowe życie.
     Lata ciężkiej pracy nad książkami i na roli ukształtowały Michela w dojrzałego i potężnego mężczyznę. Jego włosy, niegdyś jego słabość i powód do wstydu, a teraz wśród kobiet był znany z pięknej kasztanowej czupryny. Po trzynastu latach został prawowitym lordem. Wykazywał się swoją czułością wobec pracowników oraz mądrością w zarządzaniu. Jego poplecznicy nie znajdowali w nim wad i tak też go prezentowali – jako idealnego. Jednak ci co mieli wiedzieć – to wiedzieli. Bowiem Michel za bardzo wdał się w swojego przyszywanego ojca.

                                                                             3.

     Tego też dnia, dwudziestego października, pięćdziesiątego drugiego w późnych godzinach spotkał się ze swoją partnerką w umówionym miejscu. Wybierali się na długo wyczekiwaną premierę sztuki teatralnej. Po niej udali się do znanej restauracji, która oferowała wykwintne jedzenie z zachodnich części Yami. W tamtejszych rejonach, niegdyś pod okupacją państwa Ōmori, dzięki tamtejszej kulturze rozwinęła się gastronomia. Do tego bliski kontakt z morzem, umożliwiał nowe wyjścia i rozpowszechnianie ciekawszych potraw, niż same ziemniaki ze smalcem. Nie dziwnym też było, że takie restauracje, jak „Zachodni Raj” było jedynie dla osób o znacznym statusie. Płaciło się tam w postaci trzech- a nawet czterocyfrowych kombinacjach dumanów, lub dukatów (dukaty miały większą wartość od dukanów, natomiast dumany miały największą wartość. Jeden duman wynosił około dwóch tysięcy dukanów).  
     Kiedy wybiła północ opuścili lokal i kiedy oddalili się kawałek, Michel zaproponował swojej narzeczonej – Rose Abernati, która była młodziutką, niską dziewczyną i długich, kręconych czarnych włosach – aby wstąpili do jego domu. Ta jednak odmówiła uśmiechając się zadziornie w jego stronę.
     - To naprawdę miłe z twojej strony Mike – tak chciał, aby jego przyjaciele tak się do niego zwracali – jednak naprawdę, podziękuję. Obiecałam rodzicom, że zjawię się przed dziesiątą, a mamy już taką późną porę. Muszę już iść kochany – jej czerwona sukienka wykonana z aksamitu powiewała na wietrze. Michel onieśmielony jej urodą nalegał, że może porozmawiać nazajutrz z jej rodzicami i ich udobruchać. Ta jednak pocałowała go w policzek na do widzenia i odeszła.
     A potem, stało się coś, czego nikt by się nie spodziewał. Coś co nie wypada w żadnym najmniejszym stopniu szlachcicowi pokroju Redwooda. Kiedy Rose odeszła na wystarczającą odległość, wręcz zniknęła za zakrętem stromych, kamiennych ścieżek, on pomasował się dosyć otwarcie i bez skrępowania w okolicach krocza i splunął w jej stronę. Odwrócił się na pięcie i poszedł z powrotem w stronę „Zachodniego Raju”, jednak minął go i skręcił w boczną uliczkę, rzucając obelgi w stronę młodej dziewczyny. ‘Co za szmata – powtarzał w myślach – od kilku miesięcy staram się wsunąć swojego członka w ciało tej ślicznotki i nadal kurwa nic. Czy ona była jakąś cnotką czy coś?’
     Tak więc od tygodni, praktycznie zaraz po tym, kiedy się zaręczył korzystał za jej plecami z usług ulicznic, a niekiedy nawet ulicznic w męskiej, ale tak samo delikatnej wersji. Za bardzo wzięło mu się od Clintesa, który, tak jak uważał sam Michel, a nawet sutener, który załatwiał mu dziewczyny, posuwał dosłownie wszystko co się ruszało do momentu, aż dobrnął sześćdziesiątki, około trzy lata przed jego zgonem. Jego „ojciec” często mu wpajał, że dobry zarządca i lord, ma u swojego boku wiele kobiet, a żeni się z tą jedyną, która włada równie dobrze co on. A Mike został przy Rose, głównie z powodu jej nad wyraz wielkiego ilorazu inteligencji. Tak samo jak ona wychowywała się w przytułku pani Jane, ale nie miała tyle szczęścia co on, bo przygarnęli ją biedni mieszczanie.
     ‘Jej strata – prychnął Michel – jeżeli nie chce się bzykać to jej problem. Ja mam kogoś o wiele lepszego.’ Gdyby chłopak zobaczył jeszcze wtedy, jak jego zapewnienia mogą być dalekie od realiów. Ale chyba by tego nie zrozumiał… bo nie zrozumiał tego nawet kiedy taplał się we własnej krwi.
     Skręcił w ciemną uliczkę i dostrzegł wysoką postać. Był to mężczyzna, który załatwił mu za każdym razem jakąś młodą ulicznice, aby mógł się wyżyć na niej w swój własny, dziwny, a może i nawet uroczy sposób. Zakapturzony facet spojrzał na niego i kiwnął głową na znak, że załatwił mu to co chciał.
     - Gdzie ona? - zapytał Michel, a on jedynie wskazał na dużą smugę cienia, który rzucał budynek.
     - Trochę się wstydzi. Musisz ją zachęcić – i odbił się od ściany i minął Michela stukając co krok swoimi grubymi i wysokimi kozakami o brukową posadzkę uliczki. W ułamku sekundy zniknął za ścianą, a Mike, który już omamiony wręcz wizją seksu odpiął nieco pasek i ruszył w stronę ciemności, ale na jej granicy się zatrzymał, a jego samego przeszły ciarki.  
     Czuł bowiem, jakby to nie kobieta czekała na niego w tym mroku, a jakaś straszna kreatura. Zawahał się, a jego ręce zadrżały. Wzwód nieco opadł, a po policzkach spłynął zimny pot. Nagle niespodziewanie usłyszał śmiech dziecka. Odwrócił się gwałtownie w stronę wylotu ślepej uliczki. Stała tam mała dziewczynka. Wzrostem nie sięgała chyba nawet jego kolan. Miała duże czarne oczy i długie blond włosy. Nosiła starą powiewną i ubrudzoną sukienkę. Mike zauroczył się jej wdziękiem, ale wytrącony z powagi sytuacji – w końcu miał spełnić swoje potrzeby fizjologiczne – krzyknął do niej dość dosadnie.
     - Spierdalaj stąd mała! Dorośli chcą się pobawić! - na te słowa dziewczynka zaśmiała się wręcz demonicznym głosem. Michel stracił równowagę i prawie by runął na ziemię, ale utrzymał się. Zdążył dostrzec, jak ta dziewczynka zniknęła za ścianą. Wydawało mu się, jakby jej głos szeptał mu do ucha źle dobrane słowa do dziecięcej melodyjki starej piosenki którą znał. „Zginiesz! Zginiesz ty! Dzisiaj zginiesz Ty!” Przerażający był fakt, że słowa pasowały do muzyki.
     Redwood został wyrwany z zadumy przez delikatne dłonie i ręce, które zaczęły obejmować go od tyłu. Była to dziewczyna, a raczej mu się wydawało że to dziewczyna, którą zamówił. Jej ręce przemieszczały się powoli w dół, delikatnie pieszcząc go i masując. Chłopak całkowicie zapomniał o tamtych sytuacjach i pozwolił sobie wczuć się w te przyjemności. Poczuł jak jedna z rąk zjeżdżała w tamto jedno miejsce. Czuł, jakby miał mu zaraz wybuchnąć z tego podniecenia. Poczuł jak jej usta zbliżają się ku jemu. Nie wiedział, że gdyby teraz spojrzał na twarz tego potwora, to może miałby jakąś szansę na ucieczkę. W mgnieniu oka, cały nastrój i erotyczny klimat przerodził się w jakby wyrwany z horroru. Delikatne dłonie zmieniły się w szorstkie i nieprzyjemne, zakończone zakrzywionymi pazurami, a Michel niestety nie otrzymał wyczekiwanego pocałunku. Zamiast tego to coś wgryzło się w jego szyje i odgryzło mu część krtani.
     Momentalnie Mike chciał krzyczeć z bólu, ale żaden dźwięk nie potrafił przebić mu się przez usta. Czuł, jakby jakaś trucizna też wędrowała mu od szyi po resztę ciała, przez co upadł na kamienie. Jednak wystarczyło mu sił, aby czołgać się powoli w stronę gwarnej i oświetlonej ulicy. Dostrzegł też postać naprzeciwko niemu. Był to ten sutener, a raczej tak mu się wydawało. Mężczyzna zwrócił się do niego głębokim głosem.
     - Trochę za bardzo wdałeś się w swojego zgrzybiałego ojca, pierdolony zboczeńcu – to powiedziawszy kopnął w wielki metalowy kubeł – skąd tu kurwa się znalazł kubeł? - a z niego wypłynął zakrwawiony mężczyzna – jego sutener. Został oszukany. Tamten zakapturzony mężczyzna, ubrał się jak ten, co leżał teraz powykrzywiany w kuble. Chcieli go zabić, ale czemu? Aby zdobyć władzę nad posesją zapewne – pomyślał Michel i doznał olśnienia.
     Ta dziewczynka go ostrzegła. Nie mógł tego wiedzieć, bo dopiero teraz dotarło do niego jej prawdziwa prezencja. Te jej duże oczy – tak naprawdę były to czarne dziury, w których brakowało gałek ocznych. A jej obecność była wręcz znikoma, nijaka, taka… martwa. Mogło to świadczyć, że jest ona duchem, a w starych wierzeniach uznawali martwych ludzi za medium. Nie mogło jednak się pogrywać z nekromancją, aby korzystać z ich usług, ponieważ byłoby to pogwałcenie niezależności świata zmarłych od ludzkiego.
     Michel chciał zawołać o pomoc, ale ani krzty dźwięku nie udało mu się wydobyć ze swojego zniszczonego gardła. Zobaczył nagle jak z jego prawej strony pojawiły się pazury i wbiły mu się w twarz, porywając go zarazem w głąb mroku. Dobrze, że nie przyjrzał się martwemu facetowi. Na jego ciele znajdowało się wiele odgryzionych części i wgłębień. Nie wiedział, że to go samego czeka.
                                                                                 4.

     1 grudnia, 1352 roku

     Marius siedział na swoim wielkim krześle paląc tytoń ze swojej długo zakończonej fajki. Spoglądał na twarz klęczącej przed nim dziewczyny. Obok niego stała jego wieloletnia uczennica, Vidomia. Patrzyli obaj na kobietę z zaskoczeniem, wręcz z przerażeniem. Najbardziej opanowany okazał się jednak Marius. Potrząsnął głową i spojrzał na spowity jego dymem napis na ścianie „h’ tae dekovorp tonod”, co było przysłowiem nekromantów i tak jakby ich osobistą mantrą. Przetarł swoją długą siwą brodę i zapytał.
     - Czy na pewno chcesz to zrobić? Nie można ot tak sobie tego używać. Możesz złamać barierę…  
     - Proszę. Jestem gotowa nawet na wieczne spopielenie w piekle! - krzyknęła, a mężczyzna wykrzywił swoje usta w okropny uśmiech. Kobieta się wzdrygnęła. Przeraziła się powagę tego wyrazu twarzy. Nawet Vidomia, która tyle lat pracowała u jego boku nie widziała, aby kiedykolwiek się tak uśmiechał, tak jakby szaleństwo i władza przejęła nad nim władzę. Po chwili Marius zaniósł się cynicznym śmiechem i myśląc „To będzie cholernie ciekawe” odpowiedział jej
     - Dobrze – chciał bowiem zobaczyć, jak ludzie radzą… a raczej nie radzą sobie z wolą, siłą a zarazem także przekleństwem śmierci.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    Bardzo interesujące. Zarówno pomysł jak i fabuła. Zestaw na Tak