
Leniuchowałam, krzątając się niespiesznie po domu, nadrabiając drobne porządki. Miałam na sobie czarne, mocno opinające dżinsy, które podkreślały linię moich bioder, oraz złotawą bluzkę z miękkiego materiału, idealnie komponującą się z jesienną aurą za oknem. Gdy spojrzałam na zegarek, uderzyło mnie, że dochodzi już szesnasta. Cały dzień minął, a ja właściwie nie spędziłam z córką ani chwili. W moim ciele, dotąd uśpionym domową rutyną, natychmiast obudziło się znajome, drapieżne rozedrganie. Tęskniłam za nią. Za jej zapachem, za dotykiem, za tą duszno-słodką tajemnicą, która nas spajała.
Podeszłam do drzwi sypialni. Widok, który zastałam w środku, sprawił, że moje serce uderzyło mocniej, a w podbrzuszu poczułam znajome, przyjemne mrowienie. Marta leżała na brzuchu na środku łóżka, pośród złotawej pościeli. Wokół niej porozrzucane były podręczniki, notatki i otwarty laptop. Miała na sobie obcisłe szorty, z których kusząco wyzierały jej zgrabne pośladki, oraz luźną, różową bluzkę zsuwającą się niesfornie z jednego ramienia. Machała w powietrzu skrzyżowanymi w kostkach nogami, marszcząc brwi i klnąc coś cicho pod nosem, zacięcie powtarzając materiał. Była taka urocza w tym swoim szkolnym skupieniu, a jednocześnie niesamowicie seksowna. Ta dwoistość rozpalała mnie do czerwoności. Dawne opory matki zniknęły, teraz byłam kobietą, która po prostu pragnęła swojej kochanki.
Oparłam się o ramę drzwi i delikatnie zapukałam, przybierając na twarz miękki, prowokujący uśmiech. — Jak tam moja mała dziewczynka? Może wygospodarujesz jakiś czas mamy z córką?
Marta nawet nie podniosła wzroku znad ekranu, cała pochłonięta obowiązkami.
— Nie jestem już małą dziewczynką — fuknęła pod nosem, choć w jej głosie usłyszałam cień rozbawienia.
— Jesteś moją córką. Zawsze będziesz dla mnie najważniejsza — odpowiedziałam głęboko, wchodząc do pokoju wolnym, kocim krokiem.
— Przepraszam, mamo, ale mam referat do napisania z geografii — westchnęła, w końcu zerkając na mnie z lekkim poczuciem winy w tych swoich pięknych oczach. — Będziemy musiały na kiedy indziej przełożyć ten czas.
— Kochanie... każdy ma prawo do przerwy — kusiłam, bezszelestnie wślizgując się na materac.
Ruchy miałam płynne, powolne, celowo hipnotyzujące. Przybliżałam się do niej, czując, jak z każdym centymetrem opadała ze mnie resztka niedzielnego rozleniwienia.
— Nie mogę, naprawdę muszę to skończyć. Bez względu na to, jak bardzo by to nie było kuszące — broniła się, ale zauważyłam, jak jej oddech minimalnie przyspieszył na mój widok. Jej ciało pamiętało wrzesień tak samo dobrze jak moje.
— A co ja mam robić do tego czasu? — mruknęłam, pochylając się nad nią tak blisko, że czułam ciepło jej skóry.
Otarłam się biodrem o jej udo, a moje długie włosy opadły na jej ramiona, tworząc wokół nas intymny parawan. Oparłam podbródek o jej głowę, wdychając zapach jej szamponu. To była czysta prowokacja. Wiedziałam, jak na nią działam.
— Nie wiem, cokolwiek chcesz — odpowiedziała z lekkim chrypnięciem w głosie, próbując udawać, że stukanie w klawiaturę wciąż jest jej priorytetem. — Cokolwiek? — zapytałam szeptem, prosto w jej ucho. — Teraz chcę czasu z Tobą.
Moja dłoń powędrowała na jej ramię, powoli schodząc w dół, gładząc delikatną skórę szyi, wplatając się na moment w jej włosy, aż w końcu zsunęła się pod luźną różową bluzkę, odnajdując krągłość jej piersi. Wyczułam, jak pod moimi palcami jej serce rzuciło się do galopu.
— Będzie... będzie fajnie, jak skończę — wykrztusiła Marta, ale jej palce na klawiaturze na moment zamarły. Nie przestałam jej gładzić. Moje palce drażniły jej twardniejący sutek, wysyłając jasny sygnał: „nie odpuszczę.” — Jest Ci źle, że chcę odrobić lekcje? — zapytała, obracając lekko głowę, by spojrzeć na mnie z wyrzutem, pod którym kryło się czyste pożądanie.
— Oczywiście, że nie, kochanie — odpowiedziałam z ciepłym, matczynym uśmiechem, który całkowicie gryzł się z tym, co moja dłoń robiła pod jej bluzką. — Masz się uczyć. Nauka to podstawa, ale czasami... można sobie zrobić małą przerwę i po prostu ponieść się przyjemności.
Marta na moment zamilkła. Przechyliła głowę, a na jej ustach wykwitł ten szelmowski, drapieżny uśmiech, który tak dobrze poznałam w Międzyzdrojach. Spojrzała ponownie na laptopa, klikając kilka losowych literek, dając mi tym samym nieme przyzwolenie. Wykorzystałam to natychmiast. Pochyliłam się niżej i złożyłam gorący, wilgotny pocałunek na odsłoniętej linii jej szyi, tuż przy uchu. Marta cicho westchnęła, a jej ciało, dotąd napięte od nauki, bezwiednie zaczęło lgnąć do mojego dotyku. Geografia właśnie przestała mieć jakiekolwiek znaczenie. Złożyłam kolejny, powolny i celowo wilgotny pocałunek na jej szyi, schodząc ustami w stronę obojczyka. Marta spięła się lekko, ale wciąż uparcie wpatrywała się w monitor, uderzając w klawisze z przesadną, wręcz teatralną dbałością. Ta jej próba zachowania pozorów, to udawanie niewzruszonej uczennicy w obliczu tego, co między nami pulsowało, bawiło mnie i podniecało do granic możliwości. Byłam dumną kobietą patrzącą na to, jak moje własne dziecko kruszyło się pod wpływem mojego dotyku. Jedną ręką zaczęłam niespiesznie błądzić po jej rozgrzanym ciele. Moja dłoń zsunęła się na nagi dół, masując pośladki przez opięty, miękki materiał szortów. Czułam, jak pod moimi palcami napinają się jej mięśnie. Przesunęłam dłonią niżej, gładząc aksamitną skórę ud, po czym powolnym, drażniącym suwem wróciłam do góry, aż ku jej piersiom. Marta wydała z siebie ciche, urwane tchnienie, ale wciąż uparcie trzymała palce na klawiaturze. „Och, kochanie, jak długo zamierzasz jeszcze walczyć?” – pomyślałam z triumfalnym uśmiechem. Dołożyłam drugą rękę. Moje ruchy stały się bardziej zdecydowane, drapieżne. Zmysłowym, pewnym ruchem wsunęłam dłonie pod luźną, różową bluzkę i powoli, centymetr po centymetrze, wyłuskałam jej dwie piękne, jędrne piersi na zewnątrz. Materiał zsunął się, odsłaniając je w całej okazałości. Schwyciłam obie krągłości w dłonie, czując pod kciukami natychmiast twardniejące, nabrzmiałe sutki.
— Tutaj są moje dziewczynki... — rzuciłam figlarnie, lekko je ugniatając.
Wypuściłam z ust ciepłe powietrze prosto na jej ucho, a moja dłoń na moment wróciła do góry, by musnąć jej policzek. Pochyliłam się tak, że moje piersi pod złotawą bluzką mocno docisnęły się do jej pleców.
— Czas z mamusią jest szczególny... — wyszeptałam głębokim, przesiąkniętym żądzą głosem, który nie pozostawiał złudzeń, jak ta "przerwa w nauce" się skończy.
Marta na moment zamarła. Jej palce zawisły nad klawiaturą, a z piersi wyrwało się głębokie, drżące westchnienie. Mur, który tak dzielnie wznosiła z referatu z geografii, właśnie runął z łomotem. Odchyliła lekko głowę do tyłu, opierając ją o moje ramię, a na jej ustach pojawił się ten bezbronny, a zarazem drapieżny wyraz twarzy, który tak uwielbiałam.
— Prawda, mamusiu... — rzuciła w odpowiedzi.
Jej głos, dotąd udawanie stabilny, teraz całkowicie się załamał. Drżał, przepełniony gęstym, palącym podnieceniem, którego nie była już w stanie ukryć. Laptop przestał istnieć. Liczyłyśmy się tylko my, złota pościel i ta duszna, niedzielna rozkosz.
Marta, choć jej opór dawno obrócił się wniwecz, wciąż z niemal komicznym uporem próbowała zachować pozory. Jej palce co jakiś czas uderzały w klawiaturę, jakby pisała najważniejsze zdanie w swoim życiu, ale tempo zdradzało ją bezlitośnie. Widziałam, jak drżały jej dłonie. Ta gra pozorów był naszym małym, domowym afrodyzjakiem. Przeniosłam się sprawnie na tył łóżka, klękając nad nią. Moje dłonie powędrowały w dół, gładząc jej gładkie uda i uniesione w górę, skrzyżowane łydki. Skóra Marty była niesamowicie ciepła. Nie śpiesząc się, wsunęłam dłonie pod luźny materiał szortów, wodząc palcami w te i we w te po jej pośladkach. Pochyliłam się nad nią, powoli rolując w górę różową koszulkę, odsłaniając idealną linię kręgosłupa. Zaczęłam składać tam małe, parzące pocałunki od karku, przez łopatki, aż po pas szortów i same pośladki.
— Ale masz piękne ciało, skarbie... Zwłaszcza te jędrne uda i pośladki — mruknęłam, zachwycona tym, co widzę.
Marta, nie zdejmując wzroku z monitora, rzuciła z cichym rozbawieniem:
— Po Tobie, mamusiu.
Moje serce uderzyło mocniej. Ten komplement, rzucony tak naturalnie, sprawił, że poczułam się niesamowicie dumna i kobieca. Wykorzystując chwilę jej rozluźnienia, jednym zwinnym, zdecydowanym ruchem ściągnęłam z niej szorty, pozostawiając ją jedynie w cieniutkich, różowych figach. Marta drgnęła. Odwróciła głowę przez ramię, posyłając mi absolutnie filuternie, pełne wyzwania spojrzenie, po czym z powrotem, ostentacyjnie wróciła do wpatrywania się w referat.
— Czy rozpraszam Cię? — zapytałam cicho, błąkając się dłońmi w okolicach jej bioder. — Trochę — odparła, a na jej ustach błąkał się szelmowski uśmiech.
Kochałam tę jej wytrwałość, ale moja własna cierpliwość powoli się kończyła. Chciałam widzieć ją bezbronną. Zaczęłam z premedytacją burzyć jej spokój, całując jej pośladki coraz czulej, coraz namiętniej, aż moje usta przeniosły się na delikatny materiał fig.
— Ale masz ładne, seksowne majteczki, córeczko — wyszeptałam, muskając ustami tkaninę.
— Dziękuję, mamo — odparła, a jej głos stawał się coraz bardziej chrapliwy.
Mój język zaczął błądzić po bawełnie, a po chwili złapałam zębami za elastyczną gumkę majtek, lekko ją odciągając i puszczając. Zaczęłam schodzić ustami coraz niżej, ku samej esencji jej kobiecości. Pieszcząc ją przez materiał, natychmiast poczułam, że figi są już wyraźnie wilgotne od jej narastającego podniecenia. Moja mała pilna uczennica płonęła od środka. Uniosłam lekko jej biodra, sprawiając, że jej pośladki wypięły się prosto ku mojej twarzy.
— Mam szczęście mając tak piękną córkę, będącą moją dziewczyną — wtrąciłam, a ta myśl, wypowiedziana na głos, przypieczętowała całą duszność tego momentu.
Odsunęłam zdecydowanym ruchem materiał fig na bok. Mój język, gorący i spragniony, uderzył prosto w jej nagą, pulsującą kobiecość. To był moment krytyczny. Dłonie Marty natychmiast oderwały się od klawiatury. Laptop o mało nie zsunął się z łóżka, gdy jej palce z całej siły zacisnęły się na złotawej pościeli. Jej oddech gwałtownie przyspieszył, a z gardła zaczął wydobywać się niski, nieprzerwany mruk rozkoszy. Wyginała ciało, szukając mocniejszego docisku mojego języka i wtedy... celowo się odsunęłam. Chciałam się z nią jeszcze trochę podrażnić, przedłużyć tę słodką torturę. Marta, zdezorientowana i ciężko dysząca, przez chwilę trwała w bezruchu, po czym z dumnie uniesionym podbródkiem, rzężąc z wysiłku, uderzyła palcem w klawiaturę, próbując udawać, że wraca do pisania. Uśmiechnęłam się pod nosem. Prostując się na łóżku, jednym płynnym ruchem ściągnęłam przez głowę swoją złotawą bluzkę, rzucając ją gdzieś na podłogę. Zostałam w samych dżinsach i białym, koronkowym staniku, który mocno eksponował moje piersi. Ponownie przysunęłam się do niej od tyłu. Tym razem nie użyłam ust. Zamiast tego mój palec wskazujący zaczął powolnym, hipnotyzującym ruchem jeździć wzdłuż jej mokrej szparki, delikatnie muskając łechtaczkę. Gra trwała dalej, a każda sekunda przybliżała nas do nieuchronnego wybuchu. Mój palec, śliski od jej własnych soków, bez trudu odnalazł drogę i zmysłowym, płynnym ruchem wsunął się w rozżarzone, pulsujące wnętrze Marty. Moja córka natychmiast wydała z siebie niski, gardłowy mruk, który wibracją przeszedł po moich plecach. Czułam, jak jej ciało wokół mojego palca jest gorące, wręcz parzące. To było niesamowite uczucie, widzieć, jak ta młoda, dumna dziewczyna, która jeszcze przed chwilą stawiała mi opór, teraz całkowicie poddawała się mojej woli.
— Przepraszam, kochanie, że tak bardzo cię rozpraszam... — wyszeptałam jej prosto do ucha, lekko obracając palec w jej wnętrzu. — Ale tak bardzo cię pragnę. Wybaczysz mi to, córeczko?
Marta schowała twarz w poduszkę, a z jej piersi wyrwało się bezbronne, pełne rezygnacji tchnienie.
— Tak, mamusiu... — odparła, a w tych dwóch słowach kryło się całkowite, ostateczne poddanie.
W tym momencie Marta pękła. Wszystkie pozory, cały ten głupi referat z geografii, to wszystko przestało mieć jakiekolwiek znaczenie. Oddała się przyjemności bez reszty. Jej biodra, dotąd powściągliwe, zaczęły same, rytmicznie i zachłannie nabijać się na mój palec. Pragnęła więcej, mocniej, głębiej.
Widząc to, przesunęłam się zwinnie na materacu, kładąc się tuż obok niej. Pochyliłam się nad jej rozgrzanym ciałem, zasypując jej szyję i ramiona gęstymi, mokrymi pocałunkami, podczas gdy moja dłoń pracowała bez wytchnienia. Po chwili dołożyłam drugi palec, rozszerzając ją delikatnie i dynamizując ruchy. Z czułością, a zarazem zaborczą siłą kochanki, badałam jej wnętrze, czując, jak z każdą sekundą staje się coraz bardziej miękka i gotowa na eksplozję.
Nagle Marta gwałtownym ruchem zatrzasnęła klapę laptopa. Ekran zgasł, odcinając nas od reszty świata.
— Skończyłam, mamo... — wydusiła z siebie, obracając się w moją stronę.
Uśmiechnęłam się tylko triumfalnie pod nosem. Doskonale wiedziałam, że nie skończyła żadnego referatu. Skończyła się po prostu jej nastoletnia cierpliwość, skruszona moją dorosłą, wyrachowaną pieszczotą. Moje własne opory, które kiedyś wydawały się barierą nie do przebicia, teraz były tylko wspomnieniem. Chciałam jej. Pragnęłam zatracić się w niej, zanurzyć razem z nią w tej palącej fali grzesznej rozkoszy, która odcinała nas od rzeczywistości.
Marta nie czekała ani chwili dłużej. Uniosła się na kolanach naprzeciwko mnie, wciąż ociekając zmysłowością, i gwałtownie przyciągnęła mnie za kark. Nasze usta zderzyły się w łapczywym, głębokim pocałunku. Jej język wdarł się do moich ust z bezwzględną pasją, a ja oddałam jej ten sam ogień. Była tak niesamowicie spragniona mojego smaku, mojego zapachu, mojego zatracenia. W tej złotej pościeli, w niedzielne popołudnie, przestałyśmy być matką i córką, stałyśmy się dwiema kobietami, które połączył pakt silniejszy niż krew.
Namiętność, żar i pierwotne pożądanie, to te emocje całkowicie przejęły nad nami kontrolę w to niedzielne popołudnie. Nasze dłonie błądziły po sobie chaotycznie, jakbyśmy po tych kilku godzinach rozłąki musiały na nowo nauczyć się swoich ciał. Każdy dotyk był zachłanny, pełen desperackiego głodu. W pewnym momencie przerwałam ten pełen ognia pocałunek. Musiałam pozbyć się reszty ubrań, które więziły moją skórę. Drżącymi palcami rozpięłam guzik i suwak mocno opinających dżinsów, po czym zwinnym ruchem zsunęłam je z bioder. Zostałam jedynie w białym, koronkowym staniku i pasujących do niego jedwabnych stringach. Położyłam się na plecach na złotawej pościeli, czując na sobie palący wzrok córki. Marta zamarła na moment, klęcząc nade mną, a w jej oczach malował się czysty, niezakłamany podziw.
— Jaka Ty jesteś piękna i seksowna, mamo... — wyszeptała, a w jej głosie brzmiała wręcz religijna nabożność.
Uniosła dłoń i powolnym ruchem przejechała wzdłuż mojego boku, po czym czule objęła moje piersi przez miękki materiał stanika.
— Dziękuję, córeczko... — odparłam z głębi gardła, czując, jak komplement z ust własnego dziecka uderzał we mnie z siłą najpotężniejszego afrodyzjaku.
Marta nie kazała mi długo czekać. Pochyliła się nade mną, ponownie odnajdując moje usta. Nasz pocałunek stał się jeszcze głębszy, a jej wolna dłoń powędrowała prosto między moje uda. Gdy poczułam ciepło jej palców pieszczących moją kobiecość przez cienki, jedwabny pasek stringów, bezwiednie rozwarłam nogi szerzej, dając jej pełen dostęp. Moje ciało wręcz domagało się jej dotyku. Objęłam ją mocno za plecy, przyciągając do siebie.
— Tego potrzebowałam... — mruknęłam prosto w jej rozgrzane usta.
Marta, wyczuwając moją kapitulację, zgrabnym ruchem odsunęła delikatny materiał stringów na bok. Jej palce natychmiast zaczęły kolistym, hipnotyzującym ruchem pieścić moją nabrzmiałą łechtaczkę. Całowałyśmy się bez przerwy, co chwilę odrywając się od siebie tylko po to, by wymienić gorące uśmiechy i ciche, urwane szepty aprobującej rozkoszy: „właśnie tak...”, „och, tak...”.
Gorąc zalewał moje ciało falami, a oddech przyspieszał z każdym uderzeniem serca. Marta na moment uniosła głowę, a na jej twarzy wykwitł ten niesamowicie figlarny, pewny siebie uśmiech, który tak bardzo kochałam.
— Ale Twoja kobiecość jest wilgotna, mamo — rzuciła z błyskiem w oku, patrząc na swoje lśniące palce.
— Dla Ciebie, córeczko... — wykrztusiłam, całkowicie bezbronna wobec jej zmysłowości.
Jej dotyk był pełen niesamowitej czułości, ale też idealnie wyważonej namiętności. Marta wiedziała już dokładnie, jak mnie dotykać. Po chwili zsunęła się niżej, nurkując głową między moje uniesione uda. Gdy jej gorący język i spragnione usta po raz pierwszy tego popołudnia dotknęły mojej nagiej, pulsującej skóry, całkowicie straciłam kontakt z rzeczywistością. Moje biodra same uniosły się do góry, szukając głębszego kontaktu. Z moich ust co chwilę zaczęły wydobywać się głośne, niekontrolowane jęki.
— Och tak... właśnie tak... tego potrzebowałam! — charczałam, wplatając palce w jej włosy.
Mój oddech stał się rwany i płytki, a pokój wypełnił się duszkiem naszej wspólnej, zakazanej ekstazy. Marta piła ze mnie z zachłannością, a ja czułam, że kolejna potężna fala orgazmu zbliżała się nieubłaganie.
Język Marty wirował wokół mojej łechtaczki z oszałamiającą, precyzyjną dynamiką. Każde pociągnięcie było przepełnione pasją, głęboką miłością i tą zmysłową namiętnością, która wyrosła między nami przez ostatnie miesiące. Moje ciało odpowiadało na każdy bodziec całkowicie bezwiednie, zatracając się w czystym, zwierzęcym wręcz odczuwaniu. Uniosłam nogi wyżej, uginając je w kolanach, jedną z nich mocno oparłam o materac, a drugą zaborczo oplotłam plecy Marty, by docisnąć ją do siebie jeszcze bardziej, by nie dać jej ani milimetra wolnej przestrzeni. Z mojego gardła bez przerwy rwały się niskie mruki i głośne, nieskrępowane niczym jęki, które niosły się po sypialni.
— Och, ach... tak, tak skarbie... tak, córeczko... — powtarzałam jak w transie, kompletnie nie dbając o to, jak te słowa brzmią w tej konfiguracji. Liczył się tylko ten parzący, pulsujący punkt między moimi udami. Marta, słysząc moje zatracenie, postanowiła uderzyć ze zdwojoną siłą. Nie przerywając pieszczoty językiem, zręcznie dołączyła palce wolnej dłoni, zanurzając je głęboko w moje rozżarzone, śliskie wnętrze. Ta podwójna stymulacja dosłownie odebrała mi dech. Poczułam, jak całe moje podbrzusze napinało się do granic możliwości, a potężna fala gorąca wzbierała gdzieś w dole, gotowa do eksplozji. Było mi za gorąco, bielizna krępowało moje zmysły. Gorączkowym, chaotycznym ruchem rozpięłam z tyłu swój biały stanik, zsunęłam ramiączka i rzuciłam go gdzieś daleko w kąt łóżka, pozwalając moim piersiom swobodnie falować w rytm przyspieszonego oddechu. Próbowałam jeszcze walczyć. Uniosłam na moment głowę, desperacko szukając wzroku Marty, chcąc spojrzeć w te jej błyszczące, zepsute i zakochane oczy w chwili mojego ostatecznego upadku. Chciałam widzieć moją córkę, moją kochankę, moją zgubę, ale siła nadchodzącego orgazmu okazała się zbyt potężna. Moje spojrzenie się rozmazało, głowa bezwładnie opadła w tył na złotawą poduszkę, a ciało wygięło się w łuk, gdy pierwsze, potężne skurcze rozkoszy zaczęły mną bezlitośnie szarpać.
W przypływie nagłej, dominującej energii, napędzana narastającą falą pożądania, zręcznie zmieniłam pozycję. Złapałam Martę za uda i jednym płynnym ruchem obróciłam ją na plecy, sama lądując na niej okrakiem. Moje rozpalone krocze znalazło się idealnie nad jej twarzą. Marta natychmiast zrozumiała moje intencje. Uniosła głowę ze złotawej poduszki i bez sekundy zawahania ponownie zatopiła język w mojej wilgotnej kobiecości. Zaczęłam zmysłowo kręcić biodrami, idealnie korelując swoje ruchy z rytmem jej pracującego języka. To była hipnotyzująca gra ciał. Pokój bez reszty wypełniły głośne stęki i głębokie, gardłowe jęki.
— O Boże... och, tak... — wyrwało mi się z piersi.
Uniosłam dłonie i zaczęłam łapczywie chwytać oraz ugniatać swoje własne, nagie piersi, co jeszcze mocniej potęgowało docierające do mnie bodźce. Tym razem uparcie nie pozwalałam zamknąć sobie oczu. Trzymałam z Martą intensywny, magnetyczny kontakt wzrokowy. Widziałam w jej oczach czysty zachwyt i dumę, gdy jej język pracował ze zmysłową, nienaganną precyzją. Czułam się błogo, wspaniale, wręcz wszechpotężna jako kobieta i jako kochanka. Ekstaza była już na wyciągnięcie ręki, pulsowała tuż pod skórą, ale nie chciałam jeszcze kończyć tej słodkiej tortury. Celowo zwolniłam ruchy bioder, na moment wstrzymując ten szaleńczy pęd. Marta natychmiast wyczuła zmianę. Posłała mi spod moich ud wyzywające, zniecierpliwione spojrzenie.
Gdy tylko poczułam, że zyskałam sekundę oddechu, z powrotem ruszyłam biodrami, narzucając jeszcze dynamiczniejszy, głębszy rytm. Marta wczuła się w niego z absolutną pasją. Przyspieszyła, pieszcząc mnie łapczywie i mocno, nie dając mi już żadnych szans na odwrót. W jednej sekundzie całe moje ciało eksplodowało. To była przeszywająca, niszczycielska ekstaza, która odebrała mi resztki przytomności. Poczułam potężny, przeciągły skurcz głęboko w podbrzuszu. Wygięłam się w łuk, zaciskając uda na jej ramionach, a z mojego gardła wydobył się długi, głośny krzyk spełnienia, który ostatecznie przypieczętował to niedzielne, pełne grzechu popołudnie.
Gdy fala spazmów powoli opadła, zsunęłam się z niej bezwładnie, czując, jak całe moje ciało drżało z powracającego chłodu. Wtuliłam się w nią mocno, szukając schronienia w jej młodych ramionach. Marta natychmiast mnie objęła, a jej usta odnalazły moje w pocałunku, który choć czuły, wciąż nosił w sobie ten gęsty, namiętny posmak naszej wspólnej tajemnicy.
— Dziękuję, córuś… Tego potrzebowałam — wyszeptałam prosto w jej rozgrzaną skórę, gładząc jej plecy.
— Nie ma za co, mamo… Ale teraz to ty mnie rozpaliłaś — rzuciła z tym swoim charakterystycznym, szelmowskim uśmiechem, a w jej oczach błysnęła jasna, drapieżna sugestia.
Poczułam, jak na dźwięk tych słów moje własne serce znowu przyspieszało. Moja matczyna duma i zmysłowa żądza kochanki stopiły się w jedno.
— Jesteś rozpalona? Chcesz, aby teraz mamusia się Tobą zajęła? — zapytałam, wodząc palcami po linii jej bioder.
— Wiesz, że tak — odparła bez wahania, a jej oddech stał się zauważalnie płytszy.
— To dla mnie czysta przyjemność, skarbie — mruknęłam.
Pocałowałam ją jeszcze raz, głęboko i z obietnicą, po czym zdecydowanym ruchem obróciłam ją na plecy. Moje dłonie powędrowały do paska jej różowych fig i zsunęły je zwinnie w dół, pozbawiając ją ostatniej bariery. Marta uniosła nogi, rozchylając je szeroko i całkowicie bezbronnie odsłaniając przede mną swoją różową, wilgotną kobiecość. Zamarłam na chwilę, omiatając wzrokiem całe jej idealne, młode ciało wtopione w złotawą pościel.
— Ale Ty jesteś piękna, córeczko… — zachwyciłam się, a w moim głosie brzmiało autentyczne uwielbienie.
— Po Tobie, mamo — odpowiedziała, patrząc mi prosto w oczy.
Te słowa zadziałały na mnie jak najsilniejszy afrodyzjak. Świadomość, że to moje geny stworzyły to idealne stworzenie, które teraz leżało przede mną jako moja partnerka, kompletnie odebrała mi rozsądek. Nachyliłam się nad nią bez dalszego przeciągania. Mój język i usta odnalazły jej wrażliwe wargi sromowe. Zaczęłam pieścić ją powoli, badawczo, delektując się każdym jej drżeniem. Nie przerywałam z nią kontaktu wzrokowego; chciałam widzieć każdą zmianę na jej twarzy, każdy grymas rodzącej się rozkoszy. Jedną ręką mocno objęłam jej zgrabne, napięte udo, stabilizując jej ciało, gdy zaczęła delikatnie unosić biodra. Marta wydała z siebie cichy, przeciągły jęk. Jedną dłoń wplotła w moje włosy, gładząc moją głowę i z czułością dociskając mnie do swojego krocza, jakby szukała we mnie absolutnej bliskości. Drugą ręką desperacko błądziła po pościeli, aż odnalazła moją wolną dłoń. Splotłyśmy palce w mocnym, nierozerwalnym uścisku, pętli, która wiązała nas mocniej niż jakakolwiek świętość tego świata. Gra uległa odwróceniu, a ja z zachłannością zaczęłam prowadzić moją córkę na sam szczyt. Wsłuchiwałam się w każdy, nawet najcichszy dźwięk wydobywający się z jej gardła. W tej małej, odizolowanej od świata sypialni, reakcje ciała Marty stały się moim jedynym drogowskazem i absolutnym priorytetem. Z każdą sekundą jej oddech przyspieszał, stając się rwanym, płytkim świstem, a z ust zaczęły wyrywać się pierwsze, niskie mruki i ciche, pełne niedowierzania stęki. Delektowałam się nią bez pośpiechu. Smak jej młodej kobiecości był dla mnie niczym mityczna ambrozja, a obficie wypływające soki słodkim nektarem, który spijałam z nabożną czułością i zaborczą pasją. Świadomość, że to ja wywołuję w niej ten pożar, rozpalała mnie od środka nie mniej niż pieszczoty, które sama przed chwilą od niej otrzymałam. Czując, jak całe ciało Marty napinało się w słodkim oczekiwaniu na więcej, postanowiłam podkręcić temperaturę tej niedzielnej gry. Powoli uwolniłam dłoń, którą dotąd trzymałam na jej aksamitnym udzie. Moje palce były już całkowicie mokre od jej podniecenia. Nie przerywając zmysłowego masażu językiem na jej nabrzmiałej łechtaczce, powolnym, pewnym suwem wsunęłam jeden palec głęboko w jej rozżarzone, śliskie wnętrze. Marta wyprężyła się na złotawej pościeli jak struna, a jej palce, wciąż splecione z moją drugą dłonią, zacisnęły się tak mocno, że aż pobielały jej kłykcie. Z jej ust wyrwał się głośniejszy, przeciągły jęk, który natychmiast utonął w dusznej atmosferze pokoju. Była moja. Całkowicie, bezbronna i gotowa, bym poprowadziła ją prosto w ramiona bezlitosnej, grzesznej rozkoszy.
Z ust Marty wydobywało się już tylko stękliwe, bezbronne „oh mamo”, które uderzało we mnie z siłą potężnego bodźca. Ten cichy, rzężący głos mojej córki, wypowiadający to jedno, zakazane słowo w tak intymnym kontekście, działał na mnie niesamowicie. Mój palec i język pracowały w idealnej synchroniczności, doprowadzając ją do szaleństwa. Jednak nie spieszyłam się. Nauczyłam się już, jak dawkować jej przyjemność, by wycisnąć z tej chwili jak najwięcej. Celowo zwalniałam tempo, wysuwając palec z jej rozgrzanego wnętrza i leniwie jeżdżąc nim wzdłuż pulsującej kobiecości. Przenosiłam usta wyżej, całując jej wewnętrzną stronę uda, aż do delikatnej skóry na biodrze, przeciągając to nieznośne napięcie do granic możliwości. Słyszałam, jak Marta gwałtownie łapała powietrze, jak jej ciało domagało się powrotu do tego potężnego rytmu. Gdy widziałam, że zaczynała cicho błagać wzrokiem, wracałam ustami i językiem na jej łechtaczkę, a palec na nowo zanurzał się głęboko we wnętrze. „Ohów i ahów” w złotawej pościeli nie było końca. Jej jęki i stęki stały się niemal melodyjne, a w rwanym rytmie jej przyspieszonego oddechu ciągle przeplatały się słowa:
— Oh... oh mamo... tak, mamo... Boże, jak cudownie...
Uniosłam na chwilę głowę, czując na ustach jej słodki nektar, i spojrzałam na jej rozpaloną twarz z figlarnym, dumnym uśmiechem.
— Cudownie, kochanie? Mamusia dopiero się rozgrzewa — wyszeptałam, podtrzymując tę naszą grę słów, która tak idealnie podsycała ogień.
— Mocniej... mamo, proszę... — wykrztusiła, a jej biodra uniosły się wysoko, szukając mojego ponownego zatracenia w jej ciele.
Przejmując całkowitą kontrolę nad jej zmysłami, posłuchałam jej, przyspieszając ruchy i sprawiając, że cała sypialnia ponownie utonęła w dusznych, bezwstydnych odgłosach naszej zakazanej miłości. Mój język wirował już szaleńczo wokół jej nabrzmiałej łechtaczki, a palec głęboko i rytmicznie penetrował jej rozżarzone, pulsujące wnętrze. Pokój był przesiąknięty zmysłowym zapachem naszej miłości. Marta była na skraju, jej ciało drżało, a biodra bezwiednie unosiły się ze złotawej pościeli w pogoni za ostatecznym spełnieniem. W pewnym momencie, napędzana falą obezwładniającej czułości, uniosłam się nad nią. Nie przerywając jednak penetracji palcem, która utrzymywała ją w stanie słodkiej tortury, złożyłam na jej rozpalonych ustach głęboki, namiętny pocałunek.
— Kocham Cię, córeczko… — wyszeptałam prosto w jej wargi, czując, jak ta deklaracja, tak naturalna, a zarazem tak grzeszna w tych okolicznościach, wibrowała między nami.
— Ja Ciebie też, mamo… tak bardzo — zdołała wykrztusić Marta, a jej głos załamał się od nadmiaru emocji.
W tym samym momencie wolna dłoń Marty zsunęła się w dół. Jej palce odnalazły własne krocze i zaczęła koliście, niezwykle dynamicznie pieścić swoją łechtaczkę, przejmując kontrolę nad końcówką tego rytmu. Reakcja była natychmiastowa. Z jej piersi wyrwał się głośny, rozdzierający stęk, oddech stał się urywanym świstem, a całe jej młode ciało zesztywniało. Nagle Martę przeszyła potężna, obezwładniająca ekstaza. W tym samym ułamku sekundy, szukając jakiegokolwiek oparcia w świecie, który właśnie wirował, z dzikością wbiła się swoimi wargami w moje usta. Wykorzystałam ten moment, szybkim, zdecydowanym ruchem wyjęłam palec z jej wnętrza, celowo spłycając i kumulując jej orgazm w jednym, niesamowicie intensywnym punkcie na powierzchni skóry. Marta jęknęła potężnie w moje usta, a jej biodra zadrżały w ostatnich, bezwładnych skurczach.
Całowałyśmy się bez tchu, głęboko i drapieżnie, a nasze języki splotły się w dzikim, gorącym tańcu. Smakowałyśmy siebie nawzajem, mieszankę potu, pożądania i soków, które były naszym najsłodszym sekretem. Moje ciało, mimo niedawnego spełnienia, znowu zaczęło płonąć. Ta bliskość, ten zapach i ta bezczelna, absolutna miłość mojej córki działały na mnie jak narkotyk.
— Mamusia chce więcej… — wyszeptałam bezwstydnie między jednym a drugim pocałunkiem, tracąc resztki zdrowego rozsądku.
Zaczęłyśmy się tarzać po łóżku, gubiąc się w złotawej pościeli, szukając swoich ciał w chaotycznym uścisku, aż w końcu, po krótkiej walce pełnej śmiechu i urwanych oddechów, Marta ponownie wylądowała na plecach, a ja spoczęłam ciężarem ciała na niej. Moja córka natychmiast oplotła moją talię swoimi zgrabnymi nogami, a rękami objęła mnie tak mocno, jakby bała się, że zaraz zniknę. Nie pozwoliłam jej jednak leżeć. Złapałam ją pod ramiona i zdecydowanym ruchem uniosłam nas obie do góry. Usiadłyśmy na środku łóżka, naprzeciwko siebie, wciąż złączone w pasie. Nasze nagie ciała, lepkie od potu i podniecenia, ocierały się o siebie przy każdym najmniejszym poruszeniu. Piersi falowały, stykając się sutkami, a my, ignorując cały świat, naukę i upływający czas, znowu zatonęłyśmy w głębokim, gorącym pocałunku, kołysząc się delikatnie w rytm naszego niesłabnącego pożądania.
Siedząc naprzeciwko siebie na środku łóżka, czułam każdy przyspieszony rzut jej serca. Nie potrafiłam utrzymać rąk przy sobie, a moje usta same rwały się do jej rozgrzanej skóry. Zaczęłam schodzić pocałunkami coraz niżej, muskając linię jej podbródka, a potem długo i namiętnie pieszcząc wrażliwą szyję Marty. Słyszałam jej ciche, melodyjne mruknięcia, które wibrowały tuż przy moim uchu. Moje usta wędrowały dalej, znacząc ścieżkę gorących pocałunków wzdłuż obojczyka, aż w końcu dotarły ku jej pięknym, młodym piersiom. Marta uniosła lekko klatkę piersiową, bezwiednie podając mi się w dłonie. Zaczęłam pieścić językiem i ustami jej nabrzmiałe, twarde sutki oraz delikatne brodawki. Liżąc je zmysłowo i ssąc naprzemiennie, czułam, jak całe jej ciało przeszywało dreszcz elektryzującej rozkoszy. Oddech Marty stał się gwałtowny, rwany. Z jej gardła wydobywały się niskie, przepełnione miłością odgłosy, w których nie było już ani śladu dawnej powściągliwości.
— Kocham, jak mnie pieścisz, mamo… — wyszeptała chrapliwie, a te słowa, wypowiedziane z taką ufnością i pożądaniem, sprawiły, że we mnie samej znowu wezbrała fala potężnego gorąca.
Uniosłam na moment głowę. Nasze spojrzenia spotkały się w milczącym, magnetycznym porozumieniu. W jej oczach widziałam absolutne zatracenie, miłość i dumę z tego, kim dla siebie jesteśmy. Nie potrzebowałyśmy słów, by wiedzieć, że ten niedzielny pokój jest naszym całym światem. Wróciłam ustami do jej warg, łącząc nas w kolejnym, głębokim, mokrym pocałunku, by po chwili znów zejść niżej i z niesłabnącą pasją powrócić do pieszczot jej piersi. Dłonie Marty błądziły po moim ciele. Najpierw czule objęła moją szyję, a potem wplotła palce głęboko w moje włosy, lekko mnie dociskając i szukając jeszcze większej bliskości. Ja również nie przestawałam jej dotykać; moja wolna dłoń gładziła jej aksamitne plecy, boki i uda, chłonąc każdą fałdę jej rozgrzanej skóry, podczas gdy my obie kołysałyśmy się zmysłowo na złotawej pościeli, zapominając o całym świecie na zewnątrz.
Słowa Marty zawisły w dusznej przestrzeni sypialni, niosąc ze sobą obietnicę, która sprawiła, że w ułamku sekundy krew w moich żyłach znowu zapłonęła.
— Skoro mamusiu chciałam więcej, to pragnę Cię ponownie kosztować... — wyszeptała, a w jej głosie nie było już ani śladu nastoletniej nieśmiałości. Była tam tylko pewna siebie, zmysłowa kobieta, którą sama w niej obudziłam.
Uśmiechnęłam się, czując niesamowity dreszcz podniecenia na myśl o tym, co ta mała drapieżnica zaraz ze mną zrobi. Rozłączyłyśmy się na moment. Bez zbędnych słów ściągnęłam z siebie białe jedwabne stringi i rzuciłam je na podłogę. Stanęłam na łóżku na czworaka, wypinając swoje pośladki prosto ku niej, całkowicie naga i bezbronna wobec tego, co miało nadejść. Marta natychmiast przejęła inicjatywę. Zaczęła składać gęste, parzące pocałunki na moim ciele, gładząc mnie dłońmi po bokach. Jej usta wędrowały powoli wzdłuż linii moich pleców, delikatnie muskając kręgosłup, aż dotarły do moich jędrnych pośladków. Czułam jej ciepły oddech na skórze, gdy czule obejmowała dłońmi moje biodra, pieszcząc je i lekko ugniatając. Potem stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam. Marta nachyliła się niżej, a jej gorący, wilgotny języczek znalazł precyzyjną drogę ku mojemu analnemu miejscu doznań. W tym samym momencie palce jej drugiej dłoni powędrowały do przodu, odnajdując moją nabrzmiałą łechtaczkę i zaczynając ją rytmicznie, zmysłowo pieścić. W pierwszej sekundzie zamarłam. Przez moją głowę przemknęła fala głębokiego szoku – moja mała córeczka, moja Marta, podjęła się tak bezwstydnej, tak głęboko intymnej oralnej stymulacji mojego anusa... To przekraczało wszelkie granice, które dotąd znałam. Jednak szok natychmiast został rozbity w pył przez obezwładniającą, pierwotną falę błogiej rozkoszy. To było tak niesamowicie intensywne, tak parzące i nowe, że aż zakręciło mi się w głowie.
— Ah... Oh Boże, Marta... — wyrwało mi się z gardła rzężący, niemal zwierzęcy jęk.
Stymulacja palcami na łechtaczce potęgowała to szaleństwo do granic wytrzymałości. Moje ciało odpowiedziało natychmiast. Zaczęłam bezwiednie, konwulsyjnie wręcz dociskać pośladki do jej twarzy, pragnąc więcej tego niesamowitego dotyku. Mój oddech stał się przeraźliwie płytki i przyspieszony, a w myślach miałam tylko jedno: „ona jest genialna, ona mnie posiada”. Cała sypialnia utonęła w odgłosach mojego całkowitego, bezwstydnego rozkoszowania się chwilą, w której rola matki ostatecznie rozpuściła się w dusznej ekstazie.
Marta miała w sobie ten niesamowity, niemal zwierzęcy instynkt, który pozwalał jej bezbłędnie odczytywać mapę mojego ciała. Za każdym razem, gdy myślałam, że już niczym mnie nie zaskoczy, ona przesuwała granicę jeszcze dalej, rozpalając mnie do granic możliwości. Jej młodość nie oznaczała braku doświadczenia, oznaczała brak zahamowań i czystą, genialną improwizację. Wiedziała dokładnie, czego potrzebowałam, idealnie balansując na granicy między absolutną czułością, bezgraniczną miłością a drapieżną, gęstą namiętnością. Poruszała się w niesamowitym, hipnotyzującym wręcz rytmie. Jej język nie przestawał pieścić mojego anusa, drażniąc najbardziej skrywane zakończenia nerwowe, podczas gdy palce z precyzją chirurga stymulowały moją płonącą łechtaczkę. Zrobiła ze mną dokładnie to, co chciała. Stałam się plasteliną w jej rękach, drżącą i bezwolną. Z jej ust, tuż przy mojej nagiej skórze, co chwilę wydobywały się ciche, pełne zachwytu pochwały, przeplatane jej własnymi, melodyjnymi jękami:
— Oh... ah... tak... Jesteś taka piękna, mamo... Taka idealna... — szeptała chrapliwie między jednym a drugim pociągnięciem języka.
Te słowa, te jękliwe pochwały rzucane prosto w moje ciało, działały silniej niż fizyczny dotyk. Świadomość, że moja własna córka patrzy na mnie z taką dumną zaborczością i czerpie tak potężną satysfakcję z dawania mi rozkoszy, kompletnie odebrała mi zdolność racjonalnego myślenia. Wbiłam palce głęboko w złotawą pościel, zaciskając dłonie na materiale, by nie osunąć się bezwładnie na materac. Moje biodra drżały w rytm jej pieszczot, a z gardła wydobywał się nieprzerwany, głośny sznur jęków, który wypełniał całą przestrzeń naszej bezpiecznej, grzesznej sypialni. Byłam na skraju kolejnego, potężnego urwiska, a Marta prowadziła mnie tam z absolutną pasją.
Ta zmysłowa, duszna symfonia, którą Marta odgrywała na moim ciele, z każdą sekundą stawała się coraz bardziej intensywna. Jej gorący język wciąż z niesłabnącą pasją i precyzją pieścił analnie moją skórę, wysyłając wzdłuż kręgosłupa dreszcze, od których dosłownie traciłam zmysły. Jednak to jej palce stały się teraz głównym narzędziem tej słodkiej tortury, sprytnie zmieniając działania oraz rytm, by nie pozwolić mi nawet na sekundę wytchnienia. W pewnym momencie, wyczuwając moje maksymalne rozgrzanie, Marta zdecydowanym ruchem wsunęła we mnie dwa palce naraz. Jej dłoń idealnie wbiła się w rytm mojego drżącego ciała, dostosowując się do moich rwanych, płytkich oddechów i głośnych, bezwstydnych jęków, które bez przerwy uciekały z mojego gardła. Ta podwójna penetracja od środka, połączona z nieustannym, mokrym dotykiem jej języka z tyłu, doprowadzała mnie do absolutnego szaleństwa.
— Och, Marta... tak, właśnie tak, głębiej... — charczałam w poduszkę, bezwiednie cofając biodra, by przyjąć ją całą.
Moja córka bawiła się mną genialnie. Gdy czuła, że napięcie w moim podbrzuszu osiąga punkt krytyczny, nagle, na krótką chwilę, wyjmowała palce ze środka, dając mi ułamek sekundy na rozpaczliwy łapany oddech. Zanim jednak zdołałam ochłonąć, ta sama dłoń natychmiast przenosiła się wyżej, by koliście, mocno i niesamowicie dynamicznie pieścić moją pulsującą łechtaczkę. Ta nagła zmiana bodźców sprawiała, że cała drżałam, a złota pościel pod moimi zaciśniętymi palcami niemal rwała się od siły mojego uścisku. Marta dawkowała mi ekstazę z precyzją bezwzględnej kochanki, a ja mogłam tylko poddać się tej fali, płynąc dokładnie tam, gdzie mnie prowadziła. Pieszczota Marty nabierała coraz większej dynamiki, stając się szybka, mocna i bezwzględna w dążeniu do celu. Moje ciało nie było już w stanie znieść dłuższego napięcia, każdy mięsień spiął się do granic możliwości, aż w końcu nastąpiło potężne uderzenie. Przeszyła mnie gwałtowna, głęboka ekstaza, od której zaszumiało mi w głowie. Całe moje ciało bezwładnie opadło na łóżko, wtulając twarz w złotawą pościel.
Byłam całkowicie zdyszana, przepełniona absolutnym spełnieniem i bezwiednym, szczęśliwym uśmiechem. Gdy palce Marty spróbowały kontynuować delikatne ruchy, resztką sił uniosłam dłoń i delikatnie wstrzymałam jej rękę, splatając nasze palce.
— O, jak mi dobrze... — szeptałam raz po raz, próbując złapać rozproszony oddech. — Cudownie, skarbie...
Marta nie odsunęła się ani na krok. Zaczęła czule i niespiesznie całować moje rozgrzane plecy, schodząc ustami wzdłuż linii kręgosłupa, a potem wędrując po bokach mojego ciała. Jej usta były ciepłe, a każdy dotyk niósł ze sobą niesamowite uspokojenie po niedawnej burzy. Całowała mnie tak długo, aż powoli dotarła z powrotem do mojej twarzy. Obróciłam się na plecy, pozwalając, by nasze ciała natychmiast się splotły. Marta ułożyła się na mnie, a my zatonęłyśmy w kolejnym, namiętnym i głębokim pocałunku. Był łapczywy, przesiąknięty smakiem nas obu, ale jednocześnie niesamowicie czuły. Tuliłyśmy się do siebie tak mocno, jakbyśmy chciały zetrzeć jakąkolwiek przestrzeń między nami.
Gdy nasze usta na moment się rozłączyły, zaczęłyśmy szeptem podtrzymywać ten wyjątkowy, duszny nastrój.
— Kocham cię, moja piękna dziewczyno — wyszeptałam, gładząc ją po wilgotnych od emocji włosach. — Masz już dosyć na dzisiaj?
Marta uniosła się lekko na ramionach, patrząc mi prosto w oczy z tym swoim dumnym, szelmowskim błyskiem, w którym malowało się czyste pożądanie.
— Absolutnie nie, mamusiu. Dopiero się rozkręcamy — odparła zmysłowo, lekko ocierając się o moje biodra. — Jest mi z tobą zbyt dobrze, żeby przestać.
— Mi też, córeczko... — mruknęłam, przyciągając ją z powrotem do kolejnego, gorącego pocałunku. — Jest idealnie.
Moje serce zabiło mocniej, gdy poczułam, jak pożądanie po raz kolejny wzbierało we mnie z siłą oceanicznego przypływu. Spojrzałam głęboko w rozpalone oczy mojej córki. W mojej głowie kłębiły się myśli pełne zaborczej miłości i dumy z tego, jak idealnie nasze ciała ze sobą współgrały w to niedzielne popołudnie.
— Usiądź mi na twarzy, skarbie... — wyszeptałam niskim, rozkazującym, a zarazem pełnym uwielbienia głosem.
Marta nie potrzebowała drugiego zaproszenia. Jej usta rozciągnęły się w zmysłowym, pewnym siebie uśmiechu. Jednym płynnym, niezwykle drapieżnym ruchem zmieniła pozycję, przechodząc naga nad moją głową i siadając okrakiem na mojej twarzy, zwrócona przodem w kierunku moich nóg. Natychmiast poczułam obezwładniające ciepło i gęstą wilgoć, które biły od jej krocza. Bez sekundy zawahania, mój język wysunął się i zaczął zaborczą, niesamowicie głęboką pieszczotę mojego największego skarbu. Delektowałam się smakiem Marty, który był dla mnie jedyną rzeczą godną pożądania w całym wszechświecie. Chciałam dać mojej ukochanej, własnej córce, rozkosz, jakiej jeszcze nigdy nie zaznała. Czystą, niczym nieskrępowaną ekstazę. Mój język z precyzją i pasją masował jej nabrzmiałą łechtaczkę, wnikając głęboko między rozgrzane wargi sromowe. Marta na początku trzymała się mocno, wyprostowana na kolanach, z głową uniesioną wysoko, a z jej gardła wyrywały się głośne, duszne jęki. Jednak pod wpływem tak bezwzględnej i precyzyjnej stymulacji z mojej strony, szybko zaczęła tracić pion. Jej ciało zadrżało gwałtownie, mięśnie zwiotczały z nadmiaru przyjemności, aż w końcu zaczęła bezwładnie opadać przodem na moją klatkę piersiową. Znalazłszy się w tej idealnej, symetrycznej pozycji, Marta poczuła, jak mój zapach i bliskość uderzały w nią ze zdwojoną siłą. Widząc tuż przed swoimi ustami moją nagą, lśniącą od soków kobiecość, nie mogła się oprzeć. Choć jej własny oddech był rwany, a w głowie jej wirowało, pochyliła się jeszcze niżej i z niesamowitą pasją ponownie zatopiła swój język we mnie.
Pokój po raz kolejny utonął w kakofonii naszych melodyjnych stęków, głębokich mruków i łapczywych odgłosów, gdy obie, złączone w tym bezwstydnym uścisku, zaczęłyśmy pić z siebie nawzajem, napędzając ten nieskończony, parzący pożar. Napędzałyśmy się nawzajem, pieszcząc się w szaleńczym, transowym rytmie, który groził natychmiastową eksplozją. Gdy obie poczułyśmy, że krawędź jest już zbyt blisko, niemal jednocześnie, instynktownie zwolniłyśmy tempo. Marta zsunęła się ze mnie, ciężko dysząc, po czym uniosłyśmy się i uklękłyśmy naprzeciwko siebie, wyprostowane na samym środku łóżka, pośród skotłowanej, złotawej pościeli. Zatopiłyśmy się w łapczywym, desperackim pocałunku. Nasze języki tańczyły dzikie, skomplikowane tango, splatając się w wilgotnym uścisku naszych ust. Nasze dłonie błądziły po sobie całkowicie chaotycznie, jakby ogarnięte własną wolą pieściły rozgrzane ciała, chwytały i ugniatały piersi, błądziły w dół ku wilgotnym kroczy i zaborczo wplatały się we włosy, przyciągając nasze głowy jeszcze bliżej. Między urwanymi oddechami i głębokimi pocałunkami wyrywały nam się ciche, drżące wyznania:
— Masz piękne ciało, mamo... Kocham Twoje ciało, uwielbiam je pieścić — szeptała Marta, a jej oczy błyszczały od łez pożądania.
— A ja pragnę cię cała, córeczko... Kocham cię nad życie — odpowiadałam, tracąc jakiekolwiek poczucie rzeczywistości.
Nie potrafiąc utrzymać ciała w bezruchu, zaczęłam zmysłowo i zaborczo ocierać się swoim płonącym kroczem o aksamitne udo Marty. Moja córka wydała z siebie niski mruk aprobaty, po czym pochyliła głowę i zaczęła łapczywie całować moje piersi, otulając ustami twarde sutki i brodawki, ssąc je na zmianę z niesamowitą pasją. Pokój wypełnił się duszkiem naszych szeptów, mruków i przeplatających się, głośnych „oh” i „aj”, które wydobywały się z nas obu w idealnej harmonii. Gdy na moment uniosła głowę, spojrzałyśmy sobie prosto w oczy. W naszych spojrzeniach nie było już nic poza czystym ogniem, żarem i niszczycielską namiętnością. Widząc to totalne oddanie w jej wzroku, zaczęłam ocierać się o jej udo jeszcze mocniej, bardziej dynamicznie. Moja wolna ręka natychmiast znalazła drogę w dół, prosto do nabrzmiałej, ociekającej nektarem kobiecości Marty. Moje palce zaczęły koliście i mocno pieścić jej łechtaczkę, sprawiając, że Marta gwałtownie wygięła plecy, a z jej ust wyrwał się głośny, melodyjny krzyk rozkoszy.
Szeptałyśmy sobie prosto w usta rwane, bezwładne wyznania miłości, zupełnie zagubione w tym parzącym świecie, który same stworzyłyśmy.
— Och, tak… jak mi dobrze… — powtarzała Marta, a jej słowa mieszały się z moimi własnymi, głębokimi mrukami i stękami.
Moje palce na jej łechtaczce pracowały bez wytchnienia, a jednoczesne, mocne ocieranie się o jej udo doprowadziło mnie do punktu bez powrotu. Całowałyśmy się drapieżnie, łapczywie, aż nagle dopadł mnie potężny, obezwładniający szczyt. Całe moje ciało zadrżało w gwałtownych skurczach, a z gardła wyrwał się głośny, rzężący jęk spełnienia.
Gdy fala największych spazmów zaczęła powoli opadać, uniosłam się lekko, ciężko dysząc. Moje usta odnalazły jej policzek, a potem zsunęły się na kącik ust w znacznie wolniejszym, przepełnionym czułością pocałunku.
— Pozwól mi zwolnić, córeczko… — wyszeptałam chrapliwie, czując, że moje mięśnie są jak z waty.
Marta spojrzała na mnie, a na jej twarzy odmalował się najpiękniejszy, pełen ciepła i miłości uśmiech. — Nie musisz o to prosić, mamo — odparła miękko, gładząc mnie po mokrym od potu policzku.
Osunęłam się na nią, a nasze ciała natychmiast splotły się w mocnym, bezpiecznym uścisku. Tuliłyśmy się do siebie z całych sił, jakbyśmy chciały upewnić się, że to wszystko dzieje się naprawdę. Każdy najmniejszy ruch powodował, że nasza rozgrzana skóra ocierała się o siebie, wywołując przyjemne dreszcze, a nasze dłonie już bez dawnej dzikości, a z niesamowicie pieszczotliwym, czułym dotykiem błądziły leniwie po plecach, biodrach i ramionach, celebrując tę wyjątkową chwilę absolutnej bliskości.
Czując, jak zmęczenie ostatecznie przejmowało władzę nad moimi mięśniami, wiedziałam, że nie mam już siły na żadne gwałtowne ruchy. Jednak w głowie miałam tylko jedną, zaborczą i niesamowicie czułą myśl. Pragnęłam dokończyć to, co zaczęłyśmy, i w pełni zaspokoić moją córkę.
— Nie mam już siły, skarbie... ale mamusia dokończy to, co zaczęła. Muszę cię zaspokoić — wyszeptałam jej prosto w usta, a mój głos drżał z wycieńczenia i miłości.
Marta spojrzała na mnie wzruszona, z absolutnym oddaniem w oczach. Delikatnie, bez pośpiechu, położyłam ją na plecy na skotłowanej pościeli. Chciałam, aby ten moment zapisała w pamięci jako czyste uwielbienie. Zaczęłam składać nabożne, powolne pocałunki na jej ciele, zaczynając od samych stóp. Moje usta wędrowały wyżej, przez zgrabne łydki i aksamitne uda, muskając delikatny brzuch, który falował w rytm jej przyspieszonego oddechu. Przesunęłam się wyżej, pieszcząc jej piersi, aż w końcu dotarłam do szyi i ust, łącząc nas w długim, leniwym pocałunku. Marta cicho mruczała, całkowicie poddając się mojej woli. Gdy poczułam, że jest już idealnie rozluźniona i gotowa, powoli cofnęłam się i zanurkowałam głęboko między jej szeroko rozchylone uda. Mój język natychmiast odnalazł jej nabrzmiałą, ociekającą nektarem kobiecość. Zaczęłam pieścić ją zmysłowo, długimi i głębokimi pociągnięciami, rozkoszując się każdym jej drżeniem, aby doprowadzić ją do ostatecznego szaleństwa, wspomogłam się dłonią. Dwa moje palce niespiesznie, ale zdecydowanie wsunęły się w jej rozżarzone wnętrze, penetrując ją w idealnej synchroniczności z ruchami mojego języka. Marta gwałtownie chwyciła garść pościeli, a z jej piersi wyrwał się pierwszy, głośny stęk zapowiadający nadchodzącą burzę. Reakcje Marty były natychmiastowe i niesamowicie silne. Jej młode ciało zaczęło falować, wijąc się na pościeli w dusznej, błogiej rozkoszy, którą w nią wtłaczałam. Każde pociągnięcie mojego języka i każdy ruch palców w jej wnętrzu sprawiały, że traciła kontakt z rzeczywistością. Nasze spojrzenia co chwilę się spotykały, by po ułamku sekundy uciekać na boki. Marta po prostu nie była w stanie utrzymać mojego wzroku, tak przeraźliwie dobrze jej było. Jej oczy zachodziły mgłą, a powieki drżały bezwiednie. Z jej ust bez przerwy wydobywały się niskie mruki i głośne, rwane jęki. Słyszałam, jak jej oddech drastycznie przyspiesza, stając się głęboki, świszczący i całkowicie nieskoordynowany. Pieściłam ją z absolutną, bezgraniczną miłością i pasją, całą swoją uwagę skupiając na jej ciele. Moje dwa palce penetrowały jej rozgrzane wnętrze, idealnie dostosowując się do skurczów jej mięśni, podczas gdy język wirował na nabrzmiałej łechtaczce, nie dając jej ani sekundy wytchnienia.
Marta zaczęła gwałtownie wyrzucać z siebie rwane, przerywane słowa, które w tym duszny pokoju brzmiały jak najsłodsza muzyka:
— Oh... tak... oh Boże... oh mamo!
Nagle napięcie osiągnęło absolutny zenit. Nastąpiło potężne, ostateczne spełnienie. Ciało Marty uniosło się gwałtownie i wygięło w łuk, a palce u stóp podkurczyły się konwulsyjnie. Silna, spazmatyczna ekstaza rzucała nią po łóżku, gdy jej kobiecość pulsowała wokół moich palców w ostatnich, najgłębszych skurczach orgazmu. Nie cofnęłam się ani na moment. Gdy jej ciało zaczęło powoli opadać, zwiotczałe i całkowicie bezbronne, powoli wysunęłam dłoń i zaczęłam czule gładzić jej drżące uda i brzuch. Przesunęłam się wyżej, obejmując ją mocno ramionami, by dać jej poczucie absolutnego bezpieczeństwa. Zaczęłam składać na jej skórze delikatne, niespieszne i pełne opiekuńczej miłości pocałunki, wędrując przez piersi i szyję, aż moje usta odnalazły jej wilgotne, wciąż drżące wargi w długim, kojącym uścisku.
Wtuliłam się w nią z całych sił, chłonąc całą swoją powierzchnią gęste, kojące ciepło jej ciała. Nasza skóra, wciąż lepka od potu i niedawnych uniesień, ocierała się o siebie przy każdym, nawet najmniejszym oddechu, przypominając o tym, jak niesamowite i całkowite było to zjednoczenie. W mojej piersi pęczniała fala potężnych, obezwładniających emocji. Czułam dumę, absolutną czułość i bezgraniczną miłość do tej młodej kobiety, która leżała w moich ramionach. Dla mnie nie było już powrotu. Stałam się strażniczką jej rozkoszy, a świadomość, że to ja doprowadziłam ją do tak potężnego spełnienia, napełniała mnie głębokim, macierzyńskim, a zarazem zaborczym spokojem.
Zaczęłam gładzić jej miękkie włosy, składając na jej czole lekki, leniwy pocałunek. W pokoju wciąż było zupełnie jasno, a niedzielne słońce przedzierało się przez rolety, malując na naszej złotawej pościeli ciepłe, świetliste pasy.
— Widzisz, kochanie? Zrobiłaś zadanie i spędziłaś tak miłe chwile z mamusią — wyszeptałam z figlarnym uśmiechem, muskając ustami płatek jej ucha.
Marta poruszyła się leniwie, wtulając twarz w moją szyję, a z jej piersi wyrwał się cichy, rozkoszny mruk.
— Oj, bardzo miłe i niesamowicie namiętne... — odparła chrapliwie, a w jej głosie wciąż wibrowało niedawne zmęczenie. — Ale szczerze? Przy następnym takim połączeniu sił nie wiem, czy w ogóle będę umiała skupić się na jakiejkolwiek nauce i zadaniach. Myśl o twoich dłoniach kompletnie wykasuje mi pamięć.
Zaśmiałam się cicho, a ten dźwięk wibrował miękko między naszymi ciałami.
— To mamusia ci pomoże, córeczko. Przecież wiesz, że potrafię być bardzo motywująca. Będę dawkować ci nagrody za każdy dobrze rozwiązany rozdział.
— Taaak? — Marta uniosła lekko głowę, patrząc na mnie spod przymkniętych powiek z tym swoim dumnym, lekko bezczelnym błyskiem. — A co, jeśli celowo będę robić błędy, żebyś musiała mnie... ukarać? Albo „zmotywować” na nowo?
— Ach, tak to chcesz rozegrać, mała spryciaro? — uszczypnęłam ją delikatnie w biodro, na co fuknęła z udawanym oburzeniem. — Wtedy mamusia będzie musiała być bardzo surowa. Żadnych pieszczot, dopóki wszystko nie będzie idealnie. Wytrzymasz to?
Marta westchnęła dramatycznie, oparła podbródek na mojej klatce piersiowej i spojrzała na mnie z absolutnym uwielbieniem, w którym nie było już miejsca na żadne żarty.
— Nie wytrzymam. Przyrzekam ci, mamo, że nie wytrzymam ani jednego dnia bez twojego dotyku. Kocham cię tak bardzo... Jesteś moim uzależnieniem.
Te słowa uderzyły we mnie z niesamowitą siłą. Przyciągnęłam ją do siebie mocniej, niemal bolesnym uściskiem, i złożyłam na jej pełnych wargach głęboki, parzący, ale pełen obietnicy pocałunek.
— Ja ciebie też kocham, moja śliczna dziewczyno. Ponad wszystko na tym świecie. Jesteś moja, pamiętaj o tym.
— Zawsze twoja, mamo... — wymruczała prosto w moje usta.
Powoli, w miarę jak nasze oddechy stawały się coraz bardziej synchroniczne i spokojne, słowa zaczęły zamieniać się w ciche, urwane pomruki. Przekomarzanie ucichło, ustępując miejsca głębokiemu, obezwładniającemu zmęczeniu. Marta oplotła mnie mocno nogą w pasie, ramię kładąc na moim brzuchu, a ja otuliłam ją całą sobą, tworząc dla nas bezpieczny, intymny kokon.
Wciąż było jasno, gdy obie, otulone zapachem naszej miłości i spełnienia, zapadłyśmy w głęboki, spokojny sen, trwając w tych ciasnych, wspólnych objęciach na środku łóżka.
Obudziłam się pierwsza. W pokoju wciąż było jasno, choć barwy zdążyły już spłowieć, słońce powoli chyliło się ku zachodowi, malując ściany sypialni odcieniami głębokiego pomarańczu i fioletu. Marta spała obok mnie, zwinięta w kłębek, z twarzą wtuloną w poduszkę, wyglądając tak spokojnie i niewinnie, jakby te wszystkie duszne, bezwstydne chwile sprzed kilku godzin były tylko snem.
Wstałam cicho, starając się nie naruszyć materaca. Narzuciłam na swoje nagie ramiona lekki koc, a Martę troskliwie przykryłam kołdrą aż po same ramiona, nie mogąc się oprzeć, by nie złożyć na jej ciepłym czole delikatnego, matczynego pocałunku. Boso przeszłam do kuchni. Mechaniczne ruchy przy robieniu kawy, sypanie ziaren, szum ekspresu, zapach świeżego naparu pomogły mi nieco wrócić do rzeczywistości. Z ciepłym kubkiem w dłoniach wyszłam na werandę. Usiadłam w wiklinowym fotelu, otuliłam się mocniej kocem i utkwiłam wzrok w zachodzącym słońcu, które powoli chowało się za linią horyzontu. Moje myśli, napędzane wieczorną ciszą, natychmiast uciekły ku temu, jak drastycznie zmieniło się moje życie, odkąd relacje między mną a Martą weszły w tę głęboko intymną fazę. Gdybym miała być ze sobą zupełnie szczera, te dawne, paraliżujące wątpliwości nie zniknęły całkowicie. Gdzieś z tyłu głowy wciąż odzywał się głos rozsądku, wyuczone przez społeczeństwo normy i moralność, które krzyczały, że to, co robimy, jest złe, ale w tym momencie, siedząc tutaj, byłam o wiele bardziej spokojna niż jeszcze kilka miesięcy temu. Dlaczego? Bo w każdym dotyku Marty, w każdym jej spojrzeniu i słowie widziałam absolutną szczerość i bezgraniczne oddanie. Wiedziałam, że to nie jest zmanipulowana gra, to była prawda. Było nam ze sobą niesamowicie dobrze. Rozumiałyśmy się bez słów, a bliskość, którą stworzyłyśmy w tym domu, była czymś tak wyjątkowym, że nie potrafiłam porównać jej z niczym innym w moim życiu. Kochałyśmy się. Nasza relacja stała się zakazana, ukryta przed światem grubym murem tajemnicy, ale pragnęłam ją kontynuować z taką samą siłą, z jaką pragnęła tego moja córka. Powtarzałam sobie w duchu, że przecież nikogo tym nie krzywdzimy. Nikomu nie odbieramy szczęścia.
Największy lęk, jaki we mnie tkwił i który ściskał mi gardło za każdym razem, gdy o tym myślałam, dotyczył samej Marty. Potwornie bałam się, że jako matka mogę ją tym w jakiś sposób skrzywdzić, zaburzyć jej przyszłość. Wiedziałam też z bolesną, dorosłą świadomością, że prędzej czy później nadejdzie dzień, kiedy Marta odejdzie. Będzie chciała ułożyć sobie życie z kimś innym, założyć własną rodzinę, wejść w normalny, akceptowany świat. Rozumiałam to. Wiedziałam, że kiedy ten moment nadejdzie, nie będę miała prawa ani siły, by ją zatrzymać. Będę musiała pozwolić jej odejść, ale to nie był ten dzień. Dzisiaj była niedziela, Marta spała już w naszym łóżku, a ja chciałam po prostu cieszyć się tą chwilą. Chciałam, aby to, co jest między nami, trwało jak najdłużej. Upijając łyk gorącej kawy, uśmiechnęłam się sama do siebie w zapadającym zmierzchu. Kochałam moją córkę już nie tylko jako matka. Kochałam ją jako partnerka, jako jej kobieta i kochanka z pełną, płomienną wzajemnością i nie zamierzałam z tego rezygnować. Pomimo konieczności całkowitego ukrycia, pomimo strachu przed światem, zamierzałam żyć z nią tutaj i teraz. Bo po raz pierwszy od bardzo, bardzo długiego czasu czułam się naprawdę szczęśliwa, spełniona i kochana.
Nagle z rozmyślań wyrwało mnie przyjemne, znajome ciepło. Poczułam, jak do moich pleców z tyłu wtula się Marta. Oplotła moimi ramionami swoją talię, opierając podbródek na moim barku i szepcząc mi prosto do ucha, tak blisko, że jej ciepły oddech natychmiast przyprawił mnie o gęsią skórkę:
— Tutaj jesteś, mamo… O czym tak intensywnie myślisz?
Opuściłam na moment głowę, błąkając palcami po jej dłoniach, i westchnęłam cicho, patrząc na gasnące pasma słońca.
— A o nas, kochanie… o tym wszystkim. O tym, że wciąż próbuję to sobie jakoś poukładać w głowie, pogodzić te wszystkie role…
— Znowu? Przecież już rozmawiałyśmy… — Marta fuknęła z lekkim, udawanym zniecierpliwieniem.
Zwinęła się zgrabnie, obeszła wiklinowy fotel i bez pytania usiadła bokiem na moich udach, otulając się częścią mojego koca. Zanim jednak zdążyła rozkręcić swoją tyradę, przerwałam jej. Przyciągnęłam ją mocno do siebie, barierując wszelki dystans, i objęłam zaborczo w pasie. Spojrzałyśmy sobie głęboko w oczy. W jej wzroku czaiła się lekka obawa, którą natychmiast chciałam rozgonić.
— Spokojnie, córeczko… — uciszyłam ją łagodnym, ciepłym głosem, gładząc ją wolną dłonią po policzku. — Po prostu się cieszę. Nawet nie wiesz, jak bardzo. Cieszę się, że tworzymy tę naszą zakazaną relację. Pragnę jej, pragnę nas i każdego dnia z tobą.
Słysząc to, Marta odetchnęła z widoczną ulgą. Na jej ustach wykwitł ten cudowny, szelmowski i pewny siebie uśmiech, który tak bardzo w niej kochałam.
— No, ja myślę… — mruknęła, lekko mrużąc oczy i bębniąc palcami po moim obojczyku. — Bo to jest mój w pełni świadomy wybór, mamo i jest mi z nim cholernie dobrze. Kocham cię. Tylko z tobą czuję się naprawdę bezpiecznie, przy tobie jestem w stu procentach swobodna i tylko tobie ufam na tym świecie. Nikogo przecież nie krzywdzimy, a to, że nasza relacja jest jak zakazany owoc… cóż, to dodaje jej tylko niesamowitego dreszczyku, nie uważasz?
Patrzyłam na jej ożywioną twarz, czując, jak moje serce wzbiera dumą, ale też nieukrywanym lękiem, który musiał w końcu znaleźć ujście.
— Wiem, kochanie, wiem to wszystko… — zawahałam się, przygryzając dolną wargę, a mój wzrok na chwilę uciekł ku ciemniejącemu ogrodowi. — Boję się tylko przyszłości. Tego, że przez to, co robimy, mogę w jakiś sposób skrzywić twój pogląd na normalne relacje z ludźmi. I… potwornie boję się tego, że pewnego dnia po prostu odejdziesz, ale mimo tego strachu, z całego serca cieszę się tym, co mamy tutaj i teraz.
Marta spoważniała. Przesunęła dłoń na moją szyję, delikatnie zmuszając mnie, bym znowu popatrzyła na nią. W jej oczach malowała się dojrzałość, która za każdym razem mnie zdumiewała.
— Ja też się cieszę, mamo i pamiętaj, co sobie obiecałyśmy — przypomniała cicho, ale niezwykle stanowczo. — Umowa była jasna: jeśli któraś z nas znajdzie kiedyś kogoś naprawdę wyjątkowego na zewnątrz, porzucimy nasz zakazany romans, ten nasz specyficzny związek, a do tego czasu… do tego czasu jesteśmy tylko my we dwie, na zawsze razem, a jeśli nikogo takiego nie znajdziemy… cóż, to będziemy razem do końca życia — dodała, kończąc tę frazę lekkim, perlistym śmiechem, który rozładował narastające napięcie.
Poprawiła się na moich kolanach, wtulając się mocniej w zagłębienie mojej szyi, i kontynuowała już zupełnie dorosłym, spokojnym tonem:
— Najważniejsze jest to, co nas łączy w tych czterech ścianach. Wiemy obie, że nie możemy się z tym obnosić przed światem – a przynajmniej przed tym bliskim otoczeniem, gdzie ludzie nas znają, oceniają i gadają, ale w domu? Albo gdzieś daleko, na wakacjach, gdzie jesteśmy anonimowe? Co kogo obchodzi, jak żyjemy i jak mocno się kochamy? Tam jesteśmy po prostu dwiema kobietami, które są dla siebie wszystkim.
Słuchałam jej z zapartym tchem, a w mojej piersi rozlewało się głębokie, kojące ciepło. Jej dojrzały, racjonalny, a jednocześnie pełen młodzieńczej pasji punkt widzenia zbywał wszelkie moje dorosłe, skomplikowane lęki. Ona nie widziała problemów tam, gdzie ja budowałam mury. Widziała tylko nas.
— Kocham cię, Marta… — wyszeptałam ze łzami wzruszenia czającymi się pod powiekami, mocniej dociskając jej drobne ciało do swojej piersi.
— Ja ciebie też, mamo — odpowiedziała miękko, a jej dłoń wplotła się w moje włosy, gdy nasze usta po raz kolejny spotkały się w długim, spokojnym, pełnym głębokiego porozumienia pocałunku na tle gasnącego dnia.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
2 komentarze
Jakub
kiedy mamusia staje się córeczką w niepohamowanych pragnieniach.. wręcz rozpuszczona mamusia i dojrzała córeczka.. to co zakazane kusi.. a tu zapowiada się na dłuższą relację..
iskra957
@Jakub Powiem szczerze, że tak będzie
Agnieszka73
Miłość widzę, że niejedno ma imię. Zakazana relacja, ale przedstawiona w dojrzały sposób pełen namiętności
Powodzenia, liczę na dalsze części 
iskra957
@Agnieszka73 Dziękuję. Cieszę się, że się podobało