Zakazane Owoce

Ciemna noc. Zimna, zamglona wieś cała już spała. Jedynie zimny mężczyzna mieszkający na uboczu wioski chodził bezczynnie po swoim sadzie. Patrzył, dbał i pielęgnował swe zepsute owoce. Co roku takie same.

Nad ranem dopiero wrócił do swej gospody. Dzieci czasami włamują się do jego sadu strzelają z łuków do gruszek, jabłek i innych uprawianych tam owoców. Gdy zdarzy się tak, że złożą wizytę w sadzie jak on tam jest - rozpędza się wojna. Mężczyzna o starej twarzy i ustach zawsze wykrzywionych w grymasie nie lubi dzieci. Przegania je, krzyczy na nie i straszy je. Straszy, że da im swe owoce, a wtedy zamienią się w dziwne, karłowate stworzenia, albo, że będzie je prześladował największy koszmar jaki sobie wyobrażają. Dzieci w takiej sytuacji wybiegają z krzykiem z sadu, gubiąc po drodze swe zabawki i uśmiechy z twarzy.  

Mężczyzna ten zwie się Marian Jabłoń. Nazwisko jak widać - odnosi się do jego pasji i zamiłowania do owoców. Kiedyś interesował się chemicznymi mieszankami dlatego też miesza czasami swoje dwie pasje. Z jednego arbuza kiedyś tam powstały 2 dorodne, wielkie i mięsiste arbuzy. Słodziutkie jak najsłodszy cukierek świata.

Marian jest ponurym, samotnym człowiekiem, który żyje w swoim świecie - na co wskazują nocne spacery po swym sadzie. Za młodych lat leczył się w szpitalu psychiatrycznym, ponieważ odsiedział 10 ciężkich lat w więzieniu za próbę otrucia swej byłej żony. Nie ma dzieci - tak sądzi, ale tak na prawdę ma córkę, która zrobiła wielką karierę jako amerykańska projektantka mody. Była żona żyła sobie z nowym mężem, ale leżała w szpitalu, ponieważ miała wypadek z rozczarowania co jej były mąż zrobił. A on z Warszawy wyprowadził się na dolnośląską wieś. Wieś zwie się Grabowice i jest bardzo mała. Zaledwie 10 domów 2-rodzinnych, 2 jednorodzinne i pojedyncze stodoły lub gospodarstwa nie przypominające nic - tak jak gospodarstwo Jabłoni.  
  
Marian wstał około ósmej rano i zjadł jajecznicę przyrządzoną na brudnej patelni. Po jajecznicy wypił zimną herbatę, która się dobrze nie zaparzyła. Wyszedł ubrany w starą koszulę, która była gdzieniegdzie pozaciągana przez jego długie i brudne paznokcie. Ubrał rozwalające się buty i wyszedł przed dom. Gdy stanął na progu, wyglądał nawet jakby się delektował jesiennym słońcem, ale twarz już za chwilę przybrała swój naturalny grymas. Poszedł do sadu i usiadł pod gruszą na brudnym krześle. Siedział i wpatrywał się w drzewo przypominające jarzębinę. To drzewo miało bardzo jasną korę, wręcz beżową. Jarzębina była czerwona jak zwykle i gdzieniegdzie miała wielkie żółte kropki, a czasami niektóre owoce były nawet całe żółte.  

Siedział tam dobrą godzinę gdy zdecydował, że podejdzie do obserwowanego drzewa. Gdy to zrobił zauważył też dziwne wybrzuszenia na korze, gałęziach i też owocach. Dotknął, a potem odskoczył bezdźwięcznie. Wybrzuszenia były miękkie, a na ręce Mariana pozostała żółta, lepiąca maź. Wycierał i tarł rękę, ale żółta maź tylko przestała się lepić i wtopiła się w jego prawą dłoń pozostawiając ją całą żółtą - jakby od farby.  

Po powrocie do domu żółta ręka nie dawała mu spokoju, ponieważ piekła go coraz bardziej. Starając się przestać o niej myśleć - zasnął na fotelu przed telewizorem, który odtwarzał jakiś horror o wilkołakach i wampirach. Śniło mu się, że ucieka właśnie przed wilkołakiem, ale takim bardzo małym, który jest ubrany w jego koszulę i kapelusz, który nosił gdy był jeszcze młody i zdrowy... Ten sen był bardziej śmieszny niż straszny, ale jednak musiał się kiedyś obudzić.  

Była wpół do dziewiątej rano gdy otworzył delikatnie oczy. Zobaczył program śniadaniowy i sięgnąwszy po pilot (właśnie prawą ręką) zobaczył coś okropnego. Na koszuli miał pełno krwi i jednego palca, który wyglądał jakby się rozpływał. Gdy spojrzał na swoją rękę zatkał nos lewą ręką i popatrzył przez jedno oko, ponieważ jego ręka wyglądała obrzydliwie. Wyglądała jak zmasakrowana po jakimś wypadku, ale nie - on tylko spał. Ręka była rozwalona. Mięso sięgało za przed nadgarstek, ale normalna ręka (ze skórą) kończyła się zaraz przy łokciu. Natomiast dłoń (już bez palców) była otwarta. Czyli na wierzchu była kość, ale bez kości palców. Kość była wyszczerbiona, jakby coś ją zjadało - coś żrącego. Otóż dojrzał na swej prawie białej kości i czerwonym mięsie - żółte kropki, jakby woda. Pomyślał, że jest zdrowy, a więc padło od razu na żółtą maź z drzewa. Nos zatkał dlatego, ponieważ jego ręka niewyobrażalnie bardzo śmierdziała. Pewnie nie chodziło o zwykle otwartą rękę, tylko o krew pomieszaną z żółtą mazią.
Po dwóch męczących godzinach miał już opatrunek z bandażu (który sam z siebie nic nie daje) i z jakiejś białej, już trochę przybrudzonej, grubej ścierki. Miał ją zawiniętą prawie pod ramię, a najwięcej materiału rozmieścił na dłoni i na przedramieniu gdzie jest samo mięso - bez skóry. Z taką ręką musiał wybrać się do wiejskiego sklepiku, gdzie miał zamiar kupić jajka na śniadanie, ponieważ Marian nie wyobraża sobie nic innego niż coś z jajek.  

Gdy sobie tak szedł wsią - dzieci, które koło niego (ale w bezpiecznej odległości) biegały i krzyczały mu na złość:
- A pan J. się uderzył! Złamał rękę! Pies go pogryzł, albo sam się ugryzł! - a wtedy on przyspieszał swój giętki krok i przewracał oczami. W sklepie - gdy wszedł - od razu zapytali go ludzie o co chodzi z jego opatrunkiem, a wtedy on odpowiadał:
- To tylko głębsze przecięcie. - niektórzy też zatykali nosy, bo krew z żółtą mazią w środku przesiąkła już szmatkę. Gdy kupił 20 sztuk jaj, wracał do domu. Po drodze nie spotkał już żadnych dzieci, a więc wrócił zaskakująco szybciej.  

Po śniadaniu (jajecznicy z 5 jaj) zmienił opatrunek na kolejną grubą ścierkę. Bandaż, który miał pod białą ścierką wsiąkł, albo też się rozpuścił, ponieważ nigdzie go nie było. Teraz miał szaroniebieską ścierkę - całkiem czystą. Potem poszedł z ciekawością i strachem w oczach zobaczyć na drzewo przypominające jarzębinę i które najprawdopodobniej zlikwidowało mu rękę.  
Do drzewa podszedł ostrożnie i z ostrożnym odstępem. Gdy patrzył na dziwne zjawisko drzewa usłyszał śmiechy dzieci. Odwrócił się i zobaczył piątkę dzieci. Krzyknął, aby odeszły, bo to drzewo jest zatrute i aby go nie dotykały, ponieważ on już przez nie ma ten opatrunek, ale one robiły mu na złość i specjalnie podeszły do drzewa z jego drugiej strony. Wtedy jedno z dzieci (a dokładnie dziewczynka z długimi blond włosami) Chciała dotknąć drzewa. Marian wskoczył przed nią i zamiast drzewa dotknęła jego klatki piersiowej, a on plecami otarł się o korę i zlikwidował około czterech wybrzuszeń jakie nadal posiadało to drzewo. Stanął na nogi, a dzieci się w niego wpatrywały jak w ojca, który kupił im zabawkę.

- Dziękujemy panie Marianie. Do widzenia... - wszystkie wyszły jak zaczarowane, a dziewczynka, którą Marian obronił odwróciła się i pomachała, ponieważ zdała sobie powagę z sytuacji. Biedny Marian Jabłoń, który za 2 dni może przestanie istnieć - zaczął płakać. Zaczął płakać, ale z powodu dzieci - nie wiadomo dlaczego. Myślał i to czuł, że nawet je polubił. Ale to było teraz nic. Marian czuł jak pieczą go plecy - tak samo jak było z ręką, ale teraz czuł, że od razu go tak pieką. Na plecach miał więcej tej substancji i po koszuli nie zostało nic. Przód spadł mu po drodze, ponieważ nie miał się na czym trzymać, a Marian stwierdził, że po co mu tylko przód koszuli.  
  

I taka była śmierć Mariana Jabłonia. Siedział na fotelu przed telewizorem, a w nocy substancja przeżarła mu wszystkie potrzebne organy, aż dotarła do serca. Marian gnił sobie tak przez 5 dni, a potem odwiedziła go policja z nakazem ewakuacji. Podobno dziewczynka uratowana przez Mariana powiedziała o całym zajściu swym rodzicom a ci zmartwieni zadzwonili po pomoc.  

Wynosili ciało Mariana w worku. Substancja była już pobrana, ale gdy człowiek z laboratorium sięgnął po pojemnik z próbką już go nie było. W jego torbie była przeżarta dziura od substancji i dotknął to niechcący palcem. Poczuł pieczenie i zaczęli mu pomagać specjaliści. Nie udało się. Substancja była jeszcze mocniejsza niż gdy Marian ją dotknął i stracił rękę. W przypadku pleców (czyli śmierci) była już silniejsza - tak samo jak mężczyzny, naukowca.  

Mężczyzna stracił palca. Została mu tylko ropa po wskazującym palcu u lewej ręki. Wrócił po tej akcji do pracy i już wiedzieli, że to przez substancję z drzewa. Drzewo zabezpieczyli jak tylko się dało, ale i tak wszyscy mieszkańcy trzymali się z daleka od sadu Mariana Jabłoni. Dzieci bawiły się na swoich podwórzach lub na bezpańskich łąkach.  

Pogrzeb Mariana odbył się za kolejne 5 dni od wydarzenia. Przyszło parę osób ze wsi w tym rodzice z córką - czyli długowłosą blond dziewczynką. Postawiła kwiatki na grobie Mariana zebrane przez siebie osobiście. O śmierci Jabłonia została poinformowana niejaka Maria Mors - była żona Mariana. Teraz żona właściciela paru niewielkich, ale bogatych restauracji w Warszawie. Przyjechała sama - to znaczy ktoś ja przywiózł, ale w pogrzebie "uczestniczyła" sama. Położyła kwiaty na grobie Mariana Jabłoni i wpatrywała się bez większego entuzjazmu w tabliczkę z danymi o śmierci Mariana. Przeżegnała się byle jak i wróciła do auta. Każda kobieta patrzyła na nią z zazdrością, a każdy mężczyzna oglądał się za nią. Teraz Marii się powodziło - ma bogatego męża, daje jej pieniądze, córka dobrze zarabia w USA i nic nie robi tylko chodzi do spa i kosmetyczek.  

Po miesiącach ciężkiej pracy z usuwaniem drzewa wyburzono całą posiadłość Mariana. Sad został oczyszczony - zostało zaledwie parę zdrowych jabłoń. I takie są skutki gdy planetę odwiedzają kosmici...

Emuu4

opublikowała opowiadanie w kategorii kryminał, użyła 1845 słów i 10278 znaków.

1 komentarz

 
  • Lovesomebody

    Fajne, tyle powiem =)