Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Sekretna Miłość IV - Maraton Namiętności cz. 3 - Powrót Do Domu

Sekretna Miłość IV - Maraton Namiętności cz. 3 - Powrót Do DomuObudziłam się znowu pierwsza. Światło poranka, ciche i mleczne, zaglądało przez uchylone zasłony, tańcząc na naszych ciałach ciepłym oddechem dnia. Karina spała wtulona we mnie, jej twarz przytulona do mojej piersi, a oddech łaskotał mnie lekko pod żebrami. Gładziłam ją delikatnie po plecach, palcami zataczając leniwe kręgi po jej skórze. Czułam się tak… właściwie. Jakbym znalazła coś, co od zawsze było moje, ale dopiero teraz mogłam się tym naprawdę nacieszyć.
Było w tym poranku coś świętego. Cisza, której się nie przerywa bez potrzeby, i obecność, która koiła każdą część mnie.
Karina poruszyła się sennie, przeciągnęła leniwie i uniosła głowę, ziewając jak kociak.
– Mmm… pachniesz snem i ciepłem – wymamrotała, wtulając się jeszcze mocniej. – Nie chcę wstawać. Nigdy.
Zaśmiałam się cicho, całując ją w czoło.
– Ja też nie… Ale niestety nie mamy wyboru. Dziś wracamy.
Zamyśliła się, nadal z zamkniętymi oczami, jakby próbowała jeszcze odsunąć nieuchronność tego słowa.
– Do naszego mieszkania… – powiedziała miękko, a potem westchnęła. – I do rzeczywistości.
– Ale jeszcze zanim wrócimy… obiecałaś, że zajedziemy do rodziców – przypomniałam, muskając jej ramię ustami.
Karina wydała z siebie cichy dźwięk niezadowolenia, który był czymś pomiędzy jękiem a udawanym protestem.
– Wiem… Tylko nie wiem, czy potrafię teraz udawać, że nie jesteś całym moim światem.
– Może nie musimy aż tak udawać – uśmiechnęłam się. – Kochamy się. Niech sobie ludzie myślą, że to po prostu siostrzana więź… tylko bardzo, bardzo głęboka.
– Jak ocean – dodała, z powagą godną filozofa.
– Albo jak jezioro w lipcu… gorące, rozgrzane słońcem i pełne sekretów.
Przytuliła mnie mocniej, wtulając twarz w moją szyję.
– Kasiu… dziękuję ci za wczoraj, za tę noc, za ciebie.
– Ja też… – wyszeptałam. – Tak bardzo cię kocham Karina i nie wiem, co zrobiłam, że zasłużyłam na taką miłość.
– Jesteś moją siostrą. To już samo w sobie cud, ale jesteś też… wszystkim co do szczęścia potrzebuję.

Leżałyśmy jeszcze chwilę, nie chcąc ruszać się ani o milimetr z tej naszej oazy. Palce splotły nam się na brzuchu, ciała były nadal rozgrzane od nocy, ale teraz już tylko spokojnie tętniły obecnością. Była w tym poranku prawda. My cicho, bez słów próbowałyśmy jeszcze na moment zatrzymać czas, zanim znów świat się upomni.

Poranek, choć leniwy i pełen bliskości, nie mógł trwać wiecznie. Po chwili ciszy i szeptów nadeszła konieczność powrotu do rzeczywistości, do prostych czynności, które choć zwyczajne miały w sobie odcień niezwykłości, bo przeżywałyśmy je razem.

Wzięłyśmy wspólny prysznic, długi, spokojny, z ciepłą wodą spływającą po naszych ciałach jak aksamitna mgła. Dotykałyśmy się z uważnością, nie jak kochanki, ale jak dwie dusze, które nadal nie do końca wierzyły, że mogą być razem. Wycierając jej plecy ręcznikiem, czułam nie tylko skórę, ale i to, co między nami niezmienne i czułe.

Przy stole jadłyśmy proste śniadanie jajka, chleb, parzoną kawę. Karina grzebała widelcem w talerzu i opowiadała coś o swojej pracy, ja udawałam, że słuchałam, chociaż każda cząstka mnie była skupiona na tym, jak uroczo wygląda z rozczochranymi włosami i z jedną nogą podciągniętą na krzesło. Miłość była między nami w gestach w tym, że nalała mi sok, zanim sama sięgnęła po swój, w tym, że ja bez słowa podałam jej sól, jakbyśmy dzieliły ten rytuał od zawsze.

Spakowałyśmy się niespiesznie, raz po raz zostawiając coś "na później", bo każda rzecz była wymówką, by jeszcze zostać. Ostatni spacer po miasteczku był jak powolne zrywanie się ze snu uliczki, które wcześniej były tłem naszej intymności, teraz stawały się realne i obojętne. Mimo to trzymałyśmy się blisko, czasem dotykając się ramieniem, czasem tylko spojrzeniem.

Droga powrotna była cicha, ale pełna porozumienia. Gdy zatrzymałyśmy się u rodziców, na chwilę znów weszłyśmy w rolę, którą znałyśmy od lat, dwie siostry, zżyte, uśmiechnięte, "trochę za blisko siebie, ale przecież zawsze byłyście takie, prawda?". Karina umiała grać tę melodię lepiej ode mnie. Ja czasem gubiłam się w spojrzeniach, pozwalałam sobie na sekundę zbyt długiego dotyku, na szept, który nie był już całkiem niewinny. To było trudne ukrywać coś tak prawdziwego, jakbyśmy musiały chować perłę pod grubą warstwą milczenia tylko dlatego, że świat nie jest gotów na jej blask.

Wróciłyśmy do mieszkania późnym popołudniem. Drzwi zamknęły się za nami cicho, jakby i one rozumiały potrzebę prywatności. Zdjęłyśmy buty, rzuciłyśmy torby w kąt i… bez słowa, bez żadnych ustaleń, po prostu padłyśmy sobie w ramiona. Tak, jakbyśmy wracały do siebie po bardzo długiej podróży.
– Tu jesteś – wyszeptałam, czując jej usta przy mojej szyi.
– Cała twoja – odpowiedziała bez cienia wahania.
Znów byłyśmy tylko my. Żadnych masek, żadnych ról, żadnych spojrzeń do ukrycia. Tylko miłość, która nie musiała się więcej tłumaczyć. Ciała splatały się naturalnie, jakby nigdy nie były osobno. Byłyśmy u siebie i z sobą.

Zatrzasnęły się za nami drzwi mieszkania, a cisza, która po nich zapadła, była jak długo wyczekiwany oddech. Żadnych spojrzeń, żadnych masek, żadnych pytań. Tylko my same w naszym bezpiecznym azylu.
Karina spojrzała na mnie tak, jakby czekała na tę chwilę przez cały dzień. Ja też już nie potrafiłam dłużej udawać. Rzuciłyśmy się sobie w ramiona niemal w tym samym momencie, jakby ciało znało drogę szybciej niż myśli. Jej wargi były miękkie i spragnione, a język odnajdywał mój z zachłannością, która mówiła więcej niż tysiąc słów. Całowałyśmy się łapczywie, z rozkołysanym oddechem, przypierając się nawzajem do ściany tuż przy wejściu.
– Nareszcie same – szepnęła Karina, oddychając nierówno, gdy jej plecy dotknęły chłodnego tynku.
– Te wszystkie spojrzenia przy stole... – odpowiedziałam, muskając ustami jej policzek. – Chciałam cię dotknąć przy rodzicach, a mogłam tylko ci nalać kompotu.
Zaśmiała się cicho, a ja ujęłam jej twarz obiema dłońmi i pocałowałam znów, tym razem wolniej, głębiej. Odwróciła nas, teraz ja byłam przy ścianie, ale nie trwało to długo. Wirując w objęciach, jak w tańcu, zamieniłyśmy się miejscami raz jeszcze, aż w końcu to ja ujęłam jej nadgarstki i uniosłam nad głowę, przyciskając ją delikatnie do chłodnej ściany. Spojrzała na mnie z mieszaniną podniecenia i zaufania i z tej mieszaniny rodziła się najczystsza intymność.
– Kocham cię – wyszeptałam jej do ucha. – Każdą twoją myśl, każdy drżenie, każdy dotyk. – I pragnę cię – dodałam cicho, jakby to było święte wyznanie.
Moja dłoń powędrowała w dół, niecierpliwie, ale czule. Zatrzymała się między jej udami, przesuwając się powoli przez materiał dżinsów. Karina rozchyliła lekko nogi i westchnęła, a jej biodra uniosły się w stronę mojego dotyku, jakby całe ciało szukało mnie w tym geście. Przymknęła powieki, uchyliła usta i wtedy skierowałam usta na jej szyję. Zaczęłam całować ją tuż pod uchem, tam gdzie zawsze drżała najmocniej, a potem zsunęłam się niżej, muskając obojczyk, pachnący jej skórą i domem.

Jej szept był ledwie słyszalny, przesiąknięty czułością i pożądaniem.
– Kasiu...
Zamruczała moje imię, jakby chciała je schować pod językiem, żeby nikt więcej go nie usłyszał, a ja tylko mocniej przywarłam do niej całym ciałem, jakbyśmy naprawdę mogły stopić się w jedno.
Nie chciałam, by to się kończyło. Jeszcze nie. Nie tutaj, nie teraz, nie kiedy obie tak bardzo czekałyśmy, by znów być tylko dla siebie.
Odwróciłam nas delikatnie, aż plecy Kariny dotknęły chłodnego frontu szafy, a potem objęłam ją za biodra i popchnęłam lekko, z czułym zdecydowaniem, aż usiadła na wąskim blacie szafki naprzeciwko drzwi. Jej biodra idealnie dopasowały się do moich, jej nogi rozszerzyły się odruchowo, obejmując mnie w pół, przyciągając bliżej, mocniej.

Pocałunki wróciły z nową siłą. Były teraz głębsze, bardziej zachłanne. Całowałam ją tak, jakby brakowało mi jej ust przez całe życie. Dłonie same odnalazły drogę pod materiał jej granatowej bluzki, poczułam ciepło jej skóry na brzuchu i żeberkach, delikatny przyspieszony oddech. Bluzka zsunęła się wyżej, zawijając się na jej ramionach, i wtedy się zatrzymałam.

Zatrzymałam się, bo nagle zobaczyłam ją rozczochraną, z przygryzioną wargą, bluzka zsunięta niemal do łokci, odsłaniająca jej obojczyki i fragment koronkowego stanika, a w spojrzeniu coś, co aż ścisnęło mi serce. Uczucie. Całe jej uczucie do mnie.
Moje ruchy zwolniły. Zamiast zsunąć bluzkę do końca, wsunęłam dłonie pod nią na nowo i przytuliłam ją, otulając pocałunkami – wolniejszymi, jakby każde muśnięcie ust było podziękowaniem za to, że istniała.
– Piękna jesteś... – szepnęłam, prawie nie odrywając się od jej skóry. – Nawet jak bluzka się śmiesznie podwinie.
Zachichotała cicho, a ja przytuliłam się do niej mocniej, czując pod dłonią bicie jej serca. Nasze ciała przylgnęły do siebie na nowo – między śmiechem a westchnieniem, między niecierpliwym pragnieniem a łagodnym uniesieniem.
– Mamy przecież całą noc – dodałam cicho, muskając wargami kącik jej ust. – I całe życie.
Potem znów ją pocałowałam z miłością, z oddechem, z wdzięcznością, że była moja.
Nie chciałam, by to się kończyło. Jeszcze nie. Nie tutaj, nie teraz, nie kiedy obie tak bardzo czekałyśmy, by znów być tylko dla siebie. Odwróciłam nas delikatnie, aż plecy Kariny dotknęły chłodnego frontu szafy, a potem objęłam ją za biodra i popchnęłam lekko, z czułym zdecydowaniem, aż usiadła na wąskim blacie szafki naprzeciwko drzwi. Jej biodra idealnie dopasowały się do moich, jej nogi rozszerzyły się odruchowo, obejmując mnie w pół, przyciągając bliżej, mocniej. Pocałunki wróciły z nową siłą. Były teraz głębsze, bardziej zachłanne. Całowałam ją tak, jakby brakowało mi jej ust przez całe życie. Dłonie same odnalazły drogę pod materiał jej granatowej bluzki, poczułam ciepło jej skóry na brzuchu i żeberkach, delikatny przyspieszony oddech. Bluzka zsunęła się wyżej, zawijając się na jej ramionach, i wtedy się zatrzymałam.

Gdy odsunęłam bluzkę dalej, zsunęłam ją z ramion Kariny zupełnie i zamarłam na moment, widząc ją nagą w górze. Nie miała na sobie stanika. Jej piersi, delikatne i tak znajome, odsłoniły się przede mną z tą samą naturalnością, z jaką oddychałyśmy wspólnym powietrzem. Znałam je, kochałam je nie jako coś osobnego, lecz jako część niej, mojej siostry, mojej ukochanej. Objęłam ją mocniej w talii, pochyliłam nad nią, pozwalając, by jej plecy oparły się głębiej o chłodną ścianę szafki. Jej oddech zadrżał, a uda objęły mnie mocniej, jakby sama Karina pragnęła jeszcze bardziej się otworzyć. Byłam tak blisko, że czułam drżenie jej brzucha przy każdym westchnieniu. Moje dłonie powędrowały w górę z wyczuciem, z czułością, aż objęły piersi, które znały już dobrze ten dotyk. Palce zataczały kręgi, nieśpieszne, jakby malowały wzory tylko dla niej, tylko w tej jednej chwili. Pochyliłam się i musnęłam ustami jej lewą pierś najpierw lekko, jakby chciałam zapytać, czy mogę. Potem językiem objęłam miękko jej sutek, którego ciepło i delikatna sztywność sprawiły, że serce mi przyspieszyło. Pieściłam go z miłością, raz językiem, raz ustami, gdy tymczasem moja dłoń nie opuszczała drugiej piersi, głaszcząc ją i podkreślając, że każda część jej ciała jest kochana.

Karina odchyliła głowę do tyłu i wydała z siebie ledwie słyszalny dźwięk, jak szept, jak echo pragnienia. Jej palce wplątały się w moje włosy, delikatnie prowadząc mnie tam, gdzie chciała, a ja poddawałam się temu prowadzeniu z najgłębszą ufnością. Byłyśmy tylko my, dwa ciała splecione w tańcu bez słów, w bliskości bez końca.
– Kasieńko… – wydyszała cicho, a jej głos był jak pieszczota sama w sobie.
Podniosłam na nią wzrok, mając usta wciąż przy niej, i uśmiechnęłam się lekko tylko dla niej.
– Jestem tutaj. Cała. Dla ciebie.
Dalej całowałam jej piersi, z namiętnością, ale i spokojem tak, jak całuje się kogoś, kogo się kocha bez granic, ponad wszystko.

Zamknęłam ją w objęciach przy sobie, na tej szafce, tak drobnej w porównaniu z ogromem tego, co czułyśmy. Moje usta odnalazły z powrotem jej wargi, jakby świat na moment nie istniał bez ich dotyku. Karina odpowiadała łapczywie, bez wstydu, z tą piękną intensywnością, której nigdy nie udawała. W jej pocałunkach było wszystko radość z powrotu do siebie, ulga po godzinach skrytości, głód i wdzięczność za tę chwilę, w której mogłyśmy być tylko „my”.
Pochylałam się nad nią, zanurzając się w jej ciele, w oddechu, w każdej cząstce, jakbyśmy chciały na nowo potwierdzić, że to, co mamy, jest prawdziwe. Powoli, bardzo powoli moja dłoń zsunęła się niżej, aż poczułam ciepły materiał dżinsów pod palcami. Znałam każdy jego fałd, znałam też prawdę, która czekała pod spodem. Bez pośpiechu, bez szarpania, rozpięłam guzik, rozsunęłam zamek… a potem, niemal niezauważalnym ruchem, wsunęłam dłoń do środka. Czekała tam – naga, gotowa, pulsująca. Karina jęknęła cicho, tak pięknie, że poczułam, jak moje własne ciało odpowiada. Jej biodra drgnęły, a głowa opadła na moje ramię, jakby już nie była w stanie unieść tego wszystkiego, co się działo w niej – i między nami.
– Kocham cię… – wyjęczała w stękliwym, urywanym oddechu. – Kasieńko… kocham cię…
Jej głos rozdzierał mnie w najczulszy sposób. Jakby każde słowo wbijało się w moje serce i na nowo je sklejało mocniej, piękniej. Moje palce zataczały delikatne kręgi, a potem wchodziły głębiej, prowadzone wilgocią i rytmem jej ciała. Czułam, jak drżała, jak zaciskała uda, jak obejmuje mnie mocniej ramionami, jakby chciała zatrzymać tę chwilę w sobie na zawsze. Pocałunki, które sobie dawałyśmy, były już niemal bezładne rozpalone, nieskładne, ale tym bardziej prawdziwe. Między nimi szeptałam:
– Jesteś cała moja, Karinko… jesteś wszystkim… tylko ty.
Ona odpowiadała z rozwartymi ustami, całując mnie, chwytając, oddając się tak, jak nikt inny nigdy nie potrafiłby się oddać – z czułością siostry, z pasją kochanki, z bezgranicznym zaufaniem. Czułam, jak się zbliżała, jak drżała w mojej dłoni, jak jej oddech zamieniał się w nieregularne spazmy cichego szczęścia. Nie przestawałam, ani pieścić, ani mówić, ani całować.
Była piękna. Była moja, a ja jej.
Moje dłonie zsunęły się na biodra mojej  siostry, odnajdując zamek spodni i z dziecinną niemal czułością odpięły go, jakby dotykały świętości. Granatowy materiał zsunął się powoli, leniwie, jakby sam nie chciał opuszczać skóry Kariny. Odsłoniła się przede mną piękna, naga, bezbronna i tak pełna ufności. Jej spojrzenie, lekko przymknięte powieki, cichy uśmiech na wilgotnych wargach mówiły więcej niż tysiące słów.
Karina, w odpowiedzi, uniosła dłonie do mojej bluzeczki, tej cienkiej, białej koronki, która teraz bardziej zdradzała niż ukrywała. Zsunęła ją powoli przez moje ramiona, palcami muskając moją skórę. Piersi uniosły się w odpowiedzi na dotyk pełne, spragnione. Jej usta sięgnęły jednej z nich, całując miękko, jakby szeptały pieśń tylko dla mnie. Poczułam, jak całym ciałem odpowiadam na tę pieszczotę spokojnie, głęboko, z rozkoszną pewnością, że należymy do siebie.
Karina oparła się wygodnie o ścianę, a jej ciało, jakby instynktownie, przyjęło nową pozycję. Jedną nogę uniosła wzdłuż szafki, odsłaniając się przede mną jak zaproszenie, jak zaufanie. Druga opadała swobodnie w dół zmysłowo, miękko, kobieco.

Klęknęłam przed nią z szacunkiem, z uwielbieniem, z miłością. Przesunęłam dłonie wzdłuż jej ud, zanim pochyliłam głowę i złożyłam pierwszy pocałunek, nieśpieszny, czuły, zachłanny w głodzie bliskości. Moje usta i język badały ją powoli, z nabożnym oddaniem, jakby każda chwila była świętem. Karina oddychała coraz ciężej, jej ciało falowało pod moimi pocałunkami. Szeptała moje imię wśród westchnień, raz po raz cicho, jakby modliła się, by ta chwila trwała wiecznie. Moje dłonie objęły jej biodra, by dać jej oparcie, by powiedzieć przez dotyk: „Jestem tu. Dla ciebie. Tylko ciebie chcę.” Smak jej kobiecości, ciepło, drżenie, wszystko to wpisało się we mnie jak muzyka, której nie da się zapomnieć. Pieściłam ją językiem z rytmem, który narzucało jej ciało. Falującym, gorączkowym, ale wciąż pełnym miłości. Choć było w tym napięcie, pragnienie i zachłanność, to nigdy nie brakowało nam czułości, bo to, co robiłyśmy, było wyznaniem.

Karina rozchyliła usta w cichym jęku, który przeszył mnie aż do wnętrza. Zadrżała, jej uda mocniej przytuliły się do mojej twarzy, a dłonie wplotły się w moje włosy, delikatnie, jakby dziękowała. Byłam na kolanach, ale to ona błyszczała jak królowa naga, kochana, uwielbiana.
Miłość nasza nie miała granic.
Czas na moment zwolnił. Nasze oddechy, wciąż ciężkie od napięcia, splatały się w krótkich, urwanych pocałunkach. Karina schyliła się ku mnie, dłońmi gładząc moją siostrzaną twarz, jakby chciała powiedzieć wszystko tym jednym, długim spojrzeniem, tak czułym, że aż nieśmiałym. Przylgnęłam do jej ust z łagodną zachłannością, tuląc ją w ramionach, jakby chciała zatrzymać każdą sekundę, nie pozwolić jej uciec.

Potem, z cichym szeptem miłości i głodem, który w niej narastał, uniosłam Karinę z blatu, prowadząc jej ciało do pozycji stojącej. Delikatnie obróciłam ją tyłem do siebie, z dłonią wędrującą po brzuchu, aż pod piersi, które objęłam z czułością i głodem jednocześnie. Przytulona do pleców Kariny, składałam pocałunki na karku, ramieniu, uchu miękkie, rozgrzane, przepełnione wyznaniami.
— Jesteś piękna… — wyszeptałam wśród oddechów. — Moja. Kocham cię tak bardzo...
Karina westchnęła cicho, lekko odchylając głowę, by bardziej poczuć jej usta, które błądziły po szyi. Ciało drżało jej w ramionach, rozgrzane, oddane, całkowicie otwarte na ten dotyk.
Prowadzona rytmem, który tylko ona potrafiłam wyczuć, przesunęłam dłoń niżej przez płaski brzuch, po delikatnie zarysowane biodro, aż objęłam pośladki siostry. Delikatnym ruchem przesunęłam dłonie po ich krągłości, jakby rzeźbiła wspomnienie, które chciała zatrzymać na zawsze. Potem jej palce, pewne siebie, a jednocześnie pełne miłości, odnalazły drogę między udami miękką, rozgrzaną, wilgotną.
Karina zadrżała, opierając jedną nogę o krawędź szafki, drugą wciąż mocno tkwiąc na podłodze. Pozycja była otwarta, pełna napięcia i piękna. Wtuliłam twarz w jej kark, a dłoń wsunęłam głęboko nie gwałtownie, lecz z rytmem serca Kariny, które znała na pamięć. Moje palce tańczyły w niej, delikatnie, pewnie, z każdą chwilą głębiej, pełniej. Nie śpieszyłam się. Wiedziałam, jak prowadzić ją do granic i z powrotem.

Karina oddychała głośniej, jej biodra falowały w rytmie, jaki narzucałam jej. Moje palce współgrały z nią jak instrument z muzyką, dopasowane, czujące każdy niuans, każdą falę przyjemności. Moje usta nie przestawały szeptać wyznań, choć teraz mieszały się one z westchnieniami.
— Tylko ty… — mówiłam, muskając ucho siostry. — Jesteś wszystkim… jesteś moja… kocham cię...
A Karina odpowiadała jękiem i ruchem, oddając się cała, bez reszty, jakby świat zamknął się w tym jednym, rozedrganym przedpokoju.
Jej oddechy wciąż były urwane, wilgotne od pocałunków, a dłonie Kariny, którymi przed chwilą trzymała moją twarz, drżały z napięcia i oczekiwania. Patrzyłam w jej oczy i widziałam wszystko — rozkosz, czułość, oddanie i wiedziałam, że chcę jej więcej. Nie tylko ciała. Wszystkiego. Całej jej.
Moje palce poruszały się w niej rytmicznie, wsłuchane w jej ciało. Każdy jej ruch, każde westchnienie prowadziło mnie dalej. Biodra falowały, a jej oddech zmieniał się w jęk. Czułam, że jesteśmy jedną falą. Jednym rytmem. Moją dłoń poprowadziło jej własne drżenie do środka, głębiej, szybciej, a potem znów wolniej, by nie urwać tej chwili. Kochałam ją, myślałam, całując jej kark i tuląc policzek do jej skóry. Kocham ją całą sobą i pragnęłam jej tak, jak jeszcze nigdy nikogo nie pragnęłam.

Jej ciało falowało pod moimi dłońmi, a ja chłonęłam każdy drżący oddech, każdy jęk wypowiedziany moim imieniem. Karina wtulała się we mnie, jakby nie istniało już nic poza tym momentem. Każdy jej ruch był zgodą. Każde westchnienie zaproszeniem. Moje palce tańczyły w jej wnętrzu, w rytmie, który ona sama mi podpowiadała raz szybciej, raz spokojniej, jak przypływy i odpływy naszej wspólnej tęsknoty. Wsunęłam się głębiej, bardziej ufnie, czując, jak jej ciało otwiera się przede mną coraz pełniej, coraz śmielej. Wtedy cicho, z czułością podążyłam drugą dłonią ścieżką wilgotnych kręgów jej rozpalonej skóry, aż tam, gdzie napięcie było najdelikatniejsze, gdzie wrażliwość miała inny kolor. Karina zadrżała, ale nie odsunęła się. Przeciwnie oparła głowę na moim ramieniu, szepcząc moje imię z taką miękkością, że wszystko we mnie zadrgało. Ostrożnie, uważnie, jakby ten gest był modlitwą, pozwoliłam sobie pogłębić tę bliskość, dotknąć jej tam, gdzie nigdy jeszcze nikt nie sięgnął z taką czułością. Jeden palec, delikatny i ciepły, wtulił się w niej jak drugi oddech. Czułam, jak się rozchylała, jak przyjmowała mnie nie tylko ciałem, ale duszą.
Zadrżała, a potem znów.

Moje dłonie, zsynchronizowane z jej pragnieniem, poruszały się powoli, z wyczuciem, jakbyśmy razem uczyły się zupełnie nowego języka miłości. Jej biodra wiły się w moich ramionach, a jej głos zachłanny, drżący, zawieszony – wypełniał przedpokój jak najpiękniejsza melodia.
— Kocham cię… — wyszeptała, kiedy zaczęła się rozpuszczać w moich dłoniach, cała, drżąca, piękna.
Była moja, a ja byłam jej. Jej pocałunki łagodniały, miękły jak aksamit pod palcami wciąż czułe, ale już bez zachłanności. Karina patrzyła na mnie z tym swoim niepokornym błyskiem w oku, który mówił wszystko: że nie pozwoli, bym tylko ja dawała, że to, co między nami, musi płynąć w obie strony wzajemnie, równo, do samego końca.

Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, już mnie obracała, opierając o blat szafki. Poczułam jej dłonie przy biodrach czułe, ale pewne kiedy zsunęła ze mnie karmelowe sztruksy. Zadrżałam. Jej usta wróciły do moich piersi, całując je z miękką uwagą, którą znałam tylko od niej. Mruczałam coś cicho, nie do końca świadoma, co jej język malował na mnie mapę zapamiętywania, jakby każdy milimetr mojej skóry był jej domem. Potem zanurkowała między moje uda i świat się zacieśnił do tego jednego punktu, do ciepła jej języka, do fal, które niosły mnie coraz dalej. Oparłam się plecami o chłodną ścianę, jedna dłoń objęła jej głowę, druga odnalazła jej rękę, splatając nasze palce, tak, jakby to miało nas zakotwiczyć w tym, co wspólne. Karina pieściła mnie z oddaniem, które przerywało mi oddech. Czułam, jak całe moje ciało odpowiadało, jak napinało się, miękło, falowało, otwierało. Drżałam pod jej językiem, pod jej dłońmi, a ona znała mnie już tak dobrze, znała każdy zakręt, każdą reakcję. Idealnie ze mną współbrzmiała, jakbyśmy były jedną melodią grana w dwóch ciałach.

Z moich ust wymykały się westchnienia ciche, coraz głośniejsze bez słów, ale pełne znaczenia. Każde „ach”, każde „tak” było podziękowaniem. Bo nic nie było piękniejsze niż czuć się tak kochaną. Tak bezpieczną. Tak... naszą.
Drżałam. Ciało tańczyło pod jej ustami, wiło się, poddawało bez oporu, jakby nie było już moje, tylko nasze. Mięśnie naprężały się i opadały w rytmie, który wygrywała Karina. Musiałam usiąść na blacie, oprzeć się dłońmi, odnaleźć stabilność, choćby iluzoryczną, a ona dalej trwała przy mnie, niestrudzona, cudownie wytrwała. Jej język splatał się z rytmicznym ruchem palców, które z każdą chwilą znajdowały we mnie głębsze odpowiedzi. Kiedy wolną ręką objęła moje piersi, a potem zbliżyła je do moich ust wiedziałam, czego pragnęła i chciałam tego równie mocno. Zatopiłam się w niej całkowicie, otwierając się nie tylko ciałem, ale duszą.

Byłyśmy piękną symfonią. Gładkością, ciepłem, napięciem i miękkością. Melodią tylko dla naszych zmysłów. Pragnęłam jej ust pragnęłam ich jak tchu. Gestem uniosłam ją ku sobie i nasze usta zderzyły się znów w pocałunku, który był wdzięcznością i wołaniem jednocześnie. Jej palce nie przestawały być czułe, skupione, niesione moim rytmem, który przyspieszał i pęczniał pod skórą. Nasze czoła złączyły się w tym napięciu, oddechy mieszały się z jękami, cichymi, wilgotnymi, prawdziwymi. Potem wszystko się otworzyło. Spazmatyczne drżenia przebiegły przez moje ciało jak łagodna burza, fala za falą, każda mocniejsza, a zarazem miękka jak muśnięcie piór. Zadrżałam, otulona jej ramionami. Usta Kariny całowały mnie teraz łagodnie, z czułością wyciszając każdą iskrę, która jeszcze tliła się we mnie.

Objęłyśmy się. Cicho, bez słów. Po prostu byłyśmy.
– Mogłybyśmy tak zawsze – wyszeptałam w jej włosy.
Karina nie odpowiedziała słowami, tylko pocałunkiem. Dłonią pogładziła mój bok, ramieniem przyciągnęła mnie bliżej. Słyszałam bicie jej serca i czułam, jak moja dłoń wtulała się w jej kark idealnie, jakby to było jej miejsce od zawsze.

Nastała cisza. Piękna, niosąca spokój. Nie było wstydu ani granic, tylko miłość.

***
Woda w wannie była ciepła, otulająca jak ramiona. Pachniała pianką, której białe kopczyki koiły zmysły i rozpraszały światło świec. Usiadłam pierwsza, opierając się wygodnie, czekając, aż do mnie dołączy. Karina zanurzyła się ostrożnie, odwrócona plecami, wtulając się w moje piersi, jakby tam właśnie od zawsze należała. Moje uda otuliły jej biodra, a dłonie spoczęły leniwie na jej brzuchu, muskając skórę delikatnie jak para motylich skrzydeł. Gdy przechyliła głowę, mogłam pocałować jej kark cicho, miękko, czule.
— Czujesz się dobrze? — szepnęłam, wtulając twarz w jej włosy.
Karina skinęła głową i westchnęła lekko.
— Najlepiej. A Ty?
Oplotłam ją mocniej ramionami. Była jak miękki sen, jak letni wieczór, z którego nie chce się wychodzić.
— Jestem w pełni z Tobą — odpowiedziałam.
Piana tańczyła na jej ramionach, spływała leniwie po piersiach i brzuchu, aż musnęła wnętrze moich ud. Przesunęłam dłonią po jej skórze, rysując subtelne, nieme znaki. Czas płynął inaczej miękko i spokojnie, jakby w tej wodzie nie istniało już nic poza nami. Milczałyśmy chwilami, a chwilami szeptałyśmy o wszystkim i o niczym, z uśmiechami, z oddechem na karku. Zasnęłybyśmy tam, gdyby nie to, że woda powoli zaczęła stygnąć. Pomogłam jej wyjść, obie nago, osuszyłyśmy się powoli, z czułością, która nie miała nic z pośpiechu. Dotykałyśmy się z naturalnością tak pełną miłości, że nawet cisza stawała się rozmową.

W kuchni zapaliłyśmy tylko jedną lampkę nad stołem. Kolacja była prosta, ale ciepła ugotowane wcześniej makaroniki, ziołowa oliwa, kieliszek białego wina. Jadłyśmy nagie, splecione nogami, co jakiś czas całując się bez powodu, jakbyśmy chciały się upewnić, że to wszystko naprawdę się dzieje.

Potem łóżko. Prześcieradło chłodne tylko przez chwilę, bo nasze ciała grzały je szybko, wtulone w siebie jak dwie strony tej samej opowieści. Przylgnęła do mnie, jej głowa na moim ramieniu, a moje dłonie obejmowały jej biodra.
— Mogłybyśmy tak zawsze — powtórzyła cicho, jak echo wcześniejszych słów.
Przytaknęłam, zbyt szczęśliwa, by mówić. Jeszcze jeden pocałunek, jeszcze jedno westchnienie.  Sen przyszedł cicho, jakby na palcach, nie przerywając żadnego z naszych szeptów.

Tydzień zaczął się nieubłaganie, cicho wdzierając się w naszą intymną przestrzeń. Rano wstawałam pierwsza jak zwykle, Karina jeszcze wtulona w pościel, pachnąca snem i ciepłem nocy. Wracałam do pracy, a ona na zajęcia. Każda z nas w swoim świecie, z harmonogramem, obowiązkami, rytmem dnia. ale nawet wtedy nie czułam, że jesteśmy osobno.

Zawsze znajdowałyśmy chwilę. Czasem to był pocałunek w drzwiach, zbyt długi jak na pośpiech, ale zbyt ważny, by go skracać. Innym razem jej wiadomość, że tęskni, sprawiała, że uśmiechałam się do ekranu, nie mogąc się doczekać powrotu. Nasze wieczory były jak oddech po całym dniu bezpieczne, znajome. Wystarczyło jedno spojrzenie, jedno przytulenie, jej czoło oparte o moje ramię, by wszystko znów było na swoim miejscu. Czasem wracałam do niej zmęczona, ale wystarczyło, że mnie dotknęła dłonią, głosem, spojrzeniem i miękłam. Niekiedy te chwile były czułe, spokojne. Czasem namiętne i pełne napięcia, którego żadna z nas nie chciała rozpraszać słowami. Codzienność stała się czymś więcej niż tylko codziennością, bo wiedziałam, że gdziekolwiek pójdę, do czegokolwiek wrócę ona tam będzie, a ja… zawsze do niej wrócę.

2 komentarze

 
  • Użytkownik gosiak89

    zmysłowe, delikatne, wręcz eteryczne. po prostu piękne. czy utopijne? jasne, ale w tym nieidealnym świecie potrzeba nam (a przynajmniej mnie) takich historii. dzięki temu wiem, że warto, że można, że cuda też się zdarzają :* dziękuję

    13 godz. temu

  • Użytkownik iskra957

    @gosiak89 I to jest piękne podsumowanie :*

    10 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    Iddylliczny obraz i pewnie niestety utopijny.. a może własnie przez to piękny.. dzięki za zmysłowe piękności..

    Wczoraj 10:34

  • Użytkownik iskra957

    @Jakub Proszę, rownież dziękuję za pochlebną recenzję :*

    Wczoraj 10:41

  • Użytkownik Jakub

    @iskra957 dobrze się czyta i porusza wyobraźnię..

    Wczoraj 10:45