Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Sekretna Miłość III - Maraton Namiętności cz.2 - Karpacz

Sekretna Miłość III - Maraton Namiętności cz.2 - KarpaczRano słońce sączyło się przez zasłony jak ciepły syrop. Obudziłam się pierwsza, chwilę patrzyłam na Karinę. Miała lekko rozchylone usta, jej włosy rozsypane na poduszce wyglądały jak miękka fala. Delikatnie pocałowałam ją w czoło. Mruknęła coś niezrozumiale i uśmiechnęła się przez sen.

Wspólny prysznic był śmiechem i zapachem cytrusowego żelu, wodą spływającą po plecach i krótkimi dotknięciami, które tylko rozbudzały, ale nie poganiały. Potem się przebrałyśmy, ja wskoczyłam w granatowe szorty i pomarańczowy stanik sportowy oraz ciepłą bluzę z kapturem, Karina wybrała krótsze, jaśniejsze spodenki i żółty top oraz czerwony polar. Wyglądała świeżo i promiennie, jakby była częścią tego letniego poranka. Obie w białych, ciepłych zakolanówkach i adidasach gotowe ruszyć w górskie szlaki. Ten weekend obdarzył nas piękną i ciepłą pogodą, że mogłyśmy eksponować swoje wdzięki. Słońce święciło, a temperatura pokazywała na termometrach 12 stopni.

Szlak prowadził nas przez paprocie, drobne korzenie pod nogami, ciszę, którą przerywały tylko ptaki i nasze śmiechy. Byłyśmy razem, swobodne, niespieszne. W końcu zeszłyśmy nieco z głównego szlaku i trafiłyśmy na mały ustronny obszar z trawą, głazami i . Miejsce ukryte, jakby czekało właśnie na nas z widokiem na całą panoramę. Widok na góry miałyśmy przed sobą, a na niziny i kotliny za sobą. Piękne widoki otaczały nas ze wszystkich stron, a ja czułam, jakbyśmy były w środku czegoś świętego. Zrzuciłyśmy plecaki i usiadłyśmy na trawie. Słońce grzało nam uda, a wiatr plątał włosy. Spojrzałam na nią z uśmiechem, nie mogłam się powstrzymać.
— Uwielbiam cię w stroju sportowym, siostrzyczko… — rzuciłam, szelmowsko.
Karina przewróciła oczami z udawanym oburzeniem, ale uśmiechnięta.
— Serio? Dopiero teraz? Widzisz mnie w nim od rana!
Wsunęłam palce na jej udo, musnęłam lekko, tak, jakby to był przypadek.
— Patrzę cały czas, ale teraz jesteś jak… słońce. Nie da się nie patrzeć. Tylko że mnie nie oślepiasz. Mnie rozświetlasz.
Uśmiech zniknął jej z ust, ale tylko po to, by zrobić miejsce dla czegoś głębszego. Spojrzała na mnie tak, jakby chciała mnie zapamiętać na zawsze.
— Czasem nie wierzę, że to się dzieje naprawdę — powiedziała cicho. — Ty i ja. Tutaj. Tak po prostu.
Pochyliłam się do niej, blisko.
— A ja wierzę, bo jesteśmy tym, co naturalne. Najczystsza miłość. Tylko... ukryta przed światem.
Nasze dłonie się spotkały, splotły palce. Czułam jak przez ten dotyk przechodzi ciepło, które znałam tylko z niej. Z nas.
— Chodź tu, słońce — szepnęła i przyciągnęła mnie bliżej.
Wtuliłam się w nią, oparłam czoło o jej czoło. Tak po prostu i przez moment świat zniknął. Został tylko wiatr, zapach trawy i serce, które biło razem z jej sercem. Leżałyśmy na trawie, wtulone, rozgrzane słońcem i sobą nawzajem. Karina głaskała mój policzek opuszkami palców, jakby badała strukturę snu, który jeszcze się nie rozpłynął. W tej ciszy, gdzie nawet wiatr zdawał się szeptać, nasze usta znów zaczęły się odnajdywać. Pocałunki miękły, nabrzmiewały czułością, a potem namiętnością, tak znajomą, a wciąż odurzającą jak pierwszy raz.

Karina odchyliła głowę, a ja pocałowałam jej szyję, linię szczęki, skroń. Jej ciało zadrżało, kiedy wsunęłam dłoń pod materiał jej topu i dotknęłam nagiej skóry pleców. Odpowiedziała podobnie dłonią, która powoli zsunęła się do moich bioder, a potem wsunęła się pod szorty, muskając krągłość pośladka. Uśmiechnęłam się na ten gest, z zamkniętymi oczami, pozwalając sobie na więcej. Moje palce również odnalazły drogę pod materiał jej szortów, gładząc ją czule, niespiesznie. Nasze ciała wygięły się ku sobie, splecione w półleżącym uścisku. Czułam, jak jej oddech przyspieszał. Znowu byłyśmy tylko dla siebie, nigdzie indziej, tylko tutaj. Karina parsknęła cicho i wyszeptała mi do ucha z rozbawieniem:
— Ktoś tutaj nie włożył majtek?
Pocałowałam jej podbródek, potem wargę, i wyszeptałam z udawaną powagą:
— Odezwała się niewinna.
Zachichotała cicho, wtulając twarz w mój kark, ale już chwilę później zsunęła się znów do moich ust, całując mnie mocniej, bardziej zdecydowanie. Jej palce wciąż pieściły mnie pod szortami, ale w tym wszystkim było coś miękkiego, jakby mówiły: „Znam cię”, „Chcę cię”, „Jesteś moja”.

Nasze pocałunki przybrały rytm przyspieszonych oddechów, dłonie zaplatały się na karkach, biodrach, piersiach, znów odnajdując mapę ciała, którą znały na pamięć. Czas zniknął, były tylko palce pod materiałem, ciepło skóry i czułość, która płynęła jak rzeka niespieszna, głęboka, nieunikniona. Karina uniosła głowę i spojrzała mi prosto w oczy.
— Gdyby świat mógł to widzieć… — wyszeptała.
— Nie musi — odpowiedziałam. — My widzimy siebie wystarczająco.
Objęła mnie mocniej, a ja zanurzyłam się w niej znów, bez strachu, bez granic. Fala czułości płynęła przez nas jak światło łagodne, czyste, nasze. Usiadłyśmy na skraju ścieżki, gdzie trawa była miękka, a liście drzew delikatnie szumiały nad nami. Słońce muskało skórę, a Karina oparła głowę o moje ramię, dłonią muskając mój bok. Zadrżałam lekko, czując, jak jej palce podciągają materiał mojego stanika.
— Ale ciasny — mruknęła z udawanym wyrzutem, po czym zsunęła go całkiem i rzuciła gdzieś w trawę. Jej spojrzenie miało w sobie figiel i błysk szczęścia. — Jesteśmy w dziczy, siostrzyczko. Powinnyśmy być nagie. Naturalne, wolne... — dodała, całując mnie tuż nad piersią, jakby chciała udowodnić słuszność swoich słów nie argumentem, a dotykiem. Uśmiechnęłam się, podpierając się rękami za plecami. Jej usta przesuwały się delikatnie, raz przy sutku, raz obok, z taką miękkością, że oddech sam mi się spłycał. Czułam się jak otulona przez ciepło, przez nią.
— Ale tylko ja mam być naga? — zapytałam, unosząc brew i patrząc na nią z przymrużeniem oka. — To nie w porządku.
Karina parsknęła śmiechem, takim lekkim, rozbrajającym.
— Hihi… Masz rację — powiedziała z rozbawieniem, po czym jednym ruchem zdjęła też swój stanik i zsunęła go z ramion, jakby pozbywała się ostatniego ciężaru.
Patrzyłam na nią tak piękną, tak bliską, a ona pochylała się znów, już bez słów, wracając ustami do mojej skóry. Czułam, jak całowała mnie między piersiami, jak językiem zataczała czułe kręgi wokół sutków, jakby znała język, którym mówi się tylko do mnie, którego nie rozumie nikt poza nami. Było w tym coś więcej niż namiętność. Była uważność, była celebracja. Jej oddech mieszał się z moim, a palce splotły się wśród trawy ciepłe, ufne. W tej chwili świat nie istniał, poza nami dwiema, półnagimi, wolnymi i zakochanymi jak nigdy wcześniej.

Karina usiadła na dużym, gładkim kamieniu, rozkładając nogi, jakby chciała oddać mi się w pełni nie tylko ciałem, ale całą sobą. W jej spojrzeniu nie było wstydu ani zawahania. Było zaproszenie ciche, ale wymowne. Podpełzłam do niej, czując jak trawa łaskotała mi kolana, i pocałowałam ją najpierw w usta miękko, głęboko, jakby chciałam wlać w ten gest całą miłość, jaką do niej czułam. Potem schodziłam niżej szyja, obojczyki, ramiona, brzuch… każdy skrawek jej skóry był ciepły, pachniał słońcem i sobą, rozgrzewał mnie od środka. Karina drżała lekko pod moimi ustami, jej dłonie sunęły po moich ramionach, po włosach, a jej oddech stawał się coraz płytszy. Czułam, że wszystko we mnie reagowało na to, jak reagowała ona. Uklękłam przed nią, obejmując ją delikatnie za biodra, i spojrzałam na nią z dołu była piękna. Rozchylona przede mną, naga w tym dzikim, słonecznym świecie, jakby była nimfą, której ciało kryło tajemnicę stworzenia. Pochyliłam się i z czułością, powoli, zaczęłam obdarzać ją pieszczotami. Zatapiać się w niej, w jej smaku i zapachu, który był dla mnie jak ambrozja, boska, jedyna, uzależniająca. Prowadziła mnie jej mowa ciała, każde drgnienie, westchnienie, lekkie napięcie mięśni. Wiedziałam, gdzie się zatrzymać, gdzie przyspieszyć, jak długo dotykać, żeby nie było za szybko, ani za wolno. To było jak muzyka nieśpieszna, rozpisana na dwa serca i jedno ciało. Pieściłam ją z miłością, z oddaniem, z delikatnością i siłą zarazem, wiedząc, że byłam tu nie tylko dla jej rozkoszy, ale że w tym akcie wyrażam najczystszą formę kochania, na jaką mnie stać. Czułam, jak się unosiła dosłownie i w przenośni, jak drżała, jak wzdychała moje imię, jak palcami oplatała moje dłonie. Wtedy miałam pewność: kochała mnie, tak samo, tak mocno. Czułam, jak Karina zaczynała wypełniać się drżeniem. Jej uda napinały się lekko po bokach mojej twarzy, biodra unosiły miarowo, poddając się temu, co jej dawałam, z każdą chwilą głębiej, pewniej, bliżej. Jej dłonie wplatały się w moje włosy, raz delikatnie, raz mocniej, jakby szukała zakotwiczenia, kiedy wszystko w niej zaczynało się rozpływać. Jej oddech stał się urywany, a ciało napięło się jak struna. Nie przestawałam, czułam ją pod sobą, całą, rozpaloną, drżącą, tak cudownie podatną. Byłam w niej jak melodia, której nie chciała kończyć, ale która zmierzała już nieuchronnie ku crescendo.
— Kaśka… — usłyszałam jej głos, pół szeptem, pół błaganiem. Mój ulubiony moment. Ten, w którym wypowiada moje imię, a ja wiem, że jest tylko moja.
Wtedy to przyszło, fala, która przetoczyła się przez nią od stóp po czubek głowy, łukując jej ciało, wydobywając z niej ciche westchnienie. Nie krzyk, nie pisk, tylko ciche, urwane „ah”, drżące w powietrzu jak skrzydło motyla. Drżała pod moimi ustami, mięśnie raz się napinały, raz rozluźniały, a jej palce ściskały moje dłonie, w których była zaklęta cała jej ufność.

Zostałam przy niej jeszcze przez chwilę całując delikatnie wewnętrzną stronę uda, gładząc opuszkami biodra, dając jej czas, by wróciła do siebie. Do mnie. Podniosłam głowę i spojrzałam w jej oczy lekko przymknięte, rozświetlone wewnętrznym światłem, które tylko spełnienie potrafi rozniecić. Uśmiechnęła się przez półoddech, sięgając do mnie drżącą dłonią. Przyciągnęła mnie do siebie, do ramion, do serca.
— Jesteś… — wyszeptała, ale nie dokończyła. Nie musiała. Wszystko było w tym spojrzeniu, w tym uścisku, w tym, jak nasze ciała splecione milczały przez chwilę w tej dzikiej przestrzeni, jakby świat się zatrzymał, tylko dla nas dwóch.
Karina spojrzała na mnie z tym swoim roziskrzonym uśmiechem, który mówił wszystko, zanim zdążyła wypowiedzieć choć jedno słowo. Jej dłonie sięgnęły do moich bioder i w jednym, płynnym geście, zsunęła moje szorty w dół wolno, z rozmysłem, jakby rozbierała ze mnie warstwę zewnętrznego świata, zostawiając tylko to, co prawdziwe. Czułam na sobie jej wzrok miękki, pełen zachwytu, jakby widziała mnie pierwszy raz, a może setny, ale tak samo głęboko.

Nie powiedziałyśmy nic. Nie było potrzeby.

Stanęłam przy dużym, wygładzonym przez czas głazie. Oparłam o niego jedną nogę, odsłaniając się bez wstydu, ufając jej do końca. Czułam się piękna. Czułam się kochana. Silna i krucha jednocześnie. Karina uklękła przede mną, z naturalnością, która wzruszała. Nie potrzebowała zaproszenia, znała mnie. Znała moje ciało jak własne serce. Zanim jej usta dotknęły mnie tam, gdzie tęskniłam najbardziej, musnęła wnętrze uda delikatnym pocałunkiem, który rozpłynął się na mojej skórze jak dotyk porannego słońca, a potem zaczęła. Jej język poruszał się jak opowieść powoli, z uczuciem, rytmicznie. Pieściła mnie z uwagą, z pasją, z tą swoją czułą dokładnością, od której zapominałam, jak się oddycha. Moje dłonie zacisnęły się na jej ramionach, potem powędrowały we włosy, a ciało zaczęło tańczyć ten znany tylko nam, intymny taniec w rytmie mojego drżenia, mojego przyśpieszonego serca, moich niespokojnych westchnień. Oddawałam się jej bez reszty. Każdy ruch jej ust był jak westchnienie natury, jak szept wiatru w koronach drzew wokół nas. Byłyśmy same, ukryte, w bezczasie. Ja w jej ramionach, w jej uścisku, w jej pocałunkach. Ona skupiona tylko na mnie, obecna, tak bliska, jak nikt inny nigdy. Nie wiedziałam, kiedy zacisnęłam palce na jej dłoniach. Nie wiedziałam, kiedy przymknęłam oczy. Czułam tylko, jak moje ciało rozkwitało, jakby każda komórka rozświetlała się światłem, które dawała mi właśnie ona.

Nie potrzebowałyśmy słów. Była tylko miłość.

Nie mogłam dłużej wytrzymać. Ciało samo przejmowało kontrolę, tańczyło w rytm jej ust, języka, oddechu. Wszystko we mnie było nią, jej dotykiem, jej troską, jej pragnieniem, którym mnie owijała jak ciepłym, niebem pachnącym kocem. Chciałam mówić, powiedzieć jej jak bardzo ją kocham, jak bardzo czuję, że należymy do siebie ale z ust wydobywały się tylko urywane oddechy i nieświadome szepty. Moje biodra unosiły się ku niej w nieskładnym tańcu pragnienia. Czułam, że się zbliżałam i że nie chciałam jeszcze, by to się kończyło, a jednocześnie… nie mogłam już powstrzymać tej fali. Karina trzymała mnie za rękę. Nasze palce splotły się instynktownie. Jej druga dłoń spoczęła na moim biodrze, stabilna, czuła, dająca poczucie bezpieczeństwa. Jej usta były nieustępliwe i pełne miłości. Czułam, jak wszystko we mnie zaczyna pulsować, narastać, aż...…rozpadłam się na milion kawałków światła. Ekstaza przetoczyła się przeze mnie niczym fala ciepła, rozlewająca się od środka aż po czubki palców. Przymknęłam oczy, oddychałam głęboko i drżąco, a przez moje ciało przebiegały kolejne fale rozkoszy słodsze niż cokolwiek, czego wcześniej doświadczyłam. Nie było mnie. Byłam wszystkim.

Byłam w jej ramionach. Na jej ustach. W jej oddechu. W moim własnym zawstydzonym, szczęśliwym, totalnym „tak”. Zachłysnęłam się ciszą, która nastąpiła po tym pełną spokoju, ulgi, ukojenia. Uśmiechnęłam się przez łzy. Delikatne, miękkie, pełne miłości palce Kariny musnęły mój brzuch, potem moje uda, jakby zamykała we mnie to przeżycie na zawsze. Złożyła pocałunek tuż przy moim biodrze, jak pieczęć.
– Kocham cię – szepnęłam, z trudem odnajdując głos. – Tak bardzo, że czasem aż boli.
Ona tylko spojrzała na mnie z dołu, z tym swoim światłem w oczach i odpowiedziała tym samym. Bez słów, ale słyszałam każde.


Objęła mnie tak, jakby chciała zatrzymać ten moment na zawsze. Nasze ciała stały wtulone jedno w drugie nagie, rozgrzane, miękkie i silne zarazem. Czułam jej serce bijące tuż przy moim. Skóra do skóry. Oddech do oddechu. Zamknęłyśmy oczy i… pozwoliłyśmy sobie na jeszcze jedną chwilę wspólnego uniesienia.
Nasze dłonie powędrowały w dół w zgodzie, w rytmie, jakby prowadziła je jedna myśl. Dotykając siebie, patrzyłyśmy sobie głęboko w oczy. Falowałyśmy lekko, biodrami, ramionami, ustami… napędzając się nawzajem. Czułam jej jęk przy moim uchu, cichy i słodki, a ona słyszała mój drżący, bezbronny, prawdziwy. Nasze usta rozchylały się w półoddechach, półszeptach. W tej chwili nie było wstydu. Nie było granic. Byłyśmy tylko my, dwie dusze splecione jak linie papilarne, dwie siostry, które pokochały się aż do końca świata.
– Jesteś cała moim sercem – wyszeptałam, a ona odparła bez wahania:
– I ty moim. Cała. Zawsze.
Przyspieszyłyśmy nieznacznie, delikatnie, jakby nasze ciała znały już ten taniec na pamięć. Pieszcząc się nawzajem wzrokiem, słowem, gestem. Każda myśl, każda emocja była darem niczego sobie nie odbierałyśmy, wszystko było wspólne. Potem przyszło to, co zawsze przy niej było jak świt ciche, błogie, drżące od środka. Kulminacja nie była wybuchem. Była światłem. Oparłyśmy się czołami. Dłonie wciąż spoczywały na naszych ciałach, ale już spokojne, czułe. Przesycone. Byłyśmy objęte sobą, jakbyśmy się zmieściły nawzajem w swoich sercach i nie potrzebowały niczego więcej. Nic więcej. Tylko nas.
– Nie wiem, jak to się stało, Karina… ale kocham cię tak, że czasem aż mnie boli – wyszeptałam, opierając czoło o jej czoło. Moje dłonie spoczywały na jej biodrach, jej palce gładziły pasma moich włosów.
Uśmiechnęła się przez oddech, cicho, jakby znała tę miłość zanim jeszcze ją wypowiedziałam.
– Wiem. Ja też… od zawsze. Tylko wcześniej nie potrafiłam tego nazwać. Siostra. Przyjaciółka, ale to przecież było więcej. Zawsze było więcej.
Pocałowałam ją miękko, z wdzięcznością. Smakowałyśmy siebie nie dla pożądania, a dla bliskości, bo byłyśmy dla siebie całym światem.
– Nigdzie nie jest tak dobrze jak z tobą – szepnęłam. – Nawet w milczeniu, nawet gdy się nie dotykamy, ale kiedy się kochamy… czuję, że jestem cała, że nic mi nie brakuje.
Karina ujęła moją twarz w dłonie.
– Nikt nie zna mnie tak jak ty. Nikt nie patrzy na mnie z taką łagodnością. Kochasz mnie z każdej strony – nawet tej, której sama się bałam. A ja… jestem twoja, Kasiu i nigdzie indziej nie chcę być.

Objęłyśmy się jeszcze raz, nagie w słońcu, chłodnym wiatrem muskane, na tle gór jak na płótnie malarza i przez chwilę nie było nic więcej tylko spokój i ciepło, które koiło każdą ranę, każde wspomnienie strachu, które już nie miało znaczenia.

Powoli, z uśmiechem, zaczęłyśmy się ubierać, bo robiło się zimno, wszak był listopad. Pomogłam Karinie zapiąć stanik, a ona poprawiła mi kosmyk włosów. Wsunęłyśmy się w szorty, adidasy, białe skarpetki. Jeszcze jedno spojrzenie, jedno ostatnie muśnięcie palcami po talii, po karku… i ruszyłyśmy dalej szlakiem.

Szłyśmy w milczeniu, ręce co jakiś czas lekko się dotykały. Las pachniał żywicą, a niebo wciąż było nieskazitelnie błękitne. Chociaż żadna z nas nie wypowiedziała już słowa, wiedziałam, że każde nasze wspólne milczenie jest jak przysięga, bo byłyśmy czymś więcej niż siostrami. Czymś więcej niż kochankami. Byłyśmy my. Jedna historia. Jedno serce.


Zeszłyśmy ze szlaku, wciąż lekko rozleniwione od słońca i siebie nawzajem. W nogach czułyśmy kilometry, ale w sercach było miękko, cicho, spokojnie. Trzymałyśmy się za ręce tylko chwilami, gdy nikt nie patrzył ale to wystarczało. Znałyśmy się aż do rdzenia.

W domku wzięłyśmy prysznic. Osobno, ale z myślami wciąż przy sobie. Woda spływała po ciele, zmywając kurz, pot i tamten moment z góry, który wcale nie znikał, tylko osiadał głębiej w nas. Potem włożyłyśmy lekkie sukienki, ja granatową, Karina piaskową, do tego sandały ciemne rajstopy na szpilkach, luźne włosy i lekki makijaż. Poszłyśmy do jednej z restauracji w centrum takiej z drewnianym tarasem i światłami jak z bajki. Kolacja była prosta, ale smaczna – pieczony pstrąg, świeże warzywa, trochę chleba z masłem ziołowym. Do tego białe, schłodzone wino. Uśmiechałyśmy się do siebie często, czasem bez słów, a czasem tylko patrzyłyśmy jakbyśmy mówiły wszystko oczami.
– To był piękny dzień – powiedziała Karina, odsuwając kieliszek.
– Był nasz – odpowiedziałam cicho, i to brzmiało dokładnie tak, jak trzeba.

Wieczór zapadał leniwie. Wróciłyśmy spacerem, lekko wtulone w siebie, rozświetlone latarniami i tym, co wciąż w nas drgało, a kiedy zamknęły się za nami drzwi apartamentu, znowu poczułam, że jestem dokładnie tam, gdzie chcę być. Gdy tylko zamknęły się za nami drzwi, rzuciłyśmy się sobie w ramiona, jakbyśmy nie widziały się tygodniami. Całowałyśmy się zachłannie, łapczywie, z narastającą ochotą, która wciąż nie miała dość. Czułam jej dłonie na moich biodrach, moje na jej plecach, naszą wspólną potrzebę, która nie znała granic.
– Może… – szepnęłam z figlarnym uśmiechem, muskając jej ucho – ubierzesz dla mnie tę swoją seksowną bieliznę? Tę fioletowo-czarną, co kupiłyśmy razem. Wiesz którą. Z pończochami…

Jej oczy zaiskrzyły. Wiedziałam, że nie trzeba powtarzać. Karina westchnęła z udawaną bezradnością, którą aż za dobrze znałam. Lubiła, kiedy to ja przejmowałam stery. Poszła szybko do łazienki pierwsza i po chwili wróciła w zjawiskowej bieliźnie koronkowej, staniku i stringach czarno-fioletowych oraz czarnych sandałkowych szpilkach. Wyglądała oszałamiająco. Zanim zdążyła ruszyć w stronę sypialni, chwyciłam sznur, który nieprzypadkowo zostawiłyśmy ostatnio pod poduszką. Związałam jej nadgarstki miękko, pewnie. Spojrzała na mnie z błyskiem ekscytacji. Ten błysk był wszystkim.
– Bądź grzeczna, siostrzyczko – mruknęłam i zostawiłam ją tak – stojącą pośrodku przedpokoju, z rumieńcem pod skórą i wyraźnym przyspieszeniem oddechu.
Zamknęłam się w łazience i rozebrałam się z wyjściowej sukienki, pozwalając sobie na moment lustra. Spojrzałam na siebie ciało rozgrzane górami, ustami Kariny, powietrzem pachnącym igliwiem i jej dotykiem. Sięgnęłam po moją czarno-szarą koronkową bieliznę. Wsunęłam na siebie stanik, potem stringi, czarne pończochy z koronkową manszetą, gładkie jak szept, jak obietnica. Poczułam, jak materiał oplatał uda, jak pończochy przylegają do skóry, jak w lustrze odbijała się gotowość.

Wzięłam zabawkę do ręki. Czułam jej ciężar, ale bardziej czułam to, co niosła naszą wspólną zgodę, zabawę, moc miłość. Nie było w tym żadnej dominacji, tylko nasze porozumienie. Nasza gra. Wysunęłam się zza drzwi z uśmiechem, który należał tylko do niej ciepłym, szelmowskim, lekko prowokacyjnym. Takim, który mówił: kocham cię i mam zamiar to udowodnić, każdą cząstką siebie. Karina stała tam, gdzie ją zostawiłam. Jej wzrok, kiedy mnie zobaczyła, był mieszaniną zachwytu, pragnienia i… miłości. Takiej, która była silniejsza niż wszystko.
– Gotowa? – zapytałam cicho, zatrzymując się przed nią.
Pokiwała głową, rozchylając lekko usta, jakby już sam mój głos był pieszczotą.
– Zawsze… dla ciebie.
Wzięłam jej dłoń, poprowadziłam ją w stronę sypialni. Wszystko było przed nami, noc, która miała smakować powoli, czule, z zachwytem. Miłość nasza, siostrzana, partnerska, zmysłowa była świętem, które właśnie się zaczynało. Z każdą chwilą czułam, jak narastało we mnie delikatne napięcie, nie z tej ziemi… Nie cielesne tylko, nie takie oczywiste. To było jak puls w głębi serca, jak coś, co chciało przemówić przez usta, przez dłonie, przez każdy pocałunek składany na jej skórze. Karina… Moja siostra, moja ukochana. Leżała przede mną z rękoma związanymi nad głową, przywiązana do poręczy łóżka jedwabnym sznurem, który delikatnie okalał jej nadgarstki jak wstęga zaufania. Nie było w niej ani grama napięcia, tylko miękka podatność, całkowite oddanie. Patrzyła na mnie z uśmiechem, w którym tliła się iskierka zmysłowej figlarności, ale i coś więcej coś czystego, coś tylko naszego.

Pochyliłam się do niej, tak że nasze twarze niemal się stykały, nasze oddechy splatały jak wstążki dymu. Całowałam ją lekko, miękko, z rozmysłem. Nie potrzebowałyśmy pośpiechu. Miałyśmy czas, miałyśmy siebie. Moje usta znalazły się przy jej szyi, potem przy obojczyku, aż dotarły do piersi, które wznosiły się i opadały w rytm cichego drżenia. Moja dłoń… wędrowała. Znała trasę, którą chciała przemierzyć od policzka przez smukłą szyję, delikatny mostek, między wzgórzami piersi, zjeżdżając łagodnie po brzuchu i znów w górę… Tylko po to, by za chwilę znów zsunąć się niżej. Jej ciało reagowało jak harfa każdy dotyk budził inny dźwięk. Czasem westchnienie, czasem miękki pomruk, czasem szept mojego imienia. Zawitałam dłonią między jej udami. Nie od razu. Najpierw palce zatrzymały się na linii koronki jej stringów. Poczułam pod opuszkami, jak pulsowało pod nimi ciepło, jak drżało napięcie ukryte w tej najdelikatniejszej ze stref. Pieszczotliwym gestem gładziłam kobiecość Kariny przez materiał czule, ostrożnie, jakbym dotykała samego środka jej duszy. Zamknęła oczy i uniosła biodra w lekkim skurczu przyjemności. Nie chciałam się spieszyć. Chciałam, by każda sekunda była pocałunkiem. By każde muśnięcie znaczyło: „Jestem tu z tobą. Cała. Na zawsze.” Jej język próbował coś powiedzieć, ale z ust wydobył się tylko bezgłośny szept. Wystarczył mi ten dźwięk cichy, lecz pełen znaczenia. Był jak błogosławieństwo.
Uśmiechnęłam się.
– Kocham cię – szepnęłam, zanim ponownie złożyłam usta na jej szyi, jakbym chciała to wyznanie wetrzeć w jej skórę, zostawić w niej na zawsze.
Jej biodra unosiły się i opadały delikatnie, w tempie, które moje palce wyczuwały jak muzykę miękką, pulsującą, rodzącą się między drżeniem skóry a napięciem w spojrzeniu. Czułam pod opuszkami, jak jej ciało mówiło do mnie w języku bez słów jęku i westchnienia, krótkiego przygryzienia wargi, wygięcia w plecach, które rozchodziło się falą aż do koniuszków palców. Pieszcząc ją, zataczałam kręgi  nie tylko ruchem, ale i myślą. Krążyłam wokół niej jak księżyc wokół ziemi, łagodnie, nieustannie, z czcią. Moje oczy spoczywały na niej, na tym, co działo się na jej twarzy z lekko rozchylonymi ustami, powiekami drżącymi jak skrzydła motyla. Każdy jej oddech był jak zaproszenie, każda reakcja drogowskaz. Potem, jakby dotykając szczytu tej symfonii czułości, pochyliłam się nad nią. Złożyłam pocałunek na jej ustach smak jej oddechu mieszał się z moim, ciepły, głęboki, miękki.

Moje dłonie znalazły sznur oplatający jej nadgarstki. Rozwiązywałam go ostrożnie, z namaszczeniem, jakby każda pętla była symbolem, który trzeba rozsupłać z szacunkiem. Gdy uwolniłam jej ręce, spojrzała na mnie z czymś więcej niż wdzięcznością. Było w tym spojrzeniu coś czystego, bezgranicznego. Powoli podniosłyśmy się obie nasze ciała splecione, jakby w jednym ruchu, w jednej decyzji. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie na klęczkach, nasze kolana muskały się miękko. Znalazłyśmy się znów blisko. Ręce odnalazły biodra, kark, plecy. Usta siebie nawzajem. Nasze pocałunki stały się głębsze, mniej nieśmiałe, bardziej pewne. Czas przestał płynąć, świat się zawęził do nas do zapachu skóry, do szelestu oddechów, do tego ciepła, które narastało w nas jak słońce tuż przed wschodem.

Jej dłoń dotknęła mojej talii, a potem zsunęła się wolno ku pośladkom, jakby chciała mnie przyciągnąć do siebie jeszcze bardziej, a ja pozwoliłam, całą sobą. Nie było w tym pośpiechu. Tylko pełnia. Tylko my siostry, kochanki, partnerki w najgłębszym znaczeniu tego słowa. W półmroku sypialni, między oddechem a pocałunkiem, sięgnęłam dłonią ku zapięciu jej stanika. Czynność prosta, a jednak symboliczna, jakbym odsłaniała coś więcej niż tylko fragment ciała. Moja Karina była piękna nie tylko dla oczu, ale dla dłoni, dla myśli. Gdy ramiączka zsunęły się z jej ramion, a koronka ustąpiła miejsca nagiej skórze, pochyliłam się z czułością, z uważnością, jaką rezerwuje się dla najcenniejszych chwil. Moje usta dotknęły jej piersi jak szept, język zatoczył delikatny krąg, a potem kolejny. Czułam, jak jej ciało reagowało subtelnym napięciem, przyspieszonym oddechem, dłońmi, które odnalazły moją szyję i kark, jakby chciała przyciągnąć mnie bliżej… jeszcze bardziej być w tej chwili. Pieściłam ją nie tylko fizycznie pieściłam ją swoją obecnością. Moje myśli były przy niej, całkowicie. Każdy pocałunek, każde muśnięcie ust było jak obietnica, że zawsze będzie dla mnie najważniejsza.

Potem, jakby pragnęła odpowiedzieć, Karina uniosła się i spojrzała na mnie z tym swoim spojrzeniem, które mówiło więcej niż tysiąc słów. Jej dłonie dotknęły mojego stanika z takim samym szacunkiem, jakby wiedziała, że w tej chwili rozbiera nie tylko moje ciało, ale także warstwę chroniącą serce. Gdy tkanina opadła, a ona pochylała się ku mnie, poczułam ciepło jej ust  najpierw na obojczyku, potem niżej.
Zamknęłam oczy. Jej język, jej oddech, jej dłonie wszystko mówiło mi, że byłam dla niej światem, że ona dla mnie także była tym wszystkim.

Siedziałyśmy splecione jak dwa źródła jednej rzeki. Ciało do ciała, oddech do oddechu, skóra do skóry. I choć nasze piersi stykały się teraz nagie, nie chodziło tylko o namiętność. Chodziło o coś większego o celebrację, o wspólny oddech życia, o to, że nagość w obecności ukochanej nie jest obnażeniem, lecz domem.  

Znowu całowałyśmy się  głęboko, miękko, jakby świat poza naszymi ustami nie istniał. Czułam, jak Karina wtulała się we mnie coraz bardziej, jak jej ciało szukało mojego ciepła, jakby mogła się we mnie rozpuścić. Szepnęłam jej do ucha:
— Kocham cię… Całą. Do ostatniego drżenia.
To było prawdziwe. Każde słowo. Każda głoska tliła się na moim języku jak dotyk, którym chciałam ją pieścić równie mocno jak ciałem. Byłyśmy splecione na kolanach, objęte jak dwie gałęzie, które nie potrafią bez siebie rosnąć, a potem opuściłam się niżej, powoli, z rozmysłem, nie spiesząc się ani o sekundę. Chciałam, by czuła każdy moment tej wędrówki. Moje usta zsunęły się w dół jej szyi, aż dotarły do piersi. Były takie miękkie… delikatne, jakby stworzone po to, by je czcić pocałunkami. Przymknęłam powieki, całując ją z nabożną czułością, językiem zataczając małe kółka, które znałam już niemal na pamięć, ale które za każdym razem miały inną melodię. Inny smak namiętności.
Czułam, jak jej ciało reagowało, jak unosiły się jej biodra, jak westchnienie wymykało się z jej ust. To było najpiękniejsze, to, jak się otwierała, jak ufała, jak pozwalała mi być najbliżej. Delikatnie, niemal mimochodem, moja dłoń zsunęła się niżej, muskając jej kobiecość przez materiał. Nie głęboko. Jeszcze nie. To był tylko znak. Szept skóry na skórze, że jestem tu, całkowicie dla ciebie, i nigdzie się nie wybieram. Poczułam, jak przechodził ją dreszcz. Zadrżałam razem z nią, bo kochałam ją tak bardzo, że chciałam płakać. I jednocześnie tak zmysłowo, że moje ciało było jedną wielką tęsknotą.

Zmieniłam pozycję płynnie, niemal jak w tańcu na kolanach, z czołem opartym o ramiona, powoli wypięłam pośladki, pozwalając ciału mówić to, czego słowa nie potrafią wypowiedzieć z taką szczerością. Czułam się naga emocjonalnie, choć jeszcze nie całkiem fizycznie, ale nie wstydziłam się. Przeciwnie byłam gotowa, otwarta, w pełni jej.

Karina wykorzystała ten moment, przysunęła się bezszelestnie, niemal bezgłośnie, i w mgnieniu oka oplotła moje nadgarstki sznurem przed moim ciałem. Delikatnie, ale pewnie. Ciepły dreszcz przechodził mnie przez kręgosłup. Zaskoczenie, ekscytacja, uległość. Ufam jej bezgranicznie. Jak się ufa tylko tej jednej osobie na świecie, która zna cię lepiej niż ty sama. Wyprostowałam się na klęczkach, dłonie związane przede mną, a ona przywarła do moich pleców i pośladków, ciepłem skóry, czułością oddechu. Jej dłoń sunęła powoli po moich biodrach, potem niżej na uda, na pośladki. Nie spieszyła się. Pieściła mnie samą obecnością. Niespiesznie, zsuwała ze mnie stringi. Jeden gest, a ja zostałam tylko w czarnych pończochach, które teraz wydają się jeszcze bardziej zmysłowe w kontraście z moją nagością. Reagowałam instynktownie wypinając się mocniej, świadomie, z ufnością i zaproszeniem. Byłam jej, w całości, bez lęku. Czułam, jak jej dłoń powracała, głaskała mnie między udami miękko, powoli, tak, jakby dotyk był modlitwą. Drażniła moją kobiecość z wyczuciem, jakby odczytywała każdy drgający nerw, każdy niemy szept ciała. Zamknęłam oczy. Oddychałam nią. Wiem, że byłyśmy właśnie tam, gdzie zawsze chciałyśmy być w tej chwili, w tej miłości, którą tworzyłyśmy z czułości i z ognia.

Czułam, jak delikatna dłoń Kariny zatrzymała się między moimi udami, jakby chciała tam odnaleźć oddech mojej duszy. Drażniła mnie pieszczotą, która była bardziej obietnicą niż spełnieniem, rozkoszną zapowiedzią, od której wszystko we mnie zaczynało drżeć. Mój oddech unosił się i załamywał, zmieniając się w ciche westchnienia i urywane jęki, które nie potrzebowały wstydu. Były prawdą. Czystym odruchem bycia kochaną. Karina pochyliła się do mnie najpierw ustami dotknęła moich warg, miękko, czule, jakby chciała zatopić się w ich cieple. Nasze usta połączyły się, kiedy jednocześnie jej palce odnalazły drogę do mojego wnętrza. Wślizgnęły się z taką łagodnością, jakby znały mnie od zawsze, jakby były przedłużeniem samej mnie. Moje ciało odpowiedziało bez pytania biodra uniosły się lekko, oddając się temu rytmowi, który kreśliła we mnie z uwagą i miłością. Każdy jej ruch był jak muśnięcie skrzypiec po najczulszej strunie. Zamknęłam oczy. Miałam wrażenie, że czas przestał istnieć, że liczyło się tylko to, co między nami. To, co niewidzialne, a jednocześnie całkowicie realne. Karina pochyliła się do mojego ucha. Jej oddech był ciepły, przesiąknięty emocją, a usta muskały jego brzeg w pocałunkach delikatnych jak aksamit. Poczułam lekkie, figlarne przygryzienie dreszcz rozlał się po mojej skórze, kiedy usłyszałam szept.
— Jesteś taka piękna… Moja… Cała…
Ton jej głosu był miękki i głęboki jednocześnie pełen zachwytu, uwielbienia, jakby każdy dźwięk, który wypowiadała, był modlitwą do mojego ciała, do mnie całej. Zamknęłam oczy mocniej, a łzy nie ze smutku, lecz z przepełnienia oszkliły moje spojrzenie od wewnątrz. To była miłość i była prawdziwa. Karina zaczęła poruszać się we mnie z wyczuciem najpierw ostrożnie, wręcz lirycznie, ale z każdą moją reakcją nabierała pewności. Czułam, że czytała mnie jak książkę, której każde zdanie znała na pamięć, a mimo to czyta je z uwagą, jakby za każdym razem odkrywała coś nowego. Jej rytm dostosowywał się do mnie do mojego drżenia, do nieskładnych westchnień, do tych chwil, gdy moje biodra same błagały o więcej.
— Karinka… — wyszeptałam przeciągle, z drżącym głosem, który sam niósł się przez powietrze. — Jesteś wszystkim… kocham cię… tak bardzo…
Czułam się krucha i silna zarazem, jakby ta miłość nas budowała na nowo z oddechów, z dreszczy, z czułości, która była zmysłowa, ale nigdy brutalna. Tylko nasza. Głęboka, święta w jakimś własnym, intymnym języku.
— Jesteś najpiękniejsza, moja… — szepnęłam z urywanym oddechem, delikatnie poruszając biodrami w odpowiedzi na jej ruchy. — Nie przestawaj… Karinko, proszę cię… daj mi to… już…
W jej oczach nie było tylko pożądania. Była miłość. Czysta, ciepła jak letnie światło. Karina pochyliła się nade mną i zaczęła całować mój kark, jakby chciała złagodzić we mnie napięcie, jakby chciała być ze mną nie tylko w ciele, ale w każdej myśli, w każdej emocji. Jej usta przesuwały się po mojej szyi, potem po policzku, aż w końcu trafiły na moje wilgotne, rozedrgane, głodne jej bliskości. Jej pocałunek był głęboki, a przy tym tak opiekuńczy, jakby chciała mnie przytrzymać na granicy tej przyjemności, zanim we mnie rozkwitnie.  

Kiedy wreszcie przyszła fala ta pierwsza, potem druga, a potem kolejne, nie był to wybuch. To było jak ocean rozświetlony wschodzącym słońcem, które nieśpiesznie zalewało mnie całą. Fale przyjemności i ulgi przechodziły przez moje ciało jak muzyka, której nie da się zatrzymać. Zamknęłam oczy. Czułam łzy, ale nie były z bólu. Były z miłości.
Jej czoło dotknęło mojego.
— Kasieńko… jesteś moim cudem… — usłyszałam cicho, jakby z samego środka niej.
A ja, wciąż drżąca i rozedrgana, tylko skinęłam głową. Bo wszystko, co najważniejsze, już zostało wypowiedziane. Naszymi ciałami, naszymi westchnieniami, naszą miłością.

Leżałyśmy przez chwilę splecione w objęciach, ciała jeszcze drżały, jakby echa poprzednich uniesień wciąż w nas grały. Serca biły rytmem jednym, a pocałunki, choć łapczywe, były miękkie, pełne smaku i czułego niedosytu. Jakby każda z nas chciała przypieczętować to, co już i tak było oczywiste, że należymy do siebie całkowicie.

Czułam, że chciałam jej dać wszystko, że pragnęłam się odwdzięczyć za to, jak mnie pieściła, jakby znała nie tylko moje ciało, ale i duszę. Wtedy Karina, jakby czytając moje myśli, zsunęła się niżej, układając się na brzuchu z głową opartą na ramieniu, z zamkniętymi oczami i lekkim uśmiechem. Jakby oddawała się w moje ręce,  jakby ufała mi w sposób, który rozgrzewał moje serce do głębi. Delikatnie zdjęłam z niej stringi, uważnie, z nabożnym szacunkiem. Jej pośladki, gładkie i napięte, drgały lekko pod moimi dłońmi. Objęłam je, poczułam ich ciepło, ich miękkość, ich zaproszenie, a  potem zniżyłam się, prowadząc usta do jej kobiecości, mojego najcenniejszego skarbu. Była dla mnie jak ambrozja, jak boski nektar z mitów coś, czego pragnęło całe moje istnienie. Skupiałam się na niej całą sobą. Każdy mój ruch był wyznaniem. Każdy dotyk języka hołdem. Pocałunki były rytualne, staranne, pełne zachwytu, jakby ciało Kariny było świętym miejscem, którego chciałam się uczyć bez końca. Karina reagowała. Najpierw cicho, potem z czułym stęknięciem, które niosło się przez pokój jak zaklęcie. Poczułam, jak jej dłoń łapała mój nadgarstek, a druga sięgała mojej ręki i splata z nią palce.  

Ten gest był wszystkim. Nie słowem, nie krzykiem, ale właśnie tym spleceniem palców powiedziała mi, że mnie czuła, że jest ze mną w tej chwili. Cała, oddana, otwarta, drżąca z rozkoszy, ale też z miłości. Całowałam ją jeszcze mocniej. Nie szybciej. Nie gwałtowniej. Tylko głębiej, świadomiej, jakbym chciała dotrzeć do środka niej, do tego miejsca, które tylko ja mogłam znać. Mój język tańczył, słuchał jej reakcji, wyczuwał każdy impuls, jakby ciało Kariny było partyturą, a ja grałam naszą własną symfonię. W tym wszystkim nie było już niczego poza nami.

Karina była moją opowieścią. Moją pieśnią. Moją siostrą. Moją kochanką. Moją miłością.
Błogość, która unosiła się między nami, nie miała już kształtu czasu. Byłyśmy zawieszone gdzieś pomiędzy światem a snem, tylko nasze ciała i oddechy tworzyły rzeczywistość. Czułam, jak Karina zaczynała drżeć coraz częściej, jej biodra delikatnie poruszały się w moim rytmie, jakby nasze zmysły mówiły wspólnym językiem, dawno już wyuczonym i wciąż świeżym.
W pewnym momencie przyciągnęła jedną nogę ku sobie, odsłaniając się jeszcze bardziej, zapraszając mnie bez słów, a ja, z czułością niemal nabożną, zrozumiałam jej potrzebę. Moje usta i język powróciły do niej z łagodną determinacją, a palce delikatne, pełne szacunku zaczęły towarzyszyć ruchom języka, wyczuwając rytm jej oddechów, falujące napięcie i rozkoszne drgania. Jej ciało stawało się coraz bardziej napięte, coraz bardziej rozpalone. Jęki Kariny były jak śpiew miękkie, przytłumione, niosące się jak szept wiatru po rozgrzanej skórze. Aż w końcu usłyszałam, jak z jej ust wymykają się słowa:
– Jeszcze trochę... już blisko...
Wiedziałam. Czułam. Każda cząstka mnie była przy niej, z nią, dla niej. Poprowadziłam ją do granicy, delikatnie, ale pewnie, aż zatrzęsła się w moich ramionach, drżąca jak struna przeciągnięta przez akord niebiańskiej ekstazy. Ekstaza spłynęła na nią jak poezja nie nagła, lecz rozlewająca się cicho po całym jej ciele, falami rozkoszy, które z każdą kolejną sekundą przynosiły ukojenie i rozluźnienie. Była piękna, tak piękna... a ja nie mogłam oderwać od niej wzroku. Moja Karina, moja jedyna. Zadrżała jeszcze raz, głęboko, a potem powoli zaczęła szukać mnie ręką, wzrokiem, sercem. W jej spojrzeniu była prośba, nie o więcej, ale o bliskość. O potwierdzenie, że nadal tu jestem. Zbliżyłam się więc, wspięłam ku niej i nasze usta się odnalazły, jakby całowały się po długim rozstaniu. Całowałam ją miękko, niespiesznie, z łagodnością kobiety, która wie, że właśnie uczyniła swoją miłość szczęśliwą.
– Kocham cię... – szepnęłam w przerwie między pocałunkami, a ona przymknęła oczy, uśmiechając się błogo. Zostałyśmy tak, splecione, nasycone sobą i ciszą, która po wszystkim smakuje jak najczystszy spokój.
Karina ułożyła się na plecach, z ramionami lekko rozłożonymi na pościeli, jakby otwierała się nie tylko ciałem, ale i duszą. Jej oczy, pogodne i rozświetlone, śledziły każdy mój ruch z mieszaniną czułości i ekscytacji. Usiadłam na skraju łóżka, sięgając po to, co miało dopełnić naszą noc nie jako zabawkę, lecz jako przedłużenie mojej miłości do niej, mojego pragnienia, by dać jej wszystko, czego potrzebuje. Ubierałam StrapOna spokojnie, bez pośpiechu, z drżeniem, które nie było niepewnością, lecz emocją.

Nachyliłam się nad nią. Nasze usta spotkały się w namiętnym, głębokim pocałunku, takim, który nie kończył się na wargach, ale przenikał całe ciało, rozpalając serce i drżące dłonie. Czułam jej ciało pod sobą, rozgrzane i spragnione, a jednocześnie ufne, jakbyśmy razem przestąpiły próg czegoś więcej niż fizyczność. Poprowadziłam się powoli, cierpliwie tak, jak znałam jej rytm, jakby każda sekunda przedłużenia napięcia była częścią modlitwy, która miała zakończyć się spełnieniem. Wsunęłam się w nią delikatnie, czule, nie tracąc kontaktu wzroku, jakbyśmy chciały potwierdzić, że to, co się dzieje, jest piękne, właściwe, nasze. Zadrżała, a jej nogi otuliły mnie w uścisku nie gwałtownym, lecz pełnym miłości, jakby chciała, bym została z nią jak najbliżej, jak najgłębiej, jak najpełniej. Jej biodra uniosły się lekko, a mój ruch spotkał się z jej ruchem jak taniec, jak pieśń szeptana językiem ciał.
– Kocham cię… – wyszeptała wśród oddechów, a ja wtuliłam się w jej szyję, całując, muskając skórę, będąc jednocześnie blisko i w niej, i przy niej.
Nasza miłość ulegała coraz większej ekspresji, nie w krzyku, lecz w rytmicznej harmonii. Ciała rozmawiały, a dusze śpiewały, jakby każda chwila była potwierdzeniem, że należymy do siebie. Kochałyśmy ten moment, gdy świat przestawał istnieć, a wszystko, co miało znaczenie, było w dotyku, w drżeniu mięśni, w biciu serca jednej dla drugiej. Byłyśmy same i właśnie dlatego tak nieskończenie razem. Jej oddech stał się krótszy, drżał w rytmie moich ruchów. Oplotła mnie jeszcze ciaśniej nogami, jakby chciała zatrzymać ten moment w nieskończoności. Jej ciało rozkwitało pod moim dotykiem, pod każdym delikatnym naporem, w każdym spotkaniu naszych bioder była poezja pełna miłości, pełna zrozumienia. W jej oczach odbijało się światło spełnienia, tak bliskie, tak namacalne.
– Jeszcze… trochę… – wyszeptała, zamykając oczy, jakby w pełnym zaufaniu oddawała mi się do końca. – Już blisko…
Byłam z nią w tej podróży, prowadząc ją, ale i słuchając, zanurzona w każdej reakcji, w ciepłocie jej skóry, w każdym jęku, który był jak modlitwa. Kiedy przyszła fala cicha, głęboka, długa odnalazła ją nie w krzyku, lecz w drżeniu całej istoty. Uniosła biodra, zamarła, a potem zadrżała, jakby przez chwilę porzucała ciało i wracała do niego z nowym oddechem. Przytuliłam się do niej, jeszcze będąc w niej StrapOnem, łagodnie, opiekuńczo. Nasze ciała splecione skóra o skórę, serce przy sercu. Jej policzek wtulił się w mój, ręka przesunęła się po moich plecach, leniwie, jakby mówiła: „Jestem tu. Z tobą. Tylko z tobą.”

Nie było już pośpiechu, tylko ciepło i cisza ta dobra, miękka cisza, która zapada po wielkiej burzy, gdy świat na nowo staje się prosty. Nasze oddechy powoli się wyrównywały, jej palce splotły się z moimi, jakbyśmy zapisały naszą miłość na nowo tym razem nie słowami, lecz ciałem. Wciąż tkwiłyśmy w sobie. Bez wstydu. Bez wahania. Z pełnią i łagodnością.

Ucałowałam jej powieki, jeden pocałunek, drugi jak pieczęć na wspólnym śnie. I zostałyśmy tak, bez słów. Splecione, spełnione, kochające. Nasze oddechy jeszcze nie zdążyły opaść, a już między nami rodziło się nowe pragnienie ciche, ciepłe, miękkie jak światło o zmierzchu, które sączyło się przez zasłony. Karina uniosła się lekko i spojrzała na mnie. Odpowiedziałam bez słów tylko uśmiechem, tym najprostszym, który znała najlepiej. Uśmiechem, który był zawsze jej.

Powoli zamieniłyśmy się miejscami. Ułożyłam się przodem do niej, a ona, z tą samą czułością, z jaką pieści się coś najcenniejszego, sięgnęła po uprząż. Jej ruchy były spokojne, pewne, pozbawione pośpiechu tak naturalne, jakby nie istniał już między nami czas. Tylko bliskość. Tylko my. Kiedy położyła się za mną i objęła mnie ramieniem, poczułam się... cała. Jakbyśmy były dwoma połowami jednej historii. Nasze ciała dopasowały się do siebie z tą znajomością, która nie potrzebowała słów tylko wspólnego oddechu. Czułam jej dłoń, ciepłą i delikatną, jak sunie po moim udzie. Uniosłam nogę powoli, świadomie otwierając się przed nią bez wstydu, bez lęku. Tylko z miłością. Pocałowała mnie w kark. Cicho, miękko, z wyczuciem, które znałam tylko od niej, a potem weszła we mnie StrapOnem. Powoli. Z taką łagodnością, że aż zamknęłam oczy. Powietrze zadrżało w moich ustach. Moje ciało odpowiedziało bez zastanowienia. Biodra, które same odnalazły rytm, napięcie mięśni, które chciały więcej i spokój, który dawała tylko ona. Odchyliłam głowę, a Karina pocałowała mnie z boku łapczywie, ale czule. Jej usta odnajdywały moje w półsłowach, między westchnieniami. Jej ruchy były rytmiczne, głębokie, pełne uważności.
– Jesteś cudowna… – szepnęła mi do ucha.
Zadrżałam. Nie od samego aktu. Od tego, jak mnie widziała. Jak mnie kochała. Cofałam lekko biodra, chcąc więcej jej bliskości. Ona dostosowywała się do mnie z czułością, z jaką odpowiada się na modlitwę szeptaną w półśnie. Nasze splecione dłonie spoczywały na moim brzuchu, jej ciało przytulone do moich pleców, jej usta odnajdujące linię mojej szyi. Policzek. Ucho. Byłyśmy jednym ciałem. Jedną miłością. Bezpieczne. Kochane. Całkowicie wolne.
Jej ruchy stawały się coraz pewniejsze., głębsze, szybsze, jakby każda fala przyjemności, która przez nas przechodziła, była coraz bardziej nieuchronna. Oddychałam urywanym rytmem, między pocałunkami, jękami, ściskiem naszych dłoni. Całe moje ciało odpowiadało na nią na każdy impuls, każdy nacisk bioder, każde westchnienie, które rozgrzewało mi skórę jak czuły szept.
– Tak… właśnie tak… – wyszło ze mnie bezwiednie, w międzyczasie, kiedy oplatałam jej nogę swoją i wtulałam się bardziej w jej ciepło.
Byłyśmy ruchem i oddechem, jednym wspólnym dźwiękiem, który narastał jak napięcie w strunie, a potem… Kulminacja była jak błysk nagły, rozdzierający, piękny. Moje ciało zadrżało całe, skurczyło się w sobie i otworzyło jednocześnie, jakby tylko dla niej. Wydobył się ze mnie długi, nierówny jęk, którego nie umiałam już powstrzymać.

Karina wtuliła się we mnie od tyłu, jeszcze przez chwilę nie przestając się poruszać z miękkością, z którą koi się echo rozkoszy. Nasze oddechy splatały się w jeden, a ja sięgałam jej ust, łapczywie, sennie, z głodem, który nie był już ciałem, ale bliskością.
– Boże… – westchnęłam z uśmiechem i pocałowałam ją, gdziekolwiek mogłam dosięgnąć. – Nie wiem, co zrobiłaś… ale… to było...
– …prawie nielegalne? – zaśmiała się cicho i pocałowała mnie w ramię.
Zachichotałam, opierając czoło o poduszkę. Karina odpięła powoli uprząż, rzucając ją gdzieś obok łóżka, i otuliła mnie ramieniem, kiedy wtuliłam się znów plecami w jej nagie ciało. Pachniała mną. I sobą. Pachniała „nami”.
– Cały nasz związek i miłość są nielegalnee – cicho zachichotałyśmy – Kocham cię – powiedziała nagle, spokojnie, jakby to była najprostsza prawda, jaką zna świat.
Pocałowałam jej dłoń, która leżała na moim brzuchu.
– Ja ciebie też. Tak bardzo. Nie wiem, jak to wszystko możliwe… ale czuję się z tobą jak… w środku czegoś większego.
– Jakbyśmy nie musiały już niczego udawać – dodała cicho. – Jakby wszystko, co ważne, było już tutaj… w tym łóżku, w tej ciszy.

Milczałyśmy przez chwilę. W tle szumiała kołdra i nasze uspokajające się oddechy.
– Wiesz, chyba będę chodzić dziś jak kaczka – mruknęłam nagle z przymkniętymi oczami. – A mama jakby widziała to by się spytała, czemu tak człapię po schodach…
– Powiedziałabyś, że miałaś bardzo intensywny sen, albo że ci się śniło, że byłaś w rodeo.
– W rodeo? Serio?
– No, przecież jestem zdziczałym mustangiem – wymamrotała i pocałowała mnie w szyję.

Zaśmiałyśmy się obie cicho, zmęczone, ale szczęśliwe. W tej miękkości po wszystkim czułam, jak zasypiam z uśmiechem. Karina głaskała mnie po boku, jakby śledziła linie mojego ciała z zamkniętymi oczami. Leżałyśmy, splecione, otulone sobą i tą niewypowiedzianą pewnością, że jesteśmy dokładnie tam, gdzie powinnyśmy

2 komentarze

 
  • Użytkownik Jakub

    przydałyby się jeszcze ilustracje.. na szlaku.. w restuaracji w sukienkach.. jest tak wiele wydarzeń, że ilustracje super podzieliłyby opowiadanie..  

    3 godz. temu

  • Użytkownik iskra957

    @Jakub Tutaj niestety nie mamy tej możliwości, tylko obrazek tytułowy

    3 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    @iskra957 wydawało mi się ze w opowiadaniach o bogu Enki i magicznym kamieniu coś było wiecej, ale moze pomyliłem się:)

    2 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    piękna beztroska.. nagie, naturalnie wolne w dziczy.. czy to nie tego własnie często brakuje na plaży naturystów..

    3 godz. temu