Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Sekretna Miłość V: Walentynki

Sekretna Miłość V: WalentynkiSiedziałam w fotelu przy drzwiach balkonowych, wtulona w miękkie oparcie, bosa, w samej bieliźnie, szary koronkowy stanik i figi do kompletu. Za szybą leniwie świtał poranek. Powietrze było nieruchome, jakby świat zatrzymał oddech. W pokoju panowała cisza ta kojąca, niemal święta. Tylko jej oddech, cichy, spokojny, niósł się z łóżka.

Karina spała. Leżała naga, przykryta tylko do połowy pościelą. Miała na sobie jedynie figi grafitowe, lekko przesunięte przez sen. Całe jej ciało było jak z obrazu, spokojne i ciepłe, wtulone w miękką biel pościeli. Patrzyłam na nią w skupieniu, jakby była snem, który mógłby zniknąć, jeśli tylko przestane wierzyć.
Moja siostra. Moja dziewczyna.

Wciąż nie umiałam w pełni pojąć, jak to się stało, że byłyśmy tu, razem, że pomimo wszystkiego świata, reguł, imion i powinności, to właśnie ona leżała w moim łóżku, a jej zapach wypełniała moją pościel. Nie wiem, kiedy przestałam się tego bać. Może wtedy, gdy pierwszy raz powiedziała, że mnie kocha. Może wtedy, gdy po prostu zasnęłyśmy splecione tak naturalnie, jakby nic innego nigdy nie miało znaczenia.

Tego dnia były walentynki. Święto, którego nigdy nie obchodziłam, a jednak teraz... czułam coś w piersi. Chęć, by sprawić, że ten dzień będzie dla niej wyjątkowy, ale czy nie był już taki? Przecież leżała tu w moim życiu, w mojej duszy rozciągnięta jak najpiękniejszy wers wiersza, który znałam na pamięć. Uśmiechnęłam się cicho i sięgnęłam po koc, by zarzucić go na ramiona. Podeszłam do łóżka. Spojrzałam na nią z bliska. Jej powieki drgnęły. Poruszyła się. Może wyśniła mnie w tym samym czasie, w którym ja patrzyłam na nią jak na cud. Tak właśnie zaczynałyśmy ten dzień cicho, miękko, z miłością, która nie potrzebowała słów.

Karina wciąż spała, zanurzona w błogim bezruchu snu, z lekko rozchylonymi ustami i rozrzuconymi na poduszce włosami. Jej ciało, częściowo odsłonięte przez niesforną pościel, wyglądało jak uosobienie spokoju i piękna kruche, a jednocześnie pełne ciepła, znajomego jak własny oddech. Usiadłam przy niej na łóżku i zsunęłam z ramienia koc. Palcami musnęłam delikatnie brzeg kołdry i zsunęłam ją z niej z wolna, pieszcząc wzrokiem każdy centymetr jej skóry. Było w tym coś z rytuału niecodziennego, intymnego, tylko naszego. Jej piersi uniosły się lekko w oddechu. Położyłam dłoń na jej brzuchu, a potem pochyliłam się nad jedną z nich. Złożyłam na niej ciepły, miękki pocałunek jeden, potem drugi językiem kreśląc powolne kręgi, delikatne jak poranny wiatr. Karina poruszyła się nieznacznie, a na jej twarzy zarysował się cień uśmiechu. Nie przestawałam. Uwielbiałam ten moment granicę między snem a jawą, gdy powoli wracała do mnie, otwierając oczy pełne czułości.
– Dzień dobry… – wyszeptałam, kiedy spojrzała na mnie jeszcze z półsnu.
– Dzień dobry, skarbie… – odpowiedziała cicho, przeciągając się pod dotykiem mojej dłoni.
Pochyliłam się i pocałowałam ją w usta miękko, z namysłem, jakby każda sekunda pocałunku była osobnym wyznaniem. Jej palce powędrowały do mojej talii, przyciągając mnie bliżej. Nasze ciała odnalazły się pod pościelą, splecione bez pośpiechu, w rytmie, który znały tylko nasze serca.
Nie trzeba było słów. Byłyśmy sobą. Kochankami, siostrami. Jednym cichym światłem w tym poranku, który nagle stał się najpiękniejszym z walentynek.

Pocałunki, z początku lekkie jak muśnięcie piór, z każdą chwilą pogłębiały się, nabierały ciepła i drżenia, jakbyśmy na nowo uczyły się siebie nawzajem. Usta Kariny były miękkie, otwarte, ufne. Raz po raz wracałam do nich z czułością, by za moment przenieść się niżej na jej szyję, tak znajomą pod językiem, pachnącą snem i skórą. Potem niżej, na piersi, które wciąż unosiły się spokojnie, jakby śniły jeszcze i z powrotem ku ustom. Nie potrafiłam się oderwać. Jakby każda część jej ciała wołała mnie po imieniu. Moja dłoń zsunęła się z talii w dół, sunąc powoli po aksamitnej skórze uda, aż natrafiła na delikatny materiał fig. Zatrzymałam się tam na chwilę, rozkoszując się ciepłem pod palcami, a potem zaczęłam łagodnie masować przez tkaninę, ledwie wyczuwalnie, jakby gestem chciałam jedynie przypomnieć: jestem tu, kocham cię.

Karina westchnęła cicho i poruszyła biodrami, nie otwierając jeszcze oczu. Jej dłoń sennie, ale pewnie odnalazła moją i poprowadziła ją niżej, naprowadzając mnie pod materiał, bez słów prosząc o więcej, o głębiej. Drżałam z czułości. Dotykając jej tak blisko, tak prawdziwie, miałam wrażenie, że cały świat znikał, zostałam tylko ona i ja, splecione w szeptach, w oddechach, w tym tańcu bez melodii, który znałyśmy tylko my dwie. Moje ruchy stawały się coraz bardziej płynne, pewne, a zarazem łagodne  jakby dłoń tańczyła w rytmie serca Kariny. Jej ciało odpowiadało bez słów lekkim drgnięciem, cichym westchnieniem, napięciem mięśni. Pragnienie pulsowało między nami, ciepłe i jasne, jak świt. Zgrabnym ruchem wyswobodziłam ją z ostatniego skrawka tkaniny delikatnie, z czułością, jakbym odsłaniała najdroższy dar. Potem, nie przerywając tego spojrzenia, tej ciszy utkanej z zaufania i bliskości, położyłam się przed nią.

Karina uniosła lekko biodra, rozchylając nogi z wdziękiem i spokojem, który mówił więcej niż tysiąc słów. Była piękna. Prawdziwa. Moja. Zanurzyłam się w niej powoli, z pełnym oddaniem, jak w modlitwie szeptanej tylko dla niej. Dotykałam jej ustami, językiem, czołem niemal opartym o jej łono, czując, jak każdy mój gest staje się odpowiedzią na jej drżenie, na jej oddech łapany w pół, na dłonie chwytające prześcieradło.

Nie śpieszyłam się. Pieszczota była dla mnie czymś więcej niż tylko ciałem była sposobem, by powiedzieć: kocham cię, jesteś wszystkim, nie ma świata poza tobą. I właśnie tak, zanurzona w niej łagodna, oddana, skupiona kochałam ją w najczystszej formie, jaką znałam. Zaczęłam powoli, jakbym stroiła instrument zbudowany z drżenia i westchnień. Językiem muskałam jej wnętrze w rytmie, który rodził się z jej oddechu coraz głębszego, coraz bardziej niespokojnego. Nasze spojrzenia spotkały się ciche porozumienie między dwiema duszami, które znały swoje ścieżki bez słów. Jedną dłonią obejmowałam jej pierś, czułam, jak pod moim dotykiem napinał się łuk kobiecości, a palce drugiej szukały jej dłoni. Złapałam ją i ścisnęłam delikatnie, jakbyśmy w tej chwili trzymały się razem nad brzegiem czegoś większego niż my.

Karina oddychała coraz szybciej, jej ciało poruszało się pod wpływem moich gestów delikatnie, niespokojnie, jak wiatr poruszający taflę jeziora. Próbowała patrzeć mi w oczy, ale z każdą chwilą, z każdym bardziej zdecydowanym ruchem języka, ten kontakt stawał się trudniejszy. Jej powieki drżały, a ciało wiło się zmysłowo, poddając fali, którą wspólnie wywołałyśmy. Była piękna. W tej chwili nie tylko siostrą i ukochaną była całym światem. Czułam to w każdym dotyku, w każdym smaku, w każdej odpowiedzi, jaką dawało jej ciało na mój szept bez słów.

Objęłam ją w pasie, czując jak jej biodra drżą pod moimi ramionami. Jej skóra była rozgrzana, wilgotna od emocji, a moje usta wirowały z czułością zagubione w oddaniu, odnalezione w miłości. Prowadziły mnie jej ciche westchnienia, coraz bardziej urywane, splątane z oddechem, który stawał się latarnią w naszej wspólnej nocy, choć był poranek.

Karina poruszała się z gracją, jakby ciało tańczyło z niewidzialną muzyką, łapała się za piersi, szukając w sobie ulgi, napięcia, które narastało falami. Słuchałam jej bez słów, całym sobą. Kiedy jej oddech przyspieszył, a biodra uniosły się jak wezwanie odpowiedziałam. Zsunęłam się wyżej, zostawiając na jej skórze pocałunki ślady uwielbienia. Moje palce odnalazły miejsce, które wcześniej pieścił język, i z tą samą czułością, teraz głębiej, zanurzyły się w niej, jakby znały drogę od zawsze. Unosząc się na klęczkach nad nią, zbliżyłam się, by znów poczuć jej usta. Pocałowałam ją długo, namiętnie, oddając jej wszystko, co we mnie było. Moje wargi sunęły potem wzdłuż linii jej szyi zatrzymując się tam, gdzie pulsowała najintymniejsza prawda, że należałyśmy do siebie, na przekór wszystkiemu. Jej ciało było oceanem drżącym pod moimi dłońmi. Z każdą chwilą, z każdym ruchem, coraz głębiej odnajdywałam rytm ten jedyny, właściwy, który rozbrzmiewał we wspólnym pulsie. Moje palce tańczyły z oddaniem, a Karina wiła się jak struna rozpięta pomiędzy pragnieniem, a spełnieniem. Z jej ust wydobywała się melodia cicha symfonia westchnień, jęków i nieśmiałych szeptów, jakby każda nuta miała być wyznaniem miłości. Tempo narastało, niosąc nas obie ku granicy, za którą nie było już słów, tylko czucie. Kiedy opadła na poduszki, oddech wciąż urywany, oczy wilgotne od wzruszenia i ulgi, pochyliłam się nad nią z czułością. Pocałowałam jej usta miękko, uspokajająco, jakby pocałunkiem chciałam powiedzieć „jestem tutaj, zawsze”.

Karina, jeszcze drżąca, uniosła ręce i zgrabnym ruchem rozpięła stanik, który wciąż miałam na sobie. Jej dłonie były pewne, ale delikatne. W tym geście nie było pośpiechu, tylko pragnienie bliskości, które mówiło więcej niż jakiekolwiek słowa. Wiedziałam, czego pragnie. Czego potrzebuje, zanim jeszcze to wyszeptała spojrzeniem. Pochyliłam się nad nią powoli, tak blisko, że moje piersi delikatnie otuliły jej twarz. Karina przyjęła je z tym samym oddaniem, które pulsowało w każdej naszej wspólnej nocy z pasją cichą, lecz niepowstrzymaną. Jej usta błądziły po mojej skórze z głodem miłości, który znałam na pamięć. Trwałam nad nią, pozwalając się kosztować, oddając to, co najczulsze, jak dar tylko dla niej.

Po chwili zsunęłam z bioder ostatni kawałek tkaniny. Ciało prowadziło mnie instynktownie, wiedzione pragnieniem, które było naszym wspólnym językiem. Odwróciłam się powoli, zsunęłam na jej ciało  siadając nad nią z delikatnością, jakby nasze złączenie miało być modlitwą. Podparłam się ramionami o oparcie łóżka, a ona, bez słowa, zanurzyła się we mnie bez lęku, bez zawahania. Jej usta odnalazły moją kobiecość z wyczuciem i czułością, które sprawiały, że świat znikał. Byłam tylko ja i ona. Dotyk. Smak. Oddech. Tętniące serce.

Jej miłość była jak język ognia. Pieściła mnie nieśpiesznie, ale z mocą, która potrafiła rozpalić każdą komórkę mojego ciała. Unosiłam się nad nią, opierając, pozwalając sobie odpłynąć, pewna, że w tych ramionach mogę być sobą aż do końca świata.

Moje ciało poruszało się w rytmie, który narzucał jej język. Raz miękki i czuły, raz szaleńczy i drżący od pragnienia. Falowałam nad nią, w półmroku poranka, zamknięta w naszym sekretnym świecie, gdzie czas istniał tylko po to, by nas nieśpiesznie rozplatać. Z moich ust wydobywały się stłumione westchnienia, które splatały się z oddechem Kariny, coraz bardziej urywanym, coraz głębszym, jakby jej własna namiętność odbijała się echem we mnie. Kiedy przyszła fala… przyszła jak skurcz światła pod powiekami, jak napięcie, które przeszywa całe wnętrze aż po końce palców. Ciało zadrżało. Jeszcze przez chwilę unosiłam się nad nią, czując, jak z każdą sekundą łagodnieję w jej ramionach oswobodzona, miękka, na nowo zakochana.

Leżałam obok niej, bok przy boku, splecione oddechami i wargami, jakbyśmy znały ten język od zawsze. Karina odwzajemniała każdy pocałunek z miękką namiętnością, z tym charakterystycznym błyskiem w oku, który sprawiał, że świat poza nią przestawał istnieć. W pewnym momencie, nie mówiąc nic, jakby ciało samo podjęło decyzję odwróciła się powoli i uniosła, opierając dłonie o oparcie łóżka. Jej plecy utworzyły zmysłową linię, a biodra wygięły się w subtelny łuk, zapraszający i naturalny. Nie mogłam oderwać wzroku. Była pięknem w ruchu. Prawdziwą muzyką ciała. Zbliżyłam się do niej, kolanami wsuwając się tuż za nią, i pochyliłam się z miękkim westchnieniem, składając pocałunki na jej pośladkach delikatne, pieszczotliwe, pełne czułości, jakby każdy z nich miał powiedzieć: "kocham cię". Jej skóra była ciepła, napięta z podniecenia, pachniała znajomością i pragnieniem. Byłam przy niej, dla niej i tylko dla niej. Zsunęłam się niżej, pozwalając ustom wędrować ścieżką kręgosłupa Kariny, aż dotarłam do krągłości, które znałam już niemal na pamięć. Zanurzyłam się w ich miękkości, całując z uwielbieniem, czując jak jej ciało napinało się z każdym muśnięciem. A potem… z tą samą czułością, z jaką dotyka się powiek, rozpoczęłam pieszczotę miejsca, które jeszcze niedawno było tylko domysłem, czułą, ukrytą bramę, do której teraz zbliżałam się językiem z całą delikatnością świata. To był nowy język dotyku. Inny, bardziej intymny, czuły i powolny, a jednak pełen napięcia. Czułam, jak Karina drżała, jak coraz głębiej oddychała, jak pozwalała sobie na więcej. Prowadząc ten taniec, nie przyspieszałam, tylko słuchałam jej ciała, każdej reakcji, każdego niemego „tak”.
Kontynuowałam czułą pieszczotę, z oddaniem i uważnością, którą zna się tylko wtedy, gdy dotyka się ukochanej osoby. Pieściłam wciąż tę ukrytą bramę rozkoszy, a jednocześnie dłonie nie próżnowały jedna z nich sunęła niżej, by zająć się kobiecością Kariny. Drażniłam ją delikatnie, prowadząc palce z wprawą i czułością, słuchając rytmu oddechów, melodii stęków, które z czasem narastały jak dźwięk fal uderzających o brzeg.

Ciało Kariny wiło się w pięknym, zmysłowym tańcu, który nie potrzebował słów. Wtedy, w chwili, gdy napięcie zawisło w powietrzu powoli, z płynnym ruchem, zanurzyłam palce w gorącym wnętrzu ukochanej. Pochyliłam się nad nią, opierając dłoń o biodro, drugą odnajdując jej dłoń. Całowałam jej ramiona, skórę, która pulsowała zmysłowym żarem, szeptem ciała opowiadającym o rozkoszy, która właśnie się budziła. Kontynuowałam tę pieszczotę z oddaniem, całkowicie skupiona na Karinie. Moje usta nie odstępowały tej ukrytej bramy przyjemności, którą zaczęłyśmy odkrywać w naszych chwilach uniesienia, delikatnie, z ciekawością, która rodziła się z zaufania. Z czasem zaczęła nas naprawdę zachwycać, a dziś… czułam, jak reaguje na każdy mój ruch, każde muśnięcie języka.
Jednocześnie nie zaniedbywałam drugiej dłoni. Zsunęłam ją niżej, do jej kobiecości, i drażniłam ją powoli, z uczuciem, które prowadziło mnie jak melodia. Karina wiła się przede mną, a jej ciche stęki były najpiękniejszą muzyką, jaką znałam. Jej ciało falowało, aż w końcu poczułam, że to już ten moment płynnie zanurzyłam palce w jej wnętrzu. Pochyliłam się nad nią, czując ciepło jej skóry pod ustami. Całowałam jej ramiona z czułością, z taką miłością, że aż drżałam. Jedną dłonią obejmowałam jej biodro, drugą odnalazłam jej dłoń. Przeplotłyśmy palce, jakby to był nasz tajemny kod znak, że jesteśmy razem w każdej sekundzie tej rozkoszy. Moje palce przyspieszały, odnajdując rytm, który z każdym kolejnym ruchem stawał się bardziej zdecydowany, dynamiczny tak bardzo zsynchronizowany z jej oddechem, z falującym ciałem, z tym niezwykłym napięciem, które narastało między nami. Karina poruszała się ze mną, jej biodra pięknie wpisywały się w moją pieszczotę, jakbyśmy były jednym ruchem, jedną melodią, której kulminacja była już blisko. Pochylona nad nią, obejmowałam jej piersi – raz delikatnie, raz z większą pewnością ślizgając się ustami po jej rozgrzanej skórze. Całowałam jej ramiona, plecy, kark. Gdy musnęłam ustami płatek jej ucha, szept wysunął się ze mnie niemal bezwiednie:
— Kocham cię, siostrzyczko…
To były drugie słowa, jakie wypowiedziałam tego poranka. Prawdziwe, pełne emocji i namiętności, która czyniła naszą miłość tak niepojęcie silną.
Byłyśmy w idealnej harmonii. Każdy mój ruch, każde zagłębienie palców, spotykało się z jej świadomym przyjęciem. Jej ciało unosiło się i opadało, jakby wyczuwało każdą nutę tej symfonii, aż wreszcie… poczułam, jak się napina. Jak cała wygina się w łuk, drżąca, rozedrgana od rozkoszy. Objęłam ją wtedy mocniej, przytrzymałam ją w tym tańcu drżenia i ulgi, całując cicho, czule najpierw jej ramiona, potem kark, w końcu sięgnęłam jej ust i podarowałam najłagodniejszy z pocałunków.
Taki, który mówił: jestem tu… i zawsze będę.

Karina uniosła się, a ja poszłam za nią, klęczałyśmy naprzeciw siebie, nagie, splątane w namiętnych pocałunkach. Nasze ciała, jeszcze drżące po wcześniejszych uniesieniach, szukały się z nową czułością. Jej usta były miękkie i głodne, a dłonie błądziły z coraz większą pewnością. W pewnym momencie odsunęła się lekko i spojrzała na mnie z tym spojrzeniem, które znałam aż nazbyt dobrze pełnym czułej stanowczości i nienazwanego pragnienia. Jej palce subtelnym gestem dały mi do zrozumienia, co chciałaby teraz uczynić. Skinęłam głową z lekkim uśmiechem i ułożyłam się na plecach, opierając wygodnie o miękkie oparcie łóżka. Rozchyliłam nogi powoli, świadomie, a jedną z nich uniosłam nieco wyżej, by ułatwić jej dostęp do tego, co najwrażliwsze. Karina zbliżyła się do mnie jak sunący wąż światła pełna gracji i skupienia. Jej ciało ułożyło się wzdłuż mojego, a twarz zatrzymała tuż przy mojej intymności. Patrzyła na mnie jeszcze przez ułamek sekundy, jakby chciała się upewnić, że tego właśnie pragnę. Potem… jej usta i język zanurzyły się z oddaniem w pieszczocie mojego najczulszego miejsca. Mojej kobiecości.

Westchnęłam cicho, przymykając powieki. Jej pieszczota była jak modlitwa, jak śpiew bez słów, każdy dotyk języka opowiadał o miłości, o bliskości, o wdzięczności za to, że istniejemy dla siebie. Moje ciało odpowiadało mimowolnie, jękami, drżeniem, przyśpieszonym oddechem, który rwał się w rytmie pieszczot. Byłam bezbronna wobec tej fali przyjemności, która uderzała we mnie raz za razem chaotyczna i piękna w swoim bezładzie, niczym taniec dwóch serc w jednym ciele.

Karina była wszędzie, nie tylko między moimi udami, lecz także w każdej komórce mojego ciała, w pulsującym napięciu mięśni, w dłoniach, które raz ściskały oparcie łóżka, raz jej włosy, innym razem próbowały odnaleźć i spleść się z jej dłonią, obejmującą moje udo. Czasem błądziły po własnym ciele, zaciskając się na piersiach, jakby szukały oparcia w tym szale uniesienia.

Wiłam się pod jej ustami coraz gwałtowniej, nie mogąc znaleźć miejsca, w którym mogłabym się zatrzymać, aż do momentu, gdy jej palce dołączyły do tej czułej, bezkresnej symfonii. Wtedy wszystko nabrało tempa. Każdy ruch był jak uderzenie skrzydeł, jak westchnienie wiatru przez uchylone okno poranka. Byłam coraz bliżej… a ona wiedziała dokładnie, jak poprowadzić mnie aż do końca.

Gdy jej palce dołączyły do tańca ust, niebo spłynęło niżej aż pod moją skórę. Moje ciało unosiło się i opadało jak fale na spokojnym morzu, które właśnie zaczęło burzyć się pod naporem sztormu. Czułam, jak coś się we mnie rozpinało, otwierało, jak wypełniało mnie światło najpierw jedno, krótkie rozbłyskujące uniesienie, potem drugie, głębsze, a wreszcie trzecie, które wyrwało ze mnie westchnienie tak pełne, że na moment zapomniałam, gdzie się kończę, a gdzie zaczyna się ona. Karina nie przestawała. Była we mnie jak echo, które nie cichnie, jak melodia grana na duszy, a gdy moje ciało w końcu opadło, osłabione, błogie, otwarte, ona wtuliła się we mnie jak sen. Otuliła mnie sobą, delikatna, oddychająca tuż przy moim policzku, muskająca skórę ustami, które koiły wszystko to, czego nie dało się wypowiedzieć.

Leżałyśmy tak chwilę, splecione, milczące. Czułam, jak wracałam do siebie… przez nią, przez jej obecność.
— Piękny poranek, skarbie — mruknęła Karina z uśmiechem, wtulając nos w moje włosy i muskając kark oddechem tak lekkim, że przeszył mnie dreszczem przyjemności.
Odwróciłam się do niej leniwie i pocałowałam czubek jej nosa.
— Dziś w końcu walentynki... — szepnęłam z błyskiem w oku. — Może jakoś je uczcimy, siostrzyczko?
Zaśmiała się cicho, z tym swoim zaspanym wdziękiem.
— A czy właśnie tego nie robimy?
Uśmiechnęłam się szeroko i przysunęłam bliżej.
— Może... może wyskoczymy gdzieś później? Na miasto, spacer, lody? Cokolwiek?
Karina przeciągnęła się jak kotka i przytuliła mnie mocniej.
— To może tak — zaczęła z udawaną powagą. — Wylegujemy się do południa. Potem razem przygotujemy kolację, może coś lekkiego i pysznego. Później pójdziemy na spacer, jak już słońce zacznie zachodzić… i wrócimy do naszej jaskini miłości na deser.
Zaśmiałam się cicho, wtulając twarz w jej szyję.
— Idealnie. Niech cały świat poczeka. Dziś jesteśmy tylko my.
— I to, co między nami — dodała cicho, całując mnie w skroń.
Leżałyśmy tak jeszcze chwilę, zasłuchane w ciszę poranka, jakby sam dzień nie śmiał jeszcze w pełni rozwinąć skrzydeł, wiedząc, że szczęście śpi w tych ramionach.

Poranek przeciągnął się w przedpołudnie, a my wciąż leżałyśmy, wtulone w siebie jakby czas zapomniał o naszym istnieniu. Raz zasypiałyśmy na chwilę, raz przekomarzałyśmy się półgłosem, a raz po prostu patrzyłyśmy w swoje oczy w tej cichej bliskości, która była naszym prywatnym luksusem.
— Kochanie, jeśli będziemy tak leżeć cały dzień, to w końcu umrę z głodu — mruknęła Karina, muskając nosem moją szyję.
— To w takim razie uratuj mnie i coś ugotuj — odparłam z udawanym dramatyzmem, przyciskając ją do siebie.
— Razem i nago. — Spojrzała na mnie z tym swoim łobuzerskim uśmiechem, który zwiastował kłopoty.
Kilka minut później byłyśmy już w kuchni nagie, rozgrzane od porannego przytulania i lekko rozczochrane. Na blacie czekały składniki na carbonarę, a obok jabłka, cynamon i kruchy spód do jabłecznika.
Karina mieszała jajka z serem, a ja kroiłam boczek, kiedy nagle poczułam jej dłonie na biodrach. Przytuliła się od tyłu, muskając ustami mój kark.
— Wiesz, że to ryzykowne? — mruknęłam, odkładając nóż. — Możemy skończyć z przypalonym sosem.
— Albo z czymś znacznie lepszym niż sos — odparła, przesuwając dłonie wzdłuż moich boków.
Śmiałyśmy się, kiedy przypadkiem rozsypałam mąkę na jej ramię, a ona, zamiast się obruszyć, odwróciła się do mnie, objęła w pasie i pocałowała tak, że zapomniałam, gdzie stoi patelnia. Czasem stałyśmy naprzeciwko siebie, karmiąc się drobnymi, namiętnymi pocałunkami; czasem Karina oplatała mnie ramionami od tyłu, a jej dłonie błądziły po moim ciele, kiedy mieszałam sos; czasem stawałyśmy bokiem, muskając się biodrami, jakby to był zupełnie przypadkowy dotyk, choć obie wiedziałyśmy, że przypadkiem nie był.
— Przysięgam, jeśli jeszcze raz dotkniesz mnie w ten sposób, to carbonara zostanie na jutro — szepnęłam, ale ton mojego głosu zdradzał, że to wcale nie była groźba.
— Trzymam cię za słowo — odpowiedziała, uśmiechając się bezwstydnie i znów muskając moje piersi opuszkami palców, jakby chciała sprawdzić, czy potrafię zachować powagę.
W powietrzu mieszał się zapach boczku, parmezanu i pieczonych jabłek z czymś o wiele bardziej elektryzującym nami. Gotowanie stało się tańcem, w którym składniki były tylko pretekstem, a każdy ruch prowadził do kolejnego dotyku, spojrzenia lub pocałunku. Mąka prószyła się po blacie i po nas, gdy przyciągałam ją do siebie, raz przodem, raz obejmując od tyłu. Były momenty, gdy staliśmy bokiem do siebie, śmiejąc się z własnej nieporadności, i takie, gdy pocałunki nagle poważniały, miękły, stapiając w jeden długi oddech.
— Wiesz co? — Karina spojrzała na mnie z figlarnym błyskiem. — Do kolacji ubierzmy się jak na prawdziwą randkę.
— Tak, żeby była niespodzianka? — zapytałam, już czując, jak ciepło rozlewa się we mnie na samą myśl.
Pierwsza zniknęła w łazience z naręczem ubrań. Kiedy przyszła moja kolej, sięgnęłam po czarną, kusą sukienkę koktajlową z białym kołnierzykiem i mankietami. Pod nią czarna koronkowa bielizna i pończochy z koronkowymi manszetami w drobną kabaretkę. Chciałam, by każdy szczegół mówił: „Dziś jesteś dla mnie kimś wyjątkowym”.

Wyszłam do salonu właśnie wtedy, gdy ona wracała w bladoróżowej, lekko plisowanej sukience, której delikatny materiał poruszał się przy każdym kroku. Wiedziałam, że pod spodem skrywa beżowe pończochy. Spotkałyśmy się spojrzeniami, jakbyśmy naprawdę widziały się pierwszy raz tego dnia.
Zatrzymałyśmy się na chwilę, patrząc na siebie z tym rodzajem zachwytu, który sprawiał, że trudno złapać oddech. W jej spojrzeniu było wszystko — podziw, czułość, odrobina żartu i całe morze miłości.
— Wyglądasz jak marzenie — wyszeptałam, nie potrafiąc oderwać wzroku od jej ust.
— Ty też… — odpowiedziała i wtedy obie wiedziałyśmy, że zanim usiądziemy do kolacji, jeszcze chwilę będziemy tracić czas na kolejne pocałunki.

Usiadłyśmy naprzeciw siebie przy małym, nakrytym na dwie osoby stole. Światło świec łagodnie odbijało się w kieliszkach, a w tle cicho brzmiała muzyka. Jedzenie smakowało wybornie, ale tak naprawdę syciły nas spojrzenia i dotyk dłoni, które co jakiś czas odnajdywały się na blacie. Karina przesuwała kciukiem po mojej skórze w powolnych, prawie leniwych ruchach, a ja odwzajemniałam gest, jakbyśmy w ten sposób pisały ukryty list tylko dla nas. Kiedy ostatnie okruchy zniknęły z talerzy, postanowiłyśmy wyjść. Włożyłyśmy płaszcze, ja czarny, dopasowany, który podkreślał talię, a Karina beżowy, miękko otulający sylwetkę. Do tego buty na wysokich obcasach, moje czarne, skórzane, jej zamszowe muszkieterki w odcieniu miodowego beżu. Szpilki rytmicznie stukały o bruk, gdy spacerowałyśmy przez rozświetlone ulice.
Trzymałyśmy się za ręce, nie zważając na ciekawskie spojrzenia, a może po prostu ich nie dostrzegając. W końcu znalazłyśmy się na wzgórzu, skąd roztaczał się widok na całe miasto roziskrzone, jakby ktoś porozsypywał garść złotych iskier po ciemnym aksamicie. Usiadłyśmy na drewnianej ławce. Karina wtuliła się we mnie, a ja otoczyłam ją ramieniem, czując, jak rytm jej oddechu powoli synchronizował się z moim.
— Wiesz co, kochanie… — zaczęła cicho, niemal szeptem. — Tak bardzo bym chciała wziąć z tobą ślub.
Spojrzałam w jej oczy, które w tym świetle wydawały się głębsze niż kiedykolwiek. Pozwoliłam, by nasze usta spotkały się w krótkim, miękkim pocałunku, tutaj, gdzie nikt nas nie widział.
— Ja też — odpowiedziałam, czując, że serce bije mi odrobinę szybciej. — Ale wiesz… świat nie jest jeszcze na nas gotowy.
Karina skinęła głową z cichym westchnieniem.
— Wiem. Ale może… kiedyś… w naszym domu… zrobimy własny ślub. Tylko my dwie. Nasze przysięgi, nasze słowa. I obrączki… zrobione na przykład z pierścionków nastroju. Co ty na to?
— Pierścionki nastroju? — uśmiechnęłam się, muskając jej policzek palcami. — Brzmi trochę jak z bajki dla dziewczynek.
— I o to chodzi — odpowiedziała z powagą podszytą figlarnym błyskiem. — Chcę, żeby nasza bajka miała własne symbole, takie tylko nasze.
Patrzyłyśmy na siebie, jakby te kilka sekund miało rozciągnąć się w nieskończoność. Świat wokół był ciemny, ale miasto tliło się tysiącem świateł, a każde z nich zdawało się pulsować w rytmie naszych serc.
— Wiesz… — odezwałam się po chwili, czując, jak jej dłoń zaciska się na mojej — …czasem myślę, że nie potrzebujemy żadnych dokumentów, żadnych świadków, że ten moment, tu i teraz, jest już rodzajem przysięgi.
— Tak, ale ja… — Karina urwała, przysuwając się jeszcze bliżej — …chciałabym kiedyś usłyszeć, jak mówisz mi „tak”, nawet jeśli to będzie tylko w salonie, przy świecach i kubku herbaty.
Pocałunek, który nastąpił, był miękki i niespieszny. Jakbyśmy obie chciały zapamiętać go w najmniejszych detalach ciepło oddechu, drżenie ust, smak wieczoru.
— To obiecaj mi jedno — powiedziała, gdy nasze czoła zetknęły się lekko. — Że niezależnie od tego, co się wydarzy, zawsze będziemy miały nasz dzień.
— Obiecuję — wyszeptałam. — I będę trzymała się tej obietnicy mocniej niż czegokolwiek innego.
Milczałyśmy jeszcze przez moment, patrząc na panoramę miasta, jakby świat na dole należał do kogoś Uśmiechnęłam się i przygarnęłam ją mocniej, czując w piersi tę ciepłą, niewymowną pewność.
— Na to jestem gotowa już teraz. Wyobrażam sobie, jak stoisz przede mną w sukience, patrzysz tak, jak patrzysz teraz… i mówisz mi, że będziesz mnie kochać do końca świata.
— Bo będę, Kasiu. — Jej głos zadrżał, ale wciąż brzmiał pewnie. — Nawet jeśli wszystko inne przeminie, to my zostaniemy.
Patrzyłyśmy jeszcze chwilę na miasto, pozwalając, by słowa i cisza stworzyły swoją własną przysięgę. Potem, jakby to było najprostsze i najbardziej naturalne na świecie, położyła dłoń na moim policzku i pocałowała mnie raz jeszcze — powoli, z czułością, w której było więcej obietnic niż w jakimkolwiek wypowiedzianym słowie.
Wróciłyśmy do mieszkania powoli, niemal nie przerywając uścisku dłoni, jakby każdy krok miał utrwalić ciepło tamtego momentu na ławce. W drzwiach jeszcze raz na siebie spojrzałyśmy ja z tą miękką pewnością, że kocham ją bardziej niż mogę to kiedykolwiek wyrazić, a ona z tym spojrzeniem, które potrafi rozbroić każdą moją obronę.
– Kocham cię, siostrzyczko – wyszeptałam, zdejmując płaszcz i odwieszając go na wieszak.
– Ja ciebie jeszcze bardziej – odpowiedziała lekko, jakby to było oczywiste jak oddychanie.
Zostałyśmy w kozakach, ich obcasy cicho stukały o parkiet, kiedy siadłyśmy do stołu. Na deser został jabłecznik, pachnący cynamonem, i kieliszki wina, które nalewałyśmy sobie z takim spokojem, jakbyśmy przedłużały ciszę przed czymś nieuchronnym. Wiedziałam, że to odkładanie chwili, do której obie zmierzamy drobnymi gestami, spojrzeniami, niedopowiedzianymi słowami.

Po chwili Karina wstała. Oparła się tyłem o stół, jej dłonie spoczęły po bokach, a jedno kolano uniosło się lekko w moją stronę. To był gest prosty, a jednocześnie pełen zaproszenia. Podeszłam powoli, czując jak przyciągało mnie jej obecność. Ujęłam jej udo i pozwoliłam dłoni przesunąć się wyżej po jedwabistej powierzchni beżowej pończochy. Materiał lekko zadrżał pod moim dotykiem.

Objęłam ją w talii, czując ciepło bijące spod cienkiej tkaniny sukienki. Karina pochyliła się ku mnie, a jej palce odnalazły moją szyję. Ten moment zawisł w powietrzu krótki oddech, muśnięcie rzęs zanim jej usta dotknęły moich w pocałunku, który był miękki, a jednocześnie głęboki.
– Kocham cię – szepnęła, nim nasze wargi złączyły się ponownie.
Nasze usta odnalazły się znowu,  pocałunki stawały się coraz głębsze, lecz nie traciły tej miękkości, która sprawiała, że wszystko było jak z cichej, nocnej ballady. Zatrzymywałyśmy się co chwilę, by spojrzeć sobie w oczy, by szepnąć te dwa słowa, które w naszych ustach brzmiały jak obietnica, albo by delikatnie odgarnąć pasmo włosów za ucho.

Moje dłonie, niemal nieświadome, odnalazły drogę pod materiał jej sukienki. Skóra Kariny była ciepła, gładka. Sunęłam po jej udach powoli, jakby każdy centymetr wymagał osobnego zapamiętania. Dotarłam wyżej… i wtedy odkryłam, że pod cienką tkaniną nie ma już nic. Spojrzałam na nią z uniesionymi brwiami, a na mojej twarzy pojawił się cień uśmiechu.
– Ktoś tutaj jest niegrzeczny… – szepnęłam z figlarną nutą.
– Wiedziałam, że ci się spodoba – odpowiedziała, a w jej oczach zatańczyło coś pomiędzy czułością a prowokacją.
Delikatnym ruchem przełożyłam jej nogę, prowadząc ją tak, by usiadła okrakiem na moich kolanach. Jej ciepło i bliskość wypełniły mnie niemal natychmiast. Pocałunki znów nabrały tempa, raz spokojne, raz głębsze, zawsze pełne tego drżenia, które czuje się w sercu.

Palce Kariny raz zanurzały się w moich włosach, splatając się w nich lekko, raz obejmowały moją szyję, jakby chciała przyciągnąć mnie jeszcze bliżej. Moje dłonie wciąż błądziły pod sukienką, obejmując jej pośladki, czasem wędrując wyżej, po krzywiźnie pleców, aż do jej łopatek. Wszystko działo się powoli, ale z tym magnetyzmem, który sprawiał, że żadna z nas nie chciała przerywać, jakby noc mogła trwać wiecznie, a my miałyśmy jeszcze tyle pocałunków do wypowiedzenia.
Uniosłam delikatnie materiał sukienki, jakby odsłaniała najcenniejszy skarb. Bladoróżowa tkanina poddała się moim dłoniom, ukazując piękne, pełne kształty siostry, tak bliskie, a jednocześnie wciąż budzące w niej zachwyt. Zbliżyłam usta, czując ciepło bijące od jej skóry, i musnęłam ją najpierw nieśmiało, potem pewniej, z namysłem. Moje wargi rysowały miękkie ścieżki po gładkiej powierzchni, a język zataczał powolne, pieszczotliwe kręgi, zatrzymując się przy najbardziej wrażliwych miejscach.

Karina drgnęła lekko, a jej oddech przyspieszył, stając się cichym, urywanym szeptem.  
– Kocham cię, Kasiu… – wyszło z jej ust jak westchnienie, które chciało zostać na zawsze między nami.
Zamknęłam oczy, skupiając się na smaku i zapachu jej skóry, wkładając w każdy gest całą czułość, jaką potrafiła unieść. Było w tym coś więcej niż tylko namiętność, pasja i miłość splatały się w jednym, długim, niekończącym się pocałunku, który jej usta składały na ciele siostry. Oderwałam usta od jej skóry, chcąc nacieszyć się chwilą ciszy, tym napięciem, które między nami zawisło jak delikatna mgła. Czułam, jak Karina obejmowała moje piersi przez materiał sukienki. Jej dłonie były ciepłe, uparte i figlarne, a spojrzenie, którym mnie obdarzyła, sprawiło, że serce przyspieszyło mi odrobinę za bardzo.

Pocałunek, który na nowo połączył nasze usta, był jak fala miękka i powolna na początku, lecz z każdą chwilą narastał, pochłaniał mnie coraz mocniej. Gdy Karina przysiadła na krawędzi stołu, rozchylając nogi w cichym, niemym zaproszeniu, nie mogłam oderwać wzroku od jej twarzy, w której widziałam i ufność, i pragnienie.
Unosząc dłoń, dotknęłam jej ust, a ona przyjęła moje palce w swoje ciepło. Ten gest był tak prosty, a jednak przeszył mnie do głębi, jakby mówiła mi w ten sposób więcej, niż zdołałaby wyrazić słowami. W odpowiedzi uniosła dłoń ku mojej twarzy, jej kciuk leniwie kreślił linię mojej wargi. Zadrżałam pod tym dotykiem, tak lekkim, że wydawał się snem, a jednocześnie tak bliskim, że czułam się naga w samej swojej duszy.

Moja dłoń powędrowała ku jej wnętrzu, jakby prowadziła mnie tam jakaś niewidzialna siła, delikatna, a nieodparta. Zatrzymałam ją z namaszczeniem, tak jak zatrzymuje się palce na świętym obrazie, wiedząc, że dotykam najcenniejszej tajemnicy. Uniosłam głowę, a potem złożyłam na jej kobiecości pocałunek miękki, czysty, jak na najdroższym skarbie, który odważyłam się odkrywać. Kiedy język odnalazł swoją drogę, robiłam to powoli, z czułością, jakby każdy ruch miał być obietnicą. Jej ciało zareagowało natychmiast. Poczułam, jak drżała, jak oddech zaczynał gubić się w krótkich falach. Karina objęła moją głowę, a jej palce wplątały się w moje włosy, zatrzymując mnie przy sobie, jakby chciała, żebym nigdy się nie odsunęła.

W tej chwili wszystko inne przestało istnieć. Byłyśmy tylko my, ja, wpatrzona w jej piękno ukryte za szeptami i drżeniem, i ona, oddająca się mi tak, jak nigdy wcześniej nikomu.

Każdy mój ruch języka był jak pociągnięcie pędzla po delikatnym płótnie, spijając krople jej słodyczy, która rozpalała mnie tak samo mocno, jak ją. Czułam, jak Karina drżało pod moim dotykiem, jak jej ciało unosiło się i opadało w falującym rytmie, a ja starałam się go odgadnąć, wsłuchać się i podążać za nim. Wkrótce nasze tempa się zgrały ja, prowadząca i zarazem słuchająca, ona odpowiadająca mi ruchem bioder, jakbyśmy tańczyły ten sam, najintymniejszy taniec. Unosiłam spojrzenie i spotykałam jej oczy rozszerzone, roziskrzone, pełne oddania. To było jak dialog bez słów. Jej oddechy rwały się i nakładały jeden na drugi, głębokie i urwane, a z ust wydobywały się melodyjne jęki, w których mieszały się półsłowa i szeptane wyznania miłości. „Kocham Cię…” – powtarzała w rytmie własnego uniesienia, a każda sylaba była dla mnie błogosławieństwem i napędem, żeby dawać jej jeszcze więcej.

Byłyśmy w tej chwili całkowicie zanurzone w sobie, jakby świat poza nami nie istniał. Czułam, że każdy jej dreszcz przepływał przeze mnie, że każdy ruch naszych ciał stawał się wspólną falą. To nie była tylko namiętność, to była miłość, której oddawałyśmy się całą sobą, ja jej, ona mnie. Stół pod nami zdawał się uczestniczyć w tej chwili, lekko drżąc pod rytmem ciał, a porcelana i kieliszki brzmiały jak dyskretny akompaniament do naszej miłości. Coraz głębiej wnikałam w rozedrgany świat Kariny, czując, jak jej ciało unosił się i opadał w falach coraz gwałtowniejszego oddechu.

Jej jęki stawały się muzyką, urywanymi dźwiękami, w których splatały się namiętność, bezbronność i wyznania. Trzymała mnie blisko, jakby bała się, że choćby na chwilę mogłabym zniknąć. Ja zaś pieściłam ją z całym oddaniem, prowadząc ku tej granicy, gdzie pragnienie i miłość spotykają się w jednym punkcie.


Wreszcie, drżąca cała, szepcząc moje imię, pozwoliła sobie na spełnienie. Jej ciało falowało w moich ramionach jak rozkołysane morze, a ja chłonęłam każdy dreszcz, każdą falę rozkoszy, jakby była darem tylko dla mnie.

Uniosłam się nad nią i natychmiast odnalazłam jej usta. Smakowałyśmy się nawzajem w pocałunkach raz namiętnych, raz czułych, przerywanych szeptami wyznań, które spadają z ust tak naturalnie, jakby były naszym oddechem.

Jednym, zgrabnym ruchem zsunęłam z niej sukienkę, a Karina podniosła ramiona ponad głowę, jakby oddawała się całkowicie w moje dłonie. Została tylko w pończochach i wysokich muszkieterkach na szpilce widok tak urzekający, że na moment zabrakło mi tchu.

Nasze usta znów spotkały się w gorących pocałunkach, a moje dłonie wędrowały po jej nagim ciele, po krzywiznach, które znałam od dawna, a jednak za każdym razem odkrywałam jak nowe. Skóra Kariny była dla mnie jak pejzaż, którego nigdy nie przestawałam podziwiać. Miękka, rozpalona, drżąca pod moim dotykiem.

Ona z kolei przyciągała mnie do siebie, oplatając ramionami, a gdy jej dłonie objęły moje pośladki, poczułam, jak nasza bliskość staje się jeszcze bardziej intensywna. Byłyśmy jak dwie siły wzajemnie przyciągane nierozerwalne, spragnione siebie nawzajem.

Ujęłam Karinę w ramiona i przesunęłam ją delikatnie głębiej na stół, tak by całe jej ciało należało tylko do mnie. Pochyliłam się nad nią i przesunęłam dłonią po jej rozgrzanej skórze, czując pod palcami każdy dreszcz, każde przyspieszone uderzenie serca.
– Jesteś taka piękna… – wyszeptałam, a moje słowa zawisły nad jej ustami niczym zaklęcie.
Potem pochyliłam się niżej, składając pocałunki na jej piersiach, brzuchu, na każdym fragmencie jej ciała, jakby każdy z nich był wart czci i odkrywania na nowo. Jej skóra smakowała słodyczą, której nigdy nie mogłam się nasycić.

Kiedy dotarłam tam, gdzie jej pragnienie pulsowało najmocniej, ucałowałam ponownie ten skarb z nabożnością, a potem powoli zanurzyłam w nim najpierw jeden, a chwilę później drugi palec. Karina zadrżała i cichy syk wyrwał się z jej ust, mieszając się z drżącym oddechem. Moje wargi odnalazły jej najczulszy punkt, a równocześnie moje palce zataczały rytmiczne kręgi we wnętrzu, które reagowało na każdy ruch niczym żywa melodia. Karina wyginała się lekko, a jej oddech rwał się i przyspieszał, stając się coraz bardziej nierówny.
– Kocham cię, siostrzyczko… – szeptała z trudem między westchnieniami, a jej ciało współgrało ze mną jak poezja, której rytmu słuchałam całym sobą.
Słowa Kariny rozbrzmiewały we mnie jak echo, które rozpalało każdą cząstkę mojego ciała. To wyznanie dodawało mi siły, napędzało moją namiętność. Wsłuchiwałam się w rytm jej westchnień i w bicie jej serca, które czułam pod palcami. Moje ruchy stawały się bardziej intensywne głębsze, pewniejsze, a język wirował w coraz szybszym tańcu, podążając za pragnieniem siostry. Karina oddawała się temu bez reszty. Jej oddech rwał się i spłycał, a dłonie błądziły po własnym ciele, obejmując piersi w desperackiej potrzebie ulgi. Każdy jej stęk był jak nutą w melodii, którą wspólnie tworzyłyśmy.

Widziałam, jak napięcie ogarniało jej ciało, jak drżała pod moimi pocałunkami, jak biodra unosiły się i szukają jeszcze więcej. I gdy wreszcie nadeszła fala, przyjęła ją cała wygięta w łuk, z ustami otwartymi w bezgłośnym krzyku, z dreszczem, który przeszedł przez nią od stóp aż po włosy. Stół pod nami zadrżał, szkło zadygotało jakby i ono miało w sobie życie.

Nie przerwałam jednak, nie pozwoliłam, by ta muzyka ucichła zbyt szybko. Prowadziłam ją dalej, aż druga fala spłynęła na nią jeszcze mocniejsza, jeszcze piękniejsza i Karina zatraciła się w niej cała, a ja razem z nią.

Karina powoli dochodziła do siebie, a jej ciało jeszcze drżało lekkimi falami, jakby echo rozkoszy nie chciało od razu ustąpić. Patrzyłam na nią z zachwytem, a każda jej reakcja wydawała mi się najpiękniejszym potwierdzeniem naszej miłości.

Nachylałam się nad jej udami, muskając je pocałunkami tuż przy koronce pończochy, na granicy, gdzie skóra była najwrażliwsza. Składałam tam czułe, delikatne pocałunki, jakbym chciała podziękować za dar, którym się ze mną dzieliła.

Potem, powoli, wspięłam się na stół i otuliłam ją swoim ciałem. Nasze spojrzenia spotkały się w półmroku, a ja pochyliłam się, by zanurzyć usta w jej ustach. Pocałowałam ją czule i głęboko, smakując jednocześnie ciepło, miłość i drżenie, które wciąż jeszcze w niej pulsowało. Karina objęła mnie ramionami, przyciągając do siebie tak, jakby nie chciała już nigdy puścić.

Nie przerywałyśmy pocałunków, gdy powoli zsunęłyśmy się ze stołu. Karina, jakby nagle obudzona nową falą pragnienia, uniosła moją sukienkę i odchyliła materiał stanika, by obsypać pocałunkami moje piersi. Drżałam pod jej ustami, czując, że teraz to ja oddaję się w jej ręce, w jej rytm.

Po chwili poprowadziła mnie ku ścianie. Obróciła mnie delikatnie, aż oparłam się o chłodną powierzchnię, a ona stanęła tuż za mną. Jej dłonie powoli sunęły po moim ciele, zdejmując ze mnie sukienkę, potem stanik i figi z precyzją i czułością, jakby rozpakowywała najcenniejszy dar. Pozostawiła mnie jedynie w pończochach i skórzanych kozakach na szpilkach, a ja czułam, że jej spojrzenie obejmowała mnie całą, nagą i prawdziwą. Pochyliła się do mojej szyi, muskając ją ustami, zostawiając na skórze ciepłe ślady, które stapiały się z moim oddechem. Jej pocałunki sunęły ku uchu, a ja przymknęłam powieki, zanurzając się w tej błogości, jak w falach miękkiego, spokojnego morza. Potem przesunęła się niżej, jej usta dotykały moich pleców, powoli, wzdłuż linii kręgosłupa, zostawiając szlak gorących, czułych muśnięć. Zniżała się stopniowo, aż w końcu uklękła za mną. Poczułam jej dłonie na moich biodrach, a zaraz potem delikatne pocałunki na pośladkach czułe, pieszczotliwe, takie, które sprawiały, że całe ciało rozkwitało w jej dłoniach i ustach. Karina uniosła się z klęczek i zbliżyła ponownie do mnie, muskając ustami moją szyję. Jej pocałunki były miękkie, powolne, a równocześnie drżące od pożądania. Czułam, jak jej dłonie wędrują coraz niżej, jak dotykają mnie w miejscu, które pulsowało od pragnienia. Z początku pieściła mnie zewnętrznie, zataczając subtelne kręgi, jakby chciała rozbudzić we mnie każdy uśpiony nerw, a potem jej palce odnalazły drogę do mojego wnętrza najpierw delikatnie, powoli, jakby badały teren, aż w końcu dwa zanurzyły się głębiej, w moim wilgotnym, gorącym środku. Poruszały się niespiesznie, poszukując rytmu, który natychmiast wchłaniało moje ciało. Odpowiadałam oddechem raz głębszym, raz rwanym i falującym ruchem bioder, które same poddawały się jej dłoni.

Byłam jak melodia, którą Karina grała z czułością i namiętnością, a każdy jej ruch sprawiał, że muzyka rozbrzmiewała coraz pełniej we mnie, w nas.

Rytm, który Karina we mnie odnalazła, przyspieszał z każdą chwilą. Jej palce poruszały się coraz pewniej, coraz głębiej, a moje ciało instynktownie odpowiadało, przyjmując ją i nabierając tempa. Biodra falowały jak w tańcu, poddając się jej dłoni, a ja opierałam się mocno o chłodną ścianę, rozchylając usta w niemych jękach, które raz po raz wymykały się spomiędzy moich warg. Karina pochylała się nade mną, obsypując pocałunkami moją szyję, dotykając ustami płatka ucha, muskając językiem miejsca, które sprawiały, że drżałam cała. Wolną dłonią wplatała się w moje włosy, przesuwając je lekko, by móc całować każdą odsłoniętą część mojej skóry. Obracałam głowę, pragnąc jej bliskości, a ona natychmiast odpowiadała, zamykając moje usta w swoich, gdy tylko się do niej zwracałam.

Czułam, że traciłam grunt pod nogami, że między nami nie istniało nic poza tym rytmem, poza oddechem, pocałunkami i drżącym ciałem, które należało w całości do niej. Byłam już na granicy, moje ciało drżało, gdy odwróciłam się ku niej, szukając w jej oczach oparcia. Karina, jakby odgadując moje pragnienie, ponownie zanurzyła się we mnie, jej palce poruszały się teraz szybkim, zdecydowanym rytmem, któremu nie mogłam się oprzeć. Z jękiem oplatałam ją nogą, przyciągając jeszcze bliżej, jakby chciałam stać się z nią jednym ciałem.

Każdy ruch wbijał się we mnie głębiej, niósł mnie coraz wyżej, a pocałunki, które składała na mojej twarzy i szyi, tylko podsycały żar. Oddychałam urywanym tchem, szepcząc jej imię, aż nagle fala objęła mnie całkowicie. Moje ciało wygięło się w spazmatycznym łuku, dłonie zacisnęły się na jej ramionach, a krzyk rozkoszy wyrwał się ze mnie mimo woli.

Zatonęłam w tym szczycie cała sercem, ciałem i duszą, wiedząc, że to, czego doświadczam, istnieje tylko dzięki niej. Leżałam jeszcze drżąca, wtulona w jej ramiona, gdy nasze oddechy powoli wracały do spokojnego rytmu. Składałyśmy na sobie pocałunki miękkie, niespieszne, smakujące bardziej bliskością niż żarem. Jej dłoń gładziła moje plecy, moja zaś błądziła po jej włosach, jakbym chciała zapamiętać dotyk ich jedwabistości na zawsze.
— Kocham cię, Kasiu — wyszeptała, a w jej głosie drżała powaga chwili. — Tak bardzo, że czasem aż trudno mi to pomieścić w sercu. I… chcę cię mieć na zawsze przy sobie. Zechcesz… zostać moją żoną? Tylko my dwie. W sekrecie, w naszym świecie.
Słowa te uderzyły we mnie jak najczulsza melodia. Spojrzałam w jej oczy pełne nadziei i blasku. Nie potrzebowałam namysłu. Pocałowałam ją, a potem, z uśmiechem przez łzy, odpowiedziałam:
— Tak. Tak. Tak.
Objęła mnie mocniej, jakby tym gestem chciała przypieczętować naszą obietnicę. I w tamtej chwili wiedziałam, że nic poza nią i naszym sekretem nie ma znaczenia.
Nasze usta znów odnajdywały się w pocałunkach powolnych, głębokich, pełnych wyznania bardziej niż słowa. Szeptałyśmy między nimi krótkie wyznania, które niosły w sobie nieskończoność:
— Kocham cię, siostrzyczko…
— A ja ciebie, bardziej niż kiedykolwiek odważyłam się marzyć…
Jej dłonie powoli, niemal z czułością celebrując każdy gest, zsunęły ze mnie pończochy i zdjęły kozaki, jakby rozbierała mnie nie ze stroju, ale z resztek napięcia, które jeszcze drgało we mnie po burzy chwil. Prowadziła mnie ku sypialni, spleciona ze mną jak cień, jak echo.

Na łóżku odnalazłyśmy się ponownie, nie w ogniu, lecz w miękkiej tkliwości. Leżałyśmy obok siebie, głaszcząc nawzajem swoje dłonie, policzki, włosy. Każdy pocałunek był teraz oddechem, każdy dotyk westchnieniem.
— Wiesz, że czasem wciąż boję się, że to tylko sen? — wyszeptałam, patrząc w jej oczy, które w półmroku zdawały się jeszcze jaśniejsze.
— A ja za każdym razem, kiedy cię mam przy sobie, wiem, że to sen, z którego nigdy nie chcę się obudzić — odpowiedziała.
Wtuliła głowę w moje ramiona, a ja objęłam ją mocniej, gładząc delikatnie po plecach. Jeszcze chwilę szeptałyśmy wyznania, coraz krótsze, coraz bardziej rozproszone przez senność.
— Kocham cię…
— Kocham cię, siostrzyczko…
Aż w końcu nasze oddechy zrównały się w rytmie snu, splątane w jedno, jakby noc sama tuliła nas w swoje ramiona.

1 komentarz

 
  • Użytkownik Jakub

    piękna... miłość..

    5 godz. temu

  • Użytkownik iskra957

    @Jakub Prawda? :p I szczera :*

    5 godz. temu

  • Użytkownik Jakub

    @iskra957 więc pozostaje jedynie zazdrościć.. a może tęsknić…

    5 godz. temu