
Siedząc obok Kariny, starałam się zachowywać pozory, choć serce rwało mnie ku niej. Nasze dłonie co jakiś czas stykały się niby przypadkiem, a spojrzenia, które wymieniałyśmy, były znacznie bardziej wymowne niż jakiekolwiek słowa. Ona potrafiła jednym lekkim uśmiechem sprawić, że czułam, jak rumieniec wspinał mi się na policzki, więc udawałam, że skupiam się na grze, choć myślami już dawno byłam tylko przy niej.
Kiedy po drugiej w nocy wyszłyśmy z mieszkania znajomych, powietrze było już chłodniejsze, niosło ze sobą zapach nocnej wilgoci i odrobinę cichego spokoju, który ogarniał miasto o tej porze. Miałam rozpiętą koszulę, pozwalając, by materiał lekko powiewał przy każdym kroku. Czułam lekkie zawroty głowy po kilku kieliszkach wina, ale nogi niosły mnie pewnie może to adrenalina związku z nią mnie trzymała na powierzchni.
Karina szła obok, nonszalancko trzymając dłonie w kieszeniach bluzy rozpinanej z kapturem. Jej dżinsowe szorty odsłaniały nogi, na których kontrastowały czarno-białe skarpetki sięgające połowy łydki. Wyglądała tak swobodnie, że aż trudno było uwierzyć, że ta dziewczyna, moja siostra, jeszcze godzinę temu posyłała mi te elektryzujące spojrzenia przez stół pełen ludzi, którzy nie mieli pojęcia, jak blisko siebie jesteśmy. Szłyśmy ramię w ramię przez cichnące już osiedle. Światła latarni odbijały się w kałużach po popołudniowym deszczu
Park, przez który przechodziłyśmy, był pusty, rozświetlony jedynie latarniami rzucającymi złote plamy światła na ścieżki. Rozmawiałyśmy półgłosem, śmiejąc się ze wspomnień z wieczoru kto przegrał w kalambury w najbardziej spektakularny sposób, kto próbował flirtować w żartach, a kto skończył zbyt szybko pijany. Karina zerkała na mnie tym swoim wzrokiem, jakby chciała zedrzeć ze mnie wszystkie maski, aż do samego serca. Ta lekka wesołość mieszała się z czymś intensywniejszym, bo każde jej spojrzenie zdawało się mówić: „Nie mogę się doczekać, aż będziemy same”.
– Co tak patrzysz? – zaczepiłam ją, udając lekko urażoną, choć sama tonęłam w jej oczach.
– Bo nie mogę inaczej – szepnęła z tym szelmowskim uśmiechem. – Moja siostrzyczka wygląda dziś tak, że nawet gwiazdy pewnie są zazdrosne.
Pchnęłam ją żartobliwie ramieniem, ale serce we mnie zatańczyło. Kiedy weszłyśmy do parku, od razu zauważyłam znajomy plac zabaw. Nocą wyglądał jak scenografia z jakiegoś tajemniczego spektaklu: metalowe konstrukcje lśniły od rosy, a zjeżdżalnia i rura prowadząca w dół wyglądały niemal nierealnie. Karina przystanęła, spojrzała na mnie i niespodziewanie chwyciła się tej rury.
– Wiesz… – przeciągnęła słowa, przesuwając dłonią po chłodnym metalu – …zawsze marzyłam, żeby spróbować takiego tańca.
Zamarłam, patrząc na nią jak zaczyna poruszać się z udawaną powagą, a potem z nagłym wdziękiem, wirując wokół rury. Jej bluza lekko zsunęła się z ramienia, odkrywając gładką skórę, a ja nagle zapomniałam, że jesteśmy na zwykłym osiedlu, w środku nocy.
– Zwariowałaś… – wyszeptałam, ale moje oczy mówiły co innego.
Karina zatrzymała się, trzymając rurę jedną ręką, a drugą wyciągnęła w moją stronę.
– Chodź, siostrzyczko. Potańcz ze mną.
Najpierw to Karina wzięła mnie w swoje przedstawienie oplatając rurę ramieniem, jakby naprawdę występowała na scenie. Jej biodra poruszały się miękko, rytmicznie, wciągając mnie w hipnotyczny taniec, który nie miał nic wspólnego z dziecinną zabawką, a wszystko ze sztuką uwodzenia.
– Nieźle, co? – mrugnęła, zjeżdżając z gracją w dół. – Może powinnam pójść w ten zawód?
– A kto by mi wtedy robił herbatę w zimowe wieczory? – odparłam z udawaną powagą, choć czułam, jak serce przyspiesza. – Nie ma mowy, zostajesz przy mnie.
Zanim zdążyłam się otrząsnąć, chwyciła moją dłoń i pociągnęła mnie do siebie. Sama nie wiem, jak znalazłam się obok niej, z dłonią na chłodnym metalu, nagle świadoma każdej krzywizny własnego ciała. Poruszyłyśmy się razem, raz w tę, raz w tamtą stronę niby w żartach, a jednak między nami zaczynało buzować coś, czego żadna z gier towarzyskich u znajomych nie mogłaby wywołać.
– No, no, siostrzyczko… – jej głos był miękki, ale podszyty figlarnym wyzwaniem. – Skrywałaś przede mną taki talent?
– Może po prostu jeszcze nie miałaś okazji zobaczyć, jak dobrze się poruszam – odpowiedziałam, odchylając się i pozwalając, by ciężar ciała poprowadził mnie w dół rury. Gdy zjechałam na trawę, obie wybuchłyśmy śmiechem, ale w moim śmiechu kryło się już coś więcej rozpalonego, odważnego.
Karina po chwili zsunęła się tuż za mną, jej włosy musnęły mój policzek, a kiedy obie stanęłyśmy na ziemi, nasze spojrzenia spotkały się w tej samej, elektrycznej ciszy.
– Wiesz, że wyglądasz tak, jakbyś chciała mnie pożreć? – szepnęła, przybliżając się tak, że czułam ciepło jej oddechu.
– A jeśli tak właśnie jest? – odpowiedziałam, nie odwracając wzroku.
Jeszcze chwilę tańczyłyśmy w półmroku raz osobno, raz splatając ruchy w dziwnie harmonijną choreografię. Nasze biodra zderzały się w zaczepnym rytmie, ręce ocierały się niby przypadkiem, a w tej grze nie było już nic z dziecięcego placu zabaw, tylko dorosła, szelmowska zabawa w uwodzenie. Karina wiła się wokół rury coraz odważniej, jej ciało zdawało się rysować w powietrzu falę, której rytm znałam już na pamięć, choć wciąż odkrywałam go na nowo. Obserwowałam ją zahipnotyzowana jej ruchy były zmysłowe, prowokacyjne, a jednocześnie tak lekko żartobliwe, że nie mogłam oderwać od niej oczu.
– Uważaj… jeszcze kogoś rozpalisz – rzuciłam z udawaną powagą, ale drżenie w moim głosie zdradzało prawdę.
– A może o to chodzi? – odpowiedziała miękko, przysuwając się bliżej, wciąż trzymając się rury. – Może chcę, żebyś to właśnie ty płonęła.
Te słowa wystarczyły. Nasze spojrzenia splotły się i wciągnęły w sam środek wiru, z którego nie było już odwrotu. Zbliżyłyśmy się do siebie, a kiedy nasze usta w końcu się spotkały, świat zadrżał, jakby przez park przeszedł ciepły, elektryczny dreszcz. Pocałunek eksplodował nagle gwałtowny, rozpalony, a jednocześnie niosący w sobie tę miękkość, którą znałam tylko od niej.
– Kocham cię… – wydyszała Karina między kolejnymi pocałunkami, jej usta wciąż szukały moich. – Tak bardzo, że czasem boję się, że to sen.
– To nie sen – odpowiedziałam gorączkowo, muskając jej wargi. – I nigdy nie pozwolę, żeby się skończył.
Śmiałyśmy się, całując jednocześnie, wplatając między westchnienia drobne, figlarne słowa:
– Zobacz, plac zabaw nigdy nie był tak gorący…
– Ciii… bo dzieciom huśtawki się spalą jutro od samego dotyku.
Śmiech mieszał się z pocałunkami, a nasze dłonie znajdowały coraz śmielej drogę do siebie nawzajem. Karina nagle pociągnęła mnie w stronę huśtawek. Usiadłam, a ona bez wahania zajęła miejsce na moich kolanach, jakby to było jej naturalne miejsce na świecie.
Metal huśtawki skrzypnął, ale nie zwracałyśmy na to uwagi. Otaczała nas cisza parku, ciepła noc pachniała zielenią, a nasze usta nie mogły się od siebie oderwać. Jej ciało wtulone w moje kołysało się delikatnie razem z huśtawką, a ja czułam, że żadna gra, żadne towarzystwo, żadne miejsce na ziemi nie może być bardziej nasze niż ta chwila.
– Siostrzyczko… – wyszeptała Karina, muskając mój policzek. – Nigdy nie przestawaj mnie całować.
– Nigdy – obiecałam, wtapiając się w nią całą duszą i ciałem.
Huśtawka skrzypiała cicho, kołysząc się w rytm naszych pocałunków. Czułam smak Kariny, jej oddech, jej drżenie, jakby cała była muzyką, która grała tylko dla mnie. Nasze usta stykały się zachłannie, raz delikatne, raz łapczywe, jakbyśmy bały się stracić choć sekundę z tej nocy.
Moje dłonie powędrowały do jej bluzy, rozpinając ją w pośpiechu, lecz z naturalną pewnością, jakby ciało Kariny było od zawsze zapisane w moich palcach. Zsunęłam materiał z jej ramion, a potem i cienką bluzkę, która ustąpiła z cichym szelestem. Odsłonięta skóra połyskiwała w blasku lampy parkowej, piersi unosiły się w szybkim oddechu, a ich kształt był dla mnie piękniejszy niż jakiekolwiek dzieło sztuki. Sutki, napięte z pragnienia, kusiły jak zakazany owoc.
Na jej szyi połyskiwał złoty wisiorek, zawieszony na rzemyku, który jej podarowałam. Ten drobny znak przypominał mi, że należy do mnie i ja do niej.
Karina ujęła bluzkę, którą przed chwilą zsunęłam, i z szelmowskim błyskiem w oczach oplotła nią moją szyję, przyciągając mnie mocno ku sobie.
– Już mi nie uciekniesz – szepnęła zachrypniętym głosem, a jej usta znów pochłonęły moje w pocałunku tak namiętnym, że zakręciło mi się w głowie.
Śmiałyśmy się między westchnieniami, chociaż nasze ciała drżały od pożądania. Moje dłonie obejmowały jej pośladki przez materiał szortów, ugniatając je delikatnie, a jednocześnie stanowczo. Karina poruszyła biodrami na moich kolanach, a ja czułam, jak kołysząca się huśtawka zamienia się w naszą własną wyspę sekretną, tylko dla nas, osłoniętą przez noc i drzewa.
– Kasiu… – wymruczała, muskając moje usta. – Nie chcę, żeby ta noc się kończyła.
– Nie skończy się – odpowiedziałam gorączkowo, całując ją raz po raz, głębiej, mocniej. – Będzie trwała w nas… zawsze.
Huśtawka kołysała nas coraz mocniej, a świat dookoła przestawał istnieć. Zostały tylko nasze oddechy, nasze drżące ciała i ten splot miłości i pragnienia, który sprawiał, że każda sekunda była wiecznością.
Karina odchyliła się lekko do tyłu, trzymając się sznura huśtawki, a jej kucyk opadł na kark, odsłaniając całe piękno twarzy i szyi. Światło lampy igrało na jej skórze, a w jej oczach płonęły iskry, które widziałam tylko ja.
Pochyliłam się nad nią, czując jak serce bije mi szybciej niż kołysząca się huśtawka. Spotkałyśmy się spojrzeniem głębokim, pewnym, jakbyśmy obie wiedziały, że ta chwila była pisana nam od zawsze. Potem moje usta zsunęły się niżej, odnajdując drogę do jej piersi. Musnęłam skórę najpierw delikatnie, jakby chciała się upewnić, że wolno mi przekroczyć ten próg, a potem język zatoczył krąg wokół napiętego sutka. Karina westchnęła głęboko, jej oddech przyspieszył, a wargi rozchyliły się w uśmiechu, w którym było i rozkoszne zawstydzenie, i szelmowska odwaga. Jej palce zacisnęły się mocniej na sznurku, a ciało poruszyło się w rytmie mojej pieszczoty. W tej grze nie było już tylko pragnienia, była cała miłość, którą niosłyśmy w sobie przez cały wieczór, od pierwszego spojrzenia w salonie znajomych, przez taniec wokół rury na placu zabaw, aż po tę nocną huśtawkę, która stała się naszą świątynią.
– Kasiu… – wydyszała, z trudem łapiąc powietrze. – Ty mnie… doprowadzasz do szaleństwa.
Oderwałam na moment usta, muskając ją pocałunkami, i szepnęłam:
– A ja chcę, żebyś już nigdy się z tego szaleństwa nie leczyła.
Karina roześmiała się przez westchnienie, przechyliła głowę do tyłu, a jej śmiech i oddech zmieszały się z nocnym powietrzem. Ja zaś całowałam ją dalej, raz czule, raz zachłannie, smakując jej drżenie jak najpiękniejszy owoc, którym dzieliła się tylko ze mną.
Huśtawka skrzypiała cicho, jakby chciała dotrzymać nam rytmu, a świat dookoła niknął, został tylko dotyk, ciepło i tajemnica tej nocy, której nikt inny nie pozna.
Jej oddech stawał się coraz szybszy, niespokojny, jakby każdy mój pocałunek na piersiach podsycał ogień, który płonął w jej wnętrzu. Karina jęknęła cicho, przymykając oczy i szepcząc z rozkosznym zawstydzeniem:
– Ooh… tak, Kasiu… jesteś… jesteś szalona…
Podniosłam na nią spojrzenie, wciąż muskając jej sutki językiem i odpowiedziałam z uśmiechem, który nie pozwalał ukryć drżenia serca:
– Szalona? Może. Ale tylko dlatego, że kocham cię aż tak. Kocham twoje piersi… kocham całe ciebie.
Karina zaśmiała się między przyspieszonymi oddechami i pociągnęła mnie ku swoim ustom. Nasze wargi spotkały się znów zachłannie, ale i miękko, jakbyśmy bały się stracić choćby sekundę tej nocy. Całując ją, dłonie zaczęły sunąć coraz niżej, aż w pewnej chwili obróciłam ją delikatnie, jakbyśmy tańczyły kolejny taniec. Z wprawą i zmysłową gracją zdjęłam z niej szorty, a potem kremowe stringi, które osunęły się na ziemię jak cichy sekret.
– Kasiu… – szepnęła z uśmiechem, w którym mieszało się zawstydzenie z podnieceniem. – Co my tu wyprawiamy… na tej huśtawce, o tej porze…
– To tylko dowód, że jesteśmy naprawdę szalone – odpowiedziałam szeptem, muskając jej biodra. – Szalone i piękne. I że tak bardzo się kochamy, że nic nie ma znaczenia.
Karina zachichotała przez łzy szczęścia, po czym obróciła mnie plecami do siebie. Zaskoczyła mnie, gdy jednym płynnym gestem sięgnęła do guzików mojej koszuli. Rozsuwała materiał powoli, niemal teatralnie, a każde odsłonięte miejsce ciała znaczone było jej pocałunkiem raz delikatnym jak piórko, raz gorącym jak iskra. Bluzka zsunęła się, potem spódniczka, a ja czułam, jak rozbierając mnie, mówi bez słów o wszystkim, co dla niej znaczę.
– Kocham twoje ciało, Kasiu – wyszeptała, dotykając wargami mojego karku. – Kocham twoją odwagę, twoją urodę, twoje serce. Całą ciebie… i nawet jeśli jesteśmy wariatkami, oddając się sobie tu, teraz, w tym miejscu – chcę, żebyś wiedziała, że nie ma nic piękniejszego niż to, że jestem twoja.
Jej słowa wplatały się między pocałunki, a ja czułam, że każda sylaba zostaje na mojej skórze niczym ślad ognia. Byłyśmy jednocześnie rozbawione i poważne, szalone i święte, spętane pragnieniem i uwolnione przez miłość.
Zostałam w samych różowych, koronkowych figach, gdy Karina objęła mnie od tyłu. Jej piersi miękko musnęły moje plecy, a ja poczułam dreszcz, który przeszedł mnie od karku aż po uda. Jej dłonie błądziły po moim ciele raz nieśpieszne, raz bardziej zachłanne zatrzymując się na piersiach i brzuchu.
– Kocham twoją gładką skórę – wyszeptała tuż przy moim uchu, a ja przymknęłam oczy, pozwalając, by jej oddech tańczył na mojej szyi.
Nim zdążyłam odpowiedzieć, poczułam, jak jej dotyk przesuwa się niżej. Zsunęła się w dół z gracją, z jaką mogłaby składać modlitwę, a gdy jej palce musnęły koronkę, figi opadły na ziemię niczym ostatnia bariera. Odruchowo przygryzłam wargę, a serce przyspieszyło.
Karina powstała, spojrzała mi w oczy i delikatnym gestem obróciła mnie ku sobie. W jednej chwili zniknęła cała niepewność nasze usta odnalazły się znów w pocałunku, głębokim i namiętnym, a jednak pełnym czułości, jakby każde muśnięcie mówiło „jesteś cała moja”.
– Kocham cię, siostrzyczko… – wyszeptała między pocałunkami, a jej głos drżał od emocji.
Uśmiechnęłam się przez łzy szczęścia, dotykając jej policzka.
– I ja ciebie, Karinko. Do szaleństwa.
Nasze słowa splatały się z oddechami, a świat dookoła przestał istnieć. Byłyśmy tylko my nagie w swoim oddaniu, odziane jedynie w płomień miłości, który otulał nas w tym szalonym, pięknym miejscu.
Złapałam się sznurków huśtawki i z bijącym sercem wspięłam na siedzisko. Na chwilę podciągnęłam się na rękach tak, że moja kobiecość znalazła się na wysokości twarzy Kariny. Sama nie wiedziałam, co bardziej mnie podnieca odwaga chwili, czy jej spojrzenie, pełne pragnienia i czułości.
– Ha, no proszę… ma siostrę akrobatkę – zaśmiałam się cicho, choć mój głos drżał od napięcia.
Karina odpowiedziała tylko uśmiechem, tym, który zawsze rozpalał mnie najmocniej. Bez wahania pochyliła się, zbliżając usta do mnie, a ja poczułam znajome ciepło i ognistą pasję w jej dotyku. Jej język pieścił mnie z czułością i zachłannością zarazem, a mój oddech przyśpieszał, rozrywany między śmiechem a jękiem rozkoszy.
Nie utrzymałam się długo na rękach w końcu oparłam jedną nogę na siedzisku, ale Karinie w niczym to nie przeszkadzało. Zniżyła się lekko, by dalej trwać przy mnie, jakby wcale nie liczyła się wygoda, tylko moje drżenie, moje westchnienia, moja bezbronność w tej chwili.
– Karina… – wyszeptałam, chwytając mocniej za sznury. Moje ciało pulsowało w rytmie jej namiętnego języka, a pierścionek na palcu, ten prosty, z automatu, błysnął w blasku księżyca. Minęło pół roku od tamtej chwili, kiedy go przyjęłam i teraz czułam jeszcze mocniej, że wszystko, co między nami, jest prawdziwe, że nasze szaleństwo jest jednocześnie domem, w którym chcę być już zawsze.
Nasze słowa splatały się z oddechami, a świat dookoła przestał istnieć. Byłyśmy tylko my nagie w swoim oddaniu, odziane jedynie w płomień miłości, który otulał nas w tym szalonym, pięknym miejscu.
– Ooh… ahh… – z moich ust wyrywały się urwane westchnienia, które ginęły wśród drzew i cienia nocy. – Ooh tak… kocham Cię, skarbie… – szeptałam, jakbym wyznawała najświętszą prawdę, której nie potrafi zatrzymać żadna cisza.
Karina lekko przyklękła, odnajdując wygodę, by jeszcze mocniej zatopić się w mojej rozkoszy. Jej język był szalony tak samo, jak my obie w tej chwili, rozpalone, bezwstydnie oddane sobie. Wiedziałyśmy, że jesteśmy szalone, że ryzykujemy, że przecież ktoś mógłby nas przyłapać. I właśnie ta myśl, zamiast przestraszyć, potęgowała we mnie ekstazę.
Na szczęście w tej okolicy nikt nas nie znał. Noc otulała nas swoją zasłoną, jakby sama sprzysięgła się, by strzec naszego sekretu, a ja nie mogłam już myśleć o niczym więcej tylko o niej. O tym, jak jej usta niosły mnie wyżej i wyżej, aż moje ciało drżało w rytmie jej namiętności.
– Kocham Cię… – powtarzałam w półoddechu, w półjęku, chwytając mocniej sznurki huśtawki. Byłam jak rozkołysana wiatrem – zawieszona między niebem a ziemią, a każde jej muśnięcie sprawiało, że traciłam grunt pod stopami, unosząc się w ekstazie.
Zagryzałam wargi, by nie krzyczeć w noc, a ciało drżało we mnie jak napięta struna. Oddechy rwały się krótkimi seriami, a dłonie zaciskały się na sznurkach tak mocno, że aż czułam w palcach pulsującą krew. Każdy ruch jej języka był jak fala, która narastała i rozbijała się we mnie coraz potężniej i wtedy nie wytrzymałam. Zsunęłam się z huśtawki, opadając prosto w jej ramiona. Świat wirował, a ja tonęłam w ekstazie, która rozlała się przez całe moje ciało niczym rozżarzone światło. Padłam na nią, chwytając jej usta łapczywie, jakby były jedynym ratunkiem. Całowałam ją zachłannie, mokro, bez oddechu, nie potrafiąc zatrzymać tego szaleństwa. Czułam jeszcze drżenie w biodrach, w brzuchu, w każdej cząstce siebie, a ona tuliła mnie mocno, jakby chciała schwytać ten moment i nie pozwolić mu uciec.
– Kocham Cię… – wyszeptałam między pocałunkami, niemal płacząc od nadmiaru szczęścia. – Jesteś moim światem, Karina… moim skarbem…
Noc wokół nas była cicha, jakby i ona na chwilę zatrzymała oddech, by posłuchać, jak dwie siostry kochały się tak, jakby poza nimi nic już nie istniało.
Wtulone w siebie, jeszcze rozedrgane po pierwszym szaleństwie, nie puszczałyśmy się z objęć. Czułam jej oddech przy uchu, gdy wyszeptała z czułością:
– Kocham Cię, moja tancerko, moja najcudowniejsza wariatko…
– A ja Ciebie – odpowiedziałam drżącym głosem, muskając jej wargi krótkim pocałunkiem.
Usiadłam na huśtawce, a Karina, półbokiem, półtyłem, przysiadła na moim udzie. Była tak blisko, że nasze ciała stapiały się w jeden kształt, jakbyśmy od zawsze zostały stworzone do tej bliskości. Nasze dłonie, prowadzone tym samym rytmem, odnalazły się nawzajem, zsuwając w dół. Początkowo delikatnie, powoli, zataczając koliste ruchy, zaczęłyśmy pieścić swoje kobiece ogrody. Czułam jej palce, ciepłe i wilgotne, a równocześnie jej ciało reagowało na moje dotykające ją w tym samym rytmie. Z naszych ust wydobywały się stłumione pomruki, które gasły w kolejnych pocałunkach. Wtapiałyśmy się w siebie ustami, językami, wdychałyśmy swoje westchnienia, aż granice między nami rozmywały się zupełnie.
W tej chwili świat poza nami przestał istnieć. Byłyśmy tylko my dwie szalone, zakochane w sobie siostry, które odważyły się kochać tak, jak kochają tylko dusze złączone na zawsze.
Czułam, jak jej dłoń porusza się szybciej, a moja własna instynktownie podążała w tym samym rytmie. Nasze ciała współbrzmiały, jakby były jednym instrumentem grającym szaloną melodię. Początkowa powolność ustąpiła miejsca narastającej pasji, która nie pozostawiała już miejsca na wahanie.
– Właśnie tak, skarbie… – jej szept z trudem powstrzymując drżenie głosu uderzył we mnie jak ciepła fala, sprawiając, że przywarłam do jej ust, by zdławić rodzące się we mnie westchnienia.
Odpowiedziałam pocałunkiem, w którym utonęły słowa. Traciłam oddech, każda sekunda stawała się cięższa od poprzedniej, a jednocześnie tak cudownie lekka. Moje biodra odpowiadały na jej ruchy, coraz gwałtowniej, coraz szybciej. Czułam, jak cała drżę, jak granice między nami rozpływają się zupełnie.
Moje myśli wirowały – „Boże, jesteśmy szalone… a jednak tak pięknie szalone. Jak to możliwe, że kocham ją tak mocno?”
Przyszło to, co nieuniknione. Fala, która porwała mnie bez reszty. Zacisnęłam dłonie na jej ramionach, zagryzając wargi i niemal krzycząc w jej usta. Drżałyśmy obie ja i moja ukochana, moja siostra, moja druga połowa, odnajdując ekstazę w tej samej chwili.
Upadłam w jej ramiona, rozdygotana i szczęśliwa, czując, jak jej serce bije tak samo szalenie jak moje. Patrzyłyśmy sobie w oczy, obie jeszcze w półoddechu, i jedyne, co mogłam wyszeptać, to:
– Kocham Cię, Karina…
Chciałam jej więcej. Nasze pocałunki były słodkie i namiętne, ale pragnienie w środku mnie rosło nie do zniesienia. Delikatnie poprowadziłam ją, a ona pozwoliła mi. Płynnie zmieniłyśmy pozycję, jakby nasze ciała wiedziały same, co robić. Karina stanęła tyłem na huśtawce, kurczowo trzymając się sznurków. Jej kucyk opadał z ramienia, kołysząc się lekko w rytm jej oddechu. Pochyliłam się ku niej, moje dłonie odnalazły drogę do jej bioder, a zaraz potem niżej. Gdy otworzyłam się dla niej cała moja uwaga, cała moja czułość poczułam jej wilgoć, jej rozkosz… smak, który był dla mnie niczym ambrozja, nektar, który koił i rozpalał jednocześnie.
Karina mruknęła cicho, a ten dźwięk przeszył mnie do szpiku. Zamknęłam oczy, pozwalając, by jej reakcje prowadziły mnie dalej, a każdy jej drżący ruch ramion przy sznurkach był dla mnie najpiękniejszym potwierdzeniem, że właśnie teraz jestem tam, gdzie powinnam – w jej świecie, w jej ciele, w jej sercu. Pieściłam ją w rytmie jej ciała, w takt mruków, które wymykały się z jej ust jak najpiękniejsza muzyka. Każdy jej oddech stawał się moim przewodnikiem, a ja delektowałam się jej smakiem, jej drżeniem, tym, że w tej chwili istniałyśmy tylko my dwie.
Płynnie zmieniłyśmy pozycję. Usiadłam na huśtawce, a Karina stanęła nade mną piękna, rozpalona, trzymająca się sznurków jakby te miały ocalić ją od upadku w otchłań rozkoszy. W końcu przysiadła nade mną, a ja mogłam znów ofiarować jej całą siebie. Kontynuowałam pieszczoty, a jej biodra drżały coraz mocniej. Widziałam, jak to ją pobudza. Jej dłoń, jakby sama z siebie, odnalazła drogę niżej – do własnej kobiecości. Pieściła się powoli, koliście, w tym samym rytmie, w jakim ja obdarzałam ją czułością. Nasze ciała współbrzmiały w szaleńczej, nieposkromionej miłości. Byłyśmy jak dwie fale, które zderzają się ze sobą, porywając, oplatając, stając się jednym oceanem.
Mój język pracował nieustannie, rytmicznie, jakby znał wszystkie tajemnice jej ciała. Czułam, jak Karina drżała nade mną, jak jej biodra poddawały się temu rytmowi. I wtedy sama nie potrafiłam już dłużej czekać moja dłoń odnalazła własne pragnienie. Zaczęłam pieścić się powoli, koliście, w tym samym tempie, w jakim obdarzałam czułością ukochaną.
Błoga fala narastała we mnie z każdą jej reakcją, z każdym jęknięciem, z każdym szarpnięciem sznurków huśtawki, których się kurczowo trzymała. Czułam to w smaku jej wilgoci, w jej rozedrganym oddechu, w ciele wijącym się nad moimi ustami. Byłyśmy jak dwie połączone struny poruszane jednym drżeniem, rozbrzmiewające tą samą melodią ekstazy. Jej ciało nagle wygięło się w łuk, jakby w jednym momencie chciała sięgnąć nieba. Widziałam ekstazę malującą się na jej twarzy, czułam drżenie mięśni i przyspieszony, rwany oddech. Po chwili pozwoliła się osunąć, a ja wraz z nią zsunęłam się z huśtawki. Stanęłyśmy naprzeciw siebie, tak blisko, że piersi ocierały się o siebie, a biodra naturalnie złączyły w jedną linię.
Nasze usta odnalazły się niemal od razu. Pocałunki były łapczywe, ale niosły w sobie też coś z wdzięcznej ulgi. Języki tańczyły ze sobą jakby chciały zatrzeć granicę między nami, a my śmiałyśmy się przez oddechy.
— Kocham Cię, moja tancerko… moja najcudowniejsza wariatko — wyszeptałam, muskając jej wargi.
— A ja Ciebie… jeszcze bardziej, siostrzyczko — odparła z błyskiem w oczach, który był mieszaniną czułości i psotnego żaru..
Między pocałunkami padały nasze wyznania, czasem urwane, czasem podszyte humorem. Śmiałyśmy się z tego, że chyba huśtawka długo nas nie zapomni, że noc jest świadkiem szaleństwa, a cisza dookoła sprzysięgła się, by nas ukrywać. I choć oddychałyśmy szybko, niespokojnie, w tej chwili czułam, że nasza miłość jest spokojem samym w sobie.
— Wiesz… to chyba najpiękniejsze szaleństwo, jakie kiedykolwiek popełniłyśmy. — szepnęła, muskając mój policzek.
— I jedyne, którego nigdy nie chcę żałować. — odpowiedziałam, przyciągając ją mocniej.
Potem znów utonęłyśmy w pocałunkach, a każde „kocham Cię, siostrzyczko” niosło się w naszych ustach jak zaklęcie, które nie pozwalało światu nas rozdzielić
Śmiałyśmy się cicho, wtulone w siebie, jakby nasze pocałunki były sekretną grą, a każdy szept przekomarzaniem. Karina spojrzała na mnie z tym swoim figlarnym błyskiem w oku i szepnęła:
— Wiesz, siostrzyczko, huśtawka już chyba wszystko o nas wie… może warto ją zaskoczyć czymś nowym?
Parsknęłam śmiechem, ale wciąż czułam żar w swoim ciele, niedosyt pulsujący od środka.
— Ty jesteś niebezpiecznie pomysłowa… ale niech będzie. Zaskoczmy ją.
Stanęłyśmy obie nad siedziskiem, dłonie mocno zaciskając na sznurkach, jakbyśmy potrzebowały oparcia w tym szaleństwie. Nasze spojrzenia spotkały się, zanim ostrożnie, a potem coraz śmielej, zbliżyłyśmy biodra. Ciała znalazły swój rytm, a nasze wilgotne kobiecości zetknęły się w delikatnym, a potem coraz bardziej zdecydowanym tańcu.
— O Boże, siostrzyczko… — wyszeptała Karina, a jej głos był jednocześnie poważny i pełen śmiechu. — Kto by pomyślał, że będziemy tak kombinować nad huśtawką?
— Ja tylko wiem jedno — odpowiedziałam, z trudem łapiąc oddech — że nigdy nie będę chciała się zatrzymać…
Rytm naszych ciał narastał, a z każdym ruchem czułam, jak napięcie we mnie znowu się buduje, jakby tamta fala była tylko preludium. Mruki i stłumione westchnienia mieszały się z cichym chichotem, bo absurdalność sytuacji tylko dodawała jej uroku.
— Jeśli ktoś nas zobaczy… — urwała, zagryzając wargę.
— To się dowie, jak wygląda najpiękniejsza miłość świata — szepnęłam i utonęłyśmy znów w pocałunku, nie przerywając rytmu, aż huśtawka zaczęła delikatnie skrzypieć w takt naszych ruchów.
Moje ciało poruszało się razem z jej, jakbyśmy szukały wspólnej melodii raz wolniej, w skupieniu, jakby badałyśmy najczulsze struny, a raz szybciej, gwałtowniej, prowadzone rosnącym pragnieniem. Nasza wilgoć płynąca z kobiecości sprawiała, że ocierałyśmy się o siebie łatwo, miękko, a każdy ruch bioder był jak dotknięcie nowej nuty w symfonii, którą tworzyłyśmy tylko my dwie.
Oddychałam coraz szybciej, a powietrze, którym dzieliłyśmy się między ustami, drżało i rwało się na krótkie, urywane dźwięki. Chciałam coś jej szepnąć, ale słowa rozpływały się we mnie, zostawiając jedynie nieokiełznane westchnienia:
— Ooh…
— Tak, siostrzyczko…
— Boże… kocham cię…
Jej głos nakładał się na mój, a każde takie wyznanie wbijało się we mnie głębiej niż sam dotyk. Nasz rytm zmieniał się jakby sam, raz zwalniał, raz gwałtownie przyspieszał, aż czułam, że świat poza nami zupełnie przestaje istnieć. Nasze kobiecości ocierały się z coraz większą siłą, a ja czułam, że huśtawka pod nami trzeszczy, wtórując nam jak cichy świadek tego szaleństwa i piękna, które działo się pomiędzy nami.
Nasze ruchy stapiały się w jeden taniec powolny, a potem coraz bardziej natarczywy, jakbyśmy wciąż poszukiwały najdoskonalszego zgrania. Czułam, jak jej biodra odpowiadały na moje, jak wilgoć między nami sprawiała, że nasze kobiecości ślizgały się po sobie z coraz większą swobodą, a napięcie rosło, gęstniało w powietrzu. Każdy kontakt niósł za sobą dreszcz, który przebiegał przez kręgosłup aż do karku, a potem wracał falą ciepła w dół brzucha.
Zaciskałam zęby na własnej wardze, by stłumić jęk, ale i tak wydobywały się ze mnie ciche, drżące westchnienia. Karina robiła to samo, widziałam, jak zagryzała usta, jak jej oczy przymykają się w ekstazie, a potem otwierają, żeby na mnie spojrzeć. W tym spojrzeniu było wszystko: prośba, oddanie, pragnienie.
Rytm stawał się szybszy, bardziej szaleńczy, aż zdawało się, że huśtawka nie wytrzyma tego naporu. Wtulałyśmy się w siebie, łapałyśmy za sznurki, by utrzymać równowagę, a jednocześnie traciłyśmy ją w środku w sercu, w duszy, w ciele, aż przyszło wspólne, nieodparte, fala po fali, aż świat zniknął w oślepiającym blasku. Moje ciało wygięło się, Kariny także, a potem obie opadłyśmy w ramiona drugiej, jak dwie tonące, które znalazły ocalenie w jedynym możliwym miejscu.
Trwałyśmy tak, oplatając się ramionami, oddychając ciężko, jeszcze drżące, a nasze usta spotykały się w miękkich, kojących pocałunkach. Już nie było w nich szaleństwa, tylko czułość, wdzięczność i ta błoga cisza po burzy, w której mogłam szeptać jej do ucha najprostsze i najprawdziwsze słowa:
— Kocham cię, siostrzyczko…
Siedziałyśmy jeszcze chwilę na huśtawce, nasze oddechy powoli wracały do rytmu, jakby noc chciała dać nam czas na uspokojenie. Obie wciąż drżałyśmy lekko ze zmęczenia, z rozkoszy, ale przede wszystkim z tej fali czułości, która nie chciała opuścić naszych ciał. Przytuliłam się do Kariny, wtapiając twarz w jej szyję.
— Kocham cię, siostrzyczko… — wyszeptałam niemal bezgłośnie.
— Kocham cię, moja wariatko… — odpowiedziała, a w jej głosie brzmiał śmiech i czułość jednocześnie.
Znów pocałunki, lekkie, roziskrzone, jakby były przedłużeniem naszych westchnień. Raz poważne, innym razem przerywane chichotem, bo co chwilę docierało do nas, jak szalone jesteśmy — szalone z miłości, z siebie nawzajem, z tej chwili, która nie miała prawa istnieć, a jednak była.
— Ale my jesteśmy niemożliwe — zachichotała, muskając czubkiem nosa mój policzek.
— Niemożliwe… i przez to jeszcze piękniejsze — odpowiedziałam, otulając ją ramionami, jakbym chciała zatrzymać świat.
Wciąż wracałyśmy do pocałunków, do czułego ocierania się ramionami, do szeptów, które niosły więcej treści niż jakiekolwiek wielkie słowa. Było w tym coś z dziecięcej radości, coś z powagi wyznań, coś z całkowitego poddania się sobie.
W końcu, gdy noc zaczęła nas otulać ciszą i lekkim chłodem, ubrałyśmy się powoli i ruszyłyśmy w stronę domu. Nie potrzebowałyśmy już słów, trzymałyśmy się za ręce, a każdy krok wydawał się lżejszy jakby miłość trzeźwiła nas skuteczniej niż czas.
W mieszkaniu niemal od razu zrzuciłyśmy z siebie ubrania, pragnąc tylko jednego ciepła kołdry i jeszcze większego ciepła naszych objęć. Kiedy wsunęłyśmy się pod miękką pościel, nic nie mogło się równać z uściskiem, w którym skryłam się jak w najbezpieczniejszym miejscu na świecie. Położyłam się za nią, oplatając ramieniem, w mojej ulubionej pozycji „na łyżeczkę”. Jeszcze kilka pocałunków w kark, jeszcze ciche westchnienia, kilka prostych wyznań:
.
Jeszcze chwilę leżałyśmy, tuliłyśmy się pod kołdrą, jakbyśmy bały się, że ciepło drugiej z nas mogłoby gdzieś ulecieć. Karina odwróciła się do mnie twarzą, nasze nosy zetknęły się delikatnie, a z bliska mogłam dostrzec, jak jej powieki drgają ze zmęczenia.
— Kocham cię, siostrzyczko… — wyszeptałam, muskając jej usta krótkim pocałunkiem.
— A ja ciebie, moja wariatko… — odparła, uśmiechając się tak miękko, że aż zakręciło mi się w głowie.
Przez chwilę patrzyłyśmy na siebie w ciszy, ale zaraz zaczęło się to nasze typowe przekomarzanie.
— Wiesz, że jesteśmy kompletnie szalone? — mruknęła, chowając twarz w moim ramieniu.
— Szalone z miłości — poprawiłam ją od razu, śmiejąc się cicho. — I wiesz co? Nie zamieniłabym tego na nic.
— No jasne, że nie… bo która inna dziewczyna wytrzymałaby taki maraton na huśtawce? — roześmiała się, a ja aż zakryłam twarz dłonią, wtulając się w nią mocniej.
— Ej, nie zaczynaj… bo będziesz miała powtórkę! — odpowiedziałam udając groźną, choć obie wiedziałyśmy, że już brakowało nam sił.
Śmiałyśmy się obie, a potem znów pocałunek, cichutki, senny, jakby każdy z nich był pieczęcią tej nocy.
— Dobrze, że mamy kołdrę… — mruknęła Karina.
— A dlaczego? — spytałam, ziewając.
— Bo inaczej musiałabym cię trzymać gołymi ramionami, a jeszcze bym się zmęczyła.
— Oj, siostrzyczko… ty to zawsze znajdziesz wymówkę — zaśmiałam się, a ona szturchnęła mnie lekko w bok.
Jeszcze kilka takich drobiazgów, śmiechów przerywanych pocałunkami. Potem już tylko cisza i nasze splecione oddechy, które powoli stapiały się w jedno. Zasnęłam wtulona w nią, mając pewność, że ten sen będzie spokojny, bo najpiękniejsze marzenie miałam już przy sobie.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
2 komentarze
Jakub
wyborne i takie azmysłowo letnie.. czy to nie prawdziwy sen nocy letniej...?
iskra957
@Jakub Brzmi tak. Co nie?
gosiak89
cudowne. takie szalonepiekne i zmysłowe. po raz kolejny wywołałaś u mnie nie tylko gęsią skórkę
iskra957
@gosiak89 Oj, to się cieszę że mialas dreszcze
gosiak89
@iskra957 miałam dreszcze i coś jeszcze
iskra957
@gosiak89 A co taki3go?
Czy wolisz prywatnie? 
gosiak89
@iskra957 zauroczoną słuchczkę wtuloną we mnie, gdy czytałam jej na głos
iskra957
@gosiak89 A to miły obrazek doznań