
Zapakowałyśmy torby do samochodu, wsiadłyśmy i ruszyłyśmy. Ja prowadziłam, a Karina nie mogła oderwać ode mnie wzroku. Krajobrazy przesuwały się za szybą, pagórki, lasy, złote drzewa, a w oddali majaczyły góry. Jej dłoń powoli spoczęła na moim kolanie. Spojrzałam na nią ostrzegawczo. Nie chciałam wylądować w rowie, ale nie odsunęłam jej. Pozwoliłam sobie na ten miękki, ciepły dotyk.
– Ale bym teraz zanurkowała i Cię wylizała – powiedziała ze śmiechem, a mnie przeszły ciarki.
Jej palce zaczęły wodzić po moim udzie. Znała każdy jego fragment. Każdą moją reakcję. Kochałam jej dotyk. Miałaam po nim gęsią skórkę, jakby moje ciało już wiedziało, co może się wydarzyć. Na szczęście mam podzielną uwagę, jestem dobrą kierowczynią. Choć jej słowa podgrzewały atmosferę bardziej niż kaloryfer na full.
– Kochanie, pamiętasz film „Ostrożnie z dziewczynami?” – zapytałam nagle, przypominając sobie zabawną scenę.
– Nie bardzo… – odpowiedziała, marszcząc brwi.
– Cameron Diaz zanurkowała wtedy po coś na podłodze po stronie kierowcy. Christina Applegate prowadziła… A obok nich jechał motocyklista, który chyba myślał, że Cameron… no wiesz.
Karina parsknęła śmiechem i spojrzała na mnie szelmowsko.
– A gdybyśmy nie udawały?
Jej oczy błyszczały. Tą radością, tą czułością, którą znałam tylko ja. I której nigdy nie zamieniłabym na nic innego.
Karina nie odpowiedziała słowem. Tylko uśmiechnęła się zalotnie i bezszelestnie odpięła pas. Jej ruchy były płynne, jakby prowadziła taniec, który znała na pamięć. Przesunęła się delikatnie, osiadając tuż obok mnie, na granicy przestrzeni kierowcy. Zanurkowała między moje uda z takim skupieniem, jakby cały świat właśnie zniknął. Pocałowała mnie najpierw w udo, lekko, z czułością, a potem bardziej zdecydowanie, z rosnącym pragnieniem. Starała się ułożyć tak, by nie przeszkadzać mi w prowadzeniu, choć sama obecność jej ciepłego oddechu sprawiała, że każdy kilometr stawał się wiecznością.
Myśl o tym, że ktoś mógłby nas przyłapać, przemknęła mi przez głowę jak podmuch wiatru ekscytujący, niepokojący, ale też niezwykle pociągający. Wciągnęłam powietrze przez zęby, gdy jej usta sunęły ścieżką po mojej skórze, zostawiając za sobą mokry ślad namiętności.
Podwinęłam spódniczkę wyżej, odsłaniając manszety pończoch, jakby to był prezent, który chciałam jej ofiarować łatwiejszy dostęp do mnie, do tej części mnie, której pragnęła najbardziej.
– Kocham cię, siostrzyczko – wyszeptałam między pocałunkami. – Jesteś cudowna. Pragnę twojego języka… pragnę twoich ust…
Jej głos był jak muzyka, która rozbrzmiewała tylko dla mnie. Jedna dłoń trzymała mnie za udo, druga opierała się lekko o moje biodro, a jej oddech ten cichy, urywany, pełen napięcia był teraz moim rytmem jazdy.
Góry majaczyły już coraz bliżej, a z każdym jej dotykiem świat zdawał się bardziej nierzeczywisty, jak sen utkany z liści, namiętności i szaleńczej, zakazanej miłości. Jej język pieścił brzegi manszet pończoch z niemal ceremonialnym namaszczeniem, jakby każda koronka była świętością. Wiedziała, że nie potrafię się oprzeć. Zerkałam raz po raz, odrywając wzrok od drogi niebezpiecznie, ale i nieodparcie. Karina doskonale wiedziała, co robi. Zmysłowość splatała się tu z pokazem dla mnie i tylko dla mnie uczta nie tylko dla ciała, lecz i dla oczu.
Jej usta sunęły po wewnętrznej stronie ud namiętnie, wilgotnie, bez pośpiechu. Każdy pocałunek był jak zapowiedź czegoś jeszcze piękniejszego. Palcami głaskała moje kolana, a ja czułam, jak oddech przyspieszał, jak wszystko we mnie zaczynało drżeć z podniecenia, z czułości, z tej dzikiej pewności, że jestem jej, cała.
Zdjęła bluzę, jakby pozbywała się ostatnich oporów i odsłoniła piersi. W jej oczach tlił się ogień. „Niech patrzą,” mówiła bez słów. „Ale dotykać możesz tylko Ty.” Wpatrzona w nią czułam, jak moje ciało wypełniało się gorącą, pulsującą lawą, buzującą energią, której nie da się już zatrzymać. Delikatnie gładziłam jej plecy jedną ręką, sunąc wyżej, aż po piersi, wtapiając palce w ich miękkość i ciepło. Na drodze nie było nikogo blisko, jednopasmowa szosa wiła się przez jesienne pejzaże, ciepłe barwy liści i rześkie światło tworzyły kontrast do tego, co działo się wewnątrz samochodu.
Karina zsunęła się niżej, coraz bliżej mojego epicentrum, nie odsuwając bielizny, prowokująco, jakby chciała podrażnić mnie samym napięciem. Język zataczał kręgi, rozkosznie niespieszne, aż wilgoć przejęła całkowicie kontrolę nad moim ciałem. Ślina i ciepło, dreszcze i szaleństwo. Rzuciła spodnie jakby były jedynie przeszkodą i może właśnie nią były. Jej nagie pośladki przyciągały mój dotyk jak magnes. Przesuwałam dłoń z piersi na nie, gładząc, ściskając, pieściłam je z zachwytem jak rzeźbiarka, która zna każdy kształt swojej ulubionej rzeźby, a potem niżej do jej własnego źródła napięcia. Miękka wilgoć, pulsująca, pełna oczekiwania.
– Zatrzymaj się... Zjedź na pobocze – wyszeptała, głos jej zadrżał od pożądania.
Nie chciałam przerywać tej jazdy w szaleńczym rytmie przyjemności, ale... spojrzałam na nią. Jej rozpalone policzki, rozszerzone źrenice, drżące wargi i wiedziałam, że teraz nie ma już odwrotu.
– Chcę cię – dodała cicho, a w tych słowach było wszystko.
Zjechałam z drogi w cień drzew, gdzie złote liście wirowały powoli jak konfetti. Silnik zamilkł, a zmysły rozbrzmiewały w jego miejsce.
Fala gorąca przetoczyła się przez nasze ciała niczym burza intensywna, nieubłagana, wypełniona czystym pożądaniem. Z ust Kariny wyrwał się głośny jęk, szczery i namiętny.
– Tak… właśnie tego pragnęłam – wyszeptała zachłannie, a jej głos drżał od emocji.
Z trudem przysunęłam się do niej bliżej, wciąż jeszcze zadrętwiała od rozkoszy. Serce waliło mi jak szalone. Uniosłam jej twarz, całą rozgrzaną, i delikatnie pogładziłam ją po policzku. Czułam, że nie potrafiłam już dłużej trzymać tego w sobie.
– Kocham cię, Karina… moja siostrzyczko, moja miłości, moja dziewczyno – powiedziałam szeptem, który był jak modlitwa.
– Ja ciebie też… – odpowiedziała równie rozdygotanym głosem, zanim nasze usta się spotkały. Całowała mnie z pasją, ale i z łagodnością, jakby chciała mnie ukołysać w ramionach swojej miłości. Mocno mnie przytuliła, a ja oddałam się temu uściskowi całą sobą. Potrzebowałyśmy tego nie tylko ciała, ale też bliskości, czułości, dotyku duszy. W tamtym momencie świat nie istniał. Tylko ona i ja.
Objęłam ją i pocałowałam w głowę, czując, jak jej włosy muskają moje wargi. Była taka ciepła, taka prawdziwa. Jak zawsze, magiczna. Usiadła na moich kolanach i przez dłuższą chwilę po prostu trwałyśmy w tej ciszy, przytulone, czując swoje oddechy.
– Kasiu… jesteś najlepszą siostrą na świecie – szepnęła nagle.
– A ty moją. Tak mocno cię kocham. Jesteś moim największym szczęściem. Z tobą… do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej – odpowiedziałam z uśmiechem i zamknęłam ją w objęciach.
Dłonie zaczęły gładzić jej nagie plecy, delikatnie, z wyczuciem. Jej skóra była jedwabista, cudowna. Nasze oddechy znów się zgrały. Czułam, że chcę ją całować teraz, zaraz. Pochyliłam się, by musnąć jej usta. Odpowiedziała z tą samą namiętnością. Jej dłoń zaplotła się w moje włosy, a pocałunki stały się głębsze, bardziej głodne. To nie były siostrzane pocałunki. To były pocałunki kobiet, które się pragną. Błądziła dłońmi po mojej talii, ja po jej ciele nieśpiesznie, z zachwytem. Nigdy mi się nie znudziła. Była dla mnie jak najpiękniejsza piosenka, którą mogłabym słuchać bez końca.
Zatraciłyśmy się w tej bliskości.
W pewnym momencie Karina przerwała nasze pieszczoty i bez słowa spojrzała na mnie z tą swoją figlarną iskierką. Pociągnęła mnie lekko, prowadząc wzrokiem. Rozłożyła nogi szeroko, zapraszająco.
– Chodźmy na tył samochodu – szepnęłam z uśmiechem.
Nie zastanawiałyśmy się długo. Otworzyłyśmy drzwi i, choć częściowo nagie, przeszłyśmy na tył pojazdu. Czułyśmy się jak w bańce. Nie miało znaczenia, gdzie jesteśmy, liczyło się tylko to, że jesteśmy razem. Przesunęłam spódniczkę do góry, moje majtki były wilgotne, ciało drżało. Karina otworzyła dla mnie drzwi z drugiej strony i po chwili leżałyśmy już razem na tylnym siedzeniu.
Pocałowałam ją łapczywie, a moje dłonie z czułością błądziły po jej ciele. Znałam je na pamięć, a wciąż na nowo mnie zachwycała. Jej szyja, piersi, brzuch… Całowałam ją wszędzie, jakbym chciała zostawić ślad na każdej cząstce jej skóry. Przy piersiach zatrzymałam się dłużej. Objęłam je, pieściłam językiem, ssałam delikatnie jej twardniejące sutki. Jej ciało reagowało każdą cząstką, wypinała się ku mnie, by ułatwić mi dostęp. Głaskała mnie po włosach, oplatała nogami, poruszała się powoli, pocierając się o mnie. Jej reakcje… jej jęki… były jak muzyka, która rozsadzała mnie od środka.
Zsunęłam się niżej. Całowałam wnętrze jej ud, zanim dotarłam do miejsca, które znałam najlepiej i kochałam najmocniej. Jej kobiecość była nabrzmiała, wilgotna, drżąca. Pachniała pragnieniem. Smakowała jak najcudowniejszy sekret. Zaczęłam powolny taniec języka delikatnie, kręcąc kółka, badając, drażniąc, smakując. Czułam, jak pod moim dotykiem Karina niemal topnieje.
– Kasiu… zrób ze mną, co tylko chcesz – wyszeptała, wyginając się i otwierając cała dla mnie.
A ja chciałam dać jej wszystko. Zatopiłam się w niej całkowicie z sercem, z ciałem, z duszą. Każdy jej drżący oddech, każde westchnienie, każdy ruch bioder był dla mnie jak zaproszenie do świata, który znałyśmy tylko my dwie. Szeptała moje imię przez zaciśnięte usta, gubiła się w rozkoszy, a ja pragnęłam tylko jednego, dać jej wszystko, co potrafię, wszystko, czym jestem. Czułam, jak jej ciało napinało się pod moimi ustami, jak falowało niczym morze tuż przed przypływem. Jej dłoń zacisnęła się w moich włosach, a palce na moment zadrżały. Szeptała słowa, których sensu nie łapałam, ale nie musiałam, rozumiałam je całą sobą. Zadrżała pod wpływem moich pieszczot, a potem nagle napięła się jak cięciwa. Jej ciało uniosło się w łuku, a z ust wyrwał się niemy krzyk, który odbił się echem w zamkniętej przestrzeni samochodu. Była piękna w tej chwili naga, rozedrgana, otwarta. Jakby cała stworzona z emocji i światła. Nie przestawałam, dopóki nie opadła z sił, cicho dysząc, rozluźniona i szczęśliwa. Lizałam ją z oddaniem, zatapiając język głęboko w jej rozpalonym wnętrzu. Pragnęłam podarować jej przyjemność tak czystą, jak tylko potrafiłam. Czułam, jak jej ciało drżało, jak zbliżała się do granicy, a ja razem z nią, rozpalona do granic możliwości.
Nagle, prowadząc wszystko sercem, uniosłam się i pochyliłam nad nią, szybko splatając nasze uda. Nasze kobiecości zetknęły się w idealnym napięciu, a fala wilgoci i gorąca rozlała się między nami. Poruszyłam biodrami w rytmie, który narzucało nam wspólne pragnienie. Jej dłoń zacisnęła się na moim udzie, a jęki głośne, niepohamowane wypełniły wnętrze samochodu, mieszając się z moimi westchnieniami. Miała zamknięte oczy, łukiem wyginała plecy, a jej usta szeptały moje imię. Czułam, że jesteśmy już o krok, tak blisko granicy, którą tylko my mogłyśmy przekroczyć razem. Rytm moich bioder przyspieszał, spojrzenia splatały się, choć ona z trudem utrzymywała otwarte oczy. Odchylała głowę, zatracona, jakby odpływała w inną rzeczywistość, naszą rzeczywistość, w której istniałyśmy tylko my. Moja dłoń sunęła po jej piersiach, a gdy fala spełnienia porwała mnie bez reszty, ścisnęłam je mimowolnie. To przyszło nagle, jak błyskawica potężny skurcz przeszył jej ciało. Karina zacisnęła nogi, a jej krzyk był niczym urwany śpiew. Dreszcz przeszedł przez całe jej ciało, a ja nie byłam już w stanie odróżnić jej od siebie. Szczytowałyśmy razem jedna w drugiej, jedna przez drugą. Rozkosz przetoczyła się przez mnie falą, zabierając wszystko, co zbędne. W tej chwili istniało tylko to: nasze ciała, nasze serca, nasze istnienie. Pochyliłam się nad nią, objęłam jej szyję i pocałowałam głęboko, z całą czułością, jaką niosłam w sobie. Przez ten pocałunek przekazałam jej, jak szczęśliwa byłam nie tylko z tego, co przeżyłyśmy fizycznie, ale z tego, co nas łączyło. Z tej intymności, która wykraczała poza słowa i gesty. Karina trwała przy mnie bez ruchu, z zamkniętymi oczami, oddychając ciężko. Jakby przez chwilę naprawdę była gdzieś poza tym światem.
– Byłam w raju – wyszeptała w końcu. – Byłaś tam ze mną?
– Zawsze jestem, jeśli Ty tam jesteś – odpowiedziałam, muskając jej usta.
Przytuliła się do mnie, a ja całowałam ją lekko, starając się wyrównać własny oddech. Byłyśmy zmęczone, ale spełnione. Ukołysane ciepłem i tym, co między nami prawdziwe.
Przytuliła mnie, mocno, bez słów. Trwałyśmy tak przez długą chwilę splecione, nagie, otulone sobą. Czułam bicie jej serca pod dłonią, czułam zapach jej skóry, wilgoć, ciepło, które zostawało na moim ciele jak najpiękniejsze wspomnienie.
– Kasiu… – powiedziała cicho, ledwo słyszalnie. – Jesteś moim skarbem.
Oplotłam ją ramionami, jakby bała się, że może się rozpłynąć.
– A ty moim światem, moim domem, moim sercem – odpowiedziałam, całując jej skroń.
Zsunęła się z moich kolan, przytuliła do mnie bokiem, głowę opierając na moim ramieniu. Włożyła dłonie pod moją bluzkę, jakby chciała upewnić się, że naprawdę tu jestem, że to wszystko się wydarzyło. Wtuliła się we mnie tak mocno, jakby chciała ze mną zrosnąć.
– Nie boję się już – powiedziała po chwili ciszy.
– Czego? – zapytałam, głaszcząc ją po plecach.
– Tego, co będzie. Tego, że nas kiedyś zabraknie. Wiem, że to nie będzie łatwe, ale… nie chcę już uciekać. Chcę kochać cię otwarcie. Na przekór wszystkiemu.
Zacisnęłam powieki. Te słowa były jak pieczęć przypieczętowanie czegoś, co czułyśmy od dawna.
– Kochaj mnie – szepnęłam. – Tak po prostu. Każdego dnia. Nawet jeśli nikt nie zrozumie.
Przez długi czas nie mówiłyśmy nic. Samochód był przesiąknięty zapachem naszej bliskości. Przez uchylone okno czuć było chłodny podmuch górskiego powietrza. Słychać było tylko nasze oddechy, powoli zwalniające, nasze serca, które biły teraz wspólnie, jakby jedno.
W końcu Karina podniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Uśmiechnęła się lekko.
– Może powinnam powiedzieć coś romantycznego…
– Już powiedziałaś – przerwałam jej, muskając jej usta. – Wystarczy, że jesteś.
Ułożyłyśmy się wygodniej na tylnym siedzeniu, przykrywając siebie nawzajem swoimi ramionami i ciałami. Jakbyśmy były jednym ciałem, jednym bytem, a potem, z zamkniętymi oczami, z biciem serca w rytmie miłości, odpłynęłyśmy w ciszę. Nie spałyśmy. Tylko trwałyśmy razem.
***
Resztę drogi przebyłyśmy w ciszy. Nie dlatego, że nie miałyśmy sobie nic do powiedzenia, ale dlatego, że wszystko już zostało wypowiedziane. W spojrzeniach, w dotyku, w tym, jak splatałyśmy palce na skrzyni biegów i jak uśmiechałyśmy się do siebie bez słów.
Gdy dotarłyśmy w końcu pod drewniany apartament w górach, słońce już zachodziło, a powietrze było ostre i rześkie a w nas tlił się żar. Ten sam, który zapłonął kilka godzin wcześniej i który, czułam to wyraźnie, nie miał tak łatwo wygasnąć. Złapałam jej dłoń, a ona spojrzała na mnie z tym błyskiem w oczach i wiedziałam, że ten wyjazd będzie naszą chwilą.
***
Wnętrze przytulnego apartamentu przywitało nas miękkim światłem odbijającym się od drewnianych ścian i ciepłym zapachem sosnowych desek. Wszystko tutaj oddychało spokojem, wysokie sufity z odkrytymi belkami, duże okna z widokiem na ośnieżone drzewa i ciepły, pluszowy dywan w kolorze kawy z mlekiem, który zapraszał, by rozgościć się na nim boso. Na środku salonu stał masywny, ciemny stół z czterema krzesłami, a w kącie miękka sofa w kolorze beżowego piasku, zarzucona grubym pledem. Kominek już czekał, wystarczyło go rozpalić, by ożywić to miejsce. Na półkach kilka książek, szklane kieliszki i butelka czerwonego wina, jakby ktoś dokładnie wiedział, co przyda się w takiej chwili. Z kuchni otwartej na salon dochodził zapach świeżego drewna i przypraw na blacie ktoś zostawił zestaw do fondue, a obok puszyste ręczniki i dwa ciepłe szlafroki z logo górskiego pensjonatu. To było nasze miejsce. Nasz azyl.
Karina rozejrzała się z zachwytem, a ja zsunęłam z niej kurtkę, odwieszając ją na wieszak. Sama też zdjęłam płaszcz i rozpięłam bluzę, czując, jak ciepło otula moje ciało. Karina zsunęła buty i stanęła na dywanie boso, przeciągając się z uśmiechem.
– Idealnie – mruknęła, spoglądając na kominek. – W sam raz, żeby zaszyć się tu na kilka dni... z Tobą.
– Nim się zaszyjemy to może na spacer? – zapytałam, poprawiając płaszcz.
– Z Tobą? Zawsze – odpowiedziała, poprawiając kołnierzyk z tym swoim cudownym błyskiem w oku.
Zostawiłyśmy za sobą ciepły, pachnący nami apartament i wyszłyśmy na rozświetlone słońcem ulice Karpacza. Listopadowa aura zaskakiwała powietrze było przyjemnie łagodne, bez mroźnego sztychu, który zwykle towarzyszył temu miesiącowi. Miasto tętniło spokojnym, jesiennym rytmem, a my, splecione dłońmi, chłonęłyśmy każdy detal – kolorowe witryny, unoszący się w powietrzu aromat gofrów i grzanego wina, dzieci biegające na deptaku, starsze pary spacerujące wolnym krokiem.
Rozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Śmiałyśmy się, robiłyśmy zdjęcia. W pewnym momencie przysiadłyśmy na ławce przy strumieniu, dzieląc się ciasteczkami wyjętymi z kieszeni. Miały cynamonowy smak i kruszyły się w palcach jak nasze wspólne chwile proste, delikatne, piękne.
Po południu wróciłyśmy do apartamentu lekko zmęczone, ale szczęśliwe. Na stole czekało wino. Podeszłam do niej, otulając ją ramionami od tyłu. Oparła głowę o moje ramię i westchnęła cicho. Trwałyśmy tak chwilę, nie mówiąc nic. Po prostu czując obecność tej drugiej. Ukojenie po burzy zmysłów.
Po chwili rozpaliłyśmy kominek. Zrobiło się jeszcze bardziej nastrojowo ciepło ognia, trzask drewna, przygaszone światło, i my rozgrzane od środka. Poszłam do kuchni po kieliszki. Karina w tym czasie rozsiadła się na sofie, narzucając na siebie pled, a jej spojrzenie śledziło każdy mój ruch z tym rozbrajającym błyskiem, który znałam już dobrze.
– Mam wrażenie, że zaraz zacznie się bajka – powiedziała.
– A ja, że już w niej jesteśmy – uśmiechnęłam się, nalewając wino.
Usiadłam obok niej, podając jej kieliszek. Wino było ciężkie, wytrawne zostawiało na języku aksamitny ślad, który zdawał się przedłużać smak każdej chwili. W tle grała cicho jakaś jazzowa playlista, z kominka biło ciepło, a ogień odbijał się w jej oczach jakby tańczył tylko dla niej.
– Co powiesz na... trochę gry? – zapytała nagle, przekrzywiając głowę i uśmiechając się figlarnie.
– Jesteś gotowa przegrać z kretesem? – uniosłam brew z udawaną pewnością.
– Jeśli stawką będzie to, co mam na sobie – odparła, zrzucając pled z ramion – to bardzo chętnie.
Sięgnęłam po talię kart, którą znalazłam w jednej z szuflad. Usiadłyśmy na podłodze, tuż przy kominku, na miękkim dywanie. Pomiędzy nami kieliszki z winem, kilka poduszek i nasza rozbawiona, a jednocześnie niebezpiecznie iskrząca atmosfera. Zasady były proste. Która przegrywa rozdanie, zdejmuje jedną część garderoby. Nie było miejsca na wstyd. Byłyśmy tylko my rozbawione, rozluźnione i pełne napięcia, które rosło z każdą kartą.
Pierwsze rozdanie, Karina przegrała. Uśmiechnęłam się i obserwowałam, jak zsuwała z siebie bluzę.
Drugie ja, straciłam pasek, który były seksowanym dodatkiem spódniczki. Śmiech mieszał się z westchnieniami, spojrzenia stawały się coraz śmielsze, dotyk dłoni przy przekładaniu kart bardziej znaczący.
Z każdym ruchem, z każdą częścią garderoby, którą zostawiałyśmy na podłodze, stawałyśmy się coraz bardziej... nagie, nie tylko fizycznie, ale emocjonalnie i może o to właśnie chodziło w tej grze.
Rozdanie trzecie, Karina. Przegrała z lekkim westchnieniem. Odsunęła kieliszek i przeciągała się teatralnie, udając, że zastanawiała się, co zdjąć.
– Zaczynam się zastanawiać, czy nie gram z profesjonalistką – mruczy, a jej palce sięgają materiału dżinsów
Patrzyłam z zaciekawieniem, jak powoli, wręcz z przesadną precyzją, zsuwała z bioder jasnoniebieskie spodnie. Jej ruchy są leniwe, płynne, niemal hipnotyczne. Dresy opadły na dywan w miękkim szeleszczeniu, odsłaniając długie nogi i skarpetki sięgające połowy łydki. Została w cienkiej, przylegającej koszulce i bieliźnie, a jej spojrzenie nie opuszczało mnie nawet na sekundę.
Czwarte rozdanie, mój ruch. Tym razem ja przegrałam.
Karina uśmiecha się bez słowa, tylko przekrzywiła głowę, czekając. Udaję zawahanie, ale już wiem, co zrobię. Wstaję powoli, bardzo powoli, odwróciłam się tyłem, odpięłam suwak pozwalając skórzanej spódniczce zsunąć się po udach. Materiał lśnił w świetle kominka, zsuwa się miękko aż do kostek. Stałam przed nią w pończochach, wysokich czarnych kozaczkach i tej jednej, nieco za dużej koszuli bez stanika. Dół koszuli sięgał ledwie połowy uda, a jej rozpięty kołnierzyk odsłaniał głęboki dekolt i delikatną linię mojego brzucha.
Karina przełknęła ślinę, jej wzrok przesuwał się po mnie z rozmarzonym zachwytem.
– Jesteś jak sen – szepcze. – Zbyt piękna, żeby być prawdziwa.
Uśmiechnęłam się i wróciłam na dywan, przyciągając ją bliżej kolanem. Patrzyłyśmy na siebie intensywnie, jakby każda sekunda była preludium do czegoś większego.
Piąte rozdanie, znów Karina. Uśmiechała się półgębkiem, uniosła brew, ale bez słowa usiadła na piętach, sięgając do dolnego brzegu koszulki. Unosiła ją powoli, centymetr po centymetrze, odsłaniając płaski brzuch i turkusowy stanik. W końcu zrzuciła ją na bok. Teraz siedziała naprzeciw mnie w bieliźnie miękkiej, delikatnej, w kolorze oceanu i skarpetkach, z których jedna już zaczynała się zsuwać.
Powietrze między nami aż drżało.
Szóste rozdanie i tym razem ja. Z uśmiechem wstałam i bez słowa sięgam do guzików koszuli. Rozpinałam je powoli, celowo przeciągając każdy ruch. Jednym ruchem zrzucałam ją na bok, zostając przed nią w samych pończochach i kozakach.
Karina wstrzymała oddech. Jej oczy błądzą po mojej skórze, po piersiach, po brzuchu. Jej spojrzenie było niemal dotykiem.
– Kasiu... – zaczęła, ale nie skończyła.
Zbliżyłam się, usiadła tuż przy niej, nasze kolana się stykały. Przechylałam głowę, muskając jej usta, ledwie, jakby przez przypadek. Szeptem pytam:
– Kończymy grę?
– Nie. Chcę jeszcze jedną rundę – odpowiada cicho, odgarniając włosy za ucho. – Chcę, żebyś patrzyła, jak dla Ciebie się rozbieram.
Karina zerknęła na mnie spod rzęs, z zadziornym błyskiem w oku, gdy zgarniała talię.
– Zagrajmy jeszcze jedną rundę – powiedziała, tasując karty powoli, teatralnie, jakby już teraz miała władzę nad czasem. – Ale ustalmy nową stawkę.
– Nową? – zapytałam z lekkim uniesieniem brwi, zerkając na nią przez ramię. Moje dłonie gładziły pończochę na udzie, zupełnie nieświadomie.
– Tak – szepnęła i przysunęła się bliżej. – Która przegra… leży i przyjmuje przyjemność. A ta, która wygra, daje z siebie wszystko. Daje rozkosz, aż tamta będzie błagać, żeby nie przestawać.
Czułam, jak robiło mi się gorąco od samych jej słów. W powietrzu zawirowała zapowiedź czegoś niewyobrażalnie pięknego. Kiwnęłam głową.
– Wchodzę w to, ale ostrzegam… mam dziś szczęście w kartach.
– I ja mam szczęście w palcach – odpowiedziała bezwstydnie, rozdając.
Karty układały się na dywanie między nami, każda odkryta z większą dozą napięcia niż poprzednia. Rzucałyśmy po jednej, wzrokiem śledząc układ, czytając nawzajem swoje reakcje, szukając w oczach tej nutki zwątpienia lub triumfu.
Kiedy obie wyłożyłyśmy ostatnie karty, przez chwilę milczałyśmy. Potem Karina parsknęła cicho śmiechem, niedowierzając.
– Masz… kolor. Cholera.
Spojrzałam na nią z mieszaniną triumfu i miękkości w oczach. Nie chodziło już o wygraną, nie o karty. Chodziło o to, że teraz ona będzie moja, a ja jej i że pozwoli mi się kochać z sobą tak, jak tylko ona potrafi przyjąć bez granic, bez lęku.
– Leżysz – powiedziałam cicho, przesuwając dłonią po jej udzie, aż do skrawka turkusowej bielizny. – I nie wstajesz… dopóki nie zapomnisz jak się nazywam.
Karina położyła się na miękkim dywanie, a blask ognia otulał jej skórę. Pochyliłam się nad nią, opierając dłonie po obu stronach jej bioder. Moje usta zawisły tuż nad jej szyją.
– Wygrałam… więc teraz Ty jesteś moją nagrodą.
Delikatnie, z nabożną czułością, zaczęłam pieścić jej ciało. Każdy dotyk był przysięgą, każdy pocałunek modlitwą. Zsunęłam z niej skarpetki, potem powoli, powolutku, jakbym zdejmowała coś świętego, zdjęłam stanik. Obcałowałam każdy centymetr jej ciała, jakby uczyła mnie nowego języka, w którym mówi się wyłącznie ciałem. Kiedy sięgnęłam do majtek, spojrzała mi głęboko w oczy. Oddychała już nierówno, jej piersi unosiły się niespokojnie.
– Proszę – wyszeptała.
Nie była już Kariną, nie była kobietą w dresie i turkusowej bieliźnie. Była esencją pragnienia, a ja jego naczyniem. Jej skóra była ciepła i pachniała tak znajomo, że aż kręciło mi się w głowie. Nie potrzebowałam niczego więcej, poza tą chwilą. Poza nią. Karina leżała bezbronnie rozciągnięta na dywanie, z ramionami ułożonymi wzdłuż ciała, z głową lekko odchyloną w bok i ustami rozchylonymi jakby szeptała moje imię tylko w myślach. Delikatnie, z miękkim oddechem, zaczęłam całować jej szyję tuż pod uchem, tam, gdzie tak bardzo ją to łaskotało. Czułam jej drżenie pod moimi ustami. Moje dłonie przesuwały się po jej ramionach, po bokach, zahaczając paznokciami o żebra, aż dotarłam do brzucha napiętego, cudownie miękkiego i drżącego z każdym moim muśnięciem. Zatrzymałam się tuż nad krawędzią jej majtek. Usiadłam okrakiem na jej udach, patrząc w oczy.
– Jesteś taka piękna – szepnęłam i zobaczyłam, jak na jej twarzy pojawia się cień zawstydzenia, pomieszanego z rozkosznym oczekiwaniem.
– Tylko przy Tobie się tak czuję – odparła cicho.
Pochyliłam się, muskając ustami jej piersi, a gdy wzięłam brodawkę w usta, jęknęła i uniosła biodra ku mnie, jakby chciała dać się cała. Mój język zataczał leniwe kręgi, a dłoń powędrowała niżej przez miękki materiał majtek i już czułam wilgoć, która tam na mnie czekała.
– Kochanie… – szepnęłam w jej skórę – Jesteś już gotowa, prawda?
Odpowiedziała tylko przeciągłym westchnieniem, a ja zaczęłam delikatnie zsuwać majtki w dół powoli, jakby każdy centymetr odsłanianej skóry był opowieścią samą w sobie. Mój wzrok podążał za linią bielizny, aż w końcu... dotarłam do niej. Do źródła. Do doliny rozkoszy, która była jak dom znajoma, a zarazem wciąż budząca dreszcz. Pochyliłam się niżej. Powoli, z nabożnością, jakby czas przestał płynąć, a świat ograniczył się tylko do tego miejsca między jej udami. I wtedy… Zaczęłam pieścić ją najpierw samym oddechem, delikatnym muśnięciem warg, aż językiem zatoczyłam pierwszy krąg dokładny, czuły, pełen miłości. Czułam, jak cała się napinała, jak dłonie wplatała w moje włosy. Jej biodra unosiły się rytmicznie, jakby jej ciało samo mówiło mi, czego pragnie. Karina już nie mówiła nic, nie musiała. Każdy skurcz, każdy drżący jęk był odpowiedzią. Chciałam jej dać wszystko. Spełnienie, ekstazę, bezpieczną miłość. Karina drżała pod moimi ustami, cała skupiona na moim języku, moim oddechu, mojej obecności. Czułam, jak jej ciało reagowało każdą falą napięcia, każdym niekontrolowanym westchnieniem. Była miękka i gorąca, pulsująca rozkoszą, a ja chciałam być dla niej tylko tym: przystanią, dotykiem, który prowadzi ją przez ten ocean przyjemności. Nie spieszyłam się. Moje ruchy były rytmiczne, czułe, jakbyśmy tańczyły w ciszy, gdzie dźwiękiem był tylko jej oddech, a melodią bicie naszych serc. Karina gubiła się coraz głębiej, jej dłonie ściskały moje włosy, biodra unosiły się, a oczy zamknięte zdawały się śnić.
A potem... nadeszło.
Jej ciało spięło się w jednym, pełnym napięcia łuku. Krzyk rozkoszy wyrwał się z jej gardła czysty, prawdziwy, pozbawiony wstydu. Drżała pod moimi ustami, a ja nie przestawałam, delikatnie prowadząc ją przez szczyt, trwając z nią aż do ostatniego skurczu mięśni. Jakbyśmy razem szły przez ogień i wodę, razem wracając na brzeg. Objęłam ją natychmiast, tuliłam mocno, złożyłam pocałunek na jej czole, głaskałam po włosach. Była rozedrgana, a ja wtulałam się w nią jak w najcenniejszy skarb.
– Jesteś całym moim światem – szepnęłam, a ona uśmiechnęła się tylko lekko, jeszcze z zamkniętymi oczami.
Leżałyśmy chwilę w objęciach, w ciszy, która była bardziej intymna niż jakiekolwiek słowa. Jej oddech uspokajał się powoli. Ciepło kominka otulało nas jak miękki pled. Byłyśmy jednością.
– Zasłużyłam na rewanż – wyszeptała, z rozkosznym uśmiechem.
– Zawsze. Ale najpierw… jeszcze chwilę tu, razem i dogrywka z mojej strony – odpowiedziałam, głaszcząc jej brzuch, na którym wciąż tańczyły pojedyncze dreszcze.
Leżałyśmy przy kominku, w objęciach. Nikt, nic, nie miało znaczenia poza nami. Pachniała winem, ciepłem i sobą. Płomień w kominku migotał cicho, tańcząc złotem po ścianach, a jego ciepło otulało nas niemal tak, jak moje ramiona otulały Karinę. Leżałyśmy na podłodze, wtulone w siebie, plecy oparte o kanapę, nasze ciała spokojne, zharmonizowane. Patrzyłam jej w oczy cicho, głęboko, tak, jak tylko można patrzeć, gdy nic nie trzeba już mówić. Bawiłam się pasmami jej włosów, pozwalając palcom przeczesywać je z czułością, jakby były jedwabnym snopem wspomnień i marzeń. Moja dłoń była niecierpliwa, a jednocześnie spokojna chciała tylko być przy niej, dotykać jej, czuć, że jest blisko.
– Kocham cię – wyszeptałam tak cicho, że ledwie sama siebie słyszałam.
Uśmiechnęła się, tak miękko, że poczułam to uśmiechnięcie w sobie. Odwróciła twarz i musnęła moje usta króciutko, jakby podkreśliła tylko, że słyszała, że czułam, że wie. Nasze spojrzenia złączyły się znów i świat zniknął. Zostałyśmy tylko my moje tętno, jej oddech, to ciepło między nami, które nie potrzebowało słów.
Pocałowałam ją najpierw delikatnie, z ostrożnością, z jaką dotyka się świętości. Potem z większą pewnością, z namiętnością, która płynęła ze mnie bez lęku. Czułam, jak się rozluźniała, jak oddawała mi się w tym pocałunku, i jak całym ciałem mówi: jestem twoja. Powoli ułożyłyśmy się bokiem, jedna za drugą, jak łyżeczki w szufladzie idealnie pasujące, przytulone, splecione. Przyciągnęłam ją do siebie, czułam pod dłonią jej brzuch, jej oddech, napięcie i ciepło. Wędrowałam palcami po jej skórze, miękko, z uwielbieniem piersi, żebra, linia talii. Każde miejsce było dla mnie jak struna, na której mogłam zagrać czułość. I wtedy ona cichym, pełnym zaufania gestem uniosła udo, przesunęła biodro… Otworzyła się dla mnie. Bez słowa, ale z całą prawdą w tym ruchu. Wsunęłam dłoń niżej, do jej centrum. Była tam miękka wilgoć, ciepło i wszystko, czego potrzebowałam, by poczuć, że żyję. Moje palce zaczęły zataczać koliste ruchy, powoli, czule, nie dla samego pożądania, lecz z miłości. Pieściłam ją tak, jak się głaszcze marzenia, które właśnie się spełniają. Jej ciało drżało przy moim. Westchnienia, lekkie uniesienia bioder, jej dłoń na moim nadgarstku mówiły mi, że dobrze ją znam, że potrafię czytać ją bez głosu. Nie przyspieszałam. Chciałam, by to trwało. Chciałam, by czuła się kochana każdym ruchem mojej dłoni, każdym dotknięciem, każdym milczeniem między słowami. Kiedy w końcu zadrżała cała, jakby fala przeszła przez nią od stóp do ust przytuliłam ją mocniej, pocałowałam w ramię, w kark, w mokry od potu kosmyk włosów. Była piękna w tej chwili naga, spełniona, spokojna.
– Jesteś moim wszechświatem – wyszeptała, zamykając oczy.
A ja odpowiedziałam bez wahania:
– I zawsze będę.
Leżałyśmy tak długo, wsłuchane w siebie. Trzaski drewna w kominku mieszały się z naszymi spokojnymi oddechami. Byłam szczęśliwa. Po prostu. Jej ciało drżało przy moim. Westchnienia, lekkie uniesienia bioder, jej dłoń na moim nadgarstku mówiły mi, że dobrze ją znam, że potrafię czytać ją bez głosu. Nie przyspieszałam. Chciałam, by to trwało. Chciałam, by czuła się kochana każdym ruchem mojej dłoni, każdym dotknięciem, każdym milczeniem między słowami, ale potem… poczułam, że mogę dać jej więcej. Zaczęłam poruszać dłonią szybciej wciąż delikatnie, wciąż z troską, ale z nową dynamiką. Jakby miłość we mnie znalazła swój rytm, pewniejszy, śmielszy. Ciało Kariny odpowiadało miękkie, podatne, pulsujące. Obejmowałam ją ramieniem mocniej, całowałam jej ramię, potem kark, zostawiając na skórze ciepłe ślady. Jej oddech stawał się bardziej urywany, a ja szeptałam do jej ucha:
– Jesteś piękna… Jesteś cała moim światem…
Zamknęła oczy, a jej dłoń przyciągnęła moją jeszcze bliżej, jeszcze głębiej.
– Jesteśmy wszystkim dla siebie, pamiętasz? – dodałam cicho. – Siostrami. Kochankami. Najbliższymi duszami… jednością.
W odpowiedzi westchnęła głęboko, cicho, jakby wypuszczała z siebie wszystko, co zbędne. Moje palce krążyły po jej wnętrzu jak nuty melodii, której nauczyłam się na pamięć – i wciąż odkrywałam ją na nowo.
– Kocham cię… – powtórzyłam, raz, drugi, trzeci. Między pocałunkami, między ruchem a bezruchem, między ciszą a rytmem naszych ciał. Każde słowo osiadało na jej skórze jak płatek śniegu miękko, z czułością, znikając tylko po to, by zostawić po sobie ciepło. Czułam, jak napinała się lekko, jak zbliżała się do tej granicy, którą znałyśmy już obie, tej granicy, za którą wszystko staje się światłem i drżeniem, czystym spełnieniem. Moja dłoń prowadziła ją przez ten próg z miłością, której nie dało się już opisać. Kiedy szczyt ogarnął ją całkowicie, rozkołysał i zatrzymał w bezczasie wtuliłam ją w siebie jeszcze mocniej. Trzymałam ją, jak się trzyma coś najcenniejszego na świecie. Jej ciało zadrżało raz jeszcze, potem opadło w spokoju.
Całowałam ją wtedy spokojnie w ramię, we włosy, w miejsce między szyją a obojczykiem, gdzie bicie serca zdawało się najbliższe.
Była moja, a ja byłam jej.
– Kocham cię, siostrzyczko… moja miłości – szeptałam w przestrzeń między naszymi ciałami, tak blisko splecionymi, że słowa nie musiały mieć już dystansu. Odbijały się od jej skóry, wpływały pod nią jak ciepło ognia z kominka, który trzaskał tuż obok, i zostawały tam na zawsze.
Karina przymknęła oczy, a ja pozwoliłam mojej dłoni błądzić leniwie po jej ciele, spokojnie, jakby rysowałam ją na nowo opuszkami, z szacunkiem do każdej linii, jak do ulubionej melodii. Dotykałam jej piersi z uwagą, jakbym szeptała do nich to, czego nie da się wypowiedzieć głosem. Skupiłam się na ich najczulszej części, czując, jak jej oddech się zmienia głębszy, cieplejszy, bardziej przepełniony obecnością. W pewnym momencie nasze ciała, jak poruszone wspólnym rytmem, przetoczyły się powoli, jakby fala uczucia obróciła nas jedna przez drugą i teraz to Karina była z tyłu, jej ciało przylegało do mojego, wtulone jak sen, który nie chce się skończyć.
– Kocham cię, siostro… – mówiłam między pocałunkami, które składała na moim karku, za uchem, na włosach, jakby miłość mogła wsiąknąć przez skórę. – Moja jedyna… moja miłość…
Jej ręka sunęła po moim boku, wędrowała ku piersiom, obejmując mnie z tyłu z czułością niemal rozmodloną. Zadrżałam. Każdy jej dotyk był znajomy i nowy zarazem, jak melodia, którą zna się na pamięć, ale wciąż słucha się jej jak po raz pierwszy.
Delikatnie zmieniłyśmy ułożenie, jakby ciało samo wiedziało, jak chce się spleść. Oparłam się plecami o nią, czując, jak obejmowała mnie całkowicie rękoma, ciałem, obecnością. Po prostu byłam w tym. W niej. Moja dłoń wplotła się w jej, prowadząc ją między nasze ciała, niżej. Oddech Kariny spływał mi na szyję, a jej serce biło szybko, blisko. Byłyśmy jednym drżeniem, jedną potrzebą, jednym gestem miłości. Pieszcząc ją, zamykałam oczy. Nie dlatego, że chciałam się odciąć, ale dlatego, że czułam ją wszędzie. Nasze granice się rozpłynęły. Moje usta szeptały dalej:
– Jesteś piękna… najpiękniejsza… jesteśmy całym światem dla siebie…
Jej biodra poruszały się delikatnie, jakby tańczyły do rytmu moich słów. Moje palce zataczały powolne kręgi, słuchały ciała, uczyły się go od nowa..
Objęła mnie od tyłu, tak jak lubiłam najbardziej, otulając sobą, jakby chciała zasłonić mnie przed całym światem. Jej ciało przylegało do mojego, miękkie i ciepłe, jak najbezpieczniejsze miejsce, jakie znam. Wtuliłam się w nią bez oporu, czując jej oddech na swojej szyi, jej piersi opierające się o moje plecy i ramiona obejmujące mnie z kobiecą siłą i troską. Jej dłonie gładziły mnie powoli, z namysłem, jakby każda krzywizna mojego ciała była dla niej święta. Błądziła po moim brzuchu, piersiach, omijała je, by zaraz do nich wrócić z większą uwagą, jak do najczulszej modlitwy. Westchnęłam cicho. Czułam się kochana nie tylko przez to, co robiła, ale jak to robiła. Jej palce były czułe, pewne, ale nigdy pośpieszne.
Szeptała mi do ucha, a każde słowo rozgrzewało mnie głębiej niż ogień z kominka:
– Jesteś piękna, Kasieńko… Moja siostro, moje serce… Moja jedyna…
Zamknęłam oczy, pozwalając sobie odpłynąć. Jej usta muskały moją szyję, kark, ramiona – delikatnie, rytmicznie, zmysłowo.
Jedną ręką przytrzymywała moją głowę, gdy wtulałam się w nią cała ufna, oddana. Drugą powiodła niżej, pomiędzy moje uda. Powoli, bez słów, z tą znajomością, którą mają tylko dusze, które dorastały razem. Drgnęłam pod jej dotykiem, miękko i cicho. Pieszczota była subtelna, kolista, falująca, jakby chciała ukoić i rozbudzić mnie jednocześnie. Zatracałam się w niej… w tej bliskości, której nie da się porównać z niczym innym.
– Kocham cię, siostrzyczko… – wyszeptałam, a ona odpowiedziała natychmiast, tak blisko, że słowa niemal wpłynęły mi do wnętrza:
– A ja ciebie, moja najdroższa.
W niej byłam cała bezbronna i silna, pragnąca i spełniona. Każdy ruch jej palców budził we mnie coś więcej niż pragnienie to było jak potwierdzenie miłości, jak pieśń, której nie śpiewa się głośno, ale zna się ją sercem. Fala uniosła mnie lekko, płynnie, z miękkością aksamitnych słów i uścisków, w których trwałyśmy splecione, święte, nasze. Było tylko ciepło. Jej ramiona. Jej dłoń, wciąż przy mnie. Byłam rozluźniona, z bezgłośnym uśmiechem, wiedząc, że nie istnieje na świecie miejsce, w którym mogłabym być szczęśliwsza niż właśnie tu. Z nią. Karina na moment uniosła palce, jakby chciała zaczerpnąć oddechu w tej intensywnej bliskości. Zatopiła się na chwilę w spojrzeniu moich półprzymkniętych oczu, a potem z czułością, niemal namaszczeniem, przyłożyła opuszki do moich warg. Pocałowałam je delikatnie, jakby w geście wdzięczności, jakby składając na nich swoją duszę. Zaraz potem jej palce powędrowały do jej własnych ust, gdzie złożyła na nich krótki, niemal rytualny pocałunek, jakby tym jednym ruchem pragnęła zatrzymać w sobie coś z tej chwili… z nas.
– Jesteś cała moja… – wyszeptała, a ja poczułam, że we mnie coś miękko drżało.
Powróciła do mojego wnętrza, nieśpiesznie. Jej dłoń znów zatoczyła znajomą ścieżkę między moimi udami tym razem z większą śmiałością, choć nadal z tą samą czułością, jakby pieściła najwrażliwszą strunę muzyki, która grała tylko dla niej. Każdy jej ruch był pełen miłości, nie tej krzykliwej, lecz tej głębokiej, dojrzałej, siostrzano-kobieco-związkowej. Moje ciało odpowiadało. Z każdym muśnięciem, z każdą spiralą pieszczoty czułam, jak napinam się pod jej dotykiem, jak rozkwitam na nowo rozedrgana, miękka, bezbronna i jednocześnie… tak bezpieczna. Przytrzymałam jej ramię przy sobie, wtulając się głębiej, bardziej, mocniej chcąc być z nią nie tylko ciałem, ale całym sobą. Ona znała mnie. Wiedziała, kiedy oddech przyspieszał nie z niecierpliwości, lecz z rozkosznego napięcia. Wiedziała, że chcę, by ta chwila trwała, a jednak z każdą chwilą przyspieszała z wyczuciem, z pasją, z tym rodzajem miłości, w której nie ma wahania, nie ma lęku. W jej rytmie było wszystko, czego potrzebowałam delikatna stanowczość, pragnienie wyrażone w milczeniu, i to jedno niewidzialne zdanie, które wybrzmiewało pomiędzy uderzeniami naszych serc:
„Nie ma już nic poza nami.”
Jej usta znów odnalazły moją szyję, a między pocałunkami i westchnieniami szeptała mi, że jestem piękna… że jestem jej… że jesteśmy jednością.
Nie musiałam już nic mówić.
Była we mnie, a ja nią dla niej, na zawsze.. Moje ciało drżało jeszcze, ukojone jej obecnością, dotykiem, czułością, która wybrzmiała całą sobą w kulminacyjnym geście bliskości. Karina nie odsunęła się nawet na milimetr. Trwała przy mnie ciepła, obejmująca, całująca każdy fragment mojego istnienia jakby chciała zapisać go w pamięci. Jej pocałunki już nie głodne, lecz otulające sunęły powoli po moim karku, ramieniu, uchu, jakby mówiły: „już możesz odpocząć… jestem tu.” Nasze dłonie szukały się bez pośpiechu, leniwie, miękko… i gdy się odnalazły, splotły się palcami w najczulszym splocie, jaki zna świat. Nie trzeba było słów, ale słowa i tak przyszły cicho, między szeptami, jakby nie chciały zakłócić ciszy tej chwili.
— Jesteś wszystkim czego od życia potrzebuję… — wymruczała Karina gdzieś przy moim uchu.
— Ty jesteś moją ostoją… — odpowiedziałam, tuląc się do niej jeszcze bliżej.
Uśmiechnęła się. Poczułam to w lekkim napięciu jej policzka, w tym, jak bardziej przytuliła mój kark, jak palcami przesunęła po wierzchu mojej dłoni, rysując niewidzialne znaki.
— Jak długo tak możemy leżeć? — spytałam półżartem.
— Aż śnieg spadnie. A może jeszcze dłużej — odparła. — Chyba że zgłodniejesz.
— Już jestem nasycona — szepnęłam, całując jej dłoń. — Tobą.
Leżałyśmy tak, bez potrzeby zmiany. Bez konieczności ruchu. Tylko oddech. Tylko bicie serc. Tylko miękkość skóry przy skórze. Czas na chwilę przestał istnieć. Była tylko ta jedna noc, i my dwie siostry, które odnalazły w sobie wszystko, co można odnaleźć w drugim człowieku.
Nie grzech. Nie tabu. Tylko miłość cicha, prosta, święta w swojej prawdzie.
Zanurzona w sennym cieple skóry Kariny, otulona zapachem nocy i miękkością chwil, czułam, jak jej ciało choć wciąż spokojne zaczyna drżeć od wewnątrz. W pewnym momencie uniosła się, powoli, niemal z gracją. Jej ruch był cichy, nieśpieszny, pełen zaufania, jakby oddawała się bez słów temu, co było między nami. Uklękła na łóżku, pochylona lekko, jakby chciała mi się podarować jeszcze raz.
I zrozumiałam.
Zbliżyłam się za nią, otulając spojrzeniem jej plecy, linię talii, biodra, najpiękniejszy obraz miłości, jaki znałam. Moje usta, rozgrzane jeszcze poprzednimi pocałunkami, odnalazły drogę ku niej przez dolinę kręgosłupa, aż po wypukłości, które kusiły mnie swoją miękkością i napięciem. Całowałam je powoli, z uwagą, jakby każda część jej ciała miała swoje imię, swoją pieśń do zaśpiewania. Karina westchnęła cicho. Delikatnie poruszyła biodrami ledwie wyczuwalny gest, ale w nim było wszystko: otwartość, pragnienie, pewność, że jesteśmy tylko my. Zsunęłam dłonie po jej udach, aż do wnętrza, gdzie była najbardziej naga nie ciałem, ale sercem. Zbliżyłam usta do kobiecości, nie po to, by zdobywać, lecz by słuchać oddechu, jęku, rytmu jej rozkoszy. Drażniłam ją z czułością, jakby całując samo światło, które biło z niej w tamtej chwili. Wchłaniałam jej drżenie, zanurzałam się w niej powoli, z pietyzmem i miłością. Karina odchyliła głowę, a jej włosy opadły jak kaskada, ramiona napięte, palce zaciśnięte na pościeli. Jej ciało grało swoją własną pieśń, której rytm znałam lepiej niż własny oddech.
Drżenie, które przeszło przez jej ciało, czułam całą sobą jak cichy dzwon rozbrzmiewający gdzieś głęboko we mnie. Jej skóra była napięta, jakby niosła echo światła. Nic nie musiałyśmy mówić. Wszystko było jasne. Powoli, bez pośpiechu, opadłyśmy na bok, splecione ja wtulona w jej ramiona, ona w moim oddechu. Nasze nogi same się odnalazły, jakby szukały się przez całe życie. Dłonie… nie mogły się rozdzielić. Trzymałam jej palce w swoich, raz po raz je muskając, głaszcząc jak coś kruchego i świętego. Objęła mnie, a ja wtuliłam głowę w jej szyję. Pasowałam tam idealnie., jakby ten kawałek jej ciała był stworzony właśnie dla mnie.
W tej ciszy, pełnej ciepła i szeptów bez słów pozwoliłam sobie sięgnąć dłonią do jej piersi. Znałam je. Każdy łuk, każdy cień, ale za każdym razem czułam się, jakbym poznawała je od nowa. Opuszki moich palców bawiły się nimi powoli, nieśpiesznie. Obrysowywałam delikatne kształty, aż w końcu dotknęłam jej najczulszego miejsca sutek twardniał pod wpływem mojego dotyku, reagując z cichym westchnieniem, które poczułam na własnej szyi. Nie chciałam nic więcej. Nie potrzebowałam. Wystarczyła mi bliskość. Jej oddech na moim policzku. Mój pocałunek w jej skroń. Przylgnięcie ciała do ciała. Delikatny ruch palców nie po to, by znów wzniecać płomień, ale by powiedzieć: „jestem tu cała. Pomiędzy dotykami mówiłam jej wszystko.
„Jesteś moją siostrą. Moją miłością. Moim światem.”
Oparłam się o oparcie kanapy, rozchylając uda z miękką pewnością zaproszeniem, które nie wymagało słów. Moje ciało znało ją. Pragnęło jej. Karina uklękła przede mną. Jej oczy, gdy mnie dotykała wzrokiem, mówiły więcej niż całe poematy. Pochyliła się i zaczęła całować najpierw moje usta, wolno, jakby kosztowała każdy fragment smaku, potem szyję, gdzie puls bił odrobinę szybciej, a następnie piersi, które unosiły się w rytmie przyspieszonego oddechu. Czułam, jak drżałam, jak napinałam się pod wpływem jej pocałunków. Jak stawałam się dla niej mapą, którą znała, ale wciąż odkrywała z zachwytem. Jej usta przesunęły się niżej ku zagłębieniu pępka, które muskała z uwagą i delikatnością, jakby każda pieszczota była modlitwą. Nieświadomie uniosłam biodra, by być bliżej niej, bardziej… całkowicie. Potem jej usta znalazły się tam, gdzie od początku zmierzały. Między moimi udami rozkwitł bezgłośny płomień. Zanurkowała we mnie jak w ukochane źródło. Nie było pośpiechu, tylko język, który tańczył z czułością. Usta, które znały rytm mojego oddechu, palce, które przytrzymywały moje uda jak ramiona obejmujące duszę. Byłam cała drżeniem. Otwartym kwiatem w blasku jej uwielbienia. Każdy jej dotyk był jak szept: „kocham cię”. Każdy mój oddech był odpowiedzią.
Czułam, jak Karina kontynuowała ten czuły taniec, jakby słuchała nie tylko mojego ciała, ale i jego wspomnień. Poruszała się w rytm mojego oddechu, falującego, coraz głębszego, czasem rwącego się w pół szeptu. Jej język, cierpliwy i oddany, prowadził mnie wyżej, a każda jego chwila we mnie była jak nuta w symfonii rozkoszy. Jedną dłonią trzymałam jej głowę, nie po to, by ją kierować, nie musiałam ale by czuć ją bliżej, mocniej, pewniej. Moje ciało wiło się pod nią, nieświadomie unosząc, wyginając w łuk jakby chciało objąć ją całe oddać się bez reszty. Jej druga dłoń przesunęła się ku moim piersiom, muskając je najpierw z wyczuciem, potem obejmując z siostrzaną czułością. Czułam, jak jej palce odnajdują mój sutek i pieszczą go z tą samą subtelną pewnością, jaką miały jej usta. Było w tym coś więcej niż fizyczność, jakby chciała mnie ulepić z rozkoszy i ochronić zarazem. W pewnej chwili nasze dłonie odnalazły się gdzieś po drodze splatając palce, jakbyśmy musiały mieć tę drugą jeszcze bliżej.
Zamknęłam oczy.
Fala, która narastała we mnie, przeszła przez moje wnętrze jak cichy dreszcz błogości głęboki, miękki, niemal bezgłośny, ale przejmujący. Oddychałam, wtulona w tę chwilę, otwarta, naga i kochana. Ona tam była. Cała, ze mną, dla mnie. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie, nagie, splecione jak bluszcz.
Nasze usta raz jeszcze odnalazły się w cichym pocałunku powolnym, miękkim, niespiesznym. Nie było już potrzeby przyspieszać niczego, ani uciekać przed ciszą. Ta cisza była teraz nasza. Oparłam czoło o czoło Kariny i patrzyłam jej głęboko w oczy. W jej spojrzeniu widziałam siebie całą, widzianą i chcianą. Moje dłonie błądziły po jej ramionach, szyi, twarzy, jakby chciały nauczyć się jej od nowa. Przesunęłam palcami po linii jej włosów, zaplatając je między palcami, czując ich jedwabisty ciężar.
Ona robiła to samo. Dotyk nie był już pytaniem, nie był też obietnicą. Był odpowiedzią. Był "jestem". Czułam, jak jej palce powoli suną po mojej skórze nie w poszukiwaniu rozkoszy, lecz prawdy. Szeptałyśmy do siebie pojedyncze słowa, ledwie oddechy niektóre znaczące, inne tylko po to, by upewnić się, że druga wciąż słyszy, czuje. Nie potrzebowałyśmy niczego więcej. Była miłość cicha, jasna, prawdziwa. Byłyśmy tylko my.
Siedziałyśmy naprzeciwko siebie, oplecione nogami i dłońmi, jakbyśmy nie potrafiły się już rozdzielić. Nasze ciała oddychały wspólnym rytmem. Pocałunek był miękki i kruchy, jak porcelana, którą trzyma się ostrożnie w obu dłoniach, wiedząc, jak łatwo może pęknąć.
Karina szeptała:
— Kocham cię, Kasiu… Nawet nie wiem, jak to możliwe tak bardzo.
Pochyliłam się, by musnąć jej ramię ustami.
— Wiem… czuję to. Ja też. I to nie przestaje mnie zadziwiać. Jak można tak bardzo kogoś kochać… i być tak blisko.
Ona ujęła moją twarz w dłonie, patrząc prosto w oczy.
— Nie jesteś tylko moją siostrą… jesteś wszystkim, co rozumiem jako "moja". Moim domem. Moim powietrzem.
— A ty jesteś moim światem — wyszeptałam, kładąc dłoń na jej piersi, czując ciepły, spokojny rytm. — Z tobą nic nie jest złe. Nawet to, co mogłoby być.
Karina przymknęła oczy, jakby chciała zapamiętać tę chwilę na zawsze.
— Czasem boję się, że to sen… że otworzę oczy i cię nie będzie.
— Ale ja tu jestem — powiedziałam cicho, głaszcząc jej włosy. — Jestem i nie odejdę. Jesteśmy w tym razem. Zawsze.
Zamknęła moje palce w swoich.
— Jesteś moim sercem, wiesz? I nawet jeśli świat by się odwrócił… ja nie. Nigdy.
— Wiem, Karinko… I ja nie. Przysięgam ci.
Uśmiechnęłyśmy się do siebie z tym rodzajem czułości, który zna tylko cisza po miłości. Potem pozwoliłyśmy dłoniom znów błądzić nie z pragnienia, ale by sprawdzić, czy wszystko jest jeszcze na swoim miejscu: miękkość skóry, linia policzka, dotyk biodra.
— Czujesz to? — zapytała Karina.
— Co?
— To, że jesteśmy jednością…
Pokiwałam głową, ściskając jej dłoń.
— Tak. Czuję.
Siedziałyśmy tak długo, patrząc sobie w oczy, pozwalając ciału oddychać w objęciach.
Nie było już potrzeby mówić. Czułość stała się językiem.
Po wszystkim położyłyśmy się na miękkim dywanie. Wtuliłam się w Karinę, czując jeszcze ciepło naszej bliskości, jakby przenikało mnie od środka. Jej oddech był spokojny, nos wtulała w moją szyję. Przykryłam nas niedbale kocem, choć żadna z nas nie potrzebowała już niczego więcej, tylko siebie. Całowałyśmy się jeszcze chwilę, coraz wolniej, jakby sen rozpuszczał nasze usta w mglistym półśnie. W końcu zasnęłyśmy, splecione, z czułością jeszcze obecną na skórze.
2 komentarze
ichtiolog
Żeby jeszcze autorka nauczyła się prawidłowo zapisywać tytuły...
Jammer106
Jak zawsze sensualnie, jak zawsze z klasą
Zazdroszczę tego jak pięknie potrafisz przelać uczucia na papier.
Pozdrawiam.
iskra957
@Jammer106 Dziękuję. Na prawdę się cieszę, że się podoba