Zamknięte drzwi-Rozdział XIII

Czerwony citroen zatrzymał się przed bramą posiadłości. Antoni wysiadł zamykając pojazd za pomocą klucza. Jadąc tu wszystko sobie przemyślał.
„Nie mogę okazywać słabości, ci ludzie nie zasługują na uprzejmość.”  
Podszedł do domofonu i pewnym gestem wcisną jasnoszary guzik z widniejącym na nim znaczkiem dzwonka. Kiedy lekarz wcisną guzik, urządzenie wydało cichy dźwięk porównywalny z bzyczeniem pszczoły. Po chwili brama się otworzyła i Antoni wszedł na teren posesji. Mimo iż pod sam dom prowadziła żwirowa droga, lekarz nie wracał do auta. Nie chciał być tam za szybko, musiał wszystko przemyśleć. Po dziesięciu minutach stał pod ceglanym daszkiem naprzeciw dębowym drzwiom. Zapukał, nie chciał używać dzwonka. Usłyszał kroki za drzwiami i zgrzyt odsuwanej zasuwy. Klamka się przechyliła i drzwi stanęły otworem. Naprzeciw Antoniemu ukazała się para średniego wzrostu, osiwiałych ludzi o smutnym spojrzeniu. Antoniemu od razu zmiękło serce.  
„Nie wyglądają na złych, ale pozory mogą mylić, w końcu oszukiwali całą szkołę…”
-Dzień dobry.-powiedział ostrożnie.
-Dzień dobry.-odpowiedział mężczyzna.  
Kobieta nic nie odpowiedziała. Kiwnęła tylko głową.  
-Jestem tu w sprawie państwa córki, Weroniki.-powiedział Nicewicz.  
Na dźwięk tych słów kobieta wybuchła rzewnym płaczem i wróciła do wnętrza domu. Mężczyzna lekko westchną.
-Proszę wejść.-powiedział poważnym tonem.  
Antoni bez słowa przekroczył próg domu i odwrócił się w kierunku mężczyzny, który właśnie zamykał drzwi.  
-Proszę tędy.-mówiąc to mężczyzna zaprowadził Antoniego do salonu.  
Wskazał lekarzowi miejsce na miękkim, czarnym fotelu, a sam usiadł na przeciwko. Jego żona zaparzyła herbatę i trzęsąca się ręką postawiła szklankę z parującą cieczą na szklanym stoliku przed Antonim. Sama usiadła obok męża.
-A więc,-zaczął mąż poprawiając się na sofie-co z nią?  
W jego głosie dało się słyszeć troskę i niepokój. Martwił się o córkę? Czy o to by nie mieć kłopotów?
-Dobrze.-odpowiedział Antoni usiłując by zostać zdystansowanym.-Mam do państwa kilka pytań…-mówiąc to wziął łyka ze szklanki z herbatą.  
-Jakich?-zapytał mąż łapiąc żonę za ręce.
-Czy to prawda, że znęcaliście się nad Weronką?-zapytał Antoni bez obróbek.
Kobieta na nowo zaczęła płakać.
-Kto panu to powiedział?-zapytał zszokowany i oburzony mężczyzna obejmując żonę.  
-Weronika.-spokojnie odpowiedział z pokerową miną lekarz.  
Mąż puścił delikatnie żonę i westchną smutno.  
-To co powiedział panu nasza córka…-zawiesił głos.-…nie powiedziała panu prawdy. Nie znęcaliśmy się nad nią, nigdy jej nie uderzyliśmy ani nie szykanowaliśmy.
-To dlaczego próbowała się zabić?-spytał zbity z tropu lekarz.  
-Zabić?-wytrzeszczył oczy mężczyzna.  
-Tak.-odpowiedział lekarz trochę zmieszany zmieniając pozycję na fotelu.  
-Nie wiedzieliśmy o tym.-powiedział mężczyzna również zmieniając pozycję na sofie.-Moja biedna córcia…
-Powiecie mi, co tak naprawdę się wydarzyło?  
Mężczyzna przełknął ślinę.  
-W dniu ucieczki z domu Weronika miała dwadzieścia lat. Od pięciu chorowała na…na…-nie umiał tego z siebie wydusić.
-Na schizofrenię.-wtrąciła żona przestając płakać i chowają twarz w dłoniach.  
„Schizofrenię?!-pomyślał lekarz.-Jak mogłem być taki głupi i tego nie zauważyć! A czy ja ją w ogóle badałem?”
-Od zawsze była wycofana ze społeczeństwa-kontynuował ojciec-ale kiedy doszła jeszcze choroba…-urwał.
-To czasami było nam naprawdę ciężko.-ponownie odezwała się kobieta.  
Miała pochrypły głos, będący wynikiem szlochu.
-Mimo tego-ciągnęła.-zawsze mieliśmy nadzieję, że będzie lepiej.-jej głos znów się załamał.
-Miała urojenia?-zapytał Antoni wpatrując się tępo w szklankę z herbatą.  
-Tak. Głównie słuchowe, ale manie prześladowcze też się zdarzały.-powiedział ojciec i westchną.-Tego dnia kiedy uciekła, była przed dzienną dawką leków, kiedy spostrzegliśmy, że nie zabrała ich ze sobą byliśmy pewni, że sama nie wróci. Dwa lata strachu…  
-Kiedy będzie my mogli się z nią zobaczyć?-zapytała kobieta.
-Wkrótce.-powiedział lekarz.-Macie może państwo diagnozy jej poprzednich psychiatrów?  
-Oczywiście.-powiedziała kobieta po czym wstała i podeszła do ozdabianej, ciemno dębowej, lakierowanej komody.  
Otworzyła ją i zaczęła w niej szperać, by po chwili wyciągnąć stamtąd żółtą, papierowa kopertę wypełnioną najprzeróżniejszymi druczkami. Podeszła do lekarz i wręczyła mu ją. Antoni wyciągnął największą kartkę spoczywającą na dnie koperty i zaczął przeglądać.
-To kiedy będziemy mogli się z nią spotkać? Przywiezie ją pan?  
-Wolałbym, abyście to wy pojechali do mnie, Weronika jest w trakcie rehabilitacji i poruszać się będzie przez jakiś czas na wózku. Chciałbym najpierw sam z nią porozmawiać i ją przygotować. Zostawię państwu adres.  
Po tych słowach dopił herbatę, wstał z fotela i skierował się w stronę wyjścia.
-Proszę pana!-usłyszał kiedy trzymał już klamkę od drzwi wyjściowych.
Odwrócił się.  
-Proszę mi tylko powiedzieć-kobieta patrzyła się na niego niepewnym wzrokiem.-Czy ona cierpi?
Antoni stał przez chwilę wpatrzony w kobietę po czym powiedział:
-Nie wiem, nic już nie wiem.-po tych słowach wyszedł z domu zamykając drzwi.

229 czyt.
100%21
pawelmarek

opublikował opowiadanie w kategorii dramat, użył 941 słów i 5496 znaków.

1 komentarz

 
  • Margerita

    Margerita · 5 dni temu

    Łapka w górę przeczytałam z zapartym tchem to się porobiło Werka ma schizofrenię ale jaja