Zamknięte drzwi-Rozdział VII

Antoni w tym czasie dumał nad swoją pacjentką.  
„Nie odzywa się dużo i często zamyśla.”-rozważał.-„To raczej nie jest spowodowane śpiączką i nie będzie trzeba robić rezonansu. A może jednak? Nie, nie potrzebuje go. Wydaje się być introwertyczką. Ale czy na pewno?”  
Jego myśli nie były spójne, każda na pozór pewna opinia rodziła jakieś „ale”. Winda zatrzymała się na parterze i oboje wysiedli z kabiny. Przejechali po głównym holu i bocznymi drzwiami, prowadzącymi do ogrodu, wyszli na zewnątrz. Ciepłe powietrze w towarzystwie lekko chłodnego, północnego wiatru tworzyły pogodę wprost idealną do spacerów. Ruszył wolnym, spacerowym krokiem przed siebie. Przed sobą pchał wózek, na którym przez cały ten czas siedziała Weronika. Obserwowała huśtające się w rytm szumiącego wiatry korony drzew z tańczącymi wokół nich liśćmi. Chodniczki tworzyły sieć, w środku których rosły polanki z makami, oraz poukładane były skaliste rabatki z różnokolorowymi kwiatami wyrastającymi z pomiędzy kamieni. Wszystkie te kwiaty kwitły, rozwijały się lub dopiero przygotowywały się do tego. Weronika obserwowała to wszystko z zamyśleniem wpatrując się na rozkwitające życie. Zatrzymali się obok jednej z kilku ławeczek poustawianych w ogrodzie. Antoni ustawił wózek dziewczyny obok, a sam usiadł na ławce.  
-O czym myślisz?-zapytał ją.
Liczył, że w miarę przyjazne otoczenie nakłoni Weronikę do otwarcia się na jakąś sensowniejszą rozmowę niż te, które odbyli do tej pory.  
Dziewczyna wzruszyła tylko ramionami.  
-Nie wiem.-odparła.-O niczym.  
Antoni cicho westchną. Od samego początku, unika rozmowy z nim. Mimo, że powtarzał sobie, że będzie spokojny i opanowany, bo tego wymaga ta profesja, to jednak irytacja wzięła górę.
-Posłuchaj!-zaczął.-Chcę ci pomóc, bo każdy, kto cię mija od razu widzi, że jest z tobą coś nie tak. Ja też to widzę. A ty tego nie widzisz?! Nie zachowuj się jak rozwydrzone dziecko!!
Dziewczyna spojrzał się na niego z błyszczącymi od łez oczami. Antoni poczuł się głupio. Złamał zasadę numer jeden każdego psychiatry-zaczął osądzać pacjentkę.  
-Posłuchaj-zaczął zmieszany.-Przepraszam, ja tylko…no…-nie wiedział co powiedzieć.
-Nienawidzili mnie.-powiedziała spokojnie, praktycznie bez emocji Weronika.
Wpatrywała się w jeden, tylko dla niej widoczny punkt.  
-Byłam ich drugim dzieckiem. Starsza ode mnie była tylko moja siostra, Irena. Mimo iż była starsza tylko o dwa lata, to była traktowana zupełnie inaczej niż ja. Miała wszystko, nowe zabawki, ubrania książki…-Weronice załamał się głos.-ich miłość…
Antoni przybliżył się do niej i delikatnie położył rękę na ramieniu.  
-To był powód dla którego chciałaś się zabić?-zapytał.  
Weronika wzruszyła ramionami wzdychając smutno.  
-Było kilka powodów, ale nie mam siły ich teraz wymieniać.-powiedziała.  
-A co chcesz robić?
-Pogadać.-stwierdziła.  
Antoni zdziwił się.
„Zmieniła swoje nastawienie? Dlatego? Bo krzyknąłem?”.
-A o czym chcesz pogadać.-starał ukryć swoje zadowolenie z dokonywanych przez jego pacjentkę postępów.
-Nie wiem.-powiedziała Weronika.-Jaki dziś mamy dzień?
-Środa, szósty kwietnia dwutysięcznego szesnastego roku.
-Dwa lata.-powiedziała nijakim głosem.-Byli tu chodź raz?  
Antoni przecząco pokręcił głową.
-Wiedzieli w ogóle co się ze mną stało? Do czego mnie doprowadzili?
-Z powodu braku dokumentów ciężko było cię zidentyfikować, mimo tego udało się im dotrzeć do twojej rodziny?
-„Im”?-zapytała Weronika.
-Tak, im.-odpowiedział Antoni.-Jeszcze wtedy tu nie pracowałem.  
-Od kiedy tu pracujesz?
-Od wczoraj?-powiedział z niezręcznym uśmiechem Antoni.
-Co?-zdziwiła się Weronika.-A gdzie pracowałeś wcześniej?
-Nigdzie-powiedział zakłopotany lekarz.-To moja pierwsza praca, jestem świeżo po studiach.  
-Czy mam mnie leczyć żółtodziób?-zapytała Weronika spoglądając Nicewiczowi prosto w oczy.  
W jej głosie nie było jednak frustracji, czy zawiedzenia. Było jej to obojętne, tak samo jak obojętne jej było to, czy będzie żyć czy jednak nie. Mimo otwarcia się na rozmowę nie miała nadziei na poprawę swojego życia.  
-W szpitalu nie było żadnego innego lekarza-zaczął wyjaśniać Antoni.-a ja pojawiłem się w idealnym momencie, nie gniewaj się, że ci nie powiedziałem, nie było kiedy…
-Masz dziewczynę?-przerwała mu Weronika.
Antoniego zamurowało. Nie spodziewał się takiego pytania.
-Nie.-stwierdził-Na razie nie.  
-A miałeś kiedyś?-dociekała dziewczyna.
-Nie, nie miałem.-odparł z lekkim żalem w głosie.  
Nie lubił takich tematów. Jak był w gimnazjum nie myślał tak o tym, co w liceum. Doskonale pamiętał te wszystkie pary, które siedziały, lub przechadzały się po korytarzach. Mimo usilnych starań, żadna dziewczyna nie chciała nawet spojrzeć na przyszłego lekarza. To właśnie wtedy zainteresował się psychologią. Chciał zrozumieć dlaczego, choć nie był odpychający, żadna dziewczyna nawet się z nim nie zadawała. Teraz już wiedział. Chodziło o popularność. W jego liceum była klasa sportowa, podobnie z resztą jak i w gimnazjum. Dziewczyny, chcąc się pokazać umawiały się tylko ze sportowcami nie ze względu na ich osobowość, ale na ich osiągnięcia. Nicewicza złościło to podwójnie. Sam był laureatem wielu konkursów przyrodniczych. Wiedział oczywiście, że to nic nie zmieni. Według siebie był nudny, zwykły szarak.  
„Bo czym niby zainteresuję dziewczynę?”-myślał.-„Wymienię jej wszystkich przodków człowieka?”
-A chciałbyś mieć?-z zamyślenia wyrwał go głos pacjentki.
Spojrzał się na Weronikę i uśmiechną.  
-Każdy mężczyzna chciałby mieć dziewczynę.-powiedział.
-Ale nie każda dziewczyna chciałaby mieć chłopaka.-dokończyła Weronika.  
Antoni spojrzał się na nią pytająco.  
-Nie chciałabyś mieć chłopaka.
Dziewczyna pokręciła przecząco głową.  
-Czemu?-dopytywał się mężczyzna.  
-Zmęczona jestem.-powiedziała Weronika ignorując pytanie lekarza.-Chodźmy już do środka.

pawelmarek

opublikował opowiadanie w kategorii dramat, użył 1043 słów i 6169 znaków.

1 komentarz

 
  • Margerita

    Łapka w górę oj Wercia, Wercia dziewczyno Antoni chce ci pomóc a ty jesteś taka zimna