To ja już sam zacznę płakać cz. 46 i 47

Adam cz. 46
Ala wróciła dzisiaj w dość dobrym nastroju. Nie spodziewałem się tego, bo dzień jej odwiedzin na cmentarzu przeważnie kończył się cichymi dniami, w których nie chciałem jej przeszkadzać. Uważałem, że powinna mieć swoje trzy minuty na smutek, bo duszenie w sobie bólu nie prowadzi do niczego dobrego. Zaraz na myśl przyszły mi nasze przyszłe trojaczki i mocniej zabiło mi serce.
- Czemu, masz taki dobry humor?- Zapytałem, gdy podała mi Angel do rąk.
- O matko, żebyś ty widział Adam, co się wydarzyło!- Znów wybuchła śmiechem, a córcia jej zawtórowała.
Patrzyłem jak łamażnie zdejmuje kurtkę i zawiesza ją na wieszaku nie przestając się śmiać. Marzeny nie było z nią, choć miałem nadzieje, że się pojawi i opowiedzą mi razem, jaka była dzielna moja mała córeczka.
- Oświeć mnie, to też się pośmieję- zaproponowałem rozbierając już Angel.
- Och… Ona…- znów śmiech.- Ona zemdlała jak ty!- Znowu się zaśmiała, aż kucnęła.
- Kto?- Zapytałem, ale zaraz zajarzyłem, że chodzi o Marzenę.- Żartujesz?
- Nie, ale to było śmieszne! Mówię ci.
Trochę się uspokoiła i przeszliśmy do kuchni. Ala usiadła na krzesełku, a ja zaraz z Angel na rękach zrobiłem jej herbaty.
- Posłuchaj, wchodzimy do poczekalni, gdzie taka fajna babeczka mówi nam, że jesteśmy trzecie. Rozebrałyśmy się i zaczęłam zabawiać Angel, bo zauważyłam, że poznaje gdzie jest. Zaczęła się rozglądać na boki, wiesz i zrobiła tą smutną minkę, jaką zawsze ma, kiedy wchodzimy do pokoju szczepień- urwała.
- No?- Ponagliłem ją, bo tyle to zawsze sam pamiętałem.
- No i gdy przyszła nasza kolej Marzena powiedziała, że wejdzie razem ze mną, bo tak ładnie zabawiałam córcię, że ta znowu się śmiała. Weszliśmy i pielęgniarka powiedziała, żeby ją rozebrać- znów się zaśmiała.
- No dzięki, jeśli w takim tempie będziesz mi opowiadać, to do jutra nie skończysz.
- Bo to…, bo to takie zabawne…, żebyś tylko tam był…
Dawno nie śmiała się tak długo. Trojaczki pewnie sądzą, że mama ma czkawkę, bo brzuch tak jej podskakiwał, że miałem wrażenie, że zaraz się urwie.
- No i?
- No i rozebrałam ją, a Marzena spojrzała, jak pielęgniarka przygotowuje strzykawkę. Pobladła, ale pokazała mi, że jest ok. Chciałam, aby usiadła, ale ona zaprotestowała, a potem upadła do tyłu na tą pielęgniarkę, co szykowała szczepionkę, a ta wbiła sobie tą szczepionkę w nogę- znów się śmiała.- Potem zaklęła, ale pomogła mi podnieść Marzenę i postawiliśmy ją na tym leżaczku, co jest, aby w razie, czego ktoś miał mdleć. Potem znów uszykowała nową szczepionkę, bo tamta była już nie ważna, bo sama sobie ją dala i gdy…, gdy odwróciła się w naszą stronę, a było to obok tego leżaczka…- znów śmiech.- To…, to…
- To, co?
- To podniosła się i obrzygała tą pielęgniarkę w twarz!
Teraz to już śmialiśmy się we dwoje. No taka scena wymagała precyzji zachowania, nie ma, co. Marzena przebiła mnie o stokroć, bo ja jak wymiotowałem, to na podłogę, a nie na twarz pielęgniarki.  
Gdy się uspokoiłem, to zobaczyłem, że mała nie płacze. Patrzyła się tylko na nas, jakbyśmy byli jej najlepszą bajką, której jeszcze nie zna.
- I dała w końcu jej zastrzyk?
- Gdzie! Powiedziała, żebyśmy przyszły jutro. Marzena ma zakaz zbliżania się do placówki szczepień- powiedziała na odchodne, a ja zbladłem.
- No i?
- No i to oznacza, że jutro jedziesz ze mną ty- pokazał na mnie palcem, a mnie cały świat stanął przed oczami.










Tak prawdę powiedziawszy, to nie wiem, czego się spodziewałam po reakcji Antoniego. W tamten wieczór powiedział, żebym dała mu czas do przemyślenia i nakazał wrócić mi do domu. Poszłam, bo czekanie na deszczu wcale nie robiło dobrze mnie, ani mojemu dziecku. Nie wiem nawet, kiedy wrócił, bo gdy w końcu po trzeciej nad ranem usnęłam jego przy mnie nie było.
Nazajutrz rano siedział przy stole i czytał gazetę.
- Wyjeżdżam jutro rano- oznajmił takim tonem, jakby właśnie obwieścił mi fakt, iż pada deszcz.
- Ale dlaczego tak szybko? Czy nie miałeś wyjechać za tydzień?- Zapytałam z nutką smutku w głosie.
- Szybciej wrócę- mruknął i wyszedł z kuchni.
Wieczorem spakował się zostawiając mnie w całkowitej rozpaczy.
- To do zobaczenia- powiedział i pocałował mnie w czoło.
Nie zwracał uwagi na moje łzy, ani stan, w jakim się znajdowałam. Zwyczajnie odszedł, jak odchodzi dziecko do szkoły. Tyle, że dziecko po szkole wróci, a on?
Mijały noce i dnie, a ja wciąż nie otrzymywałam od niego żadnych wieści. Tydzień później dostałam od niego list.
Alicjo
Wracam za czternaście dni. Zrób zakupy za pieniądze, które ci zostawiłem, wiesz gdzie. Kup coś dobrego, może być polędwica, szynka i coś tam, co sama będziesz mogła zrobić.
Mam dla ciebie prezent. Długo nad nim myślałem, ale teraz już wiem, co by ci sprawiło przyjemność.
Do zobaczenia wkrótce, Antony.

Czytałam go kilka razy i za każdym razem czułam od niego chłód. Nie wiem, co miało być tym prezentem, ale nawet, jeśli na siłę się skupiałam nie potrafiłam nic wymyślić. A kiedy przyjechał po długo wyczekiwanych dla mnie dniach, jego chłód i beznamiętne spojrzenie całkiem spaliły we mnie nadzieje.
Nie takiego prezentu się spodziewałam.


Cz. 47
Marzena
Przez te kilka dni, które upłynęły mi w całkowitej rutynie nie dzieło się nic niezwykłego. W pracy całkowicie unikałam Adama i gdy mogłam wcale nie patrzyłam mu w oczy. Wyczuwał pewnie, że coś się zmieniło, ale o nic nie pytał, a ja nie mówiłam. Nie było sensu tłumaczyć się z mojego omdlenia, bo on zrobił prawie to samo. Pielęgniarka stwierdziła, że jesteśmy godnymi pożałowania rodzinami, ale mnie to bardziej obeszło. Adam się obraził, ale to już nie była moja sprawa.
Dzień przed właściwą datą, choć nic nie sugerowało, aby mnie ktoś miał odwiedzić, niespodziewanie przyszedł do mnie Adam. Pierwsze, co zrobiłam, to zerknęłam na zegarek, bo dwudziesta pierwsza nie była czasem, w którym miałam ochotę przyjmować gości, to też najpierw go o tym upomniałam.
- Ale, ty co? Nawet nie wpuścisz mnie do środka?- Zapytał mętnym głosem.
- Jesteś pijany?- Zapytałam, bo jeśli faktycznie było z nim coś nie tak, to nigdy bym nie pomyślała, że chodziło akurat o alkohol.  
- Może tak, a może nie- wybełkotał robiąc krok w przód.- Muszę z tobą pogadać, bo tylko ty mnie zrozumiesz- powiedział i nie patrząc na mnie sam wpakował się do środka. Zamknęłam za nim drzwi i z obawy, że coś sobie zrobi nakazałam mu usiąść na sofie.
- Nie przejmuj się, ona wie.
- Kto i co?
Uśmiechnął się krzywo, co nie wypadło najlepiej. Położył nogi na oparciu sofy i podstawił sobie poduszkę pod głowę.
- Jeśli chcesz tu spać, to nawet się nie waż. Mieszkasz blisko mnie, a Ala na pewno będzie się niepokoiła.
Tak prawdę powiedziawszy nie przeszkadzało mi, że przyszedł pijany, choć nigdy go w takim stanie nie widziałam, no chyba, że po śmierci Kuby. Nawet cieszyłam się, że pijany może powiedzieć mi coś o sobie, albo wyżali się ze swych kłopotów, jak to było, kiedy jeszcze nikogo nie miał. Lubiłam, kiedy pytał mnie o zdanie i liczył się z nim, choć nie zawsze mnie słuchał. I choć nigdy nie dał mi pretekstu do czegoś więcej moje myśli i tak ukryte głęboko w głowie same roiły sobie marzenia.
A przynajmniej na tyle wiedziałam, że mogłam sobie pozwolić.
- No, więc- zaczął i zamknął oczy.
- Tylko mi tu nie śpij- podeszłam do niego i zaraz podniosłam go do pozycji siedzącej.
- Spokojna twoja główka- wybełkotał i otworzył oczy.- Marzena.
- Tak? Z czym do mnie przychodzisz o tak wczesnej porze- zażartowałam.
Uśmiechnął się, aż się lżej zrobiło na sercu.
- Ty wiesz. Ty zawsze wiesz, z czym do ciebie idę- mruknął i ziewnął.
- Ale, może nie tym razem. Kiedy mi powiesz, co cię trapi, być może szybciej ci pomogę- zakomunikowałam stanowczo.
- Ala. Alicja. Alunia. Moja żona.
No i masz tu. Nie wiem czy miałam ochotę podejmować wątek jego żony. Nie miałam nic do Alicji, ale też nie chciałam o niej rozmawiać. Ciekawa byłam, czy gdyby on kochał mnie, a ja gadałabym mu o swoim mężu, to czy chciałby o tym słuchać. Albo o nim dyskutować. Nie miał pojęcia ile wysiłku wkładam w przebywanie z nim w jednej pracy. Nie wiedział, że prawie rwę się do niego, aby choć poczuć zapach jego ciała. Nie wiedział ile łez wylałam, aby jakoś przetrwać w tym pokręconym życiu, a teraz jeszcze zamiast mi pomagać dokładał mi jedynie zmartwień.
- Co jest z twoją żoną?
- Okłamuje mnie. Ty to wiesz i ja to wiem. Wojtek też to wiedział, ale on, jako jedyny nie zawahał mi się o tym powiedzieć.
To było jak policzek, którego się nie spodziewałam. On wiedział. Wiedział o jej sekrecie, albo o innym, o który ja nie miałam pojęcia.
- O, czym wiemy?
Spojrzał na mnie niemrawo i ciekawa byłam ile czasu mu zajęło przyjście do mnie.
- O jej dziecku. Byłaś tam.
Brzmiało jak oskarżenie, na które mogłam odpowiedzieć tylko prawdą.
- Byłam.
- I nic mi nie powiedziałaś. Ty, jako moja jedyna prawdziwa przyjaciółka nic mi nie powiedziałaś. To boli.
Czasami gadał zbyt poważnie. Pewnie, że go to zabolało. Każdy by się załamał, gdyby się dowiedział, że jego ukochana go okłamuje, albo, że ma przed nim tajemnicę. Cóż za związek chcieli stworzyć, skoro żadne z nich nie potrafiło być ze sobą szczerym?
A czy ja zawsze byłam szczera z Adamem?
Wolałam na to pytanie sobie nie opowiadać. Coś tam zamajaczyło mi się z przeszłości, ale oddaliłam to tak szybko, że został po tym wspomnieniu tylko cień.
- Wiem Adamie. Ala powinna była ci powiedzieć. Nie wiń jej jednak za to. Przecież oboje ustaliliście, że przestaniecie rozpamiętywać przeszłość, tak?
Przemyślał moje słowa i znów zamknął oczy. Nie wiem czy robił to świadomie, ani czy kiedykolwiek sobie przypomni, o czym rozmawialiśmy, więc sama zacząłem mówić mu prawdę. Może po trzeźwemu by się obraził, ale po pijanemu nie miał szans na zapamiętanie czegokolwiek z tego, co się tu dzieje.
- Adam, czy nie tego właśnie chcieliście? I wiesz, co? Ja bym tak nie mogła. Nie mogłabym nie mówić o tym, co mnie boli, a zwłaszcza, że to stało się niedawno. Czym są lata w porównaniu z bólem, który nosisz w sercu?
Chrząknęłam, bo coś mi wpadło do gardła.  
- Ale to…
- Ale co?!- Krzyknęłam, aż otworzył oczy i szeroko na mnie popatrzył.- Adam, twoje dziecko nie żyje, rozumiesz? Żona też, a ty udajesz, że nic się nie stało. Tak nie można. Przecież ich kochałeś. Wiem, że Karolina okazała się potworem, ale w końcu z tym potworem mieszkałeś i byłeś po jakiś czas szczęśliwy, czyż nie? Może i była strachem, który nigdy nie powinien był się z tobą związać, ale w końcu wydała na świat Kubusia. Twojego słodkiego synka. Czy już o nim zapomniałeś?
To było chyba za dużo, bo nagle się rozpłakał. I to tak drastycznie, że zlitowałam się i podeszłam, aby go przytulić. Albo może sama oczekiwałam bliskości…
- Wiem- zaczął ochryple.- Wiem, że wszystko spieprzyłem! Dałem się omotać takiej wywłoce, która zabrała mi moje maleństwo, mojego synka…
Głaskałam go po plecach, a on kołysał się z wolna w przód i w tył. Jego łzy spływały mi po bluzce, ale wcale się tym nie przejmowałam. Siedzieliśmy tak przez jakiś czas, a ja pozwoliłam mu się wypłakać. To nic, że był pijany. Ja sama kiedyś tak reagowałam na problemy, których nie potrafiłam rozwiązać. Alkohol pozwalał mi zapomnieć o tym, co boli i dawał siłę na dalsze dni. Następnego dnia wystarczyło, że znów sięgnęłam po znieczulacz i znów wiedziałam, że wszystko się ułoży. To było takie proste. Wystarczyło nie dopuścić tylko do zdrowego rozsądku, a wszystko wyglądało łatwo. Problemy same się rozwiązywały i świat nabierał barw.
Jak długo jednak można było udawać, że jest dobrze? Kiedyś alkohol się musiał skończyć, a wtedy wszystko powracało ze zdwojoną siłą. Tęsknota, ból i smutek przygwożdżały mnie jeszcze bardziej i miałam ochotę umrzeć.
- Cii- szeptałam mu do ucha, kiedy zauważyłam, że jego jęk ucichł. Potem niestety usłyszałam jego głośniejszy oddech i zdałam sobie sprawę, że Adam śpi.
- Cholera!- Powiedziałam do siebie na głos i zaczęłam wybudzać Adama klepiąc go po policzku.- No wstawaj! Idź do swojej żony, nie do mnie. To tam musisz być szczęśliwy…
Nic nie zdołało go obudzić z narkotycznego stanu, w jaki popadł. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko wygodniej go położyć i przykryć kocem. A potem zrobiłam coś, czego może nie powinnam. Pocałowałam go, gdy spał. Najpierw w czoło, potem po policzku, nosku i w końcu natrafiłam na usta skąd zionął wybuchowy rozczyn. Szybko się jednak opamiętałam i odeszłam od niego. Stojąc w rogu pokoju zadzwoniłam do Alicji wiedząc, że mogę ją obudzić, jednak tak podpowiadało mi serce.
- Już śpi- poinformowałam ją skąpo.
- Dzięki, o Boże, bo już się obawiałam, że będzie gdzieś się pałętał po ulicy. Tylko okryj go czymś, dobrze?
Jak bym tego nie wiedziała.
- Już to zrobiłam. Wybacz, że mogłam cię obudzić, ale chciałam, abyś się nie martwiła. Choć chyba masz mały problem.
- Ja? O czym ty mówisz?- Zapytała zdziwiona sprawiając, że ton jej glosy podskoczył nieco do góry.
- On wie. Ktoś mu powiedział o tym, co robiłyśmy na cmentarzu. Z tego powodu się upił.
Cisza. Ala nie mówiła nic, pewnie zaskoczona i zdruzgotana zarazem. Nie było sensu jej pocieszać, bo to nie były moje sprawy.
- Na mnie też jest zły. Przyszedł mi o tym powiedzieć.
Znów milczała.
- Jesteś tam?
Pik, pik, pik…
Rozłączyła się. Trudno było ją za to winić. Może nie powinnam była jej tego mówić, ale gdy chcieli, aby się między nimi ułożyło, właśnie to powinna zrobić. Powiedzieć mu prawdę. Może tylko nie koniecznie moimi ustami.
Jeśli chciała ocalić swoje małżeństwo powinna nie igrać na jego uczuciach, tylko w końcu zacząć z nim rozmawiać. I nie zatajać przeszłości.
Bo ja, to było całkiem, co innego.

298 czyt.
100%22
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 2822 słów i 14462 znaków.

2 komentarze

 
  • agnes1709

    agnes1709 · 4 maj 2019

    Kiedy już ta polisa? Ciekawość mnie zżera

  • AnonimS

    AnonimS · 4 maj 2019

    Strasznie skomplikowane