Odium // Nathaniel

Jemy śniadanie wokoło małego, kawowego stolika. Właśnie dlatego siedzimy na podłodze. Z wyjątkiem Maćka, który kosztem wygodniejszej pozycji jaką daje mu sofa, zmuszony jest trzymać talerz w powietrzu.
   Po raz kolejny podnoszę kanapkę i staram się, nie patrząc i nie myśląc o niej, wziąć ją do ust. Podczas gdy wszyscy kończą już posiłek, którąś kanapką z kolei, ja wciąż próbuję przemóc się i otworzyć usta szerzej.
- Nathan, proszę, przynajmniej pół – słyszę przy uchu głos mojego chłopaka.
   Patrzę na kanapkę i ze smutkiem orientuję się, że wciąż jest cała, a byłem przecież stu procentowo pewien, że zostało mi już tylko trochę.
- Przepraszam, nie jestem głodny – mówię, odkładając talerz i starając się pohamować odruch wymiotny. Kajetan cicho wzdycha.  
- Może chciałbyś coś innego? – pyta Kuba, który patrzy na mnie zmartwionym wzrokiem. – Płatki z mlekiem mogę załatwić – oferuje, ale ja nie chcę sprawiać problemu.
- Nie, dzięki, serio nie jestem głodny – zapewniam wszystkich, bo siebie już nie muszę.  
   ,,Jak tak dalej pójdzie to skonasz z niedożywienia” odzywają się głosy w mojej głowie. Jeden mówi to z przestrachem, drugi z wyraźnym zadowoleniem.
- Musisz jeść – odzywa się Miriam.
- Nie, nie muszę. Zawsze jem mało i nic mi nie jest – wzruszam ramionami, chcąc zakończyć tę bezsensowną dyskusję.
Grześ kręci głową z ironicznym uśmiechem.  
- Nie, wcale nic ci nie jest, te wszystkie wizyty w szpitalu to tylko twoje hobby – mówi, a ja piorunuję go wzrokiem. A przynajmniej miałem to w zamierzeniu.
- Możemy zmienić temat? – nie jestem agresywny, chcę tylko uciec, choć wiem, że nie powinienem. To pierwszy raz od długiego czasu, usprawiedliwiam się, mogę czasem chcieć odejść od niewygodnego tematu. Każdy tak robi. Tylko ten jeden raz. Jutro tego nie zrobię.
   Zanim się orientuję, przede mną swoje miejsce znajduje miseczka z płatkami. Patrzę bez wyrzutu na Kubę, który wzrusza ramionami.  
- Płatki to najmniejsza rzecz jaką mam – mówi cicho i uśmiecha się na zachętę. Zaczynam je jeść, aż w końcu o nich zapominam, ale nikt nie zwraca mi na to uwagi. Widocznie zjadłem już tyle ile uznali za słuszne. To dobrze. Póki co jedzenie mam z głowy.
   Po śniadaniu, poczułem się senny. Senność towarzyszy mi zawsze, tylko nie w nocy.

   Jestem na huśtawce, nie pamiętam jak się tu znalazłem, ani nie jestem w stanie stwierdzić, która jest godzina. Kajetan obejmuje mnie od tyłu i szepcze do ucha, że ja na huśtawce to najpiękniejszy widok, jaki dane mu było kiedykolwiek ujrzeć. Próbuję unieść moje kąciki ust, ale szybko opadają. Mam nadzieję, że zdążył zauważyć mój uśmiech.
   Unoszę głowę, aby rozejrzeć się dookoła. Z tego co kojarzę Kuba nigdy nie miał huśtawki, ale ostatnimi czasy mało kojarzę.
- Gdzie jesteśmy? – pytam chłopaka, który wciąż stoi za mną, i którego głowa znajduje się na moim ramieniu.
- W parku – mówi krótko.  
- W tym obok naszego mieszkania? Od kiedy tu są huśtawki? – staram się nie być zdezorientowany, ale nie poznaję tej okolicy.
- Tak, w tym obok naszego mieszkania – mówi i obchodzi mnie dookoła, po czym siada przede mną na piasku. – Pewnie po prostu nigdy nie zwróciłeś uwagi na to, że jest tu też plac zabaw i siłownia na powietrzu. Zawsze dochodziliśmy tylko do tamtego mostku. Nie za bardzo miałeś siłę i ochotę iść dalej – wskazuje mi ręką na miejsce, które znam.
- Nie pamiętam niczego od śniadania u Kuby. Kiedy od niego wyszliśmy?
- Graliśmy potem jakiś czas w koszykówkę, ty też grałeś, w sensie snułeś się po polu gry bardziej, ale i tak byłeś mocniejszą stroną zespołu, bo ja to w ogóle nie umiem grać, wiesz o tym – śmieje się. – Potem się rozjechaliśmy do domów, zapytałem cię jeszcze w samochodzie, czy nie masz ochoty powdychać trochę świeżego powietrza i takim sposobem znaleźliśmy się tutaj – uśmiecha się, kończąc swoją historię.
- Przepraszam.
- To nie twoja wina, że nie pamiętasz, Nathan. Spokojnie – mówi i podnosi się z ziemi, strzepując piasek ze spodni. – Musielibyśmy się zbierać, jesteśmy tu już ponad godzinę, a wieczorem jadę do pracy i chciałbym się wyspać – wyciąga do mnie rękę, a gdy ją chwytam pomaga mi wstać i powoli kierujemy się w stronę samochodu. Tylko praca zmusza go do kontrolowania czasu.
   Byliśmy tu godzinę, a ja czuję jakbyśmy nigdy nie byli nigdzie indziej, jakbym pojawił się na tej huśtawce z niczego.
   W samochodzie obserwuję, jak Kajetan zmienia biegi. Uwielbiam na to patrzeć. W jednej chwili napina rękę, tak, że kostki na dłoniach unoszą się i stają bardziej wyraźnie, a następnie zaciska dłoń trochę mocniej i dociska skrzynie biegów, na co reaguje jego mięsień na przedramieniu.  
   Nigdy nie prowadziłem auta, więc przy początkach naszej znajomości zapytałem, czy to zmienianie biegów jest bardzo ciężkie. Mówił, że nie, że robi to mechanicznie i nawet tego nie zauważa. Wydaje mu się, że nie musi w to wkładać dużo siły i faktycznie na to też wskazuje jego wyraz twarzy, ale jego prawa ręka mówi co innego.  
   Głośne trąbienie wyrywa mnie z transu, niemal podskakuję na fotelu. Patrzę na mojego chłopaka, a on zerka na krótko w lewą stronę, gdzie dwa samochody ledwo zdołały się minąć.
- Widocznie gdzieś mu się śpieszyło – mówi, ale nie denerwuje się jak inni kierowcy, nie wyzywa tamtego, nie klnie pod nosem, ani nie zaczyna trąbić ze złością. – Ważne, że nic się nie stało.
- Nie jedziemy do domu? – pytam, bo mimo że nie wiem ile już jedziemy, wiem, że jest to zdecydowanie zbyt długa podróż. Nie raz pieszo dochodzimy do parku i daję radę, a to znaczy, że nie może być, aż tak daleko. Zresztą jesteśmy na dość ruchliwej, szerokiej ulicy. Do parku jeździmy wąską, bez białych oznaczeń na niej. I w przeciwieństwie do tej, tamtą otaczają głównie drzewa.
- Masz rację, nie jedziemy, ale to niespodzianka.
- Mówiłeś, że musisz odpocząć przed pracą.
- Zdążę odpocząć, pracę zaczynam dopiero za cztery godziny. Tam gdzie jedziemy nie będziemy długo, ale obiecuję, że warto. Zresztą, to już tutaj – dodaje, zjeżdżając na oświetlony parking przy niskim, niebieskim budynku.  
   Patrzę na niego z uniesioną brwią.
- Przecież nie mam dziś zaplanowanej żadnej wizyty. Zresztą dzisiaj w ogóle przyjmuje?
- To prywatny gabinet, ma zyski to przyjmuje – śmieje się Kajetan, ale wciąż nie odpowiada, co tu robimy. - Zaufaj mi, okay? – kiwam głową. – To świetnie, chodź.
   Wychodzimy z samochodu i kierujemy się do środka. Za drzwiami nie ma tłumów, z czego niezmiernie się cieszę, widziałem już dziś dość twarzy i miałem szczerą nadzieję, że nie będę musiał się już z nikim widzieć.
   Przechodzimy parę korytarzy i docieramy do drzwi. Kajetan już ma zapukać, ale szybko chwytam go za rękę.
- Czy to konieczne? – pytam cicho.
- Zaufaj mi – odpowiada. Zbyt dużo razy powtórzył to w ciągu poprzednich chwil, czym zaczynam się niepokoić. – Dzień dobry – mówi z uśmiechem, ściskając dłoń mojego psychiatry. Powtarzam to samo.
- Dlaczego widzimy się dzisiaj? – pytam z niepewnością lekarza. – Nie miałem mieć dziś żadnej wizyty – dodaję.
- To nie wizyta, chcę tylko przekazać ci dobrą wiadomość – znów unoszę brew, z niewypowiedzianym pytaniem o jej treść. – Zmieniamy leki. Co prawda miałem ci o tym powiedzieć za tydzień właśnie na wizycie, ale twój chłopak uznał, że na tych, które bierzesz aktualnie, wystarczająco się męczysz i im prędzej tym lepiej. Pomyślałem o pewnym leku, który mógłby pomóc. Oczywiście w kontakcie z twoim terapeutą. Możesz zacząć go brać od jutra.
- Wykupimy w drodze do domu, możesz zacząć dzisiaj – wtrąca się z uśmiechem Kajetan.
- Co prawda – wzdycha mniej znajomy mi lekarz. – Leki powinniśmy dostosować w szpitalu pod okiem personelu, ale zrobię wyjątek – znów wzdycha, aby pokazać, że łamanie zasad jest dla niego ciężkie, ale robi to bym poczuł się lepiej. Powinienem podziękować, że nie każe mi iść do szpitala. – Tylko raczej ktoś powinien cię mieć na oku, aby obserwować, jak działają leki – wypowiedź była teoretycznie skierowana do mnie, ale mówiąc, patrzał na mojego chłopaka, który wciąż kiwał głową z nieznikającym uśmiechem.
- Dlaczego cię to tak cieszy? To tylko leki, nie zadziałają jak każde poprzednie. Przepraszam, ale naprawdę nie nastawiaj się zbytnio, nie chcę cię rozczarować.
- Nigdy mnie nie rozczarowałeś, nie jesteś w stanie tego zrobić – odpowiada.

   Jest druga w nocy, nucę cichą kołysankę, leżąc pod kocem i patrząc jak w transie na gotującą się wodę w czajniku.
   I? Gdzie jest ktoś kto miał mnie pilnować? Ktoś miał mnie obserwować, patrzeć jak się czuję po lekach.
   ,,Przestań, wziąłeś dopiero pierwszą dawkę, to nie przez nie masz teraz ochotę wyparzyć sobie usta. To przez to jaki jesteś i nie pomoże na to żadna chemia.”
   Racja, nie mogę być zły na Kajetana o to, że musi pracować. Nie może być ze mną cały czas, to niewykonalne. Jest mi przykro, że miałem przez moment do niego pretensje. Nikt nie robi dla mnie tyle ile on, a ja mam pretensje, że pracuje na nasze utrzymanie.
   Sprawdzam telefon, trzy nieodebrane połączenia od mojego chłopaka, dwa od Grzesia i parę sms’ów z pytaniami, czy śpię i jak się czuję.  
   Jak się czuję? Nie czuję się. Trochę jak cień, którego depczesz po nogach, ale on się nie czuje. A przynajmniej nie płacze po nocach, bo nie jest w stanie tworzyć łez.
   Odpisuję Kajetanowi, że wszystko w porządku i Grzesiowi, że nie ma się czym martwić, a potem odkładając telefon, w końcu zbieram się w sobie i zdejmuję czajnik z płyty. Część jego zawartości zdążyła wylać się już dookoła. Nalewam wody do szklanki.
   Prawda, pierwsza dawka to zbyt mało, żeby mogło pomóc od razu, więc przez moment przechodzi mi przez głowę pomysł, aby wziąć ich trochę więcej, ale to niemożliwe. Kajetan wziął je ze sobą i jedyne co mi po niech zostało to kawałek opakowania z nazwą.
   ,, - Po co to odrywasz? – zapytałem go kiedy zrobił to po raz pierwszy.
- Gdyby coś się wydarzyło i przejechałaby karetka, a w domu nie było nikogo, kto znałby nazwę.”
   Wydarzenie o jakim mówił to oczywiście wypadek, który miałby mi się zdarzyć. Celowy bądź nie. Ja byłbym w domu – logiczne – i znałbym nazwę leków, ale Kajetan zakłada, że mógłbym być nieprzytomny. Zawsze gdy wychodzi zostawia ten oderwany kawałek opakowania z nazwą na stole. Dziś zostawił nazwę nowego leku, ale nie wyrzucił jeszcze nazwy starego. Ciekawe po jakim czasie to zrobi. Kiedy tamten lek będzie już nieważny?
   Wciąż nucę kołysankę. Nie ma ona żadnej historii, mama nie śpiewała mi jej gdy byłem mały. Mama nie śpiewała.
   Słyszę zza swoich pleców pomruk aprobaty.  
   ,,Pokój jest pusty, nikogo tu nie ma. Wydaje ci się.” Dokładnie, wydaje mi się, przyznaję sobie rację.
   Czuję jednak kogoś tuż za sobą i jestem zbyt przerażony, by się odwrócić.
   ,,Miałeś mnie pilnować, Kajetan. Dlaczego cię tu nie ma? Skończ pracę, proszę. Teraz. Nikt nie potrzebuje cię w tej chwili bardziej niż ja.”
   Pewnego dnia po prostu zostałem w swoim pokoju i wszystko, co najgorsze się skończyło. Byłem pod wrażeniem prostoty tego planu, jak i tego, że zadziałał. Pokój faktycznie był bezpieczny, wystarczy w nim zostać, aby się uchronić. Ale czy we własnym mieszkaniu to nie działa? Czy to przywilej wyłącznie pokoju, w którym wtedy mieszkałem?
   Nie tańczę. Wydaje mi się, że nie tańczę, ale czuję się jakbym to robił. Nie ruszam się, nogi wbite mam w podłogę jak w beton, ale on wciąż mówi, że pięknie tańczę i że mam to robić wolniej. Więc robię to wolniej, ale jaki ruch jest wolniejszy od jego braku?
   Powietrze w jednej chwili wydaje mi się zbyt ciężkie, a ja błagam moje myśli, aby dały mi zasnąć. Wiem, że jeszcze przed chwilą nie myślałem o zasypianiu, ale teraz to zrobię. Tylko niech odejdą.
   Kołysanka nie niesie za sobą żadnej historii, ale przestałem ją nucić. Przestałem też tańczyć, a głos zza pleców zniknął. Mama nie śpiewała mi jej, gdy byłem mały i ja już jej nie zaśpiewam, bo zyskała to, czego jej brakowało i teraz już zawsze przypominać mi będzie o potłuczonych odłamkach szkła na podłodze i pustym pokoju, w którym ktoś tańczył, ale to nie byłem ja.

Dodaj komentarz