Odium // Nathaniel

Siedzę na parapecie, obserwując nocne niebo, rozciągające się za oknem. Przez moment mam wrażenie, że żadna szyba nie dzieli mnie od niekończącej się przestrzeni. Jestem tylko ja i niebo. Po chwili spadam, czując twardość tego, na czym postanowiłem spędzić dzisiejszą noc i dostrzegając na oknie zaschnięte już zacieki - które zapewne zostały tu od czasu poprzedniego mycia – uświadamiam sobie, że kula u mojej nogi nie zniknęła, a ja nie jestem wolny.
   ,,Bezwiedne unoszenie się w kosmosie to nie wolność, tylko cierpienie i modlenie się w duchu o jak najszybszy koniec” może tak, przyznaję mu rację. Może jednak cierpienie w kosmosie jest piękniejsze, od tego w pustym pokoju. Może jest nawet mniej samotne.
   Gdy moje myśli znów kierują się w stronę toksycznych schematów – których obecność uświadamiam sobie z każdym dniem coraz bardziej, ale z dnia na dzień coraz trudniej jest mi się ich pozbyć – skupiam się całym umysłem na gwiazdach. Nie potrafię już wznieść się w ich kierunku, dlatego potrzebna mi jest teoria. Suche fakty. Zaprzątam sobie, więc myśli wszelkimi informacjami na ich temat, mniej lub bardziej istotnymi. Przypominam sobie każdą lekcję fizyki, a potem wszystkie inne lekcje, ale to nic nie daje. W końcu moje myśli wracają na swoje miejsce. Wszystkie drogi prowadzą mnie do Rzymu, nawet te, które stanowią o prawach fizyki. W tym przypadku Rzym jest śmiercią.
   Sięgam po słuchawki, aby zagłuszyć przejmującą ciszę. Wolałbym teraz słyszeć nawet głos w mojej głowie, mówiący mi jak bardzo beznadziejny jestem, ale on – jak na złość – milczy. Wytrzymam te wszystkie okropne sformułowania kierowane w moją stronę, krzyczę bezgłośnie, tylko nie każ mi słuchać niczego.
   On milczy i nawet mój krzyk w myślach wydaje się nie mieć siły przebicia. Próżnia? Chyba nawet w kosmosie czułbym się głośniej.
   Czuję ciecz na twarzy i znajomy smak w ustach, moje oczy płaczą. To nie moja dusza, to tylko oczy czują się źle. Łzy płynące po moich policzkach nie są niczym niezwykłym. Po tylu latach już nikt nie zwraca na nie uwagi.  
   Po chwili zauważam, że w mojej ręce znajduje się pióro, a na kolanach leży zeszyt o czarnej okładce. Nie pamiętam, kiedy się tu pojawiały. Czy miałem zamiar coś pisać? Nawet jeśli właśnie to przyświecało mi w chwili kompletowania tych rzeczy, wiem już, że tego nie zrobię. Dlatego też nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak nagle zapragnąłem poznać stan atramentu. Chęć ta jest jednak na tyle silna, że otwieram pióro i wyciągam nabój, który przez moją nieuwagę rozlewa się na spodnie. Są jasne, zapewne nie upiorą się łatwo.
   Wiem, że powinienem jak najszybciej wrzucić je do pralki, ale moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Tak trudno jest mi unieść je choć trochę lub zrzucić z parapetu. Wpatruję się w atrament, który powoli wchłania się w materiał. Już niedługo ta plama zostanie tu na zawsze, myślę i zwracam uwagę, że brzmi to zbyt dramatycznie i nieadekwatnie do tak banalnej sytuacji.
   ,,Za późno, trzeba było wstać od razu” słyszę i wręcz oddycham z ulgą. ,,Powinieneś założyć je rano, a nie wieczorem. Kto normalny ubiera się wieczorem?”
   Bałem się po prostu, że rano nie dam rady się ubrać, tłumaczę.
   Naciągam jeszcze bardziej bluzę, którą zabrałem Kajetanowi, i która jest na mnie parę rozmiarów za duża. Zdaję sobie sprawę, że nie pozbyłem się problemu.
   Noc powoli ustępuje miejsca nowemu dniu. Gwiazdy zniknęły już jakiś czas temu, a ja w końcu zbieram się w sobie i wstaję. Pióro i zeszyt kładę na łóżku – bo nie wiem, gdzie wcześniej miały swoje miejsce - a zużyty nabój wyrzucam do kosza. Uświadamiam sobie, że znów nie spałem prawie całą noc, ale dopiero, gdy dociera do mnie ta informacja, zaczynam czuć zmęczenie. Bardzo bałem się koszmarów, które mogły się pojawić. Wiem, że nie musiały. Mogły. Wolałem nie kusić losu.  
   Słyszę otwierające się drzwi. Wiem, że to Kajetan, drzwi nie otwierają się przecież same. Stoję na środku sypialni i nie wiem, dlaczego jestem zbyt przestraszony by móc się poruszyć.
- Wróciłem - mówi mój chłopak podchodząc do mnie. Łapie mnie za ręce i lekko się schyla, aby spojrzeć mi w oczy. Jest wyższy ode mnie, a ja nie ułatwiam mu sprawy spuszczając głowę. W końcu jedną ręką ujmuje moją twarz i zmusza, abym na niego spojrzał. - Jak się czujesz? - pyta. W jego oczach widzę błysk, który pokochałem parę lat temu – pełen nadziei i spokoju.  
- Jest okay - odpowiadam krótko. - Zrobiłem Ci makaron - dodaję po chwili, próbując się uśmiechnąć, na co Kajetan również odpowiada uśmiechem. Jego jest dużo szerszy i prawdziwszy, wiem to. - Wiem, że makaron na śniadanie to niestandardowe podejście, ale…  
- Kocham niestandardowe podejścia - przerywa mi i całuje w czoło.  
   Siedzimy naprzeciwko siebie, Kajetan je i opowiada, jak minęła mu noc w pracy. Wydawać by się mogło, że jako lekarz nie ma mi zbyt dużo do opowiedzenia skoro obowiązuje go tajemnica lekarska. Jednak on wciąż mówi i mówi, wcale nie łamiąc przysięgi Hipokratesa. Uwielbiam słuchać tych wszystkich historii, uwielbiam ekspresje w jego głosie i to w jaki sposób macha rękami, kiedy się ekscytuje. Milczę, uśmiecham się nieznacznie od czasu do czasu i przytakuję.  
- A tobie jak minęła noc? - pyta, odkładając talerz do zlewu i z powrotem siadając naprzeciw mnie. Nie wiem, co mógłbym mu powiedzieć, więc wzruszam ramionami. - Spałeś? – stara się mnie nakierować pytaniami i sprowokować do mówienia. Pokręciłem przecząco głową. - No to co robiłeś? - wpatruje się we mnie wyczekująco wciąż z tym samym radosnym wyrazem twarzy.  
- Obserwowałem gwiazdy - mówię cicho.  
- Zaobserwowałeś w nich coś ciekawego? - nie pyta złośliwie, wręcz przeciwnie. Znów wzruszam ramionami. - Na pewno dobrze się czujesz? - podchodzi do mnie i kładzie mi powoli ręce na ramionach. - Nathan, jeśli coś jest nie tak, możesz mi powiedzieć - w jego oczach radość została zastąpiona troską. Kiwam głową. W tym samym momencie moja dusza zaczęła się wylewać. Z oczu płyną mi łzy, ale moja twarz pozostaje bez wyrazu.  
- Przepraszam - mówię. Mój chłopak w milczeniu wyciera mi policzki swoimi dłońmi.
- Coś jest nie w porządku - nie pyta, stwierdza. - Jesteś w stanie powiedzieć mi o co chodzi?

   Nie jestem uzależniony od leków. Zdarzy mi się od czasu do czasu wziąć ich trochę więcej, niż zalecił lekarz, ale wcale nie jestem uzależniony. Nie lubię ich smaku, po ich wzięciu nie następują żadne ,,fazy”, które by mnie w jakiś sposób podniecały. Nie jestem uzależniony od leków. Zwyczajnie od czasu do czasu, kiedy zachodzi realna potrzeba sięgnięcia po nie, zdarzy mi się wziąć trochę więcej, niż to konieczne. Dzisiaj w nocy też tak było - może dlatego nie potrafiłem przypomnieć sobie, jakiego koloru są gwiazdy.
- Wiesz, że… - zaczął Kajetan.
- Tak, wiem, tylko dwie tabletki i ani grama więcej. Przepraszam - mówię chaotycznie. Wzrok mam zawieszony na literze ,,N” w napisie New York na naszej, białej pościeli.  
   Nie wiem, dlaczego akurat Nowy Jork, dlaczego w ogóle napis, dlaczego kołdra nie może mieć innego wzoru. Nie może być cała biała, więc dlaczego nie wybraliśmy czarnej? Albo szarej? Czerwona wyglądałaby źle, ale niebieska? Granatowy pasowałby nawet do cegieł na ścianie.  
- Nathan? - usłyszałem, podnoszę głowę i widzę jak Kajetan się we mnie wpatruje. Jego wzrok nie jest męczący, nie przeszkadza mi.  
- Przepraszam, zamyśliłem się - mówię.
- Jak bardzo źle czułeś się w nocy? - nie pyta, czy czułem się źle, pyta jak bardzo, a ja nie wiem jak odpowiedzieć. Czy mam ocenić to skalą od jednego do dziesięciu? Czy może poprzez natężenie bólu? Zastanawiam się, czy ja w ogóle czułem się źle, czy okropnie i czy zmiana jednego słowa może mieć naprawdę znaczenie.  
- Było mi zimno, nie umiałem zasnąć, zapomniałem jakiego koloru są gwiazdy, poplamiłem spodnie atramentem - mówię i lekko unoszę bluzę, aby mógł dostrzec plamę. - Poza tym prawie spaliłem ten makaron - zamykam oczy i spuszczam głowę, czuję ból na skroni i już mam przepraszać, kiedy Kajetan delikatnie dotyka moich dłoni. Nic nie mówi, ale czuję jego wzrok na sobie. Niepewnie otwieram oczy. Nie uderzył mnie. Nigdy mnie nie uderzył, a ja wciąż się boję. Jest mi cholernie głupio.
- Nie przepraszaj - uprzedza mnie łagodnie, wciąż trzymając za ręce. - Nie musisz się mnie bać - mówi cicho, ale nie szepcze. Wie, jak reaguję na szept.  
- Wiem, przepraszam. Znaczy nie! - chcę się poprawić, ale nie znam słowa, którym mógłbym zastąpić to jedno, towarzyszące mi przez całe życie. - Przepraszam - rezygnuję.
- Nic się nie stało - uśmiecha się lekko. Zaraz potem wstaje i podchodzi do parapetu, na którym spędziłem dzisiejszą noc. Widzę, jak bierze do ręki żółtą karteczkę samoprzylepną i długopis, który wcześniej odłożyłem na łóżko. Napisał coś na niej i przykleił do okna. - Gdy zapomnisz, jakiego koloru są gwiazdy, spójrz na tę karteczkę – w mieszkaniu mamy już parę podobnych, przyklejonych do różnych przedmiotów, których nazwy lub zastosowania wypadają mi z głowy. - Spodnie się wypiorą - kontynuuje. - A jeśli nie to kupimy nowe. Makaron był dobry - siada na łóżku tuż obok mnie. - I bardzo Ci za niego dziękuję. Nie każdy może przyjechać z pracy i zostać przywitanym ciepłym śniadaniem. Jeśli kolejny raz będzie Ci zimno to wejdź do łóżka i nakryj się kołdrą. No chyba, że bardzo będziesz chciał patrzeć na gwiazdy, wtedy weź przynajmniej jakiś koc na kolana.  
- W minutę rozwiązałeś wszystkie moje problemy sprzed paru godzin – mówię. - Dlatego wolę, kiedy tu jesteś.  
- Nie mogę zrezygnować z pracy, Nathan. Każda chwila z tobą jest dla mnie na wagę złota, wiesz o tym, ale za co kupowałbym sobie bluzy, które mi potem zabierasz, hmm? - śmieje się. - Dzisiaj w nocy z tobą zostaję, kolejną zmianę mam dopiero jutro rano. Na co masz dzisiaj ochotę?  
- Chcę spać, jeśli tu będziesz – mówię.
   Kajetan chwilę się zastanawia, ale w momencie gdy otwiera usta, aby coś zaproponować, słyszymy pukanie do drzwi.

2 komentarze

 
  • Jimin

    Rozkręcasz sie widzę

  • Somebody

    Nikt nie komentuje, a szkoda... Bardzo subtelne, smutne i piękne jak zachód słońca.

  • XPISARZYKY

    @Somebody dziękuję 🙈