Odium // Nathaniel

Siedzę na parapecie, obserwując nocne niebo, rozciągające się za oknem. Gdy moje myśli znów chcą krążyć wokół tego jednego popołudnia, skupiam się całym umysłem na gwiazdach. Zaprzątam sobie myśli wszelkimi informacjami na ich temat, mniej lub bardziej istotnymi, przypominam sobie każdą lekcję fizyki, a potem wszystkie inne lekcje, ale to nic nie daje. W końcu moje myśli wracają na swoje miejsce. Wszystkie drogi prowadzą mnie do Rzymu, nawet te, które stanowią o prawach fizyki. W tym przypadku Rzym jest śmiercią.
Na moich kolanach leży zeszyt. Już sama jego okładka odzwierciedla moją osobę, jest czarna. W środku nie znajdują się pamiętnikowe wpisy, słówka z angielskiego, czy wiersze. W zasadzie nie ma tam nic konkretnego, nie jestem artystą, czy niewyżytym nastolatkiem po prostu potrzebuję tego zeszytu jako swoistego towarzysza.  
Sięgam po słuchawki, aby zagłuszyć głos w mojej głowie mówiący mi, jak beznadziejny jestem. To mój własny głos. Nie mam schizofrenii, więc nie mogę zarzucić chorobie, że to ona jest autorką tych wszystkich okropnych sformułowań kierowanych w moją stronę. To mój głos i nie potrafię odpowiedzieć, dlaczego wykańczam sam siebie psychicznie.  
Czuję ciecz na twarzy i znajomy smak w ustach, moje oczy płaczą. To nie moja dusza, to tylko oczy czują się źle. Łzy płynące po moich policzkach nie są niczym niezwykłym, są one tak naturalne, jak naturalne jest oddychanie przez ludzi. Po tylu latach już nikt nie zwraca na nie uwagi.  
Nie mam zamiaru nic pisać, a jednak w moich dłoniach znajduje się pióro. Nie mam zamiaru pisać, jestem po prostu ciekaw stanu atramentu. Otwieram pióro i wyciągam nabój, który przez moją nieuwagę rozlewa się na spodnie. Są jasne, zapewne nie upiorą się tak łatwo.  
Wiem, że powinienem jak najszybciej wrzucić je do pralki, ale moje nogi odmawiają posłuszeństwa. Tak trudno jest mi unieść je choć trochę lub zrzucić z parapetu. Wpatruję się w atrament, który powoli wchłania się w materiał. Już niedługo ta plama zostanie tu na zawsze, myślę i nie zwracam uwagi, że brzmi to dramatycznie i nieadekwatnie do tak banalnej sytuacji., , Za późno. Trzeba było wstać od razu”, szepczę do siebie i ostatni raz zerkam na gwiazdy.
, , Powinieneś założyć je rano, a nie wieczorem. Kto normalny ubiera się wieczorem?” to tylko moje wyrzuty sumienia. Zawsze je mam i zawsze się przed nimi tłumaczę, bo przecież nie zrobiłem tego celowo, nie chciałem zniszczyć tych spodni. Bałem się po prostu, że rano nie dam rady się ubrać. Nie chciałem źle.  
Naciągam jeszcze bardziej bluzę, którą zabrałem Kajetanowi i która i tak jest na mnie parę rozmiarów za duża. Zdaję sobie sprawę, że nie pozbyłem się problemu.  
W bluzie mojego chłopaka jest mi ciepło i przyjemnie, jednak podejrzewam, że najważniejszym jej aspektem jest to, że należy do ważnej dla mnie osoby. Gdybym kupił sobie identyczną bluzę i ją założył, nie czułbym się w niej tak dobrze. Wiem, że większość dziewczyn lubi nosić bluzy swoich partnerów ze względu na zapach ich perfum, ale mi wystarcza sama świadomość, że jest to jego bluza.  
Noc powoli ustępuje miejsca nowemu dniu. Gwiazdy zniknęły już jakiś czas temu, a ja w końcu zbieram się w sobie i wstaję. Pióro i zeszyt kładę na łóżku, a zużyty nabój wyrzucam do kosza. Zerkam na zegarek i uświadamiam sobie, że znów nie spałem prawie całą noc, ale nie czuję zmęczenia. Bardzo bałem się koszmarów, które mogły się pojawić. Wiem, że nie musiały. Mogły. Wolałem nie kusić losu.  
Słyszę otwierające się drzwi. Wiem, że to Kajetan, drzwi nie otwierają się przecież same. Stoję na środku sypialni i nie wiem, dlaczego jestem zbyt przestraszony by móc się poruszyć.
- Wróciłem - mówi mój chłopak podchodząc do mnie. Łapie mnie za ręce i lekko się schyla, aby spojrzeć mi w oczy. Jest wyższy ode mnie, a ja nie ułatwiam mu sprawy spuszczając głowę. W końcu jedną ręką ujmuje moją twarz i zmusza, abym na niego spojrzał. - Jak się czujesz? - pyta. W jego oczach widzę błysk, który pokochałem parę lat temu. Błysk nadziei, troski, spokoju i szczęścia.  
- Jest okay - odpowiadam krótko. - Zrobiłem Ci makaron - dodaję po chwili i uśmiecham się, na co Kajetan również odpowiada uśmiechem. Jego uśmiech jest dużo szerszy i prawdziwszy, wiem to. - Wiem, że makaron na śniadanie to niestandardowe podejście, ale…  
- Kocham niestandardowe podejścia - przerywa mi i całuje w policzek.  
Siedzimy naprzeciwko siebie, Kajetan je i opowiada, jak minęła mu noc w pracy. Wydawać by się mogło, że jako lekarz nie ma mi zbyt dużo do opowiedzenia skoro obowiązuje go tajemnica lekarska. Jednak on wciąż mówi i mówi, wcale nie łamiąc przysięgi Hipokratesa. Uwielbiam słuchać tych wszystkich historii, uwielbiam ekspresje w jego głosie i to w jaki sposób macha rękami, kiedy się ekscytuje. Milczę, uśmiecham się nieznacznie od czasu do czasu i przytakuję.  
- A tobie jak minęła noc? - pyta, odkładając talerz do zlewu i z powrotem siadając naprzeciw mnie. Nie wiem, co mógłbym mu powiedzieć. Nie działo się u mnie w zasadzie nic szczególnego. Wzruszam ramionami. - Spałeś? - pokręciłem głową. - No to co robiłeś? - wpatruje się we mnie wyczekująco wciąż z tym samym radosnym wyrazem twarzy.  
- Obserwowałem gwiazdy - mówię cicho.  
- Zaobserwowałeś w nich coś ciekawego? - nie pyta złośliwie, wręcz przeciwnie. Znów wzruszam ramionami. - Na pewno dobrze się czujesz? - podchodzi do mnie i kładzie mi powoli ręce na ramionach. - Nathan, jeśli będzie coś nie tak… powiesz mi? - w jego oczach radość została zastąpiona troską. Kiwam głową. W tym samym momencie moja dusza zaczęła się wylewać. Z oczu płyną mi łzy, ale moja twarz pozostaje bez wyrazu.  
- Przepraszam - mówię. Mój chłopak w milczeniu wyciera mi policzki swoimi dłońmi.
- Czyli jednak coś jest nie w porządku - nie pyta, stwierdza. - Jesteś w stanie powiedzieć mi o co chodzi? - wzruszam ramionami.


Nie jestem uzależniony od leków. Zdarzy mi się od czasu do czasu wziąć ich trochę więcej, niż powinienem, ale wcale nie jestem uzależniony. Nie lubię ich smaku, po ich wzięciu nie następują żadne, , fazy”, które by mnie w jakiś sposób podniecały. Nie biorę ich regularnie i nie mam jakichkolwiek skutków ubocznych po odstawieniu ich na parę dni. Nie jestem uzależniony od leków. Zwyczajnie od czasu do czasu, kiedy zachodzi realna potrzeba sięgnięcia po nie, zdarzy mi się wziąć trochę więcej, niż powinienem. Dzisiaj w nocy też tak było. Może dlatego nie potrafiłem przypomnieć sobie, jakiego koloru są gwiazdy…
- Wiesz, że… - zaczął Kajetan.
- Tak, wiem, nie powinienem, tylko dwie tabletki i tylko jeśli naprawdę tego potrzebuję - mówię chaotycznie. Wzrok mam zawieszony na literze, , N” w napisie New York na naszej, białej pościeli.  
Nie wiem, dlaczego akurat Nowy Jork, dlaczego w ogóle napis, dlaczego kołdra nie może mieć innego wzoru. Nie może być cała biała, więc dlaczego nie wybraliśmy czarnej? Albo szarej? Czerwona wyglądałaby źle, ale niebieska? Granatowy pasowałby nawet do cegieł na ścianie.  
- Nathan? - usłyszałem, podnoszę głowę i widzę jak Kajetan się we mnie wpatruje. Jego wzrok nie jest męczący, nie przeszkadza mi.  
- Przepraszam, zamyśliłem się - mówię.
- Jak bardzo źle czułeś się w nocy? - nie pyta, czy czułem się źle, pyta jak bardzo, a ja nie wiem jak odpowiedzieć. Czy mam ocenić to skalą od jednego do dziesięciu? Czy może poprzez natężenie bólu? Zastanawiam się, czy ja w ogóle czułem się źle, czy okropnie i czy zmiana jednego słowa może mieć naprawdę znaczenie.  
- Było mi zimno, nie umiałem zasnąć, zapomniałem jakiego koloru są gwiazdy, poplamiłem spodnie atramentem - mówię i lekko unoszę bluzę, aby mógł dostrzec plamę. - Poza tym prawie spaliłem ten makaron - zamykam oczy i spuszczam głowę, czuję ból na skroni i już mam przepraszać, kiedy Kajetan delikatnie dotyka moich dłoni. Nic nie mówi, ale czuję jego wzrok na sobie. Niepewnie otwieram oczy. Nie uderzył mnie. Nigdy mnie nie uderzył, a ja wciąż się boję. Jest mi cholernie głupio.
- Nie przepraszaj - uprzedza mnie łagodnie, wciąż trzymając za ręce. - Nie musisz się mnie bać - mówi cicho, ale nie szepcze. Wie, jak reaguję na szept.  
- Wiem, przepraszam. Znaczy nie! - chcę się poprawić, ale nie znam słowa, którym mógłbym zastąpić to jedno, towarzyszące mi przez całe życie. - Przepraszam - rezygnuję.
- Nic się nie stało - uśmiecha się lekko. Zaraz potem wstaje i podchodzi do parapetu, na którym spędziłem dzisiejszą noc. Widzę, jak bierze do ręki żółtą karteczkę samoprzylepną i długopis. Napisał coś na niej i przykleił do okna. - Gdy zapomnisz, jakiego koloru są gwiazdy, spójrz na tę karteczkę. Napisałem nawet po niemiecku, gdybyś zapomniał, co oznacza słowo żółty - żartuje, ale nie jest niemiły. - Spodnie się wypiorą - kontynuuje. - A jeśli nie to kupimy nowe. Makaron był dobry - siada na łóżku tuż obok mnie. - I bardzo Ci za niego dziękuję. Nie każdy może przyjechać z pracy i zostać przywitanym ciepłym śniadaniem. Jeśli kolejny raz będzie Ci zimno to wejdź do łóżka i nakryj się kołdrą. No chyba, że bardzo będziesz chciał patrzeć na gwiazdy, wtedy weź przynajmniej jakiś koc na kolana.  
- W minutę rozwiązałeś wszystkie moje problemy sprzed paru godzin… Dlatego wolę, kiedy tu jesteś.  
- Nie mogę zrezygnować z pracy, Nathan. Każda chwila z tobą jest dla mnie na wagę złota, wiesz o tym, ale za co kupowałbym sobie bluzy, które mi potem zabierasz, hmm? - śmieje się cicho. Ja też się uśmiecham. - Dzisiaj w nocy z tobą zostaję, kolejną zmianę mam jutro o siódmej. Na co masz dzisiaj ochotę?  
- Na spanie - wiem, jak to brzmi, nie spałem w nocy, a teraz marzę jedynie o tym, ale teraz jest bezpieczniej.
- Śpi się w nocy, mój drogi. W dzień robi się dużo ciekawsze rzeczy.  
- Na przykład? - pytam. Kajetan chwilę się zastanawia, ale w momencie gdy otwiera usta, aby coś zaproponować, słyszymy pukanie do drzwi.

2 komentarze

 
  • Jimin

    Jimin · 24 lutego · 201438654

    Rozkręcasz sie widzę

  • Somebody

    Somebody · 16 gru 2018

    Nikt nie komentuje, a szkoda... Bardzo subtelne, smutne i piękne jak zachód słońca.