Nigdy więcej 03

Kolejne dni mijały powoli i dłużyły się w nieskończoność. Upłynął zaledwie tydzień, a ja czułam się tak, jakby ktoś zabrał rok mojego istnienia, pozostawiając na pamiątkę kilka dodatkowych zmarszczek i niesmak rozgoryczenia.
     Bałam się. Zegar przeliczał sekundy w strach, a minuty w przerażenie. Choć starałam się żyć tak jak dotychczas, gdzieś podświadomie czekałam na jego ruch. Skoro znowu wpadłam w jego puste ramiona, nie pozwoli mi tak szybko o sobie zapomnieć.
     Tyle razy zastanawiałam się, czy kiedyś znowu go zobaczę i jak wtedy zareaguję. Zanim do tego doszło byłam przekonana, że przez tyle lat wyleczyłam rany i uodporniłam się na zagrożenie z jego strony. Tymczasem zasklepione blizny boleśnie otwierają się jedna po drugiej, sącząc jad, który we mnie pozostawił i który znów zaczął zatruwać moje życie.  Tylko jedna myśl nieustannie drąży dziurę w moim umyśle: czy może mnie jeszcze bardziej zniszczyć?

     W piątkowy poranek podnoszę się z łóżka z mocnym postanowieniem poprawy. Tak bardzo skupiłam się na przeszłości, że zapomniałam o życiu tu i teraz. Muszę przestać się w końcu ukrywać w swoim domu przed bliżej nieokreślonym ,,czymś”. Zmarnowałam na to całe siedem dni. A przecież ten czas miał należeć wyłącznie do mnie. Dlatego chcę jak najszybciej naprawić swój błąd i zaplanować weekend idealny.
     Rozkoszuję się smakiem kawy na balkonie. Choć jest początek czerwca, poranki są nadal rześkie, ale nie mogłam odmówić sobie tej małej przyjemności, jaką jest śniadanie na świeżym powietrzu. Po skończonym posiłku wyjmuję z kieszeni papierosy i odpalam jednego z nich. Z ulgą zaciągam się głęboko używką i delektuję się promieniami słońca, które delikatnie pieszczą moją twarz. Nagle jak natrętna mucha pojawia się w mojej głowie wspomnienie związane właśnie z nim. W odróżnieniu od poprzednich pochodzi z rozdziału mojego życia zatytułowanego ,,Szczęście”. Pozwalam sobie na chwilę niepoprawnego romantyzmu i wracam do tamtych chwil.

     Obserwowałam jak chmury leniwie przesuwają się po niebie, zakrywając od czasu do czasu słońce. Niewielkie podmuchy wiatru łagodziły wysoką temperaturę, dając chwilę wytchnienia rozgrzanemu ciału. Końcówka lipca rozpieszczała ludzi pogodą.
     Spędzaliśmy ten dzień nad jeziorem w ulubionym miejscu. Nigdy nie było tutaj nikogo poza nami, naszym głosom wtórował jedynie szum wody, obijającej się o brzeg. Mieliśmy tu tylko siebie i spokój.
     Leżeliśmy na  kolorowym kocu w ocienionym miejscu. Miałam przymknięte oczy i było mi cholernie dobrze. Byłam w posiadaniu tego, czego w tej chwili potrzebowałam najbardziej. Byłam po prostu szczęśliwa.
     Tego dnia ubrałam się w błękitną sukienkę, która eksponowała moje nagie ramiona i opalone nogi. Miłosz wykorzystywał każdą okazję, by dotknąć każdego fragmentu ciała nieosłonionego przewiewnym materiałem, co doprowadzało każdy mój nerw do stanu najwyższej gotowości. Pomimo panującego upału czułam dreszcze wędrujące wzdłuż kręgosłupa i ciepło rozlewające się w moim wnętrzu.  
- Przestań – powiedziałam cicho, choć wcale nie miałam na to ochoty.
- Wiem, że nie chcesz, żebym przestał kochanie – odparł równie cicho i podarował mi uśmiech zarezerwowany tylko dla mnie.
- Nie tutaj…
- Jak sobie życzysz  – powiedział  i złożył pocałunek na moich ustach.
- Dziękuję ci – prawie szeptałam.
- Ale za co? -  zapytał, marszcząc przy tym zabawnie brwi.
- Za to, że mnie oswoiłeś.  
- Nie jestem Małym Księciem. Powiedziałbym nawet, że jestem jego przeciwieństwem. Tylko cierpliwie czekałem na to aż pozwolisz mi, bym lepiej cię poznał.
- Jesteś moim księciem. Chciałabym, żebyś był zawsze przy mnie, ale wiem, że to niemożliwe. Proszę, pamiętaj o jednej rzeczy.
- Jakiej?
- Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś – wypowiadam te słowa i czekam na jego odpowiedź. Zamiast tego ujmuje moją twarz w swoje dłonie i całuje tak, że zapominam o całym świecie.

     Ocieram zdradziecką łzę z policzka. To już nie wróci Kamila, tego już nie ma. Próbuję przekonać do tego samą siebie, jednak z marnym skutkiem. Chwytam za telefon i wybieram z katalogu kontaktów Emilię. Przykładam urządzenie do ucha i z niecierpliwością wsłuchuję się w sygnał połączenia. Gdy słyszę znajome ,,halo”, staram się, żeby mój głos zabrzmiał w miarę normalnie.
- Hej wariatko, co u ciebie?
- Doczekałam się, nareszcie! Co się z tobą dzieje kobieto? Od tygodnia milczysz jak zaklęta – przyjaciółka wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.
- Wzięłam urlop od życia. Ale już się tak nie złość, bo mam propozycję. Nie do odrzucenia.
- Zamieniam się w słuch.
- Może chciałabyś wpaść do mnie dzisiaj wieczorem? Zorganizujemy sobie babski wieczór, jakieś procenty, dobre jedzenie. Co ty na to?
- I to mi się podoba! O której mam przyjść?
- Możesz być o 19. Jakby coś się zmieniło, dam ci znać.
- Ok. Kama, coś się stało?  – Em pyta ostrożnie.
- Nie, wszystko w porządku. Czemu pytasz?
- Wiesz… Nie dajesz znaku życia, a jak już dzwonisz, masz taki smutny głos – przyjaciółka wydaje się być szczerze zmartwiona.
- Naprawdę nic takiego się nie stało – kłamstwo gładko wychodzi z moich ust. -  Wiesz, muszę już kończyć. Mam jeszcze parę spraw do załatwienia. Do zobaczenia później! – mówię szybko i nie czekając na odpowiedź przyjaciółki, przerywam połączenie.
Muszę wyrzucić to z siebie, bo w końcu zwariuję. Poza tym, kiedy spotkam się z Em, nie utnę tematu tak łatwo jak przez telefon. Dzisiaj jest ten dzień, w którym wyjawię komuś swój sekret i powiem prawdę. No może część prawdy.

     Przeglądam ubrania, chociaż sama nie wiem, czego konkretnie szukam. Z rezygnacją siadam na puszystym dywanie i wgapiam się we wnętrze szafy. Nie mam w co się ubrać. Problem, z którym zmierza się codziennie połowa populacji. Oczywiście ta piękniejsza połowa. Zerkam na widok za oknem i zastanawiam się jak dopasować swoje opakowanie do panujących warunków atmosferycznych. Postanawiam zaszaleć i założyć dżinsowe, poszarpane szorty. Czas pokazać kawałek ciała, póki jest jeszcze co oglądać. Dobieram do tego czarny t – shirt i długi trencz w tym samym kolorze. Przebieram się, robię delikatny makijaż i robię z włosów ,,cebulę”. W przedpokoju zgarniam z  półki małą torebkę, do której wrzucam dokumenty, portfel i klucze. Zakładam jeszcze na głowę ulubione okulary przeciwsłoneczne w złotych oprawkach  i wychodzę z mieszkania.  

     Co mnie podkusiło, żeby tu przyjść. Dopiero kiedy znalazłam się w galerii handlowej, przypomniało mi się czemu nienawidzę tego typu miejsc. Ludzka masa bezmyślnie gapiąca się w produkty konsumpcyjnego świata. I w tym wszystkim ja, tak samo głupia i skołowana.
     Wchodzę do jedynego sklepu w tym mieście, w którym pomimo braku działu dziecięcego, mogę kupić idealnie dopasowane na długość spodnie. Zauważam grupkę nastolatek, gadających tak głośno, że nie można przejść obok nich obojętnie. Przez chwilę lustruję je wzrokiem i zastanawiam się czy już do reszty postradałam zmysły. Mam wrażenie, że troi mi się w oczach. Albo to jakiś atak klonów czy coś. Cztery niewiasty mniej więcej w wieku starszej gimbazy, od stóp do głów identyczne. Przywdziane we wszystko, co można określić mianem ,,modne”. Aż mnie mdli na ten widok. Nie, żebym była jakaś wyjątkowa, jak płatek śniegu, ale to już lekka przesada. Jeszcze te przerysowane makijaże. Promocja na kolorówkę w drogerii na  ,,R” powinna mieć jakieś ograniczenia wieku. A szminka w odcieniu dojrzałej czereśni nie jest odpowiednia ani dla tych pań, ani na tę porę dnia. Odwracam głowę i jestem zażenowana tym, dokąd zmierza ten świat.
     Po zakupie kilku drobiazgów uzupełniających moją garderobę, dochodzę do wniosku, że koniec tego cyrku na dziś i pora opuścić to miejsce. Kierując się do wyjścia, przechodzę obok wypasionego butiku z ekskluzywnym obuwiem. W sklepowej witrynie dostrzegam ósmy cud świata, coś czego nie mogła stworzyć ziemska istota. Szpilki, na których widok się ślinię, są idealne w swojej prostocie. Fakt, że nie noszę tego rodzaju obuwia, przestaje mieć w tej chwili jakiekolwiek znaczenie. Sens mojego życia sprowadza się teraz do zakupu pary czarnych bucików, których jedyną ozdobą są złociste i ostre jak sztylet obcasy. Będą moje, bez względu na cenę.

     Stawiam na stoliku w salonie przekąski, które przygotowałam na posiedzenie z przyjaciółką i zerkam na telefon. Z ulgą stwierdzam, że jednak zdążę wziąć prysznic i przebrać się, zanim Em zjawi się w moim mieszkaniu. Kiedy po wyjściu z łazienki, zapinam na nadgarstku zegarek, słyszę ciche pukanie do drzwi. Otwieram i wybucham śmiechem.
- Emilka czy ty na głowę upadłaś! To miał być babski wieczór, a nie jakieś menel-party – wpuszczam ją do środka i nie mogę powstrzymać się od ciągłego chichrania.  
- Gdybyś była bardziej inteligentna, to wiedziałabyś, że pomiędzy jednym a drugim wydarzeniem istnieje bardzo cienka granica. Zamiast śmiać się jak głupi do sera, powiedz mi lepiej, gdzie mam to postawić. To jest cholernie ciężkie – mówiąc to unosi lekko dwie reklamówki pełne alkoholu.
- Daj to mordeczko. I idź odpocząć, bo nieźle się namachałaś z tymi siatami.
Układam w lodówce piwo i po chwili moszczę się na kanapie obok Em. Z rozbawieniem wpatruję się jak wpycha trzy koreczki naraz do ust.
- Wykałaczki nie są jadalne, to się wyrzuca dzikusie.
- Oj dobra, przestań. Musiałam zaspokoić pierwszy głód. Dobrze, że chociaż ty potrafisz przygotować coś, co nadaje się do spożycia. Ja przypalam nawet wodę na herbatę.
- Przecież mówiłam ci… - chciałam po raz setny rozpocząć swój wykład, ale jak zwykle nie jest mi to dane.
- Tak wiem, mówiłaś mi, że gdybym tylko chciała i spróbowała to nauczyłabym się gotować. Problem w tym, że mam dwie lewe ręce w kuchni i nie mam zamiaru tego zmieniać. Wolę uczyć się nowych sztuczek, które przyniosą pożytek w sypialni – śmieje się i porusza znacząco brwiami – Dawaj te browary, bo usycham.
Przynoszę z lodówki piwo i nalewam nam do szklanek. Co chwilę wybuchamy niekontrolowanym śmiechem, komentując w międzyczasie programy telewizyjne włączone w tle. Po upływie zaledwie godziny, czuję przyjemny szum w głowie, a po mojej przyjaciółce widać już pierwsze symptomy upojenia alkoholowego. Zabiera pilot ze stolika i przełącza z uporem maniaka kanały w TV.
- I proszę bardzo co my tu mamy. O wampiry! I ten no… Jak mu tam… Patison!
Kiedy to słyszę, prawie duszę się ze śmiechu. Staram się uspokoić i wytłumaczyć Em zaistniałą pomyłkę.
- Pattinson debilu! Patison to taka mała dynia.
- Pattinson czy patison. Jeden chuj! Poza tym jak mu się tak przyjrzeć z bliska, to on jest nawet podobny do dyni.
- Co ty gadasz, fajna dupeczka z niego. Ruchałabym – odpowiadam ze śmiechem.
- Powaliło cię?! Przecież on wygląda, jakby ktoś mu przywalił patelnią. I to kilkukrotnie.
- Mamy zupełnie inny gust co do facetów. Dzięki Bogu – udaję, że zbieram niewidzialny pot z czoła. Moja towarzyszka nagle poważnieje.
- Kama, powiesz mi co się dzieje u ciebie? Naprawdę się martwię.
Przez chwilę zastanawiam się jak ubrać w słowa moje wyznanie. Decyduję się po prostu wylać z siebie to, co tak skrzętnie ukrywam przed światem.
- Ostatnio, po tym jak rozstałyśmy się w klubie, ja… Spotkałam swojego byłego faceta – patrzyłam jak piwo, które próbowała przełknąć Em ląduje na podłodze.
- Co ty powiedziałaś?! Ty miałaś jakiegoś faceta?! Dlaczego ja o tym nic nie wiem? – pyta zaskoczona.
- To było dawno temu. Minęło pięć lat odkąd się rozstaliśmy. Nie chciałam wracać do tej historii. Ale ona wróciła do mnie – kiedy kończę swoją wypowiedź, próbuję zapanować nad emocjami, które znowu zalały moje serce.
- To był twój pierwszy facet. Pierwszy we wszystkim?
- No prawie…
- To znaczy?
- Ja z nim nie… Jestem dziewicą – czuję, że moje policzki płoną żywym ogniem. Patrzę niepewnie na Emilkę i mogłabym przysiąc, że słyszę jak jej szczęka opada z hukiem na podłogę.
- To teraz jestem w szoku. Nie oceniam cię, jestem tylko zaskoczona. Zawsze wydawałaś się taka wyzwolona i pewna siebie. Nigdy nie pomyślałabym, że ty nigdy… Ale to nic nie zmienia. Dlaczego się rozstaliście?
- Miałam wtedy osiemnaście lat, on był cztery lata starszy. Mieliśmy zupełnie inne spojrzenie na świat, nasze potrzeby też się różniły.
- Nie mówisz mi wszystkiego.
- Emilka… On mnie… On mnie bardzo skrzywdził -  czuję, że więcej dziś nie zniosę, ale staram się kontynuować – Kochałam go tak, jak nikogo wcześniej. Oddałabym własne życie za niego -  nie mogę wydusić z siebie już żadnego słowa.
- Rozumiem, nie musisz nic mówić – przyjaciółka przytula mnie mocno do siebie, a zbudowane tamy, puszczają nagle i wylewam potok łez, mocząc jej czerwoną bluzkę.

     Jest mi zimno, a strach krępuje moje ruchy lepiej niż żelazny łańcuch. Fizyczny ból nie był najgorszy, najbardziej raniło mnie to, że zawiodłam się na kimś komu tak bardzo zaufałam. Słyszałam odgłos jego kroków na betonowej powierzchni, wahał się co zrobić. W momencie podjęcia decyzji, nie mam żadnych szans na krzyk sprzeciwu. Zdecydowanym ruchem rozrywa moją koszulę, a tępy odgłos upadających guzików, jest zbyt głośny niż powinien.  Ściąga moją spódniczkę i zanim jestem w stanie się zorientować, pozbawia mnie też bielizny. Jestem obnażona, bezbronna. Gładzi moje ciało wilgotną dłonią, po czym zaciska ją na szyi.
Odbiera mi dopływ tlenu, a ja próbuję ostatkiem sił walczyć o oddech. Kiedy jestem już na granicy świadomości, słyszę niewyraźny szept: ,,Jesteś moja”.

     Zrywam się jak oparzona z mokrej pościeli i biegnę do łazienki. W ostatniej chwili otwieram ubikację i wylewam z siebie wszystko to, co zalegało w żołądku. Trwa to na tyle długo, że obawiam się wyrzygania mózgu, o pozostałych wnętrznościach nie wspominając. Opieram rozgrzane czoło o zimne kafle i  staram się uspokoić skołatane nerwy. Niezgrabnie podnoszę się z podłogi i dostrzegam po drugiej stronie pomieszczenia swoje odbicie w wielkim lustrze. Kieruję wzrok na dolne partie swojego ciała i skupiam uwagę na swoim łonie. Szkarłatne smugi układające się w literę M. Dowód rzeczowy mojego cierpienia.  
To nie był sen.



Drodzy czytelnicy! Serdecznie przepraszam za wszystkie błędy, obiecuję, że kiedyś je poprawię:) Dziękuję wszystkim za łapki i komentarze. Z racji mojej pazernej natury proszę o więcej:D Jeszcze raz dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie mojego opowiadania<3

1 037 czyt.
100%187
Black

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2653 słów i 15119 znaków

Komentarze (7)

 
  • AnonimS

    AnonimS 10 czerwca

    Dobrze to jest napisane. Wciąga czytelnika i to takiego jak ja, który nie przepada ani za dramatami ani za miłosnymi. Tylko masz pecha, bo że względu na kategorię dużo mniej osób tu zagląda. Byle jak napisany tekst z kategorii erotyczne ma znacznie więcej czytań. A szkoda. Bo piszesz ciekawie, perfekcyjnym językiem i można się od Ciebie wiele nauczyć. Pozdrawiam

  • candy

    candy 4 kwietnia

    A nie, jednak nie lecę, bo to już koniec... a więc czekam na dalsze!

  • candy

    candy 4 kwietnia

    Odwracam głowę i jestem zażenowana tym, dokąd zmierza ten świat. - to ja codziennie XD a co do tego, co właśnie przeczytałam: o cholerka lecę dalej

  • Malutkaaajaaa

    Malutkaaajaaa 29 marca ip:896447

    Kiedy dalsza część?

  • Senea

    Senea 13 lutego ip:54240197

    Swietnie sie czyta. Znakomicie pobudzasz ciekawosc. Mam niedosyt. Czekam na wiecej.

  • Somebody

    Somebody 12 lutego

    Zajebiste!

  • agnes1709

    agnes1709 12 lutego

    No dobra, więc tak! Jak zawsze przepięknie, jestem zachwycona, a końcówka to w ogóle na medale... tak, nie na medal - na MEDALE, ale... (rym niecelowy, ale skoro już jest...). Ja bym była za tym, żebyś napisała ze dwadzieścia części na raz ( w jeden dzień), żebym spokojnie walnęła dupą na łóżku z telefonem w garści i miło spędziła czas. Zdecydowanie za mało tego dobra