Szukałem cię cz.15

‘Jak ludzie noszą w swoim sercu miłość,
tak ja- noszę nienawiść.
Wyssana z mlekiem matki chęć zemsty,
skłania mnie do złych uczynków.
Jestem ślepy i głuchy na ludzkie uczucia, pragnienia, prośby,  
choć mam oczy oraz uszy.  
Pragnę krzyczeć, lecz milczę,  
by nie przestraszyć innych swoimi zamiarami.
Coś każe mi tu wejść
jednak stoję pod tymi drzwiami niekończącej się gehenny,  
którą sam zgotowałem.
Ja jestem tu,
wy- tam,
jednak nadal w tym samym piekle,
trwając w bezlitosnej torturze,
czując jedną i tę samą udrękę,
umieramy po cichu…
Upadłe anioły wyciągają do nas ręce.’

    Leokadiusz wszedł powoli do komnaty, w której rozegrała się scena niespodziewanej, okrutnie męczącej, śmierci. Kiedy, zobaczył ciała swojego rodzeństwa, zaczął wątpić w to, że jeszcze tam byli. Pozostała tylko anatomia. Jego bracia stali się nicością, zwykłym prochem leżącym na tej zimnej posadzce. Mężczyzna podszedł do Przemysława i odgarnął długie włosy z jego bladej twarzy. Strużka krwi wypływała z sinych ust, napawając Leokadiusza dumą. Zimne, lecz dziwnie przyjemne dreszcze przeszły po plecach przyszłego króla. Rzucił chłodne spojrzenie na Maxymiliana. Młodzieniec wyglądał na jeszcze bardziej giętkiego i słabszego niż dotychczas. Następca tronu podniósł z ziemi martwego brata. Trzymając go w swoich silnych ramionach, zaśmiał się głośno:
-Wy, głupcy!... Wcale mi was nie szkoda… Naiwni marzyciele…- upuścił bezwładne ciało, wstając z trudem. Miał ponad czterdzieści lat, a kości i mięśnie odmawiały mu już posłuszeństwa. Mimo wszystko, od zawsze udawał, że jest silny, czuje się znakomicie, młodo i zdrowo, by robić na ojcu pozytywne wrażenie, a po jego śmierci- zostać królem. Kiedy on już opuścił ten świat, pozbył się braci, by nie przeszkadzali mu w drodze po koronę. Delektował się smakiem zwycięstwa, patrząc na zmarłych mężczyzn.
-Do zobaczenia na pogrzebie- szepnął, nachyliwszy się nad nimi.- Z przyjemnością zakopię was w tej czarnej ziemi- dodał cierpko. Wyszedł, trzasnąwszy za sobą drzwiami.  
    Nazajutrz Leokadiusz skierował się na puste ziemie należące do wojska. Jechał spokojnie przez kilka dni i dotarł bez zbędnych przygód. Na tamtym placu rycerze ćwiczyli przed każdą wojną i szkolili młodzież. Tym razem przyszły król zwołał całą armię, jej przywódców oraz Thiaga, by omówić szczegóły wyprawy, której celem było zamordowanie Miguela. Za wszelką cenę chciał zabić konkurenta, by zawładnąć ziemiami, które po śmierci Santiaga, należałyby do księcia. Poza tym, pragnął pomścić ojca. Nie wierzył, że tak silny człowiek, jak on, zginął z ręki królewicza. Uważał Oktawiusza za wzór, był jego autorytetem. Od najmłodszych lat ojciec uczył go nienawiści do wroga i wmówił, że morderstwo to najlepsze rozwiązanie problemu. Leokadiusz, tak samo jak ojciec, nie miał litości.
-Wiadomo coś?- spytał Leokadiusz, gdy usiadł na bogato zdobionym tronie.
-Nie, panie- odparł Thiago, czując rezygnację.- Nie ma śladu do twym ojcu.  
-Musicie go znaleźć. Tak wielki i sprawiedliwy władca nie może leżeć gdzieś w zimnym miejscu, wśród głodnych hien!...- warknął przez zaciśnięte zęby przyciszonym głosem. Sługa kiwnął głową.- Dobrze się spisałeś- dodał, patrząc mu w oczy.
-Tylko wykonałem twój rozkaz. Nie oczekuję niczego w zamian.
-Dostaniesz najwyższe stanowisko, gdy tylko zabiję tę żmiję i…- uciął, widząc biegnącego mężczyznę. Był to człowiek, który wyruszył w wyprawę razem z Tatianą. Często pisał coś na małym skrawku papieru, siedząc pod drzewami. Cały czas milczał, a gdy ktoś go zawołał- przychodził niepewnym krokiem, patrząc nieufnie. Widać było trud drogi, jaki przyszło mu znieść: miał poszarpane ubranie i dyszał ciężko. Kiedy dobiegł do Leokadiusza, padł na kolana i uśmiechnął się lekko:
-Panie, jak dobrze cię widzieć.
-Masz jakieś wieści?
-Nie sądziłem, że tu jesteście. Na szczęście nie musiałem długo jechać…- wydusił, zmęczony długim biegiem.- Owszem, mam.
-Gdzie schował się ten barbarzyńca?
-W starym zamku.
-Doprawdy?- zaśmiał się szyderczo.- Zatem nie będziemy musieli długo tam jechać. Jestem mile zaskoczony.
-Ta dziewka…- wtrącił, wahając się. Spojrzał na Thiaga, który nie spuszczał z niego wzroku. Patrzyli na młodzieńca z zainteresowaniem.- Urodziła…
-Co za dziwka…- Leokadiusz prychnął z wyraźną pogardą w głosie.  
-Panie… to dziecko Miguela. Chłopiec…- wydusił, schylając głowę. Jasne włosy opadły mu na twarz.
    Leokadiusz spojrzał na blondyna z niedowierzaniem. Zamrugał kilkakrotnie, jakby chcąc przejrzeć na oczy i przeniósł wzrok na Thiaga, który wzruszył ramionami, będąc w niemniejszym szoku niż przyszły władca. Syn Oktawiusza pokręcił przecząco głową, ponownie patrząc na przybysza. Chłopak drżał ze strachu. Czując niepewność, oddychał niespokojnie. Zalały go zimne poty. Wbił wzrok w ziemię i nie śmiał patrzeć na zdenerwowanego Leokadiusza.
-Chcesz mi powiedzieć, że Miguel ma syna?- spytał po chwili, niedowierzając. Blondyn leciutko pokiwał głową.- Więc co tu jeszcze robisz?!- wrzasnął nagle, wstając szybko z tronu. Chłopak skulił się, słysząc przeraźliwy wrzask.- Masz zabić tego bachora!
-Panie… to niewinne dziecko…- załkał chłopak, chowając twarz w dłoniach.
-Niewinne dziecko?!- szarpnął go za włosy, zmuszając tym samym, by na niego spojrzał. Blondyn dostrzegł furię w jego oczach.- Poza tym… jak śmiesz mi się sprzeciwiać?! Ten babsztyl ma prawo do tronu po śmierci tego niedołęgi, Miguela! Jesteś głupi, że nie domyślasz się tak prostych rzeczy! Wracaj tam i zabij jego syna! Jeszcze tego nam brakowało!  
     Blondyn spuścił wzrok w ziemię. Po jego policzkach spłynęły wielkie łzy rozpaczy. Nie chciał tego robić. To wszystko kosztowało go zdrowie, było zbyt dużym wyzwaniem. Miał dopiero piętnaście lat. Ogromna wrażliwość i dobre serce zabraniały mu popełnić tak wielkie przestępstwo. Wiedział, że jeśli to zrobi, rodzice Ericka będą rozpaczali. Kręcił przecząco głową, nie mogąc sobie wyobrazić tej gehenny. Schował twarz w dłoniach, bojąc się kary, jaką Leokadiusz może mu wymierzyć za niewykonanie rozkazu. Spojrzał z nienawiścią na swojego pana:
-Nie zrobię tego…
-Słucham?...- kucnął przed nim. Spojrzał na jego zapłakaną twarz i wymierzył mu bolesny policzek.- Nadal tak sądzisz?
-Nie mogę go zabić…- załkał głośno.
-Zamilcz, psie- uderzył go ponownie, tym razem jeszcze mocniej. Chłopak wybuchł głośnym płaczem, nadal nie zmieniając zdania.  
-Nic mnie nie przekona…
-Zamknij się, powiedziałem!- wrzasnął, chwytając go z całej siły za gardło. Młodzieniec posiniał na twarzy i nie mógł złapać powietrza. Próbował wyrwać się z uścisku Leokadiusza, lecz nie miał na to siły.- Skoro tego nie zrobisz, zamorduję cię własnymi rękoma!- przybliżył się do niego, ściskając jeszcze mocniej jego chudą szyję. Blondyn płakał, patrząc błagalnym wzrokiem na księcia, który jednak kompletnie nie zwracał uwagi na jego wyraz twarzy i ból, jaki mu zadawał. Gwałtownie pchnął ofiarę na ziemię. Piętnastolatek kasłał ciężko, próbując oddychać głęboko. Spojrzał na przyszłego władcę. Był wysoki i dobrze zbudowany- kompletne przeciwieństwo jego kruchej, niskiej sylwetki. Trzymał miecz w silnej dłoni, patrząc na niego bez mrugnięcia okiem.
-Panie…
- Pomyśl, o czym chcesz, mów, co chcesz, pomódl się… To twoja ostatnia minuta życia- jego słowa wywołały gęsią skórkę na ciele nastolatka. Trząsł się, jak galareta, a łzy spływały po jego policzkach szybko, jak wodospad. Rozmazany obraz nie pozwalał mu zobaczyć ludzi stojących wokół, ani tego ostrza, które przyniesie mu zagładę… Splótł trzęsące się dłonie, wypowiadając drżącymi ustami modlitwę. Wzniósł oczy ku górze, oddychając ciężko. Rozejrzał się dookoła, chcąc zapamiętać choć ten rozmazany widok… Zamknął oczy, pogrążywszy się w ciemności, by nie widzieć unoszącego się miecza. Zadrżał przeraźliwie mocno na myśl o piekielnym bólu i końcu, którego nigdy nie chciał. Zacisnął usta w cienką kreskę, raniąc delikatne wargi, z których spłynęła krew. Chwilę później poczuł mocne uderzenie i usłyszał charakterystyczny dźwięk upuszczanego z impetem, długiego ostrza. Jego głowa padła na bruk, a krew trysnęła strumieniami. Żołnierze oraz przywódcy spojrzeli po sobie przerażeni, niektórzy nawet zwymiotowali, widząc drastyczną scenę.  
-Zabrać- Thiago zwrócił się beznamiętnym tonem do jednego z wojskowych. Zabrał ciało, wlokąc je za sobą w kierunku pobliskiego lasu.  
-Ktoś ma coś do powiedzenia? Jesteście tchórzami, czy może bohaterami i zabijecie to dziecko?- nikt nie odpowiadał na pytania Leokadiusza. Wszyscy milczeli jak grób, nadal nie wierząc w to, co się przed chwilą stało.-Komu służycie, barany?!- wrzasnął, unosząc się gniewem.
-Tobie, panie…- padła cicha odpowiedź ludu.  
-Więc zbierajcie się! Thiago, ile potrwają przygotowania?
-Wszystko już gotowe, wasza wysokość- odparł drżącym głosem.
-Zatem ruszamy. Nie ma na co czekać- wsiadł na swojego konia. Dwudziestu wyznaczonych przez Thiaga, najlepszych żołnierzy, poszło w ślad za Leokadiuszem i jego wiernym sługą. Ruszyli w stronę starego zamku.  
    Jakby na znak śmierci niewinnych braci i nastolatka, chmury spuściły na ziemię ogromny, zimny deszcz, przerażające pioruny oraz głośne grzmoty. Konie były niespokojne, warunki nie sprzyjały miłej, łatwej drodze. Wszyscy dość zgrabnie ominęli cuchnące bagna, drżąc z zimna. Temperatura spadła nagle o ładnych kilkanaście stopni. Mimo braku upału, wojskowym ogromnie chciało się pić. Co niektórzy zdecydowali się wystawić puchar na deszcz, by zgasić pragnienie, pijąc deszczówkę. Po tym, jak Leokadiusz potraktował Maxymiliana, Przemysława i tego niewinnego chłopca, bali się prosić o postój.  
-Panie, napójmy konie- powiedział Thiago, patrząc niepewnie na księcia.
-Za chwilę będziemy na miejscu- burknął, wskazując górę prowadzącą do starego zamku.  
-Więc… może odpocznijmy, by mieć siłę walczyć z wrogiem…
-Śmiesz mi rozkazywać?!- zmarszczył brwi, podnosząc głos.
-Ależ, nie, skądże… Tylko proponuję.
-Lepiej przemyśl cały plan ataku.
-Panie, nie wiedziałem o tym dziecku… Kim najpierw się zajmiemy?
-Co sądzisz?- odparł pytaniem na pytanie.  
-Miguel z pewnością będzie chciał chronić syna, zatem lepiej na początku zabić jego, a potem tego babsztyla…
-Ilu mają ludzi?
-Hmm… Nie mam pojęcia. Jednak widząc tyle grobów, zostało ich może dwudziestu.
-Czy Santiago przysłał im dodatkowych żołnierzy?
-Obyś nie miał racji, wasza miłość.  
    Ostatni żołnierze zaczęli wjeżdżać na górę. Byli przemoknięci do suchej nitki, zmęczeni i nadal przestraszeni. Wojskowi spojrzeli pytająco na Thiaga. Sługa zmrużył oczy, chcąc dojrzeć, czy ktoś znajduje się przy bramie. Mgła przysłaniała mu cały obraz, ledwo co było widać most, po którym mieli przejechać.  
-Nic nie widzę- stwierdził, wzdychając ciężko.- Dojrzę coś, gdy podjadę bliżej. Panie, jedź po środku, byś był bezpieczny- Leokadiusz wykonał jego prośbę, czując narastającą adrenalinę. Chęć zemsty wypełniała go od środka, rozpływając się falą ciepła po całym jego ciele.  
    Wszyscy usiedli wygodniej w siodłach i zaczęli powoli zbliżać się do wielkiej bramy. Im bliżej byli, tym wyraźniej widzieli czterech strażników pilnujących wejścia bacznym okiem. Rozglądali się wkoło, trzymając w mocno zaciśniętych dłoniach, ciężkie miecze. Thiago wydał rozkaz, by się zatrzymać. Wszyscy po cichu wyjęli miecze i czując narastające napięcie, wpatrywali się we wrogów mrożącymi krew w żyłach, spojrzeniami. Sługa gwałtownie machnął ręką na znak rozpoczęcia walki. Z dwudziestu gardeł wydobył się przeraźliwy, nieludzki wrzask. Jak jeden mąż rzucili się na zdezorientowanych przeciwników, przebijając ich ciała na wylot. Wyrwali klucze z zaciśniętych dłoni nieżyjących ochroniarzy i otworzyli ciężkie bramy, po czym bez zbędnych ceremonii wdarli się na plac, zabijając kilku bezbronnych służących. Wszyscy uciekali przed zbójami w popłochu, czując oddech śmierci na plecach. Kiedy na zewnątrz wszyscy leżeli martwi, żołnierze wyburzyli drewniane drzwi zamku z bardzo głośnym hukiem. Ten sam krzyk poinformował trzydziestu żołnierzy Miguela o nieproszonych gościach. Chwycili miecze i strzały, czując mocne bicie serc. Wytężyli wzrok i widząc żołnierzy przeciwnika, wystrzelili w ich kierunku zatrutą broń, która trafiając celnie, zabiła pięciu mężczyzn.  
-Co to?- spytała Tatiana, tuląc syna w ramionach.  
-Nie wiem…- odparł drżącym głosem Miguel. Lekko uchylił drzwi. Słychać było krzyki bólu i odgłosy walki.
-Co się dzieje?...- dziewczyna mocniej przytuliła maleństwo.
-Poczekaj…- szepnął, chcąc wyjrzeć, by dowiedzieć się prawdy.
-Nie idź!...- złapała go za ramię.- Poczekaj.
-Na co? Aż tu przyjdą?
-Myślisz, że to on?...
-A któż by inny?
    Ich rozmowę przerwał przeraźliwy wrzask Leokadiusza:
-Wyjdź, książę! Stań do walki jak prawdziwy mężczyzna!  
    Królewicz spojrzał pytająco na ukochaną, głośno przełykając ślinę. Dziewczyna miała łzy w oczach. Trzęsła się ze strachu, oddychając niespokojnie. Spojrzała na Ericka. Spał smacznie, nie będąc świadomym, jakie piekło rozpętało się w zamku. Ludzie umierali w męczarniach, krzycząc przeraźliwie, słychać było uderzenia broni.  
-Połóż syna na łóżku- szepnął.
-Po co?- załkała cichutko.
-Rób, co mówię.
-Miguel, oni najpierw zabiją ciebie, a potem nas. Nie idź tam…
-Chcesz zginąć?
-To ty idziesz prosto pod topór!...- z trudem powstrzymywała się od głośnego płaczu. Widząc, że książę pozostaje nieugięty, wykonała jego rozkaz. Spojrzała na niego pytająco.
-Zamknij drzwi na klucz i dosuń tu biurko- powiedział, przysuwając mebel pod drzwi.- Milcz jak grób. Nie płacz, bo cię usłyszą. Weź go na ręce i schowaj się w kącie- wyrecytował szybko, patrząc jej w oczy. Zalewała się łzami, nie wiedząc, co się dzieje. Za szybko. Nie byli na to gotowi.
-Książę…
-Kocham cię- otarł łzy z jej pięknej twarzy i pocałował tak namiętnie, jakby miałby to być ich ostatni pocałunek. Cicho opuścił salę. Tatiana posłusznie zamknęła drzwi na klucz i przysunęła do nich biurko.  
    Miguel na trzęsących się nogach zszedł po schodach. Widok, jaki zastał na parterze, zamurował go. Zaledwie dwudziestu ludzi walczyło do końca, dysząc ciężko i krzycząc głośno z wycieńczenia. Wśród nich był Leokadiusz. Mordował z zimną krwią. Trzydziestolatek od razu przypomniał sobie Oktawiusza. Ten sam charakter. Ta sama nienawiść i chęć zemsty, zwycięstwa. Szala zwycięstwa przechylała się na stronę Miguela jednak dobrze wiedział, ze walka dopiero się zacznie…
-Przyszedłeś- stwierdził Leokadiusz z drwiącym uśmieszkiem na twarzy. Zmierzył przybysza od stóp do głów.- Gdzie ta prostytutka i wasz bachor?
-Waż słowa- warknął, wyciągając miecz. Miał przy sobie też zatruty nóż. Zszedł z ostatnich dwóch schodków, po czym stanął naprzeciw przeciwnika.
-Zabiłeś go…- jeszcze mocniej zacisnął dłoń na rękojeści miecza, marszcząc czoło. Drżał z ekscytacji i chęci zamordowania nieprzyjaciela.  
-Tak- odparł oschle, obserwując jego reakcję z satysfakcją.- Jeśli nie odejdziesz, to samo zrobię z tobą.
-Nie po to tu przyszedłem, by zginąć z ręki nieudacznika!- podniósł miecz.  
    Ich bronie skrzyżowały się w górze. Dwunastu pozostałych przy życiu żołnierzy Migueal ruszyło mu z pomocą. Pięciu silnych wojskowych Leokadiusza wsparło swego pana w walce. Pot lał się z ich zmęczonych ciał strumieniami. Krzyki nienawiści roznosiły się po pustym pomieszczeniu. Dwóch ludzi trzydziestolatka padło na ziemię, dostawszy bolesnych okaleczeń. Tamci dopadli do nich i zamordowali z zimną krwią, wypruwając wnętrzności. Wrzask piekielnego bólu dodatkowo zdenerwował Miguela. Po jego stronie zostało już tylko dziesięciu żołnierzy!
-Giń, łotrze! – krzyknął ostatkami sił syn Santiaga.
-Więc przestań się bawić!- zadrwił, Leokadiusz odpychając go z całej siły. Miguel zachwiał się mocno. Zakręciło mu się w głowie. Zabolało go serce. Oddychał ciężko, czując suchość w gardle.  
    Daniel dołączył do walki, gdy przyniósł dodatkowy sprzęt. Chwycił najlepszy miecz, jakim dysponował i ruszył na Thiaga. Sługa padał na twarz. Ledwo co miał siłę stać o własnych siłach. Za to przyjaciel Tatiany był w pełni sił. Rzucił się na nieprzyjaciela, powalając go na ziemię. Wbił zatruty nóż prosto w jego serce. Krew spłynęła na lśniącą, białą posadzkę.
-Thiago!- krzyknął Leokadiusz, widząc martwego mężczyznę. Miguel wykorzystał chwilę słabości przeciwnika, wbijając miecz w jego bok. Syn Oktawiusza zawył, czując ogromny ból. Zgiął się w pół, zaciskając powieki, spod których spłynęły łzy. Książę wyjął broń z trucizną i kilkakrotnie wbił ją w brzuch wroga. Przeciwnik padł na posadzkę. Ogromny chłód ogarnął jego ciało. Dostał silnych drgawek, by po chwili… umrzeć… Skończył marnie. Kałuża krwi pokryła, jeszcze przed chwilą białą, podłogę.  Miguel spojrzał na dziesięciu żyjących żołnierzy i przyjaciela.
-Wszystko w porządku, wasza wysokość?- spytał roztrzęsiony Daniel.
-Tak…- odparł trzydziestolatek, opierając się o niego. Był wycieńczony. Odetchnął, czując ogromną ulgę.  
-Miguel!- Tatiana zbiegła po schodach, ocierając łzy. Widząc ukochanego, rzuciła mu się w ramiona.- Książę…
-Jestem- przytulił ją mocno.- Nie bój się.  
    Szesnastolatka spojrzała na martwego Leokadiusza. Zacisnęła powieki, nie mogąc dłużej patrzeć na kolejne ofiary. Ilu niewinnych ludzi musiało zginąć w tej okropnej walce o władzę…
-Królu… Jesteś naszym władcą- ujęła jego zmęczoną twarz w swoje roztrzęsione dłonie. Żołnierze upadli na kolana przed Miguelem.
-Wracajmy. Już nic nam nie grozi.

285 czyt.
100%84
Duygu

opublikowała opowiadanie w kategorii przygodowe i dramaty, użyła 3224 słów i 18600 znaków, zaktualizowała 14 wrz o 20:56.

4 komentarze

 
  • kaszmir

    kaszmir · 21 wrz 9:38

    Trzech braci i pośród nich jedna bestia. Chorobliwa rządza władzy wyzwala w ludziach najgorsze emocje. Czy wina rodziców i wychowania, czy rodzimy się z tym genem nienawiści?  
    Poruszyłaś różne aspekty życia... miłość, zdrada i nienawiść.  
    Czy już zapanuje spokój?

  • Somebody

    Somebody · 15 września

    Ależ ekscytująca część! Cudownie... Jeden wróg mniej, ale rodziny królewskie zawsze miały pod górkę niestety. Trzymam kciuki za twoją wenę

  • AlexAthame

    AlexAthame · 15 września

    Dobrze ze ten niegodziwiec zginął. Przez chwilę się zastanawiałem czy ludzie Leokadiusza się nie zbuntuja.Niestety, destrukcji mamy we krwi.Przynajmniej wielu z nas.Jak sięgnąć okiem w głąb histori tylko krew i łzy. Dobre opisy.   

  • Speker

    Speker · 14 września

    Miętki ten Leoś xd
    Tak po prostu mogą wrócić, już koniec zamachów? Oby następca rósł zdrowo!