Morgan rozdział 8

W sen zapadłam dopiero, gdy przez lekko odchylone poły namiotu zajrzały pierwsze promienie jesiennego słońca. Tym razem spałam spokojnie, nie nawiedziły mnie żadne wspomnienia.  
Obudziły mnie przygotowania do zbyt szybko zbliżającego się wyjazdu. Usiadłam na szezlongu i przeciągnęłam się, mokre ubrania lepiły się do mojego ciała, przeszedł mnie zimny dreszcz. Rozejrzałam się po wnętrzu, zniknęło już łóżko, na którym spał Edward i wielki stół kilka godzin wcześniej jeszcze zawalony różnymi mapami. Podwinęłam pod siebie nogi i mocniej owinęłam się kocem, pod którym spałam, był on wciąż mokry, jednak dawał więcej ciepła niż jesienne powietrze. Nie miałam ochoty się ruszać, ostatnie wydarzenia nie złamały mnie, jednak byłam już zmęczona wszystkim i jedyne o czym marzyłam to chwila odpoczynku w wygodnym łożu.  
Do namiotu wkroczył Edward trzymający zawiniątko, które rzucił w nogi szezlongu.  
- Ubierz się. Niedługo wyruszamy.  
Kiwnęłam głową i sięgnęłam po rzeczy. W szarej chuście znalazłam złożone w kostkę skórzane spodnie i bawełnianą koszulę. Szybko się ubrałam i wstałam. Poczułam, jak kręci mi się w głowie, pomimo tego wyszłam z namiotu. Uderzyło mnie powietrze schłodzone obecnością pobliskiej rzeki, pozwoliło mi to trochę oprzytomnieć. Czułam słabość moich nóg, czułam słabość całego ciała, lewy bok pulsował tępym bólem. Usiadłam na ziemi i schowałam twarz w dłoniach, skórę miałam tak gorącą, że aż parzyła. Ktoś do mnie podszedł i mocno chwycił za ramię ciągnąc w górę, podniósł mnie i podtrzymał, nie zważając na to kogo obciążam swoim ciężarem pozwoliłam się poprowadzić. Po kilku krokach dotarliśmy do obładowanych wozów, mężczyzna posadził mnie na jedynym, który był wypełniony sianem i okrył mnie kocem. Usiadł obok mnie.  
- Dlaczego mi pomagasz?  
Podciągnął moją koszulę i odwinął bandaże. Poczułam jego zimne dłonie na swojej skórze, które chłodziły rozpalone miejsce otaczające ranę. Zaczął nimi nakładać śmierdzącą maść, przez którą zaczęłam kaszleć i zgięłam się utrudniając mu dostęp do zranienia. Delikatnie chwycił mnie za ramiona i popchnął zmuszając do położenia się na sianie. Dopiero teraz spojrzałam na mężczyznę, który się mną zajmował. Miał typową manduriańską urodę, ciemna skóra głowy odbijała promienie porannego słońca, a brązowe oczy z uwagą przyglądały się zaognionej ranie. Kozia broda wiła się aż do jego piersi.  
Mój wzrok podążył za jego ręką, którą sięgnął do rozłożonego na deskach wozu zawiniątka. Wyjął z niego wąski nóż. Czułam jak gorąco uderzyło mi do głowy i z paniką w oczach wcisnęłam się w siano najgłębiej jak mogłam. Zdziwiony podniósł głowę i przypatrzył mi się, po chwili ją odwrócił wydając chrząknięcia brzmiące jak nieme rozkazy. Na wóz wskoczył Edward, który usiadł za mną i przytrzymał moje ramiona. Nie mając innego wyboru zaczęłam kopać nogami na wszystkie strony byle tylko się uwolnić, niestety one także zostały przytrzymane przez przywołanego rycerza. Niemy mężczyzna przytknął ostrze do w połowie zagojonej rany i nadusił ponownie ją otwierając. Krzyknęłam z bólu i próbowałam się wyrwać, jednak oni byli silniejsi.  
- Nie szarp się. W innym wypadku będzie bardziej bolało.  
Z nienawiścią w oczach spojrzałam na Edwarda, który patrzył na mnie z góry. On się jedynie uśmiechnął i dał znak czarnoskóremu by ten zajął się do końca moją raną. Znów poczułam potworny ból. Przed oczami pojawiły mi się czerwone plamy przechodzące w oślepiającą biel.  
- Pieprzony bękart – wydusiłam z siebie. – Zapłacisz mi za to.  
Wydałam z siebie krzyk zdzierający gardło, gdy manduriański medyk nacisnął brzegi cięcia. Na skórze poczułam ciepło płynów wylewających się z rany, a po chwili kolejny ostry ból targnął moim ciałem. Czułam, jak coś wypala mnie od środka, do mojego nosa doleciał zapach spalonej skóry.  
- Opatrz ją.  
Zamrugałam próbując odzyskać wzrok na tyle by coś zobaczyć. Oddychałam płytko, widziałam zamglony zarys mojej szybko wznoszącej się i opadającej klatki piersiowej. Czarnoskóry nałożył na świeżą ranę maść chłodzącą i ciasno obwinął bandażem moja talię.  
Mężczyźni uwolnili moje ręce i nogi pozwalając mi zwinąć się w kłębek na sianie. Medyk okrył mnie ciężkim kocem.  
- Wytrzyma?  
Kozia broda zacharczał i pokręcił przecząco głową.  
- Zostań na wozie. Wyruszamy za chwilę, reszta do nas dołączy później.  
Zamknęłam oczy, dopiero teraz poczułam, jak lecą z nich łzy, a policzki są całe mokre.  
Wóz szarpnął i ruszyliśmy. Wpierw po wybojach leśnej drogi, aż w końcu wyjechaliśmy na wybrukowany dziedziniec. Lekkie podskakiwanie pojazdu kołysało mnie do snu, oczy same mi się zamykały, a głowa opadała. Ktoś chwycił moje ramiona i potrząsnął mną, z trudem otworzyłam powieki by spojrzeć kto mi przeszkadza. Przed sobą zobaczyłam Edwarda, jego usta poruszały się, ale nic nie słyszałam. Podźwignęłam się i rozejrzałam. Staliśmy w polu na rozdrożu.  
- Morgan. Słyszysz mnie? – ponownie mną potrząsnął. – Doren dlaczego ona mnie nie słyszy? – zwrócił się do towarzyszącego nam medyka.  
- Słyszę – odezwałam się słabym głosem. Przetarłam oczy. – Dlaczego przeszkodziłeś mi w zasypianiu?  
- Spałaś całą drogę. Doren uznał, że odpoczynek pomoże ci zregenerować siły. Teraz powiedz mi która droga jest najkrótsza. Do Lodowego Kła czy Oka Olbrzyma.  
Ponownie rozejrzałam się po okolicy. Na znaku, gdzie droga rozdzielała się na kolejne dwie, były napisane najbliższe miasta. Jadąc w lewo można było dojechać do górskiej twierdzy tworzącej miasto w skale, a na prawo do nadmorskiego miasteczka, gdzie góry wpadały do wód morskiej zatoki.  
- Najszybciej dojedziemy do górskiej twierdzy. – Edward spojrzał na mnie pytająco. – Do Lodowego Kła, ale już zmierzcha. Jazda przez góry o tak późnej porze jest niebezpieczna, grasują tam górskie klany, które od czasu rozpoczęcia wojny nie dostały od nas ani złota, ani towarów. Będą wściekli i z pewnością napadną każdego kto tamtędy przejedzie. Bezpieczniej będzie, jeśli skierujemy się nad morze, ale droga zajmie nam więcej niż dzień.  
Opadłam ciężko na siano. Nawet mówienie sprawiało, że moje ciało się męczyło.  
- Nie - usłyszałam stanowczy głos mojego oprawcy. - Jedziemy w góry. Gdy dotrzemy do twierdzy Doren zajmie się tobą na tyle ile pozwolą mu warunki tam panujące.  
- W takim razie możesz mnie zabić od razu. Nie przeżyjemy tej podróży, jeśli tak ryzykujesz.  
Nie odpowiedział, spiął konia i pogalopował drogą prowadzącą w góry. Wóz, na którym leżałam powoli ruszył za nim, trzęsąc się na resztkach bruku. Ludzie od wielu lat nie uczęszczali tą drogą, woleli ją omijać by zachować swój dobytek i życie. Rozłożyłam się na sianie i znów zapadłam w sen, tym razem bez bólu.  
Obudziłam się wyspana. Wóz wciąż się toczył, jednak teraz otaczały nas wysokie szczyty gór pokryte śniegiem. Usiadłam na sianie i przeciągnęłam się, poczułam lekkie ciągnięcie w boku. Podwinęłam koszulę i sprawdziłam bandaże, które na szczęście były czyste. Przynajmniej dzięki Dorenowi pozbyłam się jednego problemu, drugim była gorączka, która trawiła moje ciało, ale to musiało poczekać.  
Wyłaniający się zza chmur księżyc rozświetlił górską drogę, która ciągnęła się przed nami jakby nie miała się nigdy skończyć. Wóz prowadził niemy manduriańczyk, rozejrzałam się w poszukiwaniu Edwarda, jednak ujrzałam tylko przywiązaną do jednej z desek pojazdu, klacz. Brak jego obecności ucieszył mnie, czułam się nieswojo, gdy był w pobliżu. Westchnęłam i położyłam się na sianie podkładając ręce pod głowę. Nocne niebo rozciągało się nad nami, srebrzyste chmury oświetlało światło księżyca, a niektóre z gwiazd mrugały jak oczy bogów, którzy przypatrywali się nam ze swego perłowego pałacu. Wyobrażałam sobie jak Adria z miłością w oczach spogląda na swoje dzieło, na rosnącą roślinność, na zwierzęta kryjące się przed ludzkim spojrzeniem, a w końcu na kroczące po ziemi jej ukochane dzieci korzystające z dóbr, które dla nich stworzyła. Obok niej na czarnym tronie zasiadała Melfe, władczyni piekieł, bogini śmierci, z niecierpliwością wyczekująca kolejnej zbłąkanej duszy, którą odda swoim demonom. W obecnych chwilach czułam jak jej wzrok zatrzymuje się na mnie, czekała aż do niej dołączę. Z uśmiechem przypomniałam sobie, że gwiazdy Eola mają dla mnie inne plany. Stąpający po ziemi bóg wojny, Zachariel, wciąż wyczekiwał mnie by otoczyć mnie ramionami i tchnąć w moją duszę jego siłę, by dokończyć przeznaczone mi zadanie.  
Obok mnie usłyszałam ciche chrapnięcie. Odsunęłam leżący koc i moim oczom ukazał się śpiący Edward. Z zamkniętymi oczami i rozluźnioną twarzą wyglądał znacznie przyjemniej niż za dnia. W ręce miał zaciśnięty miecz, w którego klindze odbijał się księżyc. Westchnęłam, nawet teraz reszta jego ciała była spięta i gotowa do obrony.  
Gwałtownie się zatrzymaliśmy, a konie zarżały zaniepokojone. Odwróciłam się by spojrzeć na drogę przed nami. Na środku gościńca stał zakapturzony mężczyzna z mieczem w ręku, obok niego siedział wielki czarny wilk sięgający mu do piersi. Nie spuszczając z niego oczu potrząsnęłam mocno Edwardem. Mężczyzna z cichym jękiem niezadowolenia podniósł się i podążył za moim wzrokiem. Pod palcami wyczułam jak jego mięśnie napinają się w gotowości do ataku. Powoli się rozejrzałam. Po lewej była rozpadlina, w której dole huczała wzburzona rzeka, po prawej natomiast ciemny las, z którego zaczęli wyłaniać się ludzie dzierżący łuki, włócznie i miecze.  
Spojrzałam ze strachem na Edwarda, w jego oczach po raz pierwszy ujrzałam strach i niepokój.

Dodaj komentarz