Miłość sensem życia cz. 53

Miłość sensem życia cz. 53Jej mąż tulił w ramionach niemowlę... Dziewczyna nerwowo przełknęła ślinę, zastanawiając się, czy aby nie ma zwidów, albo czy to nie zły sen... Przecież oddała to dziecko! Jeszcze pół godziny temu powierzyła je nieznajomej kobiecie. Zdjęła kaptur z głowy i przetarła oczy ze zdziwienia. Nie mogąc uwierzyć w to co się przed nią rozgrywało, zaczęła powoli zbliżać się do trzydziestopięciolatka. Trzęsła się, jak nigdy dotąd... Nawet tamtej nocy nie czuła się tak niepewnie i źle. Ta sytuacja wyglądała, jak z dobrej książki, które czytała w każdej wolnej chwili. W duchu starała sobie wmówić, że to sen, dobre wystawienie teatralne. Po chwili, jednak poczuła pod dłonią gruby materiał, z którego uszyty był kaftan jej męża. Aleksander miał go na sobie... Leokadia mocniej ścisnęła jego szatę. Z przerażeniem stwierdziła, że to nie sen! Szybko odkryła zakrytą cienkim kocem, twarz maleństwa... Zmarszczyła brwi, widząc Szymona. Przeniosła pełen gniewu, wzrok, na urzędnika państwowego. Jego oczy były wypełnione łzami. Spojrzał na nią i szepnął ze smutkiem oraz bezradnością w głosie:
-Jesteś potworem... Nie matką. Miałem nadzieję, że mam co w tobie zmieniać, ale... widzę, że moje starania nie odniosą sukcesu, skoro oddałaś własne dziecko nieznajomej kobiecie...
   Leokadia patrzyły mu z niedowierzaniem w oczy. Duża łza spłynęła po jej policzku. To wystarczyło Aleksandrowi. Zmusił ją do myślenia...?
-Leokadio... nie chodzi mi o to, że jest księciem i ma prawo do tronu, a kobieta była biedna i, gdyby z nią został, nie nosiłby bogatych szat, pierścieni... Chodzi o ludzkie podejście do człowieka. Tamta kobieta nie wykarmiłaby go i nie dałaby mu spokoju, tak jak ty. Nieważne, że go nie kochasz...- po tych słowach zaczął ronić łzy- Przez dziewięć miesięcy nosiłaś go pod sercem, wydałaś go na świat... Chciałaś tak po prostu się go pozbyć?
-Aleksandrze...- zaczęła cichym głosem dziewiętnastolatka.
-Nie miałaś wyrzutów sumienia, gdy go oddałaś i odeszłaś, prawda?
   Spojrzała mu niepewnie w oczy, zastanawiając się co czuła. Po co i dlaczego, skoro odeszła z targu lekka jak piórko, bez najmniejszej ochoty uronienia łzy? Choćby najmniejszej...
-Nie miałaś wyrzutów sumienia, bo nawet nie odwróciłaś się, by się upewnić, czy ta pani go trzyma w ramionach- Aleksander spojrzał jej hardo w oczy. Księżniczka miała wrażenie, że serce wyskoczy jej z piersi! Zmierzyła go podejrzliwym wzrokiem, po czym wydusiła z ogromnym trudem:
-Ty... śledzisz mnie...? Ty... Jak możesz?!
-Twój ojciec zawołał mnie o świcie, tuż po twoim wyjeździe. Gdy wracałem do komnaty, zatrzymał mnie Pan Dawid i powiedział, że widział, jak uciekasz z Szymonem. Zebrałem ludzi i pojechałem w poszukiwania za wami. Psy złapały trop, tak dotarłem na targ i zobaczyłem, jak płacisz tej kobiecie dwie sakiewki złota... Oddałaś w jej ramiona swoje dziecko. I tu nie chodzi o mnie. Wiesz co zrobiłaby kochająca matka, gdyby ktoś chciał jej odebrać dziecko siłą? Wolałaby umrzeć, niż to widzieć. A ty zapłaciłaś tej kobiecie... Dwie sakiewki...
-Aleksandrze...- łzy lały jej się z oczu, jak wodospady.
-Czy twoim zdaniem nasz syn kosztuje dwie sakiewki złota?
   W komnacie małżeństwa zapadła grobowa cisza... Słychać było świerszcze, które szeptały coś w gęstej, w ciepłej, jesiennej trawie. Być może spisywały wszystko, co dobiegało z pomieszczenia, w którym mąż toczył dialog z żoną? Pisały dobrą książkę, by Leokadia kiedyś ją przeczytała?... Milczenie obojga zdawało się zabijać czas. Każda sekunda stawała się coraz dłuższa, piszczało im w uszach. Szymon spał spokojnie, wtulając się w dobrze zbudowanego ojca, który dawał mu bezpieczeństwo swoją osobowością, nie budową ciała. Silne ramiona, jedynie potęgowały to, że malec spał smacznie i oddychał spokojnie. Temperament matki, nie dałby tego księciu. Leokadia potrzebowała pomocy. Nic i nikt nie naprawi się sam...
-Zapłaciłam Weronice, bo była niepewna...- wydusiła królewna po dłuższej chwili milczenia- Nie uważam, że Szymon tyle kosztuje...
-Na twoim miejscu oddałbym tam za niego życie. Powierzyłbym tej kobiecie naszego syna, po czym, stojąc przed nią, wbiłbym sobie nóż prosto w serce. Wiesz dlaczego? To dowód prawdziwej miłości. Dla mnie, nasz syn jest bezcenny i warty największego poświęcenia. Jeśli będzie taka potrzeba, niech mnie wezmą dla niego w ognie piekielne. Miłości do niego nigdy się nie wyprę- rzekł odważnie, patrząc jej głęboko w oczy.
   Leokadia zadrżała, słysząc przekonanie i niesamowitą pewność siebie w głosie męża. Siła, którą w sobie miał i wykorzystywał w trudnych sytuacjach, rzucała na kolana. Stała, patrząc w jego ciemne oczy, lśniące innym blaskiem, niż zazwyczaj. Widziała, że powstrzymywał się od gniewu i płaczu. Drżał z emocji, które chciały wziąć górę. Miał ochotę uderzyć ją w twarz, ale była żoną, matką, człowiekiem, księżniczką... Dla niego była przede wszystkim człowiekiem, częścią rodziny. Pamiętał o zasadach i o tym, że była księżniczką, gdy trzeba było się przywitać, zjeść razem... Chciał ja nauczyć, jak być człowiekiem, nie księżniczką, bo to umiała. Rodzice nauczyli ją dumy, której nie dało się zabić. Ojciec był wspaniałym władcą, odważnym wojownikiem, a matka była damą, umiała się zachować i była pewna siebie. Nikt nie zwracał Leokadii uwagi, gdy źle się odezwała do sługi, gdyż była ważniejsza. Czy w małżeństwie, nie czułą się tak samo? Oczywiście, że tak. Aleksander musiał jej służyć, był wobec niej nikim.
-Kochasz go?- urzędnik państwowy przerwał milczenie.
-Znasz odpowiedź...- jęknęła matka Szymona, wycierając łzy.
-Dlaczego go nie chcesz? Co ci zrobił? Lepiej pozbądź się mnie.
-Chciałam to zrobić, ale zatrzymałeś mnie, gdy szłam do ojca z prośbą o rozwód. Nie pamiętasz?
-Nie zrobiłem tego, bo bałem się utraty stanowiska, lecz...
-Dlaczego?- przerwała mu zdenerwowana. Aleksander podszedł do niej i ucałował ją w czoło. Dziewczyna odsunęła głowę, czując zimne dreszcze na całym ciele.
-Dlatego, bo cię kocham...- szepnął, kładąc silną dłoń na jej policzku. Patrzyli sobie w oczy, zastanawiając się nad tą sytuacją.
-Nie mów ojcu...- rzekła równie cicho, jak on- Proszę...
-Nie potrzebne mi kolejne awantury- uśmiechnął się lekko. Leokadia zmarszczyła brwi, patrząc na niemowlę z niezadowoleniem. Spojrzała na męża, dając mu do zrozumienia, by położył chłopca do kołyski. Aleksander posłusznie wykonał jej żądanie i podszedł do drzwi komnaty. Złapał za klamki, by otworzyć odrzwia, gdy usłyszał niepewny głos żony:
-Gdzie spałeś?
-Z tobą- wzruszył ramionami.
-Poprzedniej nocy...
-Z tobą.
   Leokadia spojrzała na niego zaskoczona. Po chwili powiedziała z litości:
-Przyjdź za niedługo. Zjemy razem śniadanie.
-Jak sobie życzysz, pani...- trzydziestopięciolatek uśmiechnął się i wyszedł z sali.
   Królewna spojrzała na drzwi. Strażnicy zamknęli je po cichu. Przytaknęła głową i zaczęła przeszukiwać szafę. Łzy nalały się jej do oczu. Czuła, że musi skończyć tę mękę!...

*#*#*#*#*#*#*#*#*#*

   Siedziałam z Antosią na poduchach i czytałam jej legendę o dzielnym rycerzu. Moja mała księżniczka niewiele rozumiała z tej opowieści, ale słuchała uważnie. Od czasu do czasu bawiła się moimi kręconymi włosami.
   Niespodziewanie do komnaty wszedł Dawid. Uśmiechnął się na widok radosnej Antosi.
-Pani...- ukłonił się nisko- Mam dobrą wiadomość. Książę Szymon jest w zamku.
-Dzięki Bogu!- zawołałam radosna, całkiem poważnie. Nie chciałam, by maleństwo wychowywała biedna kobieta, mieszkająca na ulicy. Nieważne było dla mnie to, że to syn Leokadii, chodziło mi o traktowanie człowieka tak, jak trzeba. Nie istotne było dla mnie to, że był malutki i nic nie rozumiał. Wpierałam Aleksandra modlitwami, gdy dowiedziałam się, że wyjechał w poszukiwaniu syna. Dzięki Bogu, znalazł go całego i zdrowego!
-Jest zdrowy, ta kobieta nic mu nie zrobiła.
-O kim mówisz?
-Księżniczka Leokadia dała księcia jakiejś Weronice...
-Król o tym wie?- spytałam zaciekawiona.
-Nie, wasza wysokość. I wątpię, by się dowiedział.
-Chętnie go o tym poinformuję- uśmiechnęłam się cwaniacko- Jego córka może przejrzała na oczy i wstydzi się przyznać do błędu. A co z Aleksandrem? Powiedziałeś, że niezbyt dobrze się czuł.
-Nie wiem, nie widziałem go. Być może poprawił stosunki z księżniczką.
-Wątpię- parsknęłam śmiechem- Leokadia dobrze gra, ale Aleksander nie da się oszukać.
   Otworzyły się drzwi i weszła Aleksandra. Wyglądała lepiej, niż przez ostatnie miesiące, tygodnie.  Miała na sobie czystą, zieloną suknię. Starannie umyła włosy i zaplotła je w warkocz. Przypomniałam sobie naszą rozmowę...
   Pewnego dnia, gdy poczuła się lepiej i przemyślała kilka spraw, przyszła do mnie i wyjawiła nieśmiało swoją decyzję... Powiedziała, że potrzebuje czasu i wróci, gdy poczuje się na siłach, by opiekować się moją córką. Musiała przemyśleć swoje zachowanie i tę okropną dla niej sytuację. Dziewczyna czuła, że rosną jej skrzydła, gdy dowiedziała się, że nie zaszła w ciążę. Kiedy Dawid mi o tym powiedział, rozpłakałam się ze szczęścia. Co by zrobiła biedulka, gdyby... Ach, nie chciałam o tym myśleć! Przyjaciółka wróciła... Po dziesięciu miesiącach przerwy...
   Blondynka ukłoniła się nisko z promiennym uśmiechem na twarzy. Eunuch odwzajemnił uśmiech, czując łzę na policzku. Brakowało jej tu.
-Aleksandro!- zaśmiałam się i podeszłam do niej, trzymając córkę na rękach. Przytuliłam mocno złotowłosą, która stwierdziła wzruszona:
-Jak księżniczka Antonina urosła! Pani...- zwróciła się do mnie- Wyglądasz coraz piękniej.
-To ty promieniejesz, Aleksandro- zaśmiałam się szczęśliwa- Jak dobrze, ze z nami jesteś. Pięknie wyglądasz.
   Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
-Dawidzie...- szepnęła, podchodząc do kastrata.Przytulili się mocno. Rozłąka przyjaciół nie różni się od rozstania zakochanych. Tęsknią tak samo mocno, tak samo wyczekują i martwią się o siebie, nie śpią po nocach.
-Wybacz mi, Aleks. To moja wina. Kazałem ci robić wszystko co ci powie Fryderyk. To trudne, ale wybacz mi...- zaczął płakać.
-Nie muszę tego robić. Dawno ci wybaczyłam, przyjacielu- uśmiechnęła się, patrząc mu w oczy- Nie jestem na ciebie zła. Wszystko przemyślałam.  
   Nastolatka spojrzała na mnie i spytała:
-Możemy porozmawiać w cztery oczy, wasza wysokość?
-Oczywiście, że możemy. Dawidzie, zabierz Antoninę.
-Jak sobie życzysz, pani- sługa otarł łzy i wziął małą na ręce. Uśmiechnął się do niej i wyszedł powoli z komnaty- Rozumiem, ze już przemyślałaś to wszystko...
-Tak, księżniczko. Jeśli pozwolisz... chcę zacząć od nowa. Chcę znów ci służyć.
-Aleksandro...- przytuliłam ją, czując ulgę. Nie chciałam się z nią rozstawać. Była mi tak bliska!- Bardzo ci dziękuję za to, że jesteś ze mną zawsze.  
-Wybacz, że nie chciałam z tobą rozmawiać...
-Nie mamy o czym mówić- przerwałam jej, z uśmiechem na twarzy- Potrzebowałaś czasu. Ja też muszę ci coś powiedzieć...
   Dziewczyna spojrzała na mnie lekko zaniepokojona. Widząc strach w jej oczach, powiedziałam ze spokojem:
-To nic złego. Postanowiłam, że nie będę ryzykować twojego życia. Nikogo więcej... Koniec. Nie będziemy tego przyspieszać. Nie będziesz podtruwała Hasana.
-Ależ, pani... On zagraża księciu Chrystianowi.
-Jestem uparta, Aleksandro. Jeśli mówię, że nie będziesz, to nie. Nie chcę, byś przeżywała katusze, a ja razem z tobą. Bałam się.
   Blondynka spojrzała na mnie z uśmiechem na twarzy i ze zrozumieniem w oczach:
-Jak sobie życzysz, pani.

*#*#*#*#*#*#*#*#*#*

   Do komnaty Leokadii wszedł Chrystian. Zastał siostrę siedzącą na łożu. Kołysała syna, śpiącego w kołysce. Królewicz uśmiechnął się na ten widok. Podszedł do niej i szepnął:
-Nie przeszkadzam?
-Nie, dlaczego...?- odpowiedziała pytaniem na pytanie świeżo upieczona matka. Patrzyła na drewnianą kołyskę, jak zahipnotyzowana.  
-Chciałem z tobą poważnie porozmawiać- książę zmienił głos na bardziej oschły.  
-O czym? O moim synu? Mężu?
-O mężu.
   Królewna wywróciła oczyma, wzdychając ciężko. Nie miała najmniejszej ochoty poruszać tematów związanych z małżeństwem, rodziną. Dynastia, której była częścią, zawsze kojarzyła jej się z zakłamaniem i nieprawdą. Każdy członek rodziny królewskiej udawał dobrego, kulturalnego i odważnego w obecności posłów zza granic państwa, władcach państw. Leokadia znała ojca, braci, siostrę... Nie poznawała ich.  
-Mój mąż znowu odegrał rolę życia?- zadrwiła dziewiętnastolatka- Może zostanie aktorem?
-Przestań. Widziałem go tonącego we łzach, których ty byłaś powodem. Twoje zachowanie nie jest dobre i takie, jak należy- oświadczył z przekonaniem dwudziestoczterolatek.  
-To moje małżeństwo. Skończ ze swoimi kazaniami, bracie! Zajmij się swoimi kobietami i waszymi dziećmi. Mam prawo decydować o tym, co robię. Uważam to za słuszne.
-Porzucenie dziecka też uważasz za słuszne?
-Kto ci o tym powiedział?!- wrzasnęła Leokadia, zrywając się z łóżka. Szymon zaczął głośno płakać. Chrystian pokiwał głową, w duszy drwiąc z siostry.
-Twój mąż- z ust następcy tronu padła krótka odpowiedź- Jeśli jeszcze raz potraktujesz go, jak rzecz, nie ujdzie ci to na sucho.
   Leokadia patrzyła mu z niedowierzaniem w oczy. Denerwował ją płacz dziecka, który cały czas się nasilał.
-Nie masz prawa mi rozkazywać, tylko dlatego, że masz większe prawo do władzy! To nie moja wina, że jestem kobietą, a nie mężczyzną! To nie moja wina, że moja matka też mnie nie kochała, bo nie byłam chłopcem! Ja nie zawiniłam!!!
-A więc wiesz co czuje Szymon...- stwierdził Chrystian. Leokadia uspokoiła się. Dotarło to do niej?...- Wiesz, jak się czułaś, gdy matka nie chciała cię widzieć i przez pierwsze trzy lata zajmowały się tobą służące. Pamiętam to. Byłem mały, ale bardzo to przeżyłem. Nie obchodzi mnie to, ze masz inną matkę. Jesteś moją siostrą i chcę ci pomóc.
-Nie! Nikt nie będzie mi pomagał!- dziewczyna zalała się łzami. Bezradnie opadła na łóżko i schowała twarz w dłoniach. Szymon płakał, wołał ją. Leokadia była na to głucha. Przeszłość wróciła... Była jest i będzie nieśmiertelna. Nikt jej nie zabierze. Jest bezlitosna, bezwzględna... Jest zabójcą...
-Leokadio...- Chrystian usiadł obok siostry i przytulił ją do siebie- Nie płacz, błagam. Wybacz, że tak powiedziałem. Chcę byś pojęła, że Szymon bardzo cię potrzebuje. Spójrz, jak płacze. Nie umie mówić, więc woła cię w ten sposób.
   Królewna po jego słowach zaczęła płakać jeszcze bardziej. Wstała i wzięła syna w ramiona. Otuliła go dokładnie kocem i... ucałowała w czoło. Syn Edwarda uśmiechnął się i odetchnął z ulgą. Był szczęśliwy. Tak, jak Szymon.  
-Nie płacz...- szepnęła księżniczka. Dopiero teraz dotarło do niej, że maleństwo nie jadło kilka godzin- Możesz wyjść? Chcę go nakarmić- zwróciła się do brata.  
-Oczywiście, już idę- uśmiechnął się dwudziestoczterolatek. Wyszedł po cichu z komnaty.
   Po kilkunastu minutach, Szymon najadł się i zasnął. Matka włożyła go do kołyski i otarła łzy z policzków. Odetchnęła ciężko. Nie była na to gotowa... Wiedziała, jednak że musi to zrobić...  
   Podeszła do biurka i otworzyła pudełeczko, które znalazła w szafie. Wyjęła buteleczkę z trucizną... Śniadanie było gotowe... Podeszła do stołu. Czuła, jak trzęsą się jej ręce. Spojrzała na dzban pełen dobrego wina i wlała całą zawartość flakoniku... Pustą buteleczkę schowała w rękawie sukni. Usiadła do stołu i nalała wina mężowi...
   Aleksander przyszedł po kilku minutach. Na jego twarzy widniał promienny uśmiech.  
-Witaj- Leokadia odezwała się jako pierwsza.
-Miło mi cię widzieć- odparł urzędnik, po czym ucałował dłoń żony. Usiadł na swoim miejscu.
-Jesteś głodny?
-Niezbyt, ale jedzmy.
   Trzydziestopięciolatek zaczął jeść zupę. Księżniczka nerwowo przełknęła ślinę, patrząc niepewnie na dzban wina.
-Kazałam przygotować to wino specjalnie dla ciebie. Twoje... ulubione...- wydusiła, patrząc to na męża, to na napój.
-Dziękuję, wasza wysokość- uśmiechnął się Aleksander i skosztował wina- Pyszne- stwierdził z uznaniem, po czym dopił resztę, która była w pucharku- Ty nie możesz pić. Wiesz o tym, prawda?
-Nie... Ja... To znaczy, wiem...- królewna zaczęła się gubić we własnych intrygach.  
-Jest wyśmienite. Nie za mocne, nie za delikatne... Tylko... boli mnie głowa...- Aleksander złapał się za głowę. Ból, który przeszył jego skronie był nie do opisania. Spojrzał maślanym wzrokiem na żonę i upadł na podłogę...

***********************

Kochani!
Życzę Wam udanego Sylwestra i, aby 2018 rok nie szczędził Wam miłych wspomnień, niezapomnianych przygód, spełnionych marzeń i miłości. Wszystkiego dobrego! :*

Duygu

opublikowała opowiadanie w kategorii przygoda i miłosne, użyła 3142 słów i 17529 znaków.

5 komentarzy

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Margerita

    łapka w górę tak Leokadia jest wyrodną matką bo żeby oddać własne dziecko to się w głowie nie mieści

  • Duygu

    @Margerita Racja  :smh:  Dziękuję  <3

  • AuRoRa

    Już wydawało się, że Leokadia zrozumiała , że  jest matką a tu takie zaskoczenie.  :O

  • Duygu

    @AuRoRa Tak się tylko wydawało, hihi  ;)  Cieszę się, że udało mi się zaskoczyć  :yahoo:

  • Fanka

    Czyżby w Leokadii obudziły się uczucia do syna? Ale dlaczego chcę zabić męża? Aj oby mu nic się nie stało! Nie pochwala tego co zrobił żonie,ani jak momentami postępuje,ale żeby od razu truć?   :|  
    Wszystkiego dobrego Kochana! By wena Cię nie opuszczała :kiss:

  • Duygu

    @Fanka Wiesz, udało się jakimś cudem. Siłą. Obwinia go o wszystko złe co ją spotkało. Nie chcę znać Aleksandra. Leokadię trudno zrozumieć  :lol2: Ona sama czasem nie wie czego chce. Haha, dziękuję, słońce!  <3

  • Fanka

    @Duygu Oj oby tylko udało się go ocalić jakoś ;)

  • Somebody

    @Fanka Ale na śmiertelną truciznę ciężko zaradzić... Zobaczymy, chociaż życie rzadko bywa sprawiedliwe  ;)

  • Fanka

    @Somebody To prawda ale autorka juz nie raz zaskoczyła więc i może tym razem się uda ;)

  • Somebody

    Ha! Fantastycznie poprowadzona akcja. Ciekawe, co będzie dalej  :kiss:

  • Duygu

    @Somebody Dziękuję, kochana  :)   <3  Niedługo się dowiemy  :rotfl:

  • AlexAthame

    Odnaleźli syna, to dobrze. Mam nadzieję ze Aleksander wyżyje. Na litość Boską, opamiętaj się, Duygu. Jej łzy były prawdziwe. Czemu chce zrobić coś jeszcze gorszego niż poprzedniego dnia? Aleksander nie może umrzeć  :whip:

  • Duygu

    @AlexAthame Tak, Szymon jest w domu  :jupi: Leokadia jest złaaaa...  :pissed: O wszystko obwinia męża, po niekąd ma rację, przyznaj  ;) Zobaczymy. Twardziel z niego, ale to śmiertelna trucizna...