Pragnienie zemsty cz. II Ofiara - rozdział 1

Sierżant Albrecht Delfholt podniósł wzrok znad raportu, z którego pisaniem męczył się od rana, gdy niespodziewanie otworzyły się drzwi do jego gabinetu.
     – Jest sprawa – poinformował go kapitan Schwalb, zamykając za sobą. – Pięć dni temu bezdomni znaleźli ciało nierządnicy… – urwał i badawczo przyjrzał się podwładnemu.
     – Co z tego? – zapytał obojętnym tonem Delfholt.
     – Masz znaleźć mordercę. – Oficer rzucił na biurko plik dokumentów w skórzanej teczce.
     – Od kiedy to szukamy zabójców dziwek? – Albrecht oparł się i założył ręce na piersiach.
     – Nie denerwuj mnie – warknął Schwalb.
     – Nie zamierzałem – zapewnił go Delfholt z drwiną w głosie. – Dobrze wiesz, że to pytanie jest jak najbardziej zasadne.
     – Radzę ci czym prędzej wziąć się za robotę – powiedział kapitan, omiótł pomieszczenie wzrokiem i ruszył do wyjścia. – Przewietrz tu, bo śmierdzi gorzej niż w podrzędnej karczmie.
     – Jasne – burknął Albrecht, patrząc z obrzydzeniem na plecy oficera opuszczającego gabinet.
     Gdy tylko został sam, otworzył szufladę, w której zazwyczaj trzymał gorzałkę. Wyjął butelkę, odkorkował ją i upił duży łyk. Skrzywił się, syknął, po czym postawił flaszkę przy nodze krzesła, by była pod ręką. Odsunął nieskończony raport, przeklął cicho i z niechęcią sięgnął po teczkę. Położył ją przed sobą, jednak nie zajrzał do środka od razu. Jego uwagę przykuły odgłosy dochodzące z korytarza. Jakaś rozhisteryzowana kobieta błagała strażników, żeby wypuścili jej męża.
     – Pewnie niewinny – mruknął. – Jak wszyscy. – Pokręcił głową i z niezadowoleniem zaczął przeglądać notatki przyniesione przez Schwalba.
     Z zapisków wynikało, że strażnik prowadzący dotąd sprawę numer 127/58 nie przyłożył się do swojej pracy. Nie umieścił w sprawozdaniu niczego poza danymi ofiary, obrażeniami oraz opisem miejsca znalezienia zwłok.
     Zirytowany Albrecht zamknął teczkę i rzucił ją na stertę dokumentów, a potem w bałaganie panującym na biurku odnalazł notatkę z zadaniami, którymi aktualnie zajmowali się jego podwładni. Jak na złość wszyscy byli zajęci.
     – Świetnie – burknął, ponownie się napił, schował butelkę do szuflady, po czym leniwie podniósł się z krzesła.

Niespiesznym krokiem ruszył do karczmy mieszczącej się w połowie drogi między siedzibą straży miejskiej a jego domem. Z jakiegoś powodu, choć nie potrafił go określić, lubił ten lokal i właśnie w nim zazwyczaj się stołował.
     Gdy znalazł się w środku, od razu podszedł do szynkwasu, nie rozglądając się po zadymionym wnętrzu. Przywitał się z pracującym tam od lat, łysiejącym mężczyzną w średnim wieku i zamówił obiad. Potem zajął miejsce w rogu izby.
     Po chwili służąca przyniosła mu piwo.
     – Jedzenie zaraz będzie gotowe – powiedziała z uśmiechem, stawiając przed nim kufel.
     Skinął tylko głową i skupił się na ruchu jej krągłych bioder, kiedy udała się w stronę zaplecza. Wkrótce zniknęła za drzwiami, a wtedy on napił się, podparł dłonią brodę i zamknął oczy. Zastanawiał się, skąd wziąć pieniądze na spłatę swoich karcianych długów.
     Po niezbyt smacznym posiłku wychylił kolejny kufel piwa i, lekko się zataczając, skierował się do Komnat Radości. Zamtuz ten, prowadzony przez znaną w pewnych kręgach Marget, umiejscowiony był niedaleko centrum miasta, więc Albrecht nie miał przed sobą zbyt długiej drogi.
     Przed drzwiami trzypiętrowego budynku stały dwie młode, wyjątkowo atrakcyjne dziewczyny. Ich wyzywające stroje przyciągały spojrzenia wszystkich przechodzących w pobliżu mężczyzn, jednak Delfholt tym razem je zignorował i bez słowa wszedł do środka.
     Gdy tylko przestąpił próg, uderzyły go wymieszane zapachy: alkoholu, tytoniu, tanich perfum oraz seksu. Częściowo roznegliżowane kobiety towarzyszyły grupie klientów, którzy popijali dość drogą gorzałkę, głośno przy tym dyskutując.
     – Witaj! – odezwał się radośnie młody mężczyzna siedzący za szynkwasem.
     Albrecht posłał znajomemu chmurne spojrzenie i zbliżył się do lady, by podać mu rękę.
     – To samo, co zwykle? – zapytał sługa, sięgając po flaszkę.
     Śledczy przytaknął po chwili wahania, a potem oparł łokcie o blat.
     – Mamy kilka nowych dziewczyn – zaczął pracownik zamtuza.
     – Nie dziś, Karl – mruknął Delfholt. – Muszę się widzieć z Marget. Jest w pracy?
     – Tak – potwierdził. – Myślę, że powinna być u siebie. Nie zauważyłem, żeby wychodziła. Coś się stało?
     – Ktoś zamordował waszą Salinę – odparł Albrecht, przyglądając się rozmówcy.
     – Słyszałem o tym. – Mężczyzna pokiwał głową z wyrazem żalu na twarzy. – Strażnicy byli tu dwa, może trzy dni temu. Dziewczyny powiedziały im wszystko, ale niewiele wniosły do sprawy.
     – Jasne. – Sierżant wypił gorzałkę i odwrócił się w stronę drzwi wejściowych, gdy pojawiło się w nich dwóch nietrzeźwych, elegancko ubranych ludzi.
     – Przyszliśmy się zabawić! – wykrzyknął wesoło jeden z nich. – Chłopcze – zwrócił się do Karla – nalej nam czegoś mocnego i przyślij tu cztery młodziutkie panny! – Zatrzymał wzrok na mundurze Delfholta, wyszeptał kilka słów do swojego towarzysza, po czym obaj zajęli miejsca przy stole pośrodku izby.
     – Idę do Marget – oznajmił śledczy, ruszając w kierunku schodów.

     Albrecht zatrzymał się na piętrze przed drzwiami oddzielającymi prywatne komnaty właścicielki od reszty przybytku. Tej części budynku strzegły dwa rosłe krasnoludy. Delfholt dobrze znał tych strażników. Przywitał się z nimi i już po chwili został wpuszczony do środka.
     – Witaj, mój drogi – powiedziała Marget na widok sierżanta. – Co cię do mnie sprowadza? – Posłała mu serdeczny uśmiech, nie podnosząc się z szezlonga.
     – Witaj. – Podszedł do niej i pochylił się, by pocałować ją w policzek. – Nie mam pojęcia, jak to robisz, ale z każdym dniem jesteś coraz piękniejsza. – Westchnął, patrząc na jej wydatny biust tylko częściowo zasłonięty bogato zdobioną suknią.
     – Chyba czegoś ode mnie chcesz – zauważyła z rozbawieniem. – Usiądź. – Skinęła w stronę fotela stojącego nieopodal.
     Albrecht rozejrzał się od niechcenia po salonie urządzonym z przepychem, po czym zajął wskazane miejsce.
     – Przydzielono mi sprawę Saliny – oznajmił.
     – Udało ci się coś ustalić? – zapytała kobieta.
     – Nie, dopiero się za to wziąłem. Kto był jej ostatnim klientem?
     – Przykro mi, ale tego nie wiem.
     – Jak to? – zdziwił się. – Jesteś znana z tego, że zawsze wiesz, gdzie i z kim są twoje dziewczyny.
     – Zazwyczaj – poprawiła go Marget. – Wygląda na to, że tym razem Salina chciała dorobić po cichu. – Zachichotała. – To chyba kiepskie określenie, nie uważasz?
     Delfholt uśmiechnął się krzywo.
     – Może któraś z jej koleżanek ma…
     – Gdyby tak było – przerwała mu – już bym ci o tym powiedziała. Tu niczego nie ustalisz. Wypytywanie dziewczyn to strata czasu.
     – Rozumiem. – Śledczy pokiwał głową. – Mam jeszcze jedną sprawę... – zaczął niepewnie, spuszczając wzrok. – Potrzebuję trochę pieniędzy. Chodzi o pożyczkę – dodał szybko.
     – O ile mnie pamięć nie myli, dotąd nie oddałeś…
     – Tak – wszedł jej w słowo i podniósł się z fotela. – Jakbyś się czegoś dowiedziała w sprawie Saliny, daj znać – poprosił, kierując się do wyjścia.
     – Oczywiście. Zapewniam cię, że bardzo mi zależy na tym, by mordercy ponieśli karę.
     – Mordercy? – Przystanął i obrócił się przodem do Marget.
     – Mordercy albo morderca. – Uśmiechem nieudolnie starała się ukryć zakłopotanie. – Tak mi się powiedziało. – Ostentacyjnie poprawiła dekolt swojej sukni.
     – Jasne – mruknął Albrecht, opuszczając salon.
     Kiedy tylko znalazł się na schodach, usłyszał nieartykułowane krzyki kobiety dochodzące z góry. Zerknął w tamtą stronę bez większego zainteresowania i zszedł do głównej izby, w której zrobiło się dość gwarno za sprawą nowych klientów. Delfholt popatrzył z niesmakiem na jednego z nich, gdy ten próbował zmusić dziewczynę, by położyła się na stole. Kobieta usiłowała przekonać go, żeby udali się na piętro, jednak on nie ustępował.
     – Do zobaczenia! – usłyszał za sobą, zanim otworzył drzwi.
     Spojrzał na Karla i skinął mu głową, po czym obejrzał atrakcyjną, przyzwoicie ubraną blondynkę stojącą przy szynkwasie. Pomyślał, że nie pasowała do tego otoczenia.

     – Zaczekaj! – doszedł go kobiecy głos, ale nie odwrócił się.
     Postawił kołnierz płaszcza, by choć w minimalnym stopniu ochronić się przed zimnym wiatrem, i szedł dość szybko, wbijając wzrok w ziemię.
     – Zaczekaj! – Poczuł, że ktoś chwycił go za przedramię.
     Przystanął gwałtownie, wyszarpnął rękę ze słabego uścisku i popatrzył gniewnie na kobietę, która go zaczepiła. Rozpoznał ją. Chwilę wcześniej przykuła jego uwagę w Komnatach Radości. Z bliska wyglądała na dwadzieścia kilka lat i była jeszcze ładniejsza.
     – Dziś nie mam ochoty. Znajdź sobie innego klienta – wymamrotał i ruszył przed siebie.
     – Musimy porozmawiać – powiedziała, dotrzymując mu kroku.
     Spojrzał na nią z niechęcią, jednak w jego oczach pojawiło się także zaciekawienie.
     – Słyszałam, że zajmuje się pan sprawą Saliny – ciągnęła. – Mam informacje, które mogą pana zainteresować.
     Delfholt przeklął w myślach i wszedł w zaułek pomiędzy dwiema kamienicami. Nieznajoma podążyła za nim.
     – Mów – rzucił, zatrzymując się. – Tylko szybko, bo nie mam czasu.
     – Wiem, gdzie Salina pracowała tuż przed śmiercią – oznajmiła.
     Albrecht przestąpił z nogi na nogę, a na jego twarzy pojawił się grymas zniecierpliwienia.
     – Tamtą noc spędziła u Harmana Breuera… – urwała, przyglądając się sierżantowi. – Wie pan, kto to? – zapytała.
     – Tak – potwierdził po chwili. – Coś jeszcze?
     – Nie była tam sama. Podejrzewam, że towarzyszyła jej któraś z dziewczyn z Komnat Radości. Nie ustaliłam jeszcze która. Przyszłam właśnie o to podpytać, ale Karl mi powiedział, że pan…
     – Daj znać, jak się czegoś dowiesz – przerwał jej.
     – Słucham? – Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. – Czy to przypadkiem nie jest pańskie zadanie?
     Delfholt parsknął i zmierzył ją wzrokiem.
     – Zmieniłem zdanie. – Przechylił lekko głowę. – Możesz mi umilić dzisiejszy wieczór.
     – Dziś nie mam ochoty – odparła lekko. – Znajdź sobie inną dziwkę. – Odwróciła się i pewnym krokiem wyszła z zaułka.
     Na ustach sierżanta zagościł łobuzerski uśmiech.

124 czyt.
100%21
Fanriel

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1754 słów i 10924 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 15 lis 4:09

    Jak zwykle intrygujące.  Pozdrawiam