Historia wiecznej nastolatki, której jedna decyzja zniszczyła wszystko.

Wtedy były moje piętnaste urodziny. Byłam prawie dorosła, nie? Ale, zacznę od początku. Wychowałam się w bardzo dziwnym otoczeniu. Moja matka, była zdrowo kopniętą Wróżką. No wiecie, kolorowe włosy, skrzydełka i bardzo dziwne imiona. Sosenka, tak się nazywała. Dlaczego? Jest na to prosta odpowiedź, jej włosy i charakter. Piękne, długie, zawsze poplątane i zielone włosy. Sosny są zawsze zielone, nieprawdaż? Aaa... i jeszcze charakter. Mama nie należała do najmądrzejszych. Sosna, w języku Wróżek, to naiwność, głupota i tak dalej. Nie będę wymieniać, bo niektóre określenia nie są za ładne... dobra! Teraz tata. Hmm... on, jakby to powiedzieć.... był super! Był Aniołem. Ale nie myślcie sobie, że coś wymyślam. Miał piękne, białe, ogromne i mięciutkie skrzydła. Jedyny minus w nim, to to, że był strasznie poważny. Zawsze chciałam być taka jak on... no, ale jak już mówiłam, wychowałam się w dziwnym otoczeniu. Wszyscy moi przyjaciele, och! Zapomniałam, nie miałam przyjaciół. Zawsze kiedy chciałam się z kimś zapoznać, zagadać do kogoś... uciekali... uciekali, albo mówili jakieś głupie teksty, typu : "Nie rozmawiam z Gadami.” albo "Idź być potworem gdzie indziej.” lub "Jednorożce już dawno wytępiły Gady takie jak ty, więc dlaczego jeszcze tu jesteś?”. Nigdy ich nie rozumiałam. O co chodziło im z tymi "Gadami”? Nie miałam pojęcia. Aaa... jeszcze jedno, nie powiedziałam wam nic o sobie. Hmm... jestem dość wysoka i szczupła. Mam bladą cerę, którą, tak mi się wydaje, podkreślają błękitne włosy i szare oczy. Lubię moje włosy, są proste i długie do ramion. Nie jestem wybitnie piękna, no bo, nikt nie jest. Lecz należę do tych kilku procent kobiet na świecie, które uważają się za ładne. Na imię mi Michalina... wracając do dnia moich urodzin... był piękny letni dzień. Niestety musiałam czekać do godziny dwudziestej trzeciej zero trzy. O tej godzinie się urodziłam. My, w sensie Istoty Jasności, w dniu piętnastych urodzin, dowiadujemy się kim jesteśmy. Ja mogłam być Aniołem, po tacie lub Wróżką, po mamie. Cały dzień trwały przygotowania, no, w końcu to najważniejszy dzień w moim życiu. Wiedziałam, że i tak nikt nie przyjdzie, nikt mnie nie lubił. No, oprócz rodziców, ale sami wiecie, to rodzice... mama cały czas, ni to biegała, ni to latała po kuchni krzycząc, coś typu: "Michalina, jakie chcesz ciasto? Albo nie, nie mów mi! Sama zgadnę.” lub "Moja ty już prawie dorosła dziewczyno, czy wiesz już w co się ubierzesz dziś wieczór?!”. Tata, jak zawsze poważny, próbował ją uspokoić. Ja, przez cały ranek rysowałam. Dobrze mi idzie, podobno mam talent. Gdy straciłam wenę twórczą, wyszłam na spacer. Uwielbiałam spacerować, mogłam wtedy pomyśleć. Na te urodziny mogłam zażyczyć sobie praktycznie wszystkiego... nie interesowały mnie ubrania, kosmetyki i takie tam rzeczy, które zazwyczaj interesują dziewczyny w moim wieku. Ja chciałam odwiedzić świat istot innych ode mnie. Świat do którego nikt się nie zagłębia. Chciałam odwiedzić... Świat Istot Potępionych... Tamten Świat, całkowicie różnił się od tego w którym żyłam, przynajmniej tak mi mówiono. W Świecie Istot Potępionych żyły Istoty Ciemności, no i Ludzie, oczywiście. My zaliczaliśmy Ludzi do Istot Ciemności, ponieważ zazwyczaj byli strasznie bezduszni, chętni władzy i tacy... sztuczni. Raz na jakieś kilkadziesiąt, przepraszam, kilkaset lat, rodzą się Ludzie dobrzy. Czyli tacy, którzy powinni mieszkać z nami, Istotami Jasności. Wtedy, Jasność zbiera oddział najlepiej wyszkolonych wojowników i wysyła ich, właśnie do Świata Istot Potępionych, z misią ratunkową. Prawie nikt nie wiedział jak wygląda Tamten Świat, ostatnia misja odbyła się dwieście trzydzieści cztery lata temu. Wszyscy którzy w niej uczestniczyli już nie żyją... spacerowałam bardzo długo, rozmyślałam jak zapytać rodziców o moje nietypowe marzenie. Doszłam dalej niż się spodziewałam, szczerze? Nie wiedziałam gdzie jestem. Zaczęłam kręcić się w kółko i myśleć gorączkowo skąd przyszłam. W prawo, nie, nie, nie! W lewo... a... a może jednak w prawo? Sama już nie wiedziałam... z rozmyślań wyrwał mnie głos, głos jednocześnie taki oddalony i taki bliski. Pamiętałam go, już kiedyś go słyszałam, ale nie wiedziałam gdzie, ani kiedy...

- Zgubiłaś się? - Nadal nie wiedziałam skąd pochodzi głos.

- Ja?! W życiu! - Nigdy nie byłam strachliwa. Zawsze mówiłam wszystko, co mi ślina na język przyniesie. - Tak ogólnie, z kim mam przyjemność?! Nie, nie, nie! Z kim, nie mam przyjemności... tak, to brzmi lepiej. - Byłam już przyzwyczajona do mojej postawy obronnej. Musiałam się bronić przed wszystkimi tekstami, jakimi mnie obrzucano.

- Mocny charakterek jak widzę. Chociaż, tego właśnie się po tobie spodziewałem. Miałaś taka być.

- Dobra... może jestem troszkę niedoinformowana, ale nie głupia! Kim ty jesteś?!

- Hmm... Kim ja jestem, pytasz? Jestem twoim największym marzeniem, kimś kogo zawsze chciałaś mieć, ale nie miałaś...

- Hola, hola! - Przerwałam mu. - Chyba się trochę zagalopowałeś, koleżko!

- Ja?! Nie... Och! Zapomniałem się przedstawić! Jestem Daniel... a ty Michalina - to nie było pytanie.

- Yyy... - Chyba to był pierwszy raz, kiedy nie mogłam znaleźć odpowiedniego słowa.

-Zapytam więc jeszcze raz, zgubiłaś się? - Kiwnęłam tylko głową, poddałam się. Koło mnie przeleciał cień.

- Masz dzisiaj urodziny, nie wypada żebyś się spóźniła - nie zdążyłam się obejrzeć, a już stał koło mnie.

Chłopak, mojego wzrostu, włosy o kolorze miodu, a oczy bursztynowe. Był dobrze zbudowany, a na twarzy widniał uśmiech. Nie wyglądał na przymuszony ani złośliwy, tylko szczery. Nigdy wcześniej go nie widziałam. - Idziesz? - Chyba nie chciał odpowiedzi, bo objął mnie ramieniem i pociągnął do przodu. Chciałam się dowiedzieć czy wie gdzie mieszkam, ale jednocześnie bałam się odpowiedzi. Szliśmy w milczeniu przez dość długi czas, puki nie natknęliśmy się na moich "znajomych”. Słyszałam ich z daleka, niestety, rozumiałam tylko urywki rozmów. "Ona? Na pewno nie...”, "Czy źle widzę, czy nasz Gad idzie z C-H-Ł-O-P-A-K-I-E-M?!”, "Nasuwa się jedno pytanie, DLACZEGO JASZCZURA?!”. Wszystko o mnie... myślałam, głupia ja, że zostawią nas w spokoju, ale nie.

- Poco zadajesz się z Gadem? - Yhmm... po co, nie wiem, na przykład powiedzieć "Cześć”?! Marek jest okropny!

- Gadem? Chyba nie rozumiem. Masz
coś do niej?

- Tak, a masz coś do tego, kochasiu?! - Rzucił drwiącym tonem.

- "Kochasiu”?! Czy ty wiesz kim ja jestem?!

- Nie. I nie zamierzam się dowiadywać.

- Szkoda, przydałoby ci się. A jeśli masz coś do gadów, jaszczur, czy jak to tam nazywasz - mówił coraz ciszej - to wiedz, że jestem jednym z nich. A ze mną, się nie zadziera, z nią też lepiej nie -wskazał na mnie. - To moja osobista rada. - Marek stał jak wryty.

Z otwartymi ustami, oczami jak u manekina i nienaturalnie białą cerą. Daniel obszedł go, nadal ze mną w objęciach. Nikt więcej nas już nie zatrzymał. Doszliśmy do mojego domu.

- No to cześć - chciałam jak najszybciej wejść do domu, ale mnie zatrzymał.

- Nie zaprosisz mnie do środka, Draco?

- Draco?

- Tak, wytłumaczę ci jak mnie wpuścisz...

- Ech... no dobra, tylko, co ja powiem mamie i tacie? Przyprowadziłam nieznajomego na najważniejszą uroczystość w moim życiu, fajnie nie?

- Przed parentes autem dracones, nie będziesz musiała się tłumaczyć.

- Mów po mojemu, ok? A teraz wchodź do środka, jeśli tak bardzo ci na tym zależy.

- Nawet nie wiesz jak bardzo... - Minął mnie i wszedł do domu.

- Mamo! - Zawołałam, a ona zaraz przybiegła z kuchni. - To jest...

- Daniel?! - Mama zwróciła się do niego, jakby mnie już tam nie było. - Nie, nie, nie!! To jeszcze nie teraz, nie dziś!!

- Owszem, dziś.

- Nie pozwolę ci jej zabrać do, do...

- Króla Cieni?! Króla Istot Ciemności?! Jej... ojca?!

- To nie jej ojciec!

- Mamo... - Moje ciało przeszył dreszcz. - Mamo! To już! - Spojrzała na zegarek, a jej oczy zrobiły się puste.

- Zabierz ją... - A wtedy wszystkoucichło, przed oczami zrobiło mi się ciemno.

Obudziłam się na rękach Daniela, pod Bramą Donikąd, czyli do Świata Istot Potępionych. Chciałam krzyczeć, ale nie dałam rady, bo światło znów zgasło. A minutę później już widziałam, widziałam wszystko to, co zawsze chciałam zobaczyć. Ten Inny Świat. Wyglądał tak, jak na obrazkach w ludzkich książkach, które czasami wpadały do nas przez Bramę. Dopiero po chwili spostrzegłam, że leżę na czymś miękkim. Szybko podniosłam głowę, leżałam na Danielu. Zarumieniłam się. Wstałam otrzepując spodnie z suchej trawy, a on zaczął się śmiać.

- O co chodzi?! - Warknęłam.

- O nic.

- O coś jednak musi! A tak dla twojej wiadomości, mój ojciec to anioł.

- Chodź ze mną. Mam misję, muszę zaprowadzić cię do Lucyfera - nie odpowiedziałam, tylko pokręciłam głową. - Słuchaj, albo pójdziesz z własnej woli, albo zabiorę cię tam siłą!

- Wstałam i ruszyłam za nim. - Nie będziesz nic mówić przez całą drogę? - Wyglądał na zirytowanego.

- Draco... - Spojrzał na mnie jak na wariatkę. - Miałeś wytłumaczyć...

- Aaa... Jasne, już. Draco to po łacinie smok, którym jesteś, a...

- Że kim jestem?! - Przerwałam mu.

- S-M-O-K-I-E-M trzeba ci literować słowa?? Parentes autem dracones to
rodzice smoków. Taka "głowa wszystkiego”, wiesz o co chodzi?

- Nie...

- Nie mam siły, ochoty ani chęci, żeby ci to tłumaczyć... choć, nauczę cię przemiany, nie będziemy przecież szli na pieszo, skoro mamy skrzydła - kiwnęłam lekko głową. - Pierwsza przemiana jest najtrudniejsza, a szczególnie dla ciebie. Tylko przyjaciele mogą ci pomóc...

- Nie mam przyjaciół...

- I w tym cały problem. Ale nie przejmuj się, znajdziesz przyjaciół... tutaj - ruszył na przód.  

- Ruchy, nie mamy całego dnia... - Dobiegłam do niego. - Słuchaj, tam na rogu jest kawiarnia, przesiadują tam dzieciaki, mniej - więcej w twoim wieku. Dopasujesz się! Masz tu pieniądze - podał mi jakieś papierki - nie zgub ich. Jazda! Jak znajdziesz przyjaciół, to daj znać. Masz komórkę, prawda?

- Yhmm. Jeśli można nazwać to telefonem.

- Świetnie, powodzenia! - I zniknął.

Ruszyłam w stronę kawiarni zastanawiając się, czy dam sobie radę. No, w końcu nigdy tu nie byłam, nie rozmawiałam z tymi istotami, stworami... Ludźmi... nie wiem nawet, czy mówią w moim języku! Stanęłam przed drzwiami, zrobionymi całe ze szkła, coś niesamowitego! Już chciałam je pchnąć, ale same się ruszyły. To na pewno jakaś starożytna magia. Ostrożnie przekroczyłam próg. Podeszłam do barku, za którym stała bardzo młoda dziewczyna. Pisała coś w zeszycie i gdy mówiła wcale na mnie nie patrzyła, to oburzające!

- Dzień dobry, - powiedziała monotonnym głosem - co podać?

- Może łaskawie na mnie spojrzysz?! - Warknęłam.

- Yhmm... już, chwileczka.

- Nosz na Króla Piekieł!! Co TO ma być?! - wykrzyknęłam.

- Co ?! - Chwila przerwy, chyba o czymś myślała. - Ach! Ty na casting do grupy aktorskiej! Słuchaj, kochana, idziesz tym korytarzem i to będą pierwsze drzwi na lewo. Powodzenia, ale ci raczej nie potrzebne, tą role masz jak w banku. Bardzo realistycznie grasz!

- Ale... ale ja...

- Idź już, bo się spóźnisz! - Ponagliła mnie.

Szłam tym korytarzem, ale nadal nie wiedziałam, po co. Czytałam kiedyś książkę o nazwie "Sztuka gry aktorskiej” ale nie pamiętałam o czym była. Stanęłam przed drzwiami, które nie były pod demoniczną mocą i pozwoliły mi się otworzyć. Zobaczyłam kilkanaście osób w kolorowych strojach, siedzących na ławkach przed sceną, na której stały dwie osoby. Jeden ze stojących na scenie, była ubrana w czarne, obcisłe spodnie i trochę luźniejszą szarą koszulkę z napisem na plecach "Żeby mi się tak chciało jak mi się nie chce”. Nie rozumiałam trochę przesłania. Obok niego stał chłopak, wyglądał na szesnaście, siedemnaście lat. Ubrany był w strój średniowiecznego rycerza. Szybko usiadłam na jednej z ławek, lecz nie na długo, bo zostałam przywołana na scenę. Teraz, kiedy nieznajomy, z dziwacznym nadrukiem, odwrócił się twarzą do mnie, zobaczyłam, że to nie był człowiek. Biło od niego granatowe światło, czyli był Czarnoksiężnikiem. Od wszystkich Istot Ciemności i Jasności, bije jakieś światło, lecz ludzie tego nie widzą. Przełknęłam ślinę i sztywno ruszyłam w jego stronę. On zachowywał się prawie normalnie, tylko pierwsze wrażenie sprawiło, że otworzył usta. Doszłam do sceny.

- Dobra. Coś na wejście - powiedział, niezwykle czarującym głosem. - Sprawdzimy jaki masz humor. PUK PUK - powiedział, a ja stałam i patrzyła się na niego jak na wariata. - "Otwierasz” mi i mówisz "Kto tam?” - podpowiedział mi. - Jeszcze raz! PUK PUK.

- Gdzie są drzwi?! - Wszyscy wybuchli śmiechem, niestety nie wiedziałam dlaczego.
Próba trwała jeszcze kilka godzin, masakra. Zmęczona wyszłam z kawiarni i udałam się do parku. Usiadłam na ławce i zamknęłam oczy, poczułam czyjąś rękę na ramieniu.

- Daniel? - Zapytałam.

- Nie. Hubert.

- Kto?

- Ten wariat w stroju rycerza, też byłem na castingu. Czekasz na kogoś?

- Nie... - Tak, na pewnego nieznajomego o imieniu Daniel, który porwał mnie z domu  
rodzinnego, wrzucił do Świata Istot Potępionych, kazał znaleźć przyjaciół, abym mogła zmieniać się w jakiegoś demona, Draco, czy jakoś tak. - Na nikogo nie czekam.

- Aaa... No bo wiesz, tu za rogiem jest spoko knajpka i pomyślałem, że może się tam ze mną wybierzesz...

- Jasne - zaczęłam powoli wstawać.

- Co? O matka, jesteś pierwszą dziewczyną która idzie z kimś, praktycznie nieznajomym, na kolację, bez pytań typu: "Ile masz lat?”, "Gdzie mieszkasz?”, "Czy aby na pewno nie jesteś pijany?”... - Zaczęliśmy iść w stronę knajpki. - Przecież mnie nie znasz...

- Znam. Masz na imię Hubert, nie możesz być dużo starszy ode mnie. Ale ci ufam.

- Miło, ale, teraz ja zapytam, czy na pewno nie jesteś pijana? - Mówił to z szerokim  
uśmiechem.

- Na pewno - ja też się uśmiechnęłam.  
Doszliśmy do miejsca o nazwie "KFC”. Stanęliśmy w kolejce po jedzenie. Zamówiłam jakąś kanapkę o dziwacznej nazwie, a on kurczaki. Usiedliśmy na sofach i zaczęliśmy jeść. Trochę rozmawialiśmy, a mi wydawało się trochę, że mnie podrywa. Ale potem uświadomiłam sobie, że poco podrywać taką brzydulę.

- Ale jak to, nie masz chłopaka?!

- Podobne pytanie mogłabym zadać tobie. Dlaczego nie masz dziewczyny?

- Skąd wiesz, że jej nie mam?

- Bo jakbyś miał, to ona siedziałaby teraz, tutaj z tobą.

- No dobra, masz mnie... - Chyba chciał powiedzieć coś jeszcze, ale ktoś mu przerwał.

- Proszę, proszę. A co się tutaj dzieje? - To był Daniel.

- Siema stary... To jest Michalina, Misia to Daniel.

- Znamy się - powiedział Daniel z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. - Ona jest moją...

- Mówiłaś, że nie masz chłopaka! - To było do mnie.

- Bo nie mam!

- Hubert, słuchaj, teraz porywam ci Misie.

- NIE! Pierwszy ją zobaczyłem, zaklepana.

- Michalina, ruchy, nie mieszkamy w tej dzielnicy, mamy kawałek drogi do domu.

- To wy już razem mieszkacie?! Michalina, ja właśnie chciałem ci powiedzieć, że mi się podobasz i...

- Hola, hola, brachu. Przestań podwalać się do mojej młodszej siostry!

- Kogo? - Powiedziałam jednocześnie z Hubertem.

- Mówiłem ci, że przyjeżdża do mnie siostra.

- Jaa... Ale czekaj, to chyba dobrze, że znalazłeś ją ze mną a nie z jakimś obcym zbokiem.

- Yhmm. Wielkie szczęście! A ty - zwrócił się do mnie - znalazłaś przyjaciół?

- Tylko jego.

- No dobra. Choć Hubert, idziesz z nami.

- Yyy... no dobra...

Szliśmy tylko chwilkę, bo kierowaliśmy się do parku. Daniel poprowadził nas do środka ogromnego, starego drzewa. Tak staliśmy w środku tej rośliny. Wtedy coś pstryknęło i zaczęliśmy spadać. Spadać i spadać, aż wylądowaliśmy na... trampolinie!

- Witajcie w Piekle - zabrzmiał głos.

- Lucyfer -wysyczałam, nie wiem skąd to wiedziałam, ale byłam tego pewna.

- Och skarbie, mów mi tato.

- Nie jesteś moim ojcem.

- No masz rację, nie jestem. Lecz jestem jednym z Parentes autem dracones, to tak jakbym był twoim ojcem. A teraz choć, musisz się zmienić - poczułam, że ktoś knebluje mi ręce.

- Cii - szepnął Daniel - to część planu.

Szliśmy za Lucyferem drogą pełną zakrętów, to w lewo, to w prawo. Kilka razy próbowałam się wyrwać, ale to nic nie dało. Doszliśmy do ogromnego pomieszczenia z kamiennym stołem na środku. Daniel położył mnie na nim, a Lucyfer, z ogromnym nożem stanął nade mną.

- Ostatnie życzenie?

- Tak - zaczęłam sobie wyobrażać ogromnego, biało-błękitnego smoka. Ziejącego czarnymi płomieniami ognia.  

Poczułam mrowienie na całym ciele. Następnie wydawało mi się, że jestem rozrywana na części, a, a potem już nie byłam sobą.
Biło ode mnie rażące białe światło, rzuciłam się na Lucyfera. A po mniej niż sekundzie została po nim tylko czarna, rozmazana plama. Daniel i Hubert leżeli nieruchomo, na pierwsze wrażenie, mogło się wydawać, że nie żyją, ale oddychali. Złapałam ich, najdelikatniej jak umiałam w swoje szpony i rozrywając kilometry ziemi nad nami, wzleciałam w niebo. Szybowałam po czarnym niebie nocy, aż wpadłam na pomysł. Poleciałam pod Bramę Donikąd i spaliłam ją moim czarnym, jak smoła, ogniem. Spowodowało to połączenie się Świata Istot Potępionych ze Światem Istot Jasności. Wiele osób pytało mnie potem dlaczego to zrobiłam. Odpowiadałam zawsze to samo: "W każdym jest dobro, dlaczego więc mamy się dzielić na tych Dobrych i Lepszych? Powinniśmy żyć razem.”
A co było później? Możecie sobie dopowiedzieć. Aktualnie jestem z Hubertem, albo byłam, miliony lat temu. Daniel, mi wszystko wytłumaczył. Oszczędziłam go, ponieważ z takich jak ja, zostaliśmy tylko we dwoje. Oba Światy, teraz już jeden, nie żyją w zgodzie. To była jdena z moich najgorszych decyzji. My, Ci potępieni, pół-Ludzie pół-potwory musimy się ukrywać. Ukrywamy się po dziś dzień, wię uważaj, kiedy następnym razem powiesz, że nie wierzysz...

2 719 czyt.
100%133
Anaela

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 3415 słów i 18696 znaków.

3 komentarze

 
  • Kuri

    Kuri · 21 sty 2016

    Niestety... Jedyne Twoje opowiadanie, które nie wciągnęło mnie podczas czytania. Nie mam pojęcia czym to jest spowodowane, ale nie podobało mi się D:

  • NataliaO

    NataliaO · 6 wrz 2015

    Historia wciągnęła od początku, fajne, lekka. Było zabawnie z bohaterami, dobry dialog naturalny jak cała historia. Wyszło Ci bardzo dobrze szkoda, że jedno razowa historia

  • Olahaha

    Olahaha · 9 cze 2015 · 193917921

    Chce więcej!