Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Dziewczyna z czarnym kryształem. cz 2

     – Usiądź, proszę – zwróciła się do mnie.
     – Zostawcie nas samych – odezwała się do kobiet.
Te skłoniły głowy i wycofały się na zewnątrz. Drzwi zamknęły się same.
     – Zadowolony z kąpieli? – uśmiech wciąż nie schodził z jej pięknej twarzy.
     – Miałem trochę oporów.
     – I wolałeś, żebym to ja tam była, prawda?
Popatrzyłem na nią bardziej wnikliwie.
     – Dlaczego nazwałaś mnie Gwiezdnym wędrowcem, a co ważniejsze nazwałaś mnie Sosorą?
     – Wszystkiego się dowiesz po kolei, no może nie wszystkiego, ale wiele. Czy nic cię nie zdziwiło?
     – Tak, mówisz w moim języku. Ci pustynni nicponie zupełnie mnie nie rozumieli, a ja ich. I dostałem w twarz z tego powodu.
     – Siedzą w więzieniu. Podejmiemy decyzję co z nimi zrobić. Chcesz ich śmierci?
     – Dlatego, że jeden z nich mnie uderzył? Czy nie byłoby to zbyt niesprawiedliwe?
     – Być może nasze pojęcia sprawiedliwości są inne. Moje służące otrzymałyby po dwadzieścia batów, gdybyś nie dał się namówić na kąpiel.
Zamiast to rozważać, zapytałem.
     – Czy Assai Arra on tai Ori, znaczy, Księżniczka Arra jest Bogiem?
Popatrzyła na mnie i rzekła.
     – Szybko się uczysz, Sosora.
     – To naprawdę moje imię?
     – Tak mówią księgi. Chcesz zobaczyć?
     – Tu niczego nie ma, tylko ten amulet.
     – Księgi są na półkach. Widzisz tylko to? – wskazała na owalny przedmiot.
     – No jest jeszcze stół, krzesła i oczywiście ty.
Arra zrobiła się poważna na ułamek chwili.
     – Prawdopodobnie to wynik wspomnień.
Podeszła do mnie i wyciągnęła prawą dłoń.
     – Mogę?
     – Nie wiem, co masz na myśli, ale tak. Zrób co potrzeba.
     Kobieta podeszła do mnie zupełnie blisko. Czułem ciepło bijące z jej postaci. Jej zapach. Zbliżyła twarz do mojej, ale wiedziałem w jakiś sposób, że nie zamierza mnie pocałować. Kiedy patrzyłem w jej błękitne oczy, dostrzegłem kątem oka, że przesuwa dłoń do góry. Położyła mi ją na czole i powoli zjechała w dół do wysokości torsu, a następnie zabrała rękę i nieco się oddaliła.
Zobaczyłem zdziwiony dwie solidne półki wypełnione księgami.
     – Och!
     Arra podeszła do tej po prawej strony stołu i wyjęła jedną. Księgę oprawiono w skórę, chyba tego samego rodzaju co moje poprzednie ubranie, bo teraz miałem na sobie białą, jedwabną bluzę i białe bawełniane spodnie.
Złotowłosa otworzyła księgę i zaczęła czytać. Nie musiała szukać, ponieważ kartki rozdzielało pióro podobne do pawiego.
     – Tak jest tu napisane, Sosora.
     – Czy jest coś jeszcze napisane o mnie? Prawdę mówiąc, niewiele pamiętam.
     – A co pamiętasz? – popatrzyła wnikliwie prosto w moje oczy.
     – Pustynię. Martwą planetę. Czy stamtąd pochodzę?
     – Ta i jeszcze dwie inne księgi są o tylko o tobie, ale niestety nie jest w nich napisane, skąd pochodzisz. Jesteś Gwiezdnym wędrowcem. Przenosisz się z miejsca na miejsce, ale co jest dobre, tu pozostaniesz długo.
     – W twoim kraju? Wymieniłaś nazwę. Hopala.
     – Nie wiem, co znaczy kraj, Sosora.
     – Kraj to część jakiejś wielkiej połaci lądu. Myślałem, że Hopala jest taką częścią.
Znowu spojrzała na mnie tak samo. Krótko i wyraziście.
     – Nie, Hopala to nazwa naszego świata.
     – Hopala jest planetą?
     – Co to jest planeta?
     – Och, to kula krążąca wkoło gwiazdy. A wy macie trzy.
Uśmiechnęła się krótko.
     – Nareszcie sprężyłam się z twoim umysłem. Wiem już o wiele więcej. To małe jest gwiazdą, te dwa większe to księżyce.
     – Księżyce są przeważnie mniejsze niż planeta. To księżyce Hopali?
     – Nie, są księżycami Mony. Mona to ta gwiazda. Hopala nie ma księżyca. Wkoło niej krąży niewidoczna czarna bliźniaczka, Reula. A te dwa księżyce to Pala i Kartyuna. Pala jest troszeczkę większa.
     – Dziwne. Gwiazda ma księżyce, a planeta niewidzialnego karła. Raczej niespotykane. Wspominałaś coś o obiedzie. Nie chcę być nieuprzejmy, ale od dawna nie miałem nic w ustach, poza tym słodko-kwaśnym fioletowym owocem.
Arra zwęziła oczy i patrzyła z wyczekiwaniem.
     – Pytałam, czy nic cię nie zdziwiło.
     – Nie wiem. Chyba tylko to, że zazwyczaj po nocy załatwiam potrzebę...

     I w tym momencie otworzyłem oczy. Poczułem suchość w ustach i gorące promienie trzech słońc. W koło rozciągała się pustynia.
     – A więc to sen? Ciekawe czy zaraz pojawią się ci dwaj – wyszeptałem.
Nie musiałem długo czekać.
A więc to tak!
Podjeżdżali powoli.
     – Gatahe ma keuna. Ia Sosora. A ma te Assasai Arra.
Obaj ukłonili się aż do ziemi.
     – Wathane ku Sosora, an tai Ori.
     – Sosora antaja Ori – szepnąłem, tak że nie mogli słyszeć.
Jeden z nich wskazał mi zwierzę, ale zanim wsiadłem, wskazałem na bukłak.
     – Keuna – rzekłem.
     Ciemno brody podał mi z ukłonem bukłak. Woda miała wspaniały krystaliczny smak.
Po chwili siedziałem w siodle. Chyba dla szacunku, drugi również szedł. Za godzinę zobaczyłem miasto.
Wszystko dalej zgadzało się ze snem. Oczywiście poza więzieniem. Cuna przywitał mnie z należytym szacunkiem i po chwili zobaczyłem Arrę. Oczywiście, zanim ją zobaczyłem, poczułem. Naprawdę pachniała pięknie. Tym razem nie miałem oporów związanych z myciem. A kiedy weszliśmy do jej komnaty, dostrzegłem księgi. Złotowłosa pięknie się uśmiechała.
     – Zadowolony z kąpieli?
     – Daruj sobie.
Podszedłem do półki i wziąłem księgę. Otworzyłem na założonym miejscu.
     – Fascynujące – mruknąłem.
Kobieta patrzyła na mnie zdziwiona.
     – Skąd wiedziałeś? O tym nie czytałam.
     – Może nie uwierzysz, ale to mi się śniło. Powiedz, co o mnie wiesz.
     – Możemy porozmawiać o tym przy obiedzie? – zapytała z wyczuwalnym zdziwieniem.
     – Dobry pomysł. Mam nadzieję, że wśród potraw nie będzie tego różowego paskudztwa.
     – Och, a to dlaczego? Księgi mówią, że Sosora bardzo lubił agusga.
     – Może nie wszystko, co tam jest napisane, jest prawdą.
     Arra podała mi dłoń i skierowaliśmy się do drzwi. Jak się spodziewałem, utworzyły się same. Cztery służki towarzyszyły nam do drugiej komnaty. Domyśliłem się, że tam będziemy jeść.
     – Będą owoce i warzywa – raczej stwierdziłem, niż zapytałem.
     – Oczywiście, masz na myśli mięso. Tylko te nieokrzesane stwory jedzą krew.
     – Masz na myśli mieszkańców Reuli?
Arra zatrzymała się i podparła dłonie o swoje biodra.
     – Skąd ty to wiesz!
     – Mówiłem ci, że miałem sen. Niestety nadal nie wiem, kim jestem. Jak się znalazłem na Hopali i w jaki sposób ci czarno brodzi, mnie znaleźli?
     Twarz kobiety przyjęła łagodniejszy wyraz, a ja przypomniałem sobie, że we śnie, w poprzedniej rozmowie z Arrą nie wspomniała nic o mieszkańcach Reuli. To wszystko było dziwne.
     – A więc nie wiesz wszystkiego. Księgi podały dokładnie miejsce i czas twojego przybycia. Dlatego ich tam wysłałam. To dziwne, ale po prostu przybyłeś. Bez żadnego pojazdu. Jakbyś spadł z nieba. A najdziwniejsze jest to, że stało się to właśnie pod nieobecność mojego męża.
     – Który właśnie jest teraz na Reuli, ale zaraz wróci...
     – Taak, dokładnie.
Teraz twarz Arry wyrażała tylko zdziwienie.
     – Nie za bardzo wam się układa i pewnie dlatego masz wielką ochotę mnie pocałować, prawda?
Arra zarumieniła się pięknie.
     – Nie dałam ci żadnego znaku, że tak jest. Pamiętaj, że jestem księżniczką. Panią tej planety, a nawet więcej...
Robiła wrażenie lekko zagniewanej, ale to nie przeszkadzało, że podeszła bardzo blisko do mnie. Czułem jej szybki oddech, a ciepło jej ciała prawie mnie topiło.
     – Mieliśmy jeść, Arro – szepnąłem.
     – U nas deser jest na początku posiłku.
     Nie protestowałem. Obserwowałem. Wygięła zgrabnie szyję w moim kierunku i jej lekko wilgotne usta o bardziej wykwintnym smaku niż fioletowy owoc, musnęły moje wargi.

     Niestety nie było nam dane się pocałować, a właśnie nabrałem na to wielkiej ochoty.
Nagle komnatę wypełnił gęsty i ciemny wir i w jednej chwili rozwiał się, a w odległości dwukrotnej długości mojej postaci od nas, stanęła przed nami postać mężczyzny. Miał złote loki, piękne błękitne oczy o zimnym blasku. Zdołałem tylko pomyśleć, że ma chyba piękniejsze oczy niż Arra.
Mężczyzna miał nie tylko piękna twarz, ale i sylwetkę. Srebrzysta zbroja, jaka go okrywała znikła bez śladu. Tak jak przypuszczałem miał na sobie białe ubranie.  
Był szybki i z pewnością niegłupi. Dostrzegłem w jego dłoni srebrną, znajomą broń. Zanim śmiercionośny promień dotarł do mojego ciała, zostałem otoczony niewidoczną kopułą. Zrozumiałem, że ta ochrona nie pochodziła ode mnie. To Arra!
     – Nie ma mnie pół dnia, a ty już romansujesz, dziwko!
     – Jest moim gościem i nie śmiej go ruszyć.
W błękitach jej męża palił się zły i zimny ogień. Zapomniał na chwilę o mnie i podszedł powoli do żony. Chwycił ją za gardło i szepnął.
     – A co mi zrobisz, jeżeli go zabiję.
Złotowłosa nie była słodkim kociakiem. Położyła otwartą dłoń na klatce piersiowej męża. Jakaś tajemnicza siła rzuciła nim o ścianę.
     – Dość tego, Tugar.
Osłona znikła, widocznie Arra wiedziała, że nie jestem już w niebezpieczeństwie.
     – I to z kim! Ciemnowłosy. I dlaczego ubrałaś go w moje szaty?
Wówczas nie wiedząc, dlaczego powiedziałem słowa, które nie do końca były prawdziwe.
     – Twoje obawy są bezpodstawne. Wiem, że Arra jest twoją kobietą i nie zamierzam jej tknąć.
Tugar umiał się pohamować. Na jego twarzy pojawił się nawet uśmiech.
     – Ty może nie zamierzasz, ale nie wiesz, co tam się kłębi pod tymi złotymi loczkami.
Podszedł do żony, jakby nic się nie stało. Delikatnie przejechał dłonią po jej głowie i pocałował subtelnie jej policzek. Chyba zamierzał dotknąć swoimi jej ust, ale zrezygnował, po czym spojrzał na mnie wymownie.
     – Pachnie wspaniale, nieprawdaż, ale to jeszcze nic...
     – Lepiej zjedzmy, zanim się coś złego wydarzy, Tugar – głos Arry nawet nie zadrżał.
Mężczyzna uśmiechnął się niezbyt szczerze i wyrzekł.
     – Zostawiam was. Na Rauli jadłem z moim bratem. Smażone mięso jatti w grzybowym sosie jest całkiem dobre.
Skłonił się krótko i wyszedł.
     Arra usiadła po przeciwnej stronie stołu. Wyglądała na spokojną, ale czułem, że cała dygocze w środku. Milczałem. Po chwili drzwi się otworzyły i zaczęto wnosić potrawy na porcelanowych talerzach i owoce na złotych tacach.
     – Kiedyś go zabiję – wyszeptała.
     – To nie moja sprawa, ale zapytam. Nie kochasz go, prawda?
     – A widać, że jest inaczej? Dla utrzymania pokoju z Raulą musiałam zgodzić się na to małżeństwo.
     Nie mogłem tego przewidzieć. Skąd mogłem wiedzieć, że jadowite na pozór słowa Tugara, okażą się prawdą. W ułamku chwili znalazłem się z Arrą w ogrodzie, który widziałem poprzednio przez okno. Zanim zdołałem cokolwiek zrobić, poczułem jej usta na swoich. Jak długo to trwało, nie miałem pojęcia.
W końcu księżniczka oderwała swoje wilgotne wargi od moich pół otwartych ust, pozostawiając mnie w miłym oszałamiającym stanie.
     – Nie powinnam się zgodzić na ten układ, nawet dla utrzymania pokoju. Kiedy miała dziesięć lat, już znałam cię z ksiąg. I od tego czasu...
     – Arro, może lepiej wróćmy. Bo jeżeli jeszcze dłużej tu zostaniemy, to nie wiem, co może się wydarzyć.
Znaleźliśmy się w jadalni, tak samo szybko, jak z niej poprzednio zniknęliśmy.
     – Spróbuj tego – wskazała na małe ciemnoróżowe owoce, a powiedziała to tak, jakby nic między nami nie zaszło.
Wziąłem w palce lekko kosmatą kulkę. Sama rozpływała się w ustach.
     – Wspaniałe, jednak bez porównania twoje usta były smaczniejsze.
     – Przestań – szepnęła. – Nie jestem taka, jak myślisz. Ja z nim ... nigdy. Wiem, że nie rozumiesz. Ja z nikim, nigdy... Czekałam na ciebie. Natomiast on! Co tydzień odwiedza Reulę. Tamtejsze kobiety są inne niż Hopali. Żadna stąd by z nim...
     – Czy kolor włosów i oczu determinuje stan społeczny? – doznałem olśnienia.
     – Myślałam, że wcześniej na to wpadniesz.
     – A więc czarne włosy i brązowe oczy to służba. Szatyni to klasa średnia. Nie widziałem na targu żadnego blondyna.
     – Takie włosy i oczy ma tylko klasa królewska.
     – A dzieci? Nie widziałem żadnych.
Arra popatrzyła na mnie wnikliwie.
     – Jak myślisz, ile mam lat?
     – Nie wiem. Dwadzieścia pięć, może dwadzieścia osiem. Nie masz trzydziestki.
     – Z naszych obliczeń wynika, że mam trzysta siedemdziesiąt. Tak jak wszyscy. Zarówno na Hopali, jak i na Rauli. Niektórzy giną. Jeżeli zrobią coś złego. Dlatego jest nas coraz mniej. Dalej nie mogę powiedzieć.
Tym razem pomyślałem szybciej, niż się sam spodziewałem.
     – Powiedziałaś, że cię zmuszono do małżeństwa. Myślałem, że ojciec, matka albo rada starszych. Skoro wszyscy są w jednym wieku, to kto cię zmusił?
Przez twarz księżniczki przemknął grymas.
     – To długa historia. I nie chcę o tym teraz mówić. Podobno chciałeś się czegoś dowiedzieć o sobie.
Bardzo chciałem dowiedzieć się czegoś więcej o księżniczce Hopali, ale wiedziałem, że teraz nie jest na to właściwy czas. Dla rozładowania sytuacji rzuciłem najbardziej trudne pytanie.
     – Ta martwa planeta. Dlaczego? I skąd pochodzę? Co o tym mówią księgi?
     – Już ci mówiłam, że o tym milczą. Hopala jest siedemdziesiątą siódmą planetą, na którą przybyłeś. Twoja historia w księgach zaczyna się od tamtej planety. Nie znaczy to, że z niej pochodzisz. Pismo wyraźnie mówi, że przybyłeś na nią z innego miejsca. Zagłada nie nastąpiła przez wojnę ani przez zagładę kosmiczną. Wszystko było dobrze. Aż któregoś dnia pewna dziewczyna znalazła kryształ. Ciemny, prawie czarny. Księgi mówią, że prawdopodobnie był to jakiś zaklęty kamień.
Pewnego razu dziewczyna i kryształ zniknęli. Najpierw nikt nie zauważył, ale potem wszyscy już wiedzieli. Wszystko zaczęło umierać. Przestały się rodzić dzieci. Nie tylko ludziom. Wszystkim istotom. W końcu wszystko umarło, a cała planeta stała się pustynią. Zostałeś tylko ty. I od tej pory przenosisz się z jednego układu gwiezdnego do drugiego. Szukasz jej. Bo sądzisz, że kiedy ją znajdziesz, wszystko się odwróci.
Patrzyłem na nią. W jej pięknych błękitach kręciły się łzy.
     – Czy księgi mówią coś o tobie i mnie i co stanie się z Tugarem?
     – Tak.
     – Oczywiście mi nie powiesz, ale przecież mogę to przeczytać. Czy twój mąż czyta?
Arra popatrzyła na mnie inaczej.
     – Weź jeszcze raz księgę, a potem inną, to sam się przekonasz.
     To, co powiedziała, zdawało się zagadkowe. Zrobiłem, jak prosiła. Wziąłem tę samą księgę, z której poprzednio czytała i otworzyłem. Widocznie moja znajomość języka Hopali wzrosła, bo czytałem ze zrozumieniem. Czytałem dokładnie, to co przed chwilą powiedziała mi Arra. Jestem Sosora i przemierzam kosmos niewiadomą siłą. Poszukuję dziewczyny z czarnym kryształem. Tego dnia miałem przybyć na Hopalę i że ta ma bratnią, ciemną siostrzaną planetę, Raulę. Wszystkie informacje o gwieździe i jej księżycach, o kąpieli, służących, a nawet o Tugarze znajdowały się na tej stronie. Księżniczka patrzyła na mnie z wyczekiwaniem.
     – Skoro ja mogę przeczytać, czemu on nie?
Ona nadal patrzyła. Przewróciłem kartkę. Była pusta. Następna i następna. Położyłem księgę na miejsce i wziąłem inną. Wszystkie księgi były puste.
     – Jest tylko jedna zapisana strona?
Pokręciła głową.
     – Tylko ja widzę. Przeczytałam wszystkie. Dwieście sześćdziesiąt cztery księgi. Nikt inny nie może tego zobaczyć.
Zrobiło mi się smutno i poczułem dziwne uczucie do tej kobiety. Tak jakbym ją znał bardzo dobrze.
     – Dlaczego płakałaś?
Ona bez słowa wstała i podeszła do półek. Bez zastanowienia wzięła jedną z ksiąg. Otworzyła mniej więcej przy końcu.
     – Tutaj. Wiem, że nie widzisz, a ja ci nie mogę powiedzieć. Nie teraz, a może nigdy.
Patrzyłem w pustą, dla mnie białą stronę.
     – Jak wygląda ta dziewczyna?
     – Ma śniadą skórę, czarne włosy i brązowe oczy. Na Hopali, zajmowałaby najniższą pozycję. Mamy tu ludzi o czarnych włosach, ale nikt nie ma ciemnej skóry.
     – Ma czarną skórę? – zapytałem zdziwiony.
     – Nie, raczej bardzo ciemnobrązową. Z opisu wynika, że ta dziewczyna jest bardzo piękna.
I wówczas zapytałem coś, co nie miało żadnego sensu.
     – Czy mnie coś z nią łączyło? Znałem ją?
     – Kiedy znalazła kryształ, nie, ale wcześniej, tak.
Poczułem mrowienie na całym ciele.
     – Co mnie z nią łączyło?
     – To była twoja żona. Poróżniliście się o coś i ona odeszła. Złamałeś jej serce, chciała umrzeć, ale zamiast śmierci znalazła kryształ. A może ten kryształ to śmierć? Bo zaraz potem wszystko zaczęło umierać.
     – Znajdę ją.
     Arre patrzyła na mnie z litością, miłością i z jeszcze całym innym bukietem uczuć, a w jej oczach dostrzegłem nadzieję.
Zapragnąłem ją. Wstałem od stołu i podszedłem do niej. Wstała. Pragnąłem jej ust, jej ciała, ale jeszcze bardziej jej serca. Jak gdybym znał ją całe życie. I czułem, że ona czuje podobnie. W końcu kochała mnie od trzystu sześćdziesięciu lat.
     Zamiast pocałować jej usta, położyłem tylko dłonie na jej policzkach. I wówczas ona wyszeptała coś tak cicho, że z trudnością ją usłyszałem.
     – Nie teraz, a może nigdy.
Staliśmy tak długo, bardzo długo. Mona i jej dwa wielkie księżyce schowały się za horyzont. Oczywiście, że nie miała na myśłi pocałunku.  
W komnacie nie czułem potraw, tylko zapach Arry. I zanim zrobiło się zupełnie ciemno, coś jeszcze sobie uświadomiłem. Coś było nie tak. Przecież księgi były w innym pomieszczeniu. A teraz byliśmy w jadalni. Jak mogły tu się znaleźć?

Sapphire77

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3268 słów i 18074 znaków.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.

  • Użytkownik Pumciak

    Zaczyna mnie wciągać to opowiadanie czekam na jeszcze

    3 dni temu

  • Użytkownik Sapphire77

    @Pumciak Dziękuję. Za kilka dni.

    3 dni temu