Dziewczyna z czarnym kryształem.
Tego się nie da przeżyć drugi raz. To jest unikalne i niepowtarzalne doświadczenie, jedna i jedyna oferta na życie. Tej drugiej nikt nie pamięta. Powinno być na odwrót. Ta powinna być druga. Z pewnością, kiedy człowiek się rodzi, coś czuje. O czymś myśli. Tylko jest jeszcze nie dość rozwinięty, żeby to przekazać. Być może z czasem zapomina. Rezultatem tego jest to, że nikt nie wie co niemowlę myśli i odczuwa. O tym wie tylko Bóg. Drugie, które nazwałem pierwszym i jedynym, przeżywałem teraz. Jest tylko taka różnica, że to pamiętała jedna osoba. Ja. Niestety nie mogłem się tym z nikim podzielić. Umierałem.
Moje otwarte oczy rejestrowały ostatnie obrazy. Biały sufit szpitalnego pokoju. Spokojny i majestatyczny. Doskonały. Inne zmysły działały bez zarzutu. Czułem specyficzny, szpitalny zapach. Wolałbym zapach kwiatów, ale nie zdołałem o tym nikogo zawiadomić. Miarowy dźwięk kropel w kroplówce. Dla normalnego człowieka prawie niesłyszalny napełniał mój mózg łoskotem spadającej lawiny. Każda spadająca kropla uderzała mnie z siłą pioruna. Nigdy nie znosiłem zbyt głośnej muzyki rockowej i teraz pewnie to się mściło na mnie. Perkusja, wystrzał pistoletu, odgłos metalowego garnka spadającego na kamienną posadzkę powiększony tysiąckrotnie, ot co odbierał mój umysł. To przynosiło w pewnym sensie ulgę innemu niespełnionemu odczuciu. Zawsze chciałem umrzeć samotnie, oparty o skałę, u podnóża himalajów.
Teraz umierałem samotnie, ale na szpitalnym łóżku. Zanim moi najbliżsi dotrą do Generalnego Szpitala w centrum Sydney, już mnie nie będzie.
Nie planujemy tego, ale często nachodzą nas myśli. Co to spowoduje? Atak serca, a może rak trzustki. Zator w płucach.
Powinienem chociaż raz pomyśleć o wypadku samochodowym. W końcu jest to najczęstszą przyczyna wszystkich nagłych odejść. To nie karabinowa kula czy atak serca jest najbardziej typową przyczyną nagłego odejścia, ale właśnie twoja zabawka, cacko, które polerujesz z taką pieczołowitością w sobotnie, letnie popołudnie. Wcierasz pastę, aby wiśniowy lakier lśnił dumnie i bezczelnie. Jego duma była twoją, prawda?
Jak teraz wygląda? Rozbity, częściowo spalony. Samotny jak ty, umierający na złomowisku.
Gdybym nie odszedł i nie zostawił żony i córki, zdążyłyby zobaczyć mnie przed śmiercią.
Jak mogę czuć zapachy, widzieć sufit i słyszeć łoskot, jeżeli mój mózg jest uszkodzony? Ostatnie co pamiętałem z zewnętrznego świata, to ten wielki truck. Właściwie go nie widziałem. Światła, łoskot uderzenia, a potem cisza...
Dopiero teraz do mojej świadomości docierały obrazy, zapachy i odgłosy ostatniego miejsca tego świata, które zapamiętam.
A może już umarłem? Dlaczego? Ponieważ nie czułem bólu. Nie miałem świadomości posiadanego ciała.
Jak zatem wiedziałem, że jestem w szpitalu?
Nagle wszystko zniknęło. Znalazłem się w kompletnej ciszy i całkowitej ciemności. Ostatnia myśl to... Nie Bóg, nie Grace, moja żona ani nawet Claudii, moja córka. Świadomość, że pojawi się jasny tunel.
Nic. Cisza. Ciemność. Bez żadnego zapachu, smaku. Nie czułem strachu. Nie odczuwałem samotności, ale wiedziałem, że istnieję. Żadnych wspomnień, poczucia winy. Nic. Zero. Super. Mógłbym tak trwać wieczność. A może byłem w wieczności. Może byłem wiecznością.
Brak poczucia czasu. Brak porównania czegokolwiek z czymkolwiek. Czyż jestem bogiem?
Co do jednej rzeczy miałem pewność. Istniałem.
Czy trzeba się martwić, że nie możesz się przemieścić, skoro jesteś wszędzie? Tylko że to wszędzie jest wszechobecną, nieskończoną, głuchą ciemnością. Czyli wszystkie mądrości o duszy to bujda?
Sąd. Piekło, niebo? Czyli co, nieważne czy jesteś świętym, pijakiem, złoczyńcą, złodziejem, niemowlakiem, niemową, ślepcem, geniuszem, idiotą, to wszystko bez znaczenia? Normalnie taka wiedza wywołałaby jakieś reakcje. Chyba że byłbym wytrenowanym buddystą po osiągnięciu nirwany. Och, istnieje! Tylko moja świadomość nie zajmuje się nieistotnymi sprawami. Rodzina jest nieistotna? Ziemia, cała ludzkość? To wszystko jest bez znaczenia?
Istnieję. Niewzruszony, całkowity i spełniony w całkowitej ciszy i ciemności. A płeć? Nie jestem ani mężczyzną, ani kobietą. Jestem. Trwam. Po nieoznaczonym czasie, bo wiem z pewnością, że czas nie istnieje, UŚWIADAMIAM sobie, że jestem świadomy. Uczę się. Wiem już o tym, że to, co myślałem, że istnieje, nie istnieje. Spośród pięćdziesięciu tysięcy słów, pierwsze, które mi przyszło, to... Nie, jestem aż tak prymitywny?
Żona? Bez znaczenia. Córka to samo. Bóg, śmierć, ciemność, rozkosz, ból, smak, zapach, hałas, cisza. Truskawka, Sukienka z bawełny, telefon komórkowy, sosna, łódka na jeziorze. Nóż, łaciaty pies. Słońce, mrówka.
Tysiące, miliony, miliardy słów i znaczeń. Wszystko. Wszystko. Bezwymiarowe słowa określające wszystko. I kiedy już zaakceptowałem to, że JESTEM ŚWIADOMY w ułamku chwili, która chwilą nie mogła być z powodu braku czasu, WSZYSTKO się zmieniło. Jasno, głośno, wszystkie zapachy i wszystkie smaki. CAŁOŚĆ. A więc może jestem Bogiem. Jestem wszystkim i jestem wszędzie. Och co za idioci! Opisywali, dociekali, szukali. To jak kropla w oceanie w porównaniu z tym, CO ISTNIEJE. Nadal nie odczuwałem istnienia przemijania. Wszystko było w ruchu. Nie odczuwałem stagnacji. Jak miło jest obserwować ruch elektronów. Nie jednego atomu, ale wszystkich. Mogłem widzieć jeden lub wszystkie. Miałem możliwość obserwować to pod dowolnym kątem. Skoro mogłem to, to może...
Znalazłem się w samolocie... Tak to moje najbliższe ziemskie istoty. Grace ma zapłakaną buzię, Claudia drzemie z oparta głową na jej ramieniu. Wiem, o czym śni. Czuję i znam myśli Grace. Wszystkich w samolocie. Wszystkich ludzi. Odczuwam wszystko. Jestem wszystkim.
Ta świadomość nie zmienia niczego. Nie czuję z tego powodu radości, złości, dumy. Wiem, że te uczucia istnieją. Wiem, że mogę je mieć. Tylko po co? Mam je wszystkie. Znam każdy ból, wszystkiego, co żyje. Co żyło i będzie żyć. Radość. Pełnia. Bez znaczenia. Co ma znaczenie? Że Jestem? Nie. Jestem. I to nie ma znaczenia. Mogę być wszystkim, ponieważ jestem wszystkim. Drzewem, psem, chmurą. Piaskiem. Pustynią. Jestem pustynią. Jestem tylko pustynią. Coś się zmieniło. Już nie jestem wszystkim. Jestem pustynią. Czuję gorące promienie pochodzące od dwóch słońc. Wiatr, suchość powietrza. Nie, pomyliłem się. Nie jestem pustynią. Jestem światem. Planetą. Martwą planetą. Coś się stało, że jestem taką. O! Jestem żeński. Kompletnie żeński. Odczuwa, że tętniłam życiem. Byłam życiem. Dawałam życie. I ktoś mi je odebrał. Jak? Już wiem. I w tej chwili zacząłem żyć.
Leżałem na rozgrzanym piasku. Już tylko, jak resztki snu, pamiętałam, że byłam życiem. Planetą, pustynią, wszystkim, ciemnością, człowiekiem z Ziemi, który umarł w szpitalu po wypadku samochodowym. I dopiero wówczas kiedy wiedziałem, że mam ciało, odszedłem. Odpłynąłem. W kompletne nic. Nic. Nic. Nic. Nic. Nic...
Poczułem chłód. Cudowny, orzeźwiający. Poczułem, że ktoś mnie bierze pod ramiona. Szorowałem nagimi stopami o gorący piasek. Słońce wciąż prażyło niemiłosiernie, ale czułem się lepiej. Miałem na sobie spodnie z jasnej skóry jakiegoś zwierzęcia. Z tej samej skóry miałem kurtkę, dostrzegłem opalone ramiona i łydki. Ktoś, wyglądający na człowieka pustyni, przysunął mi skórzany baniak z wodą.
Och, jak cudowny jest smak świeżej wody. Krystalicznej, chłodnej. Pachnącej jak poranna mgła.
Zacząłem powłóczyć nogami. Postawiłem kilka kroków, ale silne ręce nadal mi pomagały. A może mnie krępowały. Czy byłem więźniem?
To wszystko wiedziałem i odczuwałem. Brakowała jednak jednej istotnej informacji. Nie miałem pojęcia, kim jestem.
– Gdzie jestem i dokąd idziemy? – zapytałem.
Mówiłem w języku, który znałem doskonale.
– Whark do nolkh! (Zamknij się).
Ten z prawej wyglądał jak ja. Miał tylko nieco inne ubranie. Co powiedział, nie miałem pojęcia.
– Nie rozumiem – odrzekłem spokojnie.
Zamiast spodziewanej odpowiedzi w tym nieznanym języku, otrzymałem silne uderzenie w szczękę. Po chwili cierpki smak krwi rozgościł się w moich ustach. Warga pulsowała.
– Dlaczego mnie uderzyłeś, skurwielu!
No tego mogłem się spodziewać. Moja inteligencja mi powinna podpowiedzieć, że Whark do nolkh znaczy, zamknij się, a ponieważ nie usłuchałem, zostałem ukarany.
Być może uczyłem się szybciej, niż myślałem. Dostrzegłem, mknącą z normalną szybkością, zaciśniętą pięść. Wiedziałem, że ta sama dłoń sprawiła mi ból. Drugi raz nie mogłem do tego dopuścić. Odchyliłem głowę i odczułem tylko ruch powietrza na lewym policzku. Wyrwałem ręce z uścisków i nie wysilając się bardzo, uderzyłem obiema dłońmi w twarze moich kompanów lub strażników. Coś mi świtało, że nie przyniesie to wielkiego efektu, ale widocznie moje przeczucia mnie omyliły. Obaj mężczyźni przewrócili się, lecąc na plecy. Odwróciłem się i mogłem ich dokładniej obejrzeć. Mieli czarne, lekko faliste włosy, czarne brody. Śniade cery. Nosili podobne ubiory jak ja, z tą różnicą, że mieli długie, prawie do ziemi suknie z czegoś podobnego do kalnysu*.
Ten, który leżał teraz po mojej prawej stronie, był tym, który mnie uderzył. Obydwaj byli lekko oszołomieni.
– Nie musiałeś mnie bić, widzisz? – odezwałem się do niego.
– Gahtra – syknął. (pies).
W jego dłoni pojawił się srebrny przedmiot. Z jego końca wystrzelił jasny promień, lecz nie dosięgnął celu. W jednej chwili otoczyła mnie przezroczysta bańka, a złowrogi promień rozlał się po całej powierzchni niewidzialnego jaja.
– Ui mah te Ori – usłyszałem. (On ma moc Boga).
W tej samej niemal chwili okryła nas mieniąca się promieniami tęczy, kopuła.
Zapadłem w nicość.
Otworzyłem oczy. Leżałem w chłodnym i pachnącym niezbyt miło miejscu. Wstałem. Czułem rozciętą wargę. Sala mogła mieć pięć na sześć horas** W jednej ze ścian dostrzegłem otwór okienny. W innej drzwi. Nie miałem powrozów ani łańcuchów, a w oknie ani w drzwiach nie dostrzegłem krat, ale miałem pewność, że jestem w więzieniu. Wsunąłem dłoń w otwór okienny. Srebrne języki wyładowania poraziły moje ciało. Zapiekło i poczułem tysiące niewidzialnych igieł. Nie próbowałem z drzwiami. Obok prymitywnego łoża zobaczyłem metalowy kubek z wodą. Wziąłem go w dłonie i wypiłem zawartość. Tą sama woda poczęstowali mnie strażnicy. Nie miałem wielkiego łaknienia, ale całkowicie nasycony również się nie czułem. Na tę chwilę woda musiała mi wystarczyć. Poza rozciętą wargą nic mi nie dokuczało. Położyłem się na posłaniu. Nie miałem nic lepszego do roboty, więc postanowiłem się zdrzemnąć i poczekać do rana. I wówczas coś mnie poraziło. Kim jestem? Skąd pochodzę? Jak i po co znalazłem się na pustyni? Dlaczego strażnicy mnie uratowali, ale nie potraktowali zbyt uprzejmie. Czułem, że rano mogą mi zadać te same pytania, które kłębiły się teraz w mojej głowie. Tylko kwestią było, w jakim języku się odezwą. Bo w ich narzeczu z pewnością nie udzielę im odpowiedzi. Ponieważ rozmyślania nad tym, kim jestem i gdzie jestem, nie miały na razie sensu, położyłem się, żeby odpocząć. Musiałem tego potrzebować, go prawie momentalnie zasnąłem.
Obudził mnie dźwięk osady. Ptaki, szum czegoś. Pojedynczo docierały do moich uszu podniesione głosy. W tym samym języku, którym mówili do mnie strażnicy. Język wydawał się brzmieć twardo i mieć dużo liter H.
Przez otwór prowadzący do wnętrza budynku, zobaczyłem postać mężczyzny. Ubrany był w kolnysowe spodnie i bluzę. Miał krótszą szatę, sięgająca do połowy ud. Skórzany pas opasywał jego biodra. Dostrzegłem podobny srebrny przedmiot, którym strzelił nieznajomy na pustyni i drugi nieco mniejszy. Domyśliłem się, że to klucz. Skąd wiedziałem, nie miałem pojęcia.
Istotnie nieznajomy wyciągnął mniejszy błyszczący, metalowy przedmiot. Dostrzegłem krótki błysk i mężczyzna wszedł do środka.
– Arha tu martehhy? (Dobrze się masz)?
Popatrzyłem na niego i rozłożyłem ręce. Nie miałem kompletnie pojęcia, co mówi.
Jego twarz miała poważny wygląd.
– Opuna. Roytha ne Ori. (Kłamca. Stanowczo nie jesteś Bogiem)
Wyjął srebrną broń. Wycelował powoli.
– Odothe aggini noma – usłyszałem głos i po chwili dwóch ubranych w nieco bardziej ozdobne okrycia weszło do celi. (Zostaw go w spokoju)
Pierwszy mężczyzna skłonił się w kierunku dwójki i schował broń.
Mężczyźni mieli ciemnobrązowe włosy i oczy w kolorze karri***. Jeden z nich pokazał drzwi i obaj wyszli. Spojrzałem na strażnika i szepnąłem.
– Nie jesteś miły.
Udałem się za dwójką.
Pewnie mi ufali albo wiedzieli, że nigdzie nie ucieknę. Jeżeli tak myśleli, to nie byli w błędzie. Przyszło mi do głowy, że może tam, gdzie idziemy, dowiem się czegoś o sobie.
Musiało być dobrze po wschodzie. Dwa słońca doszły już prawie do zenitu. I wówczas dostrzegłem trzecie. Nieco mniejsze. O odległość rozchylonych palców, gdy wyciągnąłem rękę. Trzecie słońce znajdowało się o czterdzieści pięć stopni poniżej dwóch większych, a te z kolei stały wobec siebie równolegle. Albo wczoraj nie dostrzegłem trzeciego, albo znajdowałem się nie tylko na innej planecie, ale w całkiem innym miejscu kosmosu. Zobaczyłem pieszych. Tu był targ. Na straganach leżały dziwne owoce lub warzywa. Po chwili środkiem kamienistej drogi nadjechało dwóch, podobnie wyglądających do moich przewodników, ludzi. Jechali na zwierzętach wyglądających jak nasze arches****. I znowu doznałem olśnienia. Skąd pamiętam te nazwy? Arches, karii, horas i kalnys. Widocznie nie byłem stąd. Wobec tego skąd? I czemu wszystko albo prawie wszystko zapomniałem? Miałem jakąś moc obronną. I musiałem być silniejszy w ten zwykły sposób niż tubylcy. Same zagadki, pomyślałem.
Szedłem za nimi i wówczas przypomniałem sobie, że nic nie jadłem od... dawna. Piłem wodę i ... to dziwne, ale nie musiałem rozpoczynać dnia od załatwienia potrzeby.
Podszedłem bliżej do dwóch przewodników i dotknąłem jednego z nich w ramię. Odwrócił się.
Pokazałem na stoły zastawione jedzeniem. Tak czułem, że to jedzenie. Mężczyzna musiał zrozumieć. Podszedł do stoiska i coś powiedział. Nie usłyszałem, ponieważ na targu panował zgiełk. Po chwili zobaczyłem w jego dłoniach dwa spore owoce o wielkości głowy dziecka. Zdjął fioletową skórę. W środku zobaczyłem wilgotny środek. Delikatny zapach uderzył w moje nozdrza. Przewodnik podał mi owoc. Delikatnie posmakowałem. Lekko słodkawy, trochę kwaskowy. Miał dobry smak i przyjemny zapach. Wbiłem zęby w miąższ. Nie musiałem gryźć. Owoc zdawał się sam rozpuszczać w ustach. Zjadłem go ze smakiem.
– Cohe – odrzekł, przewodnik.
Popatrzyłem na stoisko. Wskazałem podobny owoc.
– Cohe – wskazałem.
Obaj się uśmiechnęli. Zdecydowanie wyglądali na bardziej rozgarniętych niż tamci brodaci.
– At agusga – pokazał na drugi, różowy owoc o gładkiej skórze.
– Agusga – pokiwałem głową.
Delikatnie zdjałem skórę. Pachniał orzeźwiająco. Ugryzłem. A właściwie miałem zamiar. Najbardziej ostra oknaa*****, była łagodna jak massylia****** w porównaniu z tym paskudztwem. Wyplułem pospiesznie mały kawałek, złapałem w pospiechu cohe i zerwałem fioletową skórkę. Drugi z mężczyzn podszedł do stoiska obok i coś powiedział do brodatego sprzedawcy. Ten podał mu mały drewniany pojemnik z jasnoczerwonym kremem. Przewodnik podał mi naczynie. Zaufałem mu i wsunąłem dwa palce do tłustej masy. Włożyłem palce z kremem do ust. Dobry wybór. Piekący smak zanikł prawie natychmiast. Pierwszy z moich przewodników wziął z moich rąk, pikantną roślinę i zaczął spokojnie jeść. Nie widziałem żadnych objawów na jego twarzy.
– Amu naagula.
To pewnie znaczyło bardzo dobre, tak pomyślałem.
Dochodziliśmy do bardzo ładnie wyglądającego budynku. Miał cztery piętra. Drzwi wykonana z ciemnego drzewa. Zdobiły je klamki. Miałem pewność, że nie są ami# tylko podobne do metalu marhy##. Ami był bardzo drogim metalem, w miejscu skąd pochodziłem. Tak, tylko nadal nie wiedziałem skąd.
Weszliśmy do środka. Podłoga była wypolerowana. Miała kolor karii. Co jakieś pięć horas wstawiono w podłoże kamienne, lśniące bloki. Mężczyźni zatrzymali się, ukłonili i odeszli. Po chwili podszedł mężczyzna nieco starszy ode mnie o włosach jak marhy i ori o zielonych oczach.
– Witaj gwiezdny wędrowcze. Jestem Cuna. Wybacz, że zostałeś tak potraktowany. Zaprowadzę cię do księżnej Arra. Mam nadzieję, że jej wysokość wyjaśni ci wiele i odpowie na twoje pytania.
Oddalił się. Czekałem chwilę, zanim ją zobaczyłem, poczułem. Delikatny zapach polnych kwiatów połączony z bryzą. Po chwili pojawiła się dziewczyna w piękne, białej sukni. Miała oczy w kolorze nieba i włosy jak jasne ami. Mogła nie mieć jeszcze dwudziestu lat.
– Witaj, Sosora. Jestem Arra, księżniczka Hopali. Proszę, zechciej udać się ze mną na obiad i rozmowę. Najpierw jednak dostaniesz nowe ubranie i moje pomocnice się tobą zajmą.
* kalnys – odmiana przeniego lnu z planety skąd pochodził Sosora
** horas – prawie metr, jednostka miary długości.
*** karii – orzech.
**** arches – koń
***** oknaa – bardzo ostra papryka
****** massylia – arbuz
# ami – złotowłosa
## marhy – mosiądz.
(Dla ułatwienia, w dalszej części będę używał ziemskich nazw).
Po dłuższej chwili podeszły cztery młode i piękne dziewczyny o ciemnych jak sadza włosach. Miały zielone i czerwone szaty z cienkiego jedwabiu. Pod spodem nie dostrzegłem niczego. Dwie w zielonych szatach szły przodem, a w czerwonych, za mną. Weszliśmy do sali gdzie na środku stała wielka srebrna wanna. Woda parowała, a w powietrzu unosił się zapach wonnych olejków. Niektóre znałem. Dwie dziewczyny w zielonych jedwabiach skłoniły się i wyszły. Spojrzałem na pozostałe. Pokazały na wannę. Rozejrzałem się, ale niestety nie było gdzie się przebrać, wobec tego pokazałem im drzwi. Podeszły do nich, ale zamiast wyjść, zamknęły. Poczułem się dziwnie. I przeczucie mnie nie omyliło. Dziewczyny zdjęły swoje szaty i podeszły do mnie.
– Mam się umyć, a nie kochać z wami. Pewnie mam swoją kobietę. – odrzekłem.
Tego nie byłem pewny. A dziewczyny zdawały się mieć coś do zrobienia. Zaczęły mnie rozbierać.
– Nic z tych rzeczy. – powiedziałem pewniej.
Pokazałem ręką drzwi, sądziłem, że zrozumieją. Jednak dziewczyny nie miały zamiaru zrezygnować. W końcu jedna z nich zaczęła coś pokazywać rękami. Patrzyłem. Zrobiła to trzykrotnie i w końcu zrozumiałem. Miały mnie umyć. Jeśli tego nie zrobią, zostaną ukarane. Zacząłem zdejmować ubranie. Zostałem w krótkich spodenkach z białej bawełny. One patrzyły z wyczekiwaniem. Domyśliłem się, na co czekają.
– Zostanę w tym. Nie mam zamiaru się rozbierać do naga, trzeba było księżniczce Arra przyjść samej.
Na dźwięk imienia księżnej zrobiły wystraszone miny.
– Assai Arra on tai Ori – wyszeptała jedna z nich.
– Assai Arra antaja Ori – powtórzyłem.
Obie złapały się za głowy i wydały krótki płaczliwy dźwięk.
– Assai Arra on tai – powtórzyła wolno.
– Assai Arra on tai – powiedziałem.
Obie przytaknęły ucieszone. Popatrzyłem na nie i wszedłem do wanny.
Zaczęły mnie myć. Starałem się im nie przeszkadzać i jednocześnie nie patrzeć. Zrozumiałem, że robią co muszą.
W końcu dość miła kąpiel dobiegła końca. Jedna z nich podała mi coś do wycierania, a druga czyste białe ubranie. Spodnie i bluzę. Do tego złoty łańcuch na szyję. Dziewczyny się ubrały. Po chwili wyszliśmy z sali. Zanim doszedłem do drzwi, usłyszałem szum. Odwróciłem się szybko. Woda z wanny zniknęła.
Po dwóch minutach doszliśmy w piątkę do komnaty księżniczki Arry. Dwie dziewczyny w zielonych sukniach musiały czekać cały czas przed drzwiami. Kiedy byliśmy około metra od drzwi, same się otworzyły.
Takie odniosłem wrażenie, ponieważ, kiedy weszliśmy, nikogo nie zauważyłem przy wejściu. Księżniczka Arra stała przy solidnym drewnianym stole. Pokój nie miał specjalnych ozdób. Ściany o kolorze bardzo jasnej brzoskwini zdobił jedynie srebrny przedmiot. Miał owalny kształt. W środku miał coś z w złotym kolorze i chyba czerwony kamień. Miał wielkość dłoni dziecka i znajdował się kilka metrów ode mnie, więc dlatego nie mogłem dostrzec detali. Poza stołem i dwoma krzesłami w komnacie nie było nic. Przez okno dostrzegłem ogród. Kobieta uśmiechnęła się i wskazała krzesło.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.