"Tomorrow, inshallah." - cz.5

Amir postawił na stoliku dwa parujące kubki. Aromat kawy delikatną mgiełką wypełnił gabinet. Madeleine na nowo przyzwyczajała się do mocnego napoju.
-Co jest? – rzucił okiem na zaciśnięte usta dziewczyny.  
-Nie chce mi się dzisiaj gadać.
-Ok, to pomilczymy… - pełne, męskie usta dotknęły krawędzi naczynia.
-Świetnie! Zawsze lepiej milczeć bez sensu niż gadać bez sensu. Mniejszy wysiłek energetyczny… - O’Hara rzuciła wściekłym spojrzeniem. Rozdrażniona fantomowym bólem, szukała zaczepki.
-Uważasz, że nasze rozmowy są bezsensu? – psycholog odstawił kubek.
-Uważam, że nic już nie będzie takie samo.
-Zmieniłaś swoją optykę? Postrzegasz świat inaczej?
-A nie?! – Madeleine gwałtownie odsunęła się na fotelu. Miała wrażenie, że się przesłyszała. – Ty w ogóle kojarzysz z kim rozmawiasz?! Straciłam obie nogi!! Mam przeorany policzek! Połamaną rękę! Miało to na mnie nie wpłynąć? Na mój charakter?  Moje myśli? Opinie?
-A to wcześniej konsultowałaś swoje opinie z łydkami? – mężczyzna wbił ciemne tęczówki w poczerwieniałą ze wściekłości twarz dziewczyny.
Chcąc jak najszybciej opuścić gabinet, O’Hara odwróciła się w poszukiwaniu kuli. Jak na złość dotknięte trzęsącą się ze złości dłonią przesunęły się po oparciu fotela i spadły za jego szerokie plecy. Całkowicie poza zasięgiem rąk.  
Amir  wstał nieśpiesznie. Wyciągając dłoń podał dziewczynie podniesiony z podłogi sprzęt. Odebrała z niezadowoloną miną, ale odłożyła na bok, bliżej siebie.
-Jednak nie wychodzisz? – mężczyzna ponownie chwycił za gorący kubek.
- Nie, zżera mnie ciekawość co jeszcze masz mi do powiedzenia! – Madeleine zrobiła kwaśną minę.  Miała wrażenie, że choćby starała się być miła, to wciąż jest prowokowana przez terapeutę.
-Nic nowego. To co zawsze. „Tak miało być.”
-Nie! To był jego, ich wybór! Ich decyzja! Nikt ich nie zmuszał!
-Ale tak miało być. Miałaś tam być. Nie zmienisz tego. Tak jak nie zmienisz przyszłości. Widocznie, ktoś o tym zdecydował, że padło na ciebie. Widocznie ma wobec ciebie jakiś plan. Jesteś Mu potrzebna.  
-No nie mogę się kurwa doczekać, kiedy się dowiem do czego! Co niby mogę zrobić teraz, a w czym wcześniej przeszkadzały mi nogi! – Madeleine  wrzasnęła sprowokowana.  
-Ja Ci nie powiem, co to jest, ale On z pewnością to wie.  
-„On”?!
-Wiesz dobrze, kogo mam na myśli…
-A ty wiesz dobrze, że w to nie wierzę! I nie mam ochoty o tym rozmawiać!  
-Czyli jednak milczymy…  –Amir podniósł wyżej kawę. Kilkukrotnie uderzył palcem w kubek. – A może opowiesz mi o Starbucksie?
Przez perspektywę unoszących się resztek resztek goręcej pary  spojrzał z ukosa na twarz dziewczyny. Jak po naciśnięciu guzika, zmieniła się w ciągu ułamka sekundy.  
-Mówiłam już o tym tyle razy… - ściszony głos korelował ze skuleniem całego ciała.  
-Przypomnij! – mężczyzna nie ustępował.- Jak to szło? „Migdałowa latte to go”?
-Zawsze taką biorę. Brałam…. – Madeleine opuściła głowę.  
-A wtedy?
-A wtedy byłam zbyt spóźniona. Jednak przechodząc obok Starbucksa stwierdziłam, że bez kawy nic tego nie będzie. Za bardzo bolała mnie głowa.  
-Ale w końcu nie dostałaś tej kawy.
-Nie. W środku były tłumy. Każdy chciał coś kupić przed pracą, a większość ludzi też była na kacu…  
- No tak… Impreza na ulicach trwała do rana…  
O’Hara podniosła wzrok, jakby badając czy Amir był jednym z tych, którzy świętowali przyznanie Wielkiej Brytanii organizacji Igrzysk.
- Madeleine, dlaczego tak naprawdę nie kupiłaś tej kawy? Nie chciałaś się spóźnić, ok, ale dlaczego było więcej ludzi niż zwykle? Dlaczego tak długo czekali?
Dziewczyna przymknęła oczy.  
Po powiekami ujrzała kolorowy tłum dwudziestu, może trzydziestu względnie młodych ludzi, szczelnie wypełniający kilkanaście metrów kwadratowych kawiarni. Stanęła na końcu kolejki, która falując, słuchając muzyki i wykrzykując do telefonów, mimowolnie była świadkiem sprzeczki pracowników.
„Pieprzony Tom! Zawsze się spóźnia!” – pracownik kawiarni nie przejął się obecnością klientów. Z większością i tak znał się od dawna.
„Daj spokój, dzisiaj wszyscy się spóźniają. Jeden więcej nie zrobi różnicy. Wyluzuj… Mamy Olimpiadę!!”
„No, będzie się działo …” - barista podając z uśmiechem napój mrugnął do czekającej na zamówienie klientki. –„Enjoy, darling!”
„Kurwa! Kurwa! Tylko nie to!” – nagle mężczyzna otwartą dłonią uderzył w metalową obudowę jednego z dwóch profesjonalnych, olbrzymich ekspresów do kawy.
„Co jest?!”
„Kurwa, sterownik padł! Drugi raz  tym miesiącu!”  
O’Hara doświadczonym okiem oceniła długość kolejki. Dwukrotnie większa niż zazwyczaj.  Jeden działający automat. Minimum pół godziny czekania.  
Odwróciła się na pięcie i popchnęła drzwi wyjściowe.  
4 minuty później kamery CCTV wychwyciły drobną blondynkę  wchodzącą na stację  Liverpool Street.  
***
-Nie masz na nic wpływu. Ale też nic nie dzieje się przypadkiem. – ciepłe, delikatne palce Saudyjczyka dotknęły zaciśniętych w pięści dłoni.  

206 czyt.
100%42
angie

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i obyczajowe, użyła 919 słów i 5275 znaków, zaktualizowała 9 kwi o 16:27.

2 komentarze

 
  • AlexAthame

    AlexAthame · 10 kwietnia

    Dobrze napisane, realistycznie.   To dla M, ale pewnie by nie chciała...

  • AnonimS

    AnonimS · 9 kwietnia

    Saudyjczyk...hm...i co dalej? Stracić obie nogi? Straszne. I jak potem żyć? Nie kazdy potrafi.