Sztorm serca cz 3

Czy jest możliwe, że niektórzy rodzą się i gdzieś tam czeka na nich bratnia dusza?
Rodzice jak i dziadkowie nie mieli wątpliwości, że dziewczynki urodziły się dla siebie.  
Bardzo bogaci rodzice czasem pragną, by ich dzieci zwiaząły się również z kimś o podobnym statusie finansowym. Jednakże może Malcolm Hergington, właściciel pięciu pól naftowych w Texasie nie był typowy pod tym wzgledem. Małżeństwo syna z przeciętnie bogatą Trace Glenmore przyjął z radością. Kiedy Wiatr miała dwa miesiące wyznał synowi, że od początku czuł, że to Tracy jest dla niego, a nie Jane. I wiadomość, że to będzie dziewczynka, również przyjął z radością. Obie rodziny Glenmorów i Hergingtonów wkrótce się zaprzyjaźniły. W końcu stali się rodziną.
Drugie rodziny także nie miały żadnych problemów. Jane Mildok, a teraz Clark, od nazwiska Scotta była wzorem matki. Przez cztery lata cztery rodziny spotkały się kilkakrotnie. W piątym roku ich małżeństw wpływ wnuczek zaczął wzrastać. Wiatr odziedziczyła włosy po matce. Ale oczy miała po ojcu. Czarne włosy i brązowe oczy. Natomiast Fala była jak mama Jane. Typowa blondynka. Błękitnooka o włosach jak pszenica.  
Od najmłodszych lat dziewczynki cechowały pomysły i odwaga. Nie było drzewa w okolicy, na które by nie weszły. Uwielbiały rowery i wrotki. Obie miały charaktery jak chłopcy. Nie bawiły się lalkami. Za to uwielbiały samochody, a prawdziwą radość sprawiało im majsterkowanie. Pierwszy poważny incydent zdarzył się zaraz jak skończyły siedem lat. Od dwóch lat sprawiały, że cztery rodziny stały się jak jedna. Były nie tylko oczkiem w głowie rodziców, ale i dziadków.
Jackson powoli przejmował niektóre obowiązki swojego ojca. Miał dopiero 24 lata, ale uczył się szybko prowadzić wielki interes. Nie zaniedbywał Tracy ani w dzień ani w nocy. Małżeństwo Scotta i Jane też było udane, a oni bardzo szczęśliwi. Jane miała niesamowity temperament o czym wiedział tylko Scott. I tą ceche odziedziczyła Fala. Z wyglądu przypominała anioła. Ale na tym podobieństwo z pomocnikami Boga się kończyło.  
                                                *
— Co dzisiaj robimy? — zapytała Wiatr.
— Jedziemy do parku. Mam ochotę na ten dąb.  
— Właziłyśmy na niego w zeszłym tygodniu.
— Tak, ale obok jest drugi — odrzekła nie zbita z tropu Fala.
— Tego też zaliczyłyśmy — odpowiedziała czarnowłosa.
— Mam pomysł, ale dowiesz się na miejscu.
— Nie bardzo mi się to podoba, już czuję kłopoty — rzuciła Wiatr.
— Cykor cię obleciał, Smołko.
— Wiesz, że jestem odważniejsza niż ty, Snopku.  
Dziewczynki lubiły swoje imiona, ale wymyśliły sobie swoje własne. Poza najbliższymi nikt o tym nie wiedział. Stało się to w zeszłe lato. Pierwsza otrzymała imie Fala, kiedy zobaczyły żniwa. Jechały razem samochodem. Następnego dnia Fala zrewanżowała się.  
Jadły razem i o ile mogły robiły wszystko razem. Wszystko. Tylko jedna rzecz je różniła, ubiór. Fala lubiła sukienki i spódnice, natomiast Wiatr preferowała spodnie. I znowu jedyną osobą, która zdolna była namówić ją do założenia kobiecego ubioru była Fala.  
Pogoda była idealna. Dwadzieścia stopni, lekki wiaterek. Dojechały do parku znajdującego się około trzech mil od domu Fali, na rowerach. Ponieważ się uwielbiały, w wakacje i często w ciągu roku szkolnego spędzały dnie i noce w tym samym domu. Teraz od tygodnia mieszkały w domu państwa Clark.
Smołowłosa spojrzała krytycznie na przyjaciółkę.
— Jak wejdziesz na drzewo w sukience.
Ale Fala nie dała się sprowokować do dłuższej dyskusji.
— Liczy się technika i chęć.
Wchodzenie na drzewo o cienkim pniu jest trudne. A o grubym jak dąb, prawie niemożliwe bez specjalnych butów. Kora tego drzewa jest ułożona w poprzek a nie w z dłuż. Dlatego żeby w ogóle wejść trzeba mieć cholernie mocne palce. Zarówno u rąk jak i nóg.
Smoła spróbowała ostatniego argumentu.
— A co jak spotkamy chłopców i będą patrzeć z dołu jak nam idzie.  
— Wcale mi to nie przeszkadza.
Wiatr uśmiechnęła się zawadiacko.  
— Wiesz co mam na myśli.  
Stały już pod drzewem i przygotowywały się do zadania.  
— Masz siedem lat, mądralo. Nie powinnaś o to pytać, ale jak chcesz to ci powiem. Jedno ostrzeżenie, a potem dam po mordkach.
— Mówi się po pyskach.
— Mali chłopcy jak my, albo trochę starsi mają mordki. A co to za zadanie? Powiedziałaś, że powiesz.
— Włazimy na to drzewo, a potem skaczemy na drugie.  
— Nie mogłaś od razu powiedzieć, wzięłabym spodnie. To z dziesięć metrów.  
— Mówiłaś, że nie znasz strachu.
— Mówiłam, że jestem odważniejsza niż ty, to powiedziałam.
— Cholercia, wywróżyłaś.
Do drzewa podjechała czwórka chłopców. Najmłodszy miał tyle co one, a reszta mogła mieć koło dziesięciu lat.
— Co one zamierzają? — zapytał opalony, albo majacy hiszpańską domieszkę, chłopak.
— Chyba będą wchodzić.
Piegowaty dziesięciolatek o rudej czuprynie, uśmiechnął się głupio.
— To ja postoję pod drzewem.
Chłopcy zaczeli się śmiać. Fala faktycznie była odważna i zdecydowana.  
— Macie tyle drzew, te są nasze. A czemu to będziesz stać?
Chłopcy zaczęli się śmiać.  
— Nie zwracaj uwagi, Fala. Włazimy.
Dąb był wysoki na dobre trzydzieści metrów. Konar miał gruby i dopiero na wysokości dziesieciu metrów zaczynały się pierwsze gałezie.
— Ej, one naprawdę chcą włazić — powiedział hiszpan, albo pół krwi meksykanin.
— To ja poczekam aż ta blondynka wejdzie — rzekł rudy.
Fala podeszłado niego.
— Ty, rudy! Nie masz siostry albo mamy, one też nosza majtki. Wiem co tam ci chodzi pod tą rudą czupryną.
— Mała, o co ci chodzi? Nie widzisz, że jestem straszy. Masz szczęście, że nie biję młodszych dziewczyn.
Błękitne oczy Fali zapaliły się gniewem.  
— Spadaj, póki jeszcze możesz.
— Ty, ona cię straszy, John.
— Dobre sobie, młoda go straszy.  
Chłopcy zaczęli się śmiać. Rudy poczerwieniał ze złości.
— Przegięłaś, mała.  
Podszedł do Fali, ale zatrzymał się krok przed nią.
— Przeproś mnie albo ci wleję.
— Zostaw ją John, mają może siedem. Jesteśmy trzy lata starsi.
— Tym bardziej powinna uważać.
John popchnął blondynkę.
— Uprzedzam cię — powiedział cicho Fala.
Rudy uśmiechnął się brzydko i wycedził.
— A co mi zrobisz, chudzielcu.
Fala miała szczupłe ciało, ale aż tak chuda nie była. Gdyby tylko na tym pozostało. Blondynka miała łagodną naturę. Ale do czasu. Wiatr stała ze trzy kroki z boku i nic nie mówiła. Niestety John nie był gentelmenem i popchnął ja drugi raz.  
— Nie próbuj więcej — wycedziła.
— Hej, John. Daj spokój — powiedział dziewięcioletni szatyn.
— Zamknij się Spencer, ona szuka guza.
Pozostała trójka była innego zdania, ale chłopcy nie chcieli się narazić wyrośniętemu rudzielcowi. A ten wyciągnął dłonie by popchnąć Fale znowu. Ale dziewczynka nie pozwoliła mu na to. Kopnęła go dość mocno w bardzo wrażliwe miejsce. Chłopak zmienił się na twarzy.
— Snopku, nie — szepnęła Wiatr.
Brunetka czuła, co chce zrobić jej przyjaciółka. Ale widocznie rudy był skreślony w oczach Fali. Zaciśniętą pięścią walnęła go w nos. Chłopak poleciał na ziemię, a z nosa zaczęła lecieć dość obficie krew.  
— O gówniaro, teraz ci nie ujdzie! — krzyknął hiszpan.  
Ale Wiatr nie czekała. W końcu uczyły się samoobrony. Wyskoczyła jak z procy i zanim chłopak się zdołał zorietować, dostał solidnego kopniaka w szczękę. Padł bez przytomnosci.  
— Chłopaki, one nas leją — wrzasnął ostani z czwórki, dziesieciolatek o brązowych włosach.
Fala miała już w ręku metalową pompkę od roweru.  
— Lepiej zmiatajce, bo poleje się krew.  
Zatrzymali się w miejscu.
— Mówiłem wam — rzekł dziewięciolatek. Możemy zabrać rannych?
— Wiatr się rozchmurzyła.
— Jasne. Ty jesteś fajny. Jak masz na imię?
— Spencer. Byłem od początku przeciwny. Czy go zabiłaś? — zapytał, patrząc na ciało hiszpana.
— Nie myślę. Zaraz dojdzie do siebie.  
Faktycznie chłopak zaczął się zbierać. Rudy trzymała się za nos i krocze.  
— Jeszcze popamiętacie — wycedził.
— A co, przyjdziesz ze straszym bratem? Ma jakąś broń, bo mój tata ma.  
— One są szalone — wysapał szatyn. Zwiewamy.  
Po chwili odjechali powoli na rowerach.
— Będzie wpadka, Snopku.
— Przynajmniej odejdzie mu ochota podglądania dziewczynek.  
Wiatr pokręciła głową.  
— Wchodzisz pierwsza.  
Blondynka zaczęła się wspinać na konar. Wiatr trochę się o nią obawiała. Podobnie było pierwszym razem. Uspokoiła się dopiero kiedy Fala dotarła do pierwszych gałęzi. Po chwili zaczęła się piąć do góry. Nie było łatwo. Zdawała sobie sprawę, że upadek z dzisięciu metrów może zakończyć się tragicznie. Fala czekała.
— Wiesz co Smołko, my jesteśmy zdrowo kopnięte. Co będzie później.  
Ale czarnowłosa tylko się uśmiechnęła.  
— Ty się nie martw o później. Mamy skoczyć teraz.
— Wysoko?
— Na sam czubek. Gałęzie są tam giętkie. Jak się dobrze odbijemy wyladujemy o jakies pięć metrów niżej na drugim drzewku.
— A jak się nie uda?
Brunetka popatrzyła na swoją przyjaciółkę.
— Uda się. Nigdy nie myśl inaczej. Ja skoczę pierwsza. W razie czego cię złapię.
— Dasz radę?
— Jesteś moja przyjaciółką. Zdołam.  
Wiatr poczuła strach. Ale nie tyle żeby zrezygnować. Byłu dwa metry od szczytu. Coś jak dzięsieciopiętrowy blok. Ziemia wydawała się daleko, a ich rowery małe.
— Teraz albo nigdy.
Odbiła się i poleciała. Fala widziała jej rozwiane włosy. To trwało mniej niż sekundę, ale dla niej czas ciągnął się w nieskończoność. W końcu brunetka dotarła. Pierwsza gałąź. Nie wytrzymała. Zatrzymała się dwa metry niżej.
— Super. Nie łap samymi dłońmi.  Staraj się dłońmi i ramionami. Pewnie porwiesz sukienkę.
Ale Fala nie myślała o ubraniu. To dziwne. Nie myślała o niebezpieczeństwie. O czym myślała? O tym by być blislko Wiatru. To trwało chwilkę. Zobaczyła zieleń liści. W sumie nic nie zobaczyła. Czuła jak rwie się jej skóra na dłoniach. Zarejestrowała to, ale nie czuła bólu. Zatrzymała się metr pod przyjaciółką. Teraz poczuła ból. Bolała ją dłoń, żebra i miała obtartą skórę na przedramieniu. Rozdarła sukienkę w okolicy brzucha.  
— Musimy zrobić to znowu.  
— Fala, nie. Teraz pomyślałam. To był idiotyczny pomysł.
Schodziły obolałe. Ale najgorsze było ostatnie dziesięć metrów. Wiatr miała także obtarte dłonie, ale jej ubranie pozostało chyba nie uszkodzone. Miała rozciętą skórę na policzku. Fala miała również podobną ranę na buzi.
— Będę cię ubezpieczać. Nie schodź póki nie będę na ziemi. W razie czego cie złapię.
Fala patrzyła jak Wiatr schodzi. W połowie drogi ześlizgnęła się jej stopa. Na szczęście utrzymała się palcami. Czuła jak jej opuszki krwawią. W końcu zeszła. Patrzyła na Snopka. Fala czuła całe obolałe ciało. Starała się nie myśleć o bólu. Schodziła dłużej niż Wiatr. Każdy krok był męką. Też jej palce krwawiły. Obtarła dodatkowo nogę po wewnętrznej stronie lewego kolana. W końcu postawiła stopę na ziemi.
Patrzyły na siebie.
— Oberwie się nam. A jak jeszcze rudy dojdzie, gdzie mieszkamy?
— Myślisz, że zgłoszą na policję?
— To oskarże go o ... wiesz o co.  
Jazda powrotna zajęła im trzy razy tyle. Dojechały do domu Scotta i Jane. Rezydencja rodziny czarnowłosej była oddalona o prawie dwadzieścia mil. Chciały jakoś przemknąć się nie zauważone. Niestety dostrzegła ich Jane.
— Co sie stało! Pobił was kto, napadł?
Jej twarz wyrażała trwogę.
— Nic mi nie jest — odrzekła Fala.
— Mówcie szybko, na litość Boską.
— Skakałyśmy z drzewa — powiedziała Wiatr.
— Boże.  
Jane pobladła. Patrzyła na swoja córkę to znowu na brunetkę.
— Wysoko?
— Sto stóp, może sto dziesięć.
— Nie rozumiem — wyszeptała jeszcze bardziej blada Jane.
— Tam są dwa wysokie dęby. Skakałyśmy z jednego na drugi, mamusiu.
— Widzę, że z Wiatr jest lepiej.  
Jane nie mogła zebrać myśli.
— Mogłyście się zabić. I co byśmy poczęli? Której to pomysł.
Masz coś na obtarcia, troche szczypie. Potem ci wszystko powiemy.  
Po chwili zostały w samych majtkach. Skóra Wiatru była zaczerwieniona. Poza krwawiącymi palcami nic jej nie było. Miedzianowłosa przesypała proszkiem jej zaczerwienione miejsca i dała mięką bawełanianą piżamę. Gorzej było z Falą. Po chwili miała plastry na torsie, nodze i rękach. Jane nie miała siły robić im awantury.
— Przez tydzień nigdzie nie idziecie. I chce wiedzieć czyj to był pomysł.
Wiatr chciała otworzyć usta.
— To ja wymyśliłam — szepnęła Fala. Było cudnie. Mamusiu mogę brzydko powiedzieć?
— Co takiego?  
Jane poczuła się przybyszem z obcej planety. Jej córka i jej jedyna i najbliższa przyjaciółka ryzykowały życie, a wygladało, że ich to wcale nie wzruszyło.  
— Co chcesz powiedzięć?
— Było zajebiście.
— Fala!
— Pani Jane, to był mój pomysł, to ja ją namówiłam.
— Mamusiu nie wierz jej. Pomysł latania pochodził ode mnie.  
— Pani Jane, to ja, naprawdę.
Jane puściły nerwy.
— Do pokoju na górę. Żadnej telewizji, komputera . Nic. Cały tydzień jesteście w domu. Nie wiem co ojciec powie?
— Będzie z nas dumny, myślę — powiedziała Fala i próbowała się uśmiechnąć, ale zabolał ją rozcięty policzek.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat, użył 2438 słów i 13699 znaków.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto