Sobowtór cz 1

Sobowtór.

Nad miastem zawisła noc. Czarna i bez gwiazd. Mgła zalegała całą okolicę, a przy samym jeziorze nie można było dostrzec wyciągniętej dłoni. Światła na tą pogodę włączyły się automatycznie. Mój Rolls Royce Sweptail sunął bezgłośnie w gęstej jak śmietana mgle. Ktoś mógłby być zdziwiony, co robi w okolicy żebraków i najniższej klasy społeczeństwa wielkiego miasta, samóchód za prawie 13 milionów? Hobby.  
Jestem właścicielem największej i jedynej kompanni produkującej androidy. Oczywiście inni też próbują, ale bez wielkiego sukcesu. Mój produkt wygląda jak człowiek. Mówi, chodzi i oczywiście myśli. Przy skaleczeniu krwawi syntetyczną krwią. Cierpi, kiedy się skaleczy. Mój ojciec rozpoczął ten interes, ale dopiero ja stworzyłem imperium na skalę światową. Moje hobby to pomaganie wybranym ludziom. Oczywiście prowadzę kilkanaście ośrodków pomocy, mam 37 szpitali i prawie 1500 różnych kompanni. Ale to co robię teraz, jest specjalne. Zabieram wybraną osobę i tworzę z niej człowieka. Płacę dom, wykształacenie, ubiór i jedzenie. To trwa trzy lata. Robię wypady raz na dwa tygodniu. Działam tak już sześć lat. I tak długo jestem żonaty. Nie mamy dzieci. Moja żona, Samanta jest piękną dwudziestoośmioletnią brunetką. Gdyby brała udział w wyborach miss świata, miałaby szanse. Jest miła, dobrze wychowana i prawdopodobnie nieszczęśliwa. Widzimy się czasem w ciągu dnia i rzadziej w nocy. Mieszkam w małym pałacu oddalonym o dwadzieścia kilometrów od miasta. Samanta ma swoich znajomych, pomoc w domu i gdziekolwiek zechce. Ma dwóch stałałych i czterech dodatkowych ochroniarzy. Czasami siedzi w domu, a na zakupy jedzie jej sobowtór. Jest identyczny. Jedynie nasz stary 22 letni pies Gerlis ją rozpoznaje. Ani ochroniarze ani służba domowa nie ma pojęcia kiedy wychodzi Samanta, a kiedy Sally.
Dlaczego myślę, albo lepiej wiem, że Samanta jest nieszczęśliwa? To proste. Jest piękna, młoda i bogata, a czego jej brakuje to miłości męża. Jest całkowicie wolna. Wie, że gdyby odeszła odziedziczyaby 560 miliardów dolarów. Ale nie chce odejść. Dlaczego? To oczywiste, kocha mnie.
Czy ja ją darzę tym samym uczuciem? Nie. Szanuję ją, daje jej wszystko, poza jednym. Uczuciem. Dlaczego tak jest? To znowu bardzo łatwe pytanie. Prawdopodobnie upodobniłem się do moich maszyn. Nie mam uczuć. I może nie powiedziałem zupełnie prawdziwie. Moje androidy mają uczucia. Są tak skonstruowane, że nie są identyczne, ale mają uczucia i to bardzo zróżnicowane. Jedyne czego im nie wolno, to oczywiście czynić krzywdzić. Ale mogą się bronić. Ich kwantowe mózgi wiedzą jak to robić, żeby nie uszkodzić nadmiernie napastnika. Bo tylko wówczas mogą walczyć, jeśli są zaatakowane.  
Samanta jest wierna. Wiem to. Poza tym ma do mnie uczucie. Mogę wiedzieć co robi o każdej porze dnia i nocy. Ona też może to wiedzieć o mnie, ale sądzę, że nie korzysta z tego udogodnienia.  
Kóregoś dnia natknąłem się przypadkowo na nagranie. Czułem, że nie powinienem, ale jednak nadal oglądałem. Samanta rozmawiała z Sally. Zaczęła się jej zwierzać co ją boli w duchu. Powinienem przestać, ale śledziłem nadal. Androidy są dobrymi słuchaczami. Mają nadludzką cierpliwość, bo ostatecznie nie są ludźmi. Moja żona opowiadała jej jak mnie kocha, jak jest bardzo samotna i jak cierpi z tego powodu, że nie odwzajemniam jej uczucia. W końcu kiedy skończyła, Sally przytuliła ją i trzymała długo w swoich sztucznych ramionach. Kiedy dostrzegłem, że Samanta zaczyna całować Sally, wyłączyłem nagranie. Dziecko by się domyśliło, że moja żona chciała abym to zobaczył. Pragnęła mi przekazać to co czuje, jednak nie miała na tyle siły, żeby mi to powiedzieć w oczy. A desperacka chęć miłości z androidem miała również swoją głębszą wymowę.
Coś ruszyło się w moim wnętrzu. Przez następny tydzień zajmowałem się żoną jak nigdy. W końcu nie wytrzymała, widząc zmianę i zapytała. Powinienem ukryć prawdę, ale nie zrobiłem tego. Samanta znowu płakała po moim wyznaniu...
Nie chciałem na to patrzeć i wyszedłem z posiadłości. Jeździłem po mieście. To dziwne, ale nie obawiałem się niczego i nikogo.  
    Czy wszyscy moi wybrani przestają być żebrakami? Nie. Około trzydzieści procent powraca do żebraniny. Rozumiem wiele, ale tego nie potrafię pojąć. Najgorsze w tym jest to, że cztery procenty z tych co wróciło do skrajnej nędzy, odebrało sobie później życie.  
    Zatrzymałem samochód. Był naprawdę piękny. Ciemno błękitny na zewnatrz. W środku jasna skóra siedzeń i przednie gatunki drewna do dekoracji. Od ciemnego hebanu, przez czerwony orzech, aż do jasnej topoli, specjalnie utwardzonej.  
W okolicy pięćdziesięciu jardów zauważyłem dwa domki zbudowne ze starych pilśni. Mogłem je dostrzec, bo mgła powoli ustępowała.  
     Czułem, że jestem we właściwym miejscu. Dziwne, nieracjonalne odczucie, że teraz powinienem tu być. Właśnie tu i dokładnie o tej porze.  
     W życiu staramy się mieć wszystko pod kontrolą. Z pełną świadomością realizujemy cele i założenia. Z doświadczenia wiemy, że jeżeli zrobimy to lub tamto, to otrzymamy właśnie taki rezultat. I nagle dochodzi nowy element. Nie przewidziany, pozornie obcy i wykraczający poza wszelkie poznanie.  
Takie właśnie odczucie miałem w tej chwili. Zgasiłem silnik i otworzyłem drzwi.  
     Czy to nie zastanawiające, że najbogatszy człowiek świata jedzie swoim nieprzyzwoicie drogim samochodem, do slamsów wielkiego miasta? I to sam, bez ochrony, bez pistoletu czy nawet gazu paraliżującego? W spodniach z najlepszej wełny, w koszuli z jedwabiu, z zegarkiem firmy Philippe Patek na ręku, wartym ponad dwieście tysięcy dolarów i z wielkim pięcio karatowym brylantem na palcu.
     Prowadzony tym samym odczuciem, skierowałem się do jednego z baraków. Przyzwyczaiłem się do charakterystycznego zapachu biedy.  
Najgorzej śmierdziało oczywiście w leci, ale i teraz czułem smród zgnilizny, grzybów i gnijacej żywności. Miałem dobry zmysł zapachu, ale smrody tego miejsca nie przeszkadzały mi aż tak bardzo.  
Bez zastanowienia popchnąłem grubą dyktę mającą zastąpić drzwi.  
W pomieszczeni panował porządek. Za sporą skrzynką mającą być stołem, siedział mężczyzna około czterdziestoletni. Spoczywał na dwóch starych materacach, bo na luksus posiadania krzesła prawdopodobnie nie było go stać. Nie wystraszył się, ani praktycznie nie zareagował na moje wejście.
— Witaj — starałem się by mój głos brzmiał przyjaźnie.
    Mężczyzna burknął coś pod nosem i kontynuował posiłek, który stanowiła mięsna puszka.  
Miał na sobie lekko przybrudzone jeansy, grubą bluzę, a na ramionach leżała zarzucona, gruba kurtka. Okno stanowiła wycięta dziura zakryta matowa pleksją. Poza materacami i skrzynką nie było więcej sprzętów. W kącie leżały poukładane, względnie równo, jego rzeczy.
— Jestem Kevin Blinstrock — rzekłem.
Czterdziestolatek tylko rzucił mi spojrzenie. Skończył jeść, wytarł dłonia usta i spojrzał na mnie.
— Czego chcesz?
Głos miał bliźniaczo podobny do mojego. Dopiero wówczas zauważyłem, że przypomina mi kogoś.  
Włosy miał długie, do ramion. Czarne i zlepione od brudu i tłuszczu. Całą twarz porastała gęsta czarna broda i wąsy. Oczy miał brązowe, czyste i duże. Definitywnie znajome.
— Chce odmienić twoje życie. Jestem właścicielem korporacji ,,Nowy Świat", produkującej androidy. Jestem prawdopodobnie najbogatszym człowiekiem na Ziemi. Chcę cię stąd zabrać, żebyś zaczął żyć jak człowiek. Jak masz na imię, przyjacielu?
    Lecz zamiast oczekiwanej odpowiedzi, usłyszłem coś co mnie zdziwiło, a nie zdarzało mi się to często.
— Trochę się spóźniłeś Kevin. O dwadzieścia siedem lat.
Zdziwienie nie przeskodziło mi zadać logicznego pytania.
— Dlaczego dwadzieścia siedem?
Ale nie otrzymałem odpowiedzi, więc przyjąłem, że mam doczynienia z łagodym wariatem.
Tego typu przypadki zdarzały się w grupie żebraków. Niektórzy mówili do siebie, a czasem rozmawiali z nie istniejącą osobą.  
— Chcesz tego, przyjacielu?
Tym razem spojrzał krótko i rzekł.
— Mam na imię John, a czy zostaniemy przyjaciółmi to się zobaczy.
Wstał, podszedł do sterty ubrań i zaczął jej przekładać.
— John, nie musisz nic brać, wszystko ci kupię.
Jednakże mężczyzna nadal przekładał stare ubrania. W końcu wziął coś do ręki i wsunął do kieszeni spodni.
— Jestem gotowy, Kevinie Blinstrock.
    Reagowali różnie. Niektórych musiałem przekonywać, raz zajęło mi to prawie dwie godziny. Z kobietami było inaczej. Młodsze proponowały hotel, ale prawie zawsze chciały najpierw się umyć. Starsze, przeważnie śmiały się, pokazująć zepsute zęby. Tylko jeden raz spotkałem się z odmową. Mimo perswazji, nic nie wskórałem.
    Wyszliśmy, a właściwie ja wyszedłem, ponieważ John zatrzymał się w wejściu. Podniósł kawał gazety, leżącej przy otworze wyjściowym, zapalił ją zapalniczką, która nie wiadomo jak znalazła się w jego dłoni i rzucił zapalony papier na stertę ubrań.  
— Dobra decyzja, John. Już ci to wszystko nie będzie potrzebne.
Szedł za mną pół kroku z tyłu.
— Pojedziemy do mojego magazynu pomocy. Tam umyjesz się i ogolisz i dostaniesz nowe ubranie. Popatrzyłem na niego.
— Wyglada, że masz podobną budowę ciała, a więc duży rozmiar i pewnie kołnierzyk i buty o wielkości czterdzieści cztery.
    Znowu spodziewałem się innej reakcji. W takich wypadkach nic się nie odzywali, uśmiechali albo mówili, dziekuję. Natomiast John zaczął się histerycznie śmiać, a kiedy skończył, spoważniał i rzekł.
— Podobna budowa ciała, powiadasz? Jesteś prawdziwym idiotą, Kevin.
    Powinienem poczuć się urażony, ale nie miewałem takich stanów odczuć. Reakcje miałem całkowicie pod kontrolą. Rozumiałem, że ludzie ci przeważnie dużo przeszli i dlatego nie miało dla mnie znaczenia jak reagują.    
    W zależności od indywidualnego przypadku zajmowało od tygodnia do prawie roku doprowadzić psychikę nowej osoby do stanu normalności.
Zwyczajnie miałem na tylnim siedzeniu plastikową folię, ale tym razem nie sądziłem, że będę jej potrzebował. John robił wrażenie, że jest wyjątkowo czysty. Kiedy doszliśmy do Rolls Royca nie zareagował wcale. Otworzyłem drzwi i wskazałem tylnie, komfortowe siedzenie.
— Proszę.
Popatrzył na mnie i wyciągnął dłoń. Tą samą, którą wytarł usta po skończeniu puszki z mieloną szynką. Nie zawachałem się ani chwili i wyciągnąłem rękę.
— Dziękuję, Kevin.  
Uśmiechnąłem się krótko i zapaliłem silnik.  
Miałem do wyboru, sygnał głosowy, odciski palców, lub oddech. Wybrałem to ostatnie.

My ludzie, wyglądamy podobnie, ale wszystko mamy różne. Linie papilarne, krew, śline i wygląd tęczówki.  
    Jego kabina płonęła. Dostrzegłem okolicznych mieszkańców. Bardzo wątpiłem czy przyjadą tu strażacy. Po chwili łuna od spalonego domu została w tyle. Obserwowałem czterdziestolatka przez tylnie lusterko. Siedział spokojnie i patrzył przez okno.
Po chwili wyjechałem na większą ulicę. Pojawiły się neony i uliczne latarnie. Na drodze nie było wielu pojazdów, a na chodnikach mijaliśmy sporadycznych przechodniów. Dostrzegłem jedną z moich reklam ,,Nigdy nie będziesz sam".  
Ceny zaczynały się od 59 tysiecy. Gwarantowałem od przyszłego roku obniżyć cenę do pięćdziesięciu. Jednakże pełny model, taki jak Sally, koszytował ponad dwieście tysięcy. Tyle co mój zegarek. Ponieważ byłem zadowolony z modelu, rozpocząłem kampanię Sally i Karl. Karl to męski rodzaj androida, wyglądajacy jak ja. Oczywiście wkrótce pokazały się protesty, czemu tylko Sally i Karl. Lecz nie zwracałem na to uwagi. Ludzie mają we krwi narzekanie.  
— Nie jesteś głodny, John?
Odwrócił oczy od szyby i popatrzył na tył mojej głowy.
— Nie widziałeś, że jadłem?
— Ależ tak, tylko sądziłem, że może masz ochotę na coś więcej. Kiedy się umyjesz i ubierzesz, powiesz mi co lubisz do jedzenia.
— Nie mam specjalnych wymagań, to też może się zmieni po jakimś czasie.
Robił wrażenie bardzo zrównoważonego. Sądziłem, że okres adaptacyjny nastąpi szybko.
— Chodziłeś do jakiejś szkoły?
— To było bardzo dawno. Wiem, że poza angielskim uczyłem się chyba francuskiego.
Przyszło mi coś do głowy i od razu zapytałem.
— Robisz wrażenie inteligentnego, dlaczego jesteś żebrakiem? Nigdy nie przyszło ci do głowy, że mogłeś sam zmienić swój los?
I znowu, po raz trzeci w tak krótkim czasie jego odpowiedź mnie zaskoczyła.
— Nie chciłem zmieniać losu, czekałem na ciebie.
Znowu zaczął się śmiać w ten sam sposób co poprzednio. Doszedłem do wniosku, że jednak jest z nim coś nie tak...

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i inne, użył 2249 słów i 13048 znaków, zaktualizował 26 paź 2018.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • agnes1709

    Nie powiem, zaciekawiło mnie to, bardzo fajny temat. Ale nie myśl sobie, że przeszło, ochrzan dostaniesz:D: Jest zmysł węchu, nie zapachu i ogólnie popraw błędy, bo jest ich cała masa (zwłaszcza ortograficznych). I w końcu Sally czy Sammy?:lol2: Ale za pomysł i fabułę na razie łapiszon ( nie zepsuj tego) i czekam (poważnie "gadam";) na dwójkę. Powodzenia w kontynuacji!;)

  • AlexAthame

    @agnes1709 Dziękuję Aga, reszta w rozmowach. :P