Pamiętnik porwanej. - ONE SHOT

Siedziałam sama w dużym, białym pomieszczeniu na bardzo niewygodnym, drewnianym krześle. Pokój znajdował się na poddaszu więc ucieczka przez okno mogłaby zakończyć się wyjątkowo bolesnym upadkiem. Kto wie czy nie połamanymi kościami czy nawet śmiercią. Drzwi były zamknięte a klamka od wewnątrz była wyciągnięta. Czułam się jak w psychiatryku.  
     Z dnia, w którym tutaj trafiłam niewiele pamiętam. Wiem, że byłam na dwudziestych urodzinach mojej starszej siostry. Ukradłam flaszkę wódki, upiłam się w kabinie toaletowej i urwał mi się film. Czy miałam jakiś sensowny powód by wlać w siebie 400ml wódki? Tak. Odkąd pamiętam zakochana byłam w Maxie - chłopaku z sąsiedztwa, zabójczo przystojnym brunecie. Niestety moja najlepsza przyjaciółka zrobiła krok, którego ja tak bardzo się bałam – zaprosiła go na randkę i bardzo dobrze im się teraz układa. Oczywiście jaką byłabym przyjaciółką gdybym nie wspierała jej w tym poważnym kroku. Nie powiedziałam jej co czuję do chłopaka, ogólnie nigdy nie mówimy o moich uczuciach dlatego też nie jestem na nią zła. Wolę słuchać. Ale wracając… Urwał mi się film ale mam jakieś przebłyski trzeźwości. Pamiętam głos mężczyzny, gruby z lekką chrypką. Pamiętam obraz, który widziałam wychodząc z budynku, w którym miała miejsce impreza mojej siostry. Pamiętam zapach deszczu, czułam wilgoć na skórze więc możliwe, że ktoś wyniósł mnie z budynku i wsadził do auta bo ostatnie co pamiętam to zapach skórzanej tapicerki i odgłos silnika. Później obudziłam się tutaj, leżąc na podłodze obok krzesła.  
     O dziwo nic mnie nie boli poza szyją od spania na niewygodnej i twardej powierzchni, nie mam kaca ale możliwe, że jeszcze nie wytrzeźwiałam. W sumie nie wiem ile tu jestem więc może przespałam nieuniknione złe samopoczucie po spożywaniu etanolu. Z czego bym się cieszyła. Nie panikuję, czekam na to co ma mnie czekać. Ktoś mnie porwał czy to tylko głupi żart moich znajomych? Na pewno ktoś pozagląda czy się nie przebudziłam i czy przypadkiem im nie umarłam. Czułam lekki niepokój ale starałam się zachować spokój by móc myśleć racjonalnie w razie jakbym miała uciekać.  
     Przywołałam myślami osobę, która od zewnątrz włożyła klamkę i otworzyła drzwi, był to wysoki mężczyzna, umięśniony w skórzanej kurtce. Na głowie miał kominiarkę i widać było jedynie jego brązowe oczy. Ktoś jeszcze był z nim ale tego kogoś nie widziałam. Zamaskowany mężczyzna wszedł do pokoju a ta druga osoba zamknęła drzwi i wyciągnęła klamkę. Zostałam sama z milczącym jak na razie gangsterem. O ile mogę go tak nazwać. Podszedł i stanął naprzeciwko mnie, wyciągnął rękę i powiedział grubym głosem z lekką chrypką - jak miewam swoją ksywkę.  
-Ares. - podałam mu dłoń a on mocno ją ścisnął. - Nieźle zabalowałaś a nie masz nawet lat do alkoholu.  
-To ty mnie wyprowadziłeś z klubu? Pamiętam twój głos.  
-Dużo pamiętasz? - jakby na moje słowa lekko się spiął. Chętnie odpowiedziałabym że całą drogę w to miejsce żeby jeszcze bardziej go zestresować ale kłamstwo szybko by się wydało i mogło by się to skończyć dla mnie nie miło.  
-Nie za wiele. - nastała chwila ciszy. On patrzył na mnie chyba ze zmarszczonymi brwiami bo jego oczy zrobiły się mniejsze. Przerwałam w końcu ciszę. -A więc… Bogu wojny, czego ode mnie oczekujesz.  
-Nie ja, ktoś nade mną. Ja miałem cię tylko tu sprowadzić.  
-Ale może coś wiesz...
-Nie bądź dociekliwa. Zamknij buzie i siedź grzecznie. - tak też zrobiłam. Mężczyzna cały czas się na mnie patrzył, ja starałam się nie łapać kontaktu wzrokowego i czułam się coraz bardziej niezręcznie. -Jak masz na imię?
-Love. - odpowiedziałam niemal, że od razu.  
-Jesteś ładna, Love. Inna niż te które tu bywały.  
-Co stało się z innymi kobietami? - nie odpowiedział. Chciałam nawiązać jakąś konwersację i wypytać o szczegóły ale chyba nie byłam pierwszą, która tego próbuje bo facet wie jak reagować.  
     Kilka minut później drzwi znów się otworzyły a Ares podszedł do mnie i złapał za ramię ciągnąc do góry. Wstałam i porywacz wyprowadził mnie z pokoju. Grzecznie przeszliśmy przez pusty korytarz dochodząc do metalowych drzwi, ktoś w środku otworzył je a Ares wepchnął mnie do środka. Upadłam na podłogę, zimną i mokrą. Ciarki przeszły mnie po całym ciele. W pomieszczeniu panował półmrok – brak okien, dwie wiszące lampy, ciemne kafelki na podłodze, ścianach i suficie. Wstałam i obróciłam się przodem do mężczyzny który również miał na głowie kominiarkę.  
-Posejdon. - rzucił krótko i wskazał palcem miejsce, w którym miałam stanąć. Podeszłam pod jedną ze ścian. -Rozbieraj się. - popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. Zawiesiłam się na chwilę analizując krótkie zdanie, które wypowiedział. Zastanawiałam się co mam zrobić  jednak nie musiałam długo czekać aby rozwiązanie samo się nasunęło. Posejdon wyciągnął pistolet zza pleców pooglądał go z obu stron i popatrzył na mnie. Dopiero teraz zaczęłam się bać.  
Nie musiał nic więcej mówić, ściągnęłam pospiesznie buty, bluzkę i spódniczkę. Wymownym spojrzeniem dał mi do zrozumienia, że bielizny również mam się pozbyć. Przełknęłam głośno ślinę i rozpięłam stanik rzucając go gdzieś w kąt, następnie zsunęłam po smukłych udach majtki i odsunęłam je od siebie nogą. Próbowałam się zakryć długimi brązowymi włosami ale nie było to konieczne. Zamaskowany mężczyzna chwycił węża ogrodowego, którego wcześniej nie zauważyłam i odkręcił wodę. Nakierował ją na mnie i skóra spięła się od niskiej temperatury. Oblewał mnie z góry na dół. Cała się trzęsłam aż rozbolał mnie brzuch.  
Po pierwszej serii podał mi mydło i kazał namydlić. Zrobiłam to najszybciej jak mogłam ale ręce ze strachu i zimna trzęsły mi się na tyle by mi to utrudnić. Później spłukał ze mnie mydliny i podał długi biały T-shirt, który ubrałam.  
Zapukał w metalowe drzwi, które się otworzyły i czekał tam na mnie Ares.  
-Jeszcze tylko jeno miejsce. - powiedział obojętnie i zaczekał aż wyjdę.  
     Znów ruszyliśmy pustym korytarzem i po kilku metrach gangster zapukał w kolejne drzwi. Znowu otworzył zamaskowany mężczyzna. Znowu zostałam wepchnięta do pokoju. Znowu upadłam, tym razem na drewnianą posadzkę. Ten pokój był ciemny, jedynym źródłem światła był ogień z kominka. Wstałam, poprawiłam bluzkę żeby jak najwięcej zakrywała mojego ciała i zostałam złapana za przedramię. Mężczyzna brutalnie posadził mnie na krześle niczym z filmu „Zielona Mila”. Przypiął moje ręce, nogi i głowę skórzanymi pasami. Próbowałam się wyrwać, jakoś uwolnić ale na marne.  
-Jestem Hefajstos. Nie wiem czy zauważyłaś ale każdy z nas ma pseudonim boga, który jest bogiem czegoś czym akurat my się zajmujemy. Na przykład Ares jest niesprawiedliwy, okrutny, jest szpiegiem dla szefa. Posejdon myje takie jak ty, tylko on się tym zajmuje i głównie dlatego ma taką ksywkę. A ja? Hefajstos, bóg ognia. - powiedział pokazując ręką na kominek. Serce mi stanęło i czułam jak krew spływa mi z twarzy. Przy kominku stał stojak na różne akcesoria do czyszczenia kominka, mężczyzna wziął jeden z jakimś dziwnym zakończeniem i włożył w ogień. Teraz mój strach rosną z każdą sekundą. -Żebyś się nie darła za głośno… - wziął jakąś starą szmatę i na siłę wepchnął mi do ust, które dodatkowo skleił kawałkiem szarej taśmy. -To gdzie chcesz? Ramie? Udo? - ubrał grubą rękawice i uśmiechał się do mnie obleśnie. Wtedy się rozpłakałam… Próbowałam krzyczeć ale nie potrzebnie traciłam siłę, która mogła mi się później przydać. -Troszkę zaboli ale przynajmniej zrobi ci się ciepło. - znów się uśmiechnął i wyją gorący metal podchodząc do mnie. Drugą ręką podwinął rękaw koszulki poklepał mnie po ramieniu, popatrzył w oczy i dodał cicho żebym zacisnęła zęby. Przyłożył rozżarzony metal do mojej skóry a ta zaczęła skwierczeć czemu towarzyszył taki ból, że zemdlałam. Mój przytłumiony krzyk chyba słyszał każdy kto przebywał w budynku. Podejrzewam, że jakbym nie miała szmaty i zaklejonych ust wszyscy by ogłuchli… Szczególnie Hefajstos.  
          Obudziłam się na miękkim łóżku, przykryta ciepłą, pachnącą kołdrą. Głowa bolała mnie nieziemsko i z trudem się podniosłam. Przede mną znajdowała się wielka szafa z lustrzanymi drzwiami. Zauważyłam opatrzone ramię i drugą ręką lekko dotknęłam opatrunku przypominając sobie co zadziało się przed moim zemdleniem. Miałam ochotę krzyczeć i płakać ale nie było by to odpowiednie szczególnie, że teraz może być ten moment, w którym uda mi się uciec. Tyko gdzie? Nie wiem gdzie jestem, ile mam przebyć drogi i czy w ogóle mi się uda. Zawsze watro próbować. Podeszłam do drzwi. Zamknięte. Rozejrzałam się po pokoju i podeszłam do okna, otworzyłam i wyjrzałam zza nie. Znajdowałam się na jakimś trzecim czy czwartym piętrze, w każdym razie wysoko. Krajobraz był przepiękny - same pola i lasy, domy kilka kilometrów stąd i jezioro dosyć blisko. Ogród wokoło domu był mały z jakimś parkingiem, na którym stały dwa samochody, Jeden czarny typu van, można by było w nim przewieść z piętnaście kobiet. Drugi bardziej sportowy, w kolorze grafitowym podejrzewam, że na dwie osoby.  
     Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Szybko zamknęłam okno, odchrząknęłam i powiedziałam cicho „proszę”.  
Do środka wszedł chyba Ares.  
-Obudziłaś się? Świetnie. - wyciągnął rękę w moją stronę, którą jak mniemam miałam objąć swoją. Popatrzyłam na niego przestraszona i cofnęłam się. Pokiwał głową i podszedł do mnie mocno łapiąc mnie za łokieć. Próbowałam się wyrwać, opierałam się nogami, krzyczałam i płakałam. Wyciągnęłam drugą rękę w jego stronę i złapałam za kominiarkę ściągając ją z jego głowy. Nagle stanęliśmy w bezruchu, on patrzył na mnie ze złością w oczach i zaciśniętymi zębami. Ja zamarłam i czekałam na to co zrobi. Był dość przystojnym mężczyzną z lekkim zarostem i kolczykami w uszach. Miał kilka zmarszczek koło oczu i na czole oraz kilka ciemniejszych plam na policzku.  
Podniósł rękę i z zamachem uderzył mnie w policzek wciąż trzymając mnie za łokieć. Prawdopodobnie gdyby nie to, to upadłabym na podłogę.  
Podniósł z ziemi kominiarkę i ubrał ją z powrotem na głowę, nie wiem po co skoro wiem jak wygląda. Złapałam się za piekący policzek i już posłusznie chociaż ze łzami w oczach szłam u boku Aresa.  
     Doszliśmy do jakiegoś dużego otwartego pomieszczenia, w którym znajdowało się jedynie biurko i dwa krzesła. Na jednym z nich zostałam posadzona i Ares wyszedł. Chwilę potem do pomieszczenia wszedł wysoki, grubszy, łysy mężczyzna z twarzy wyglądał na jakieś czterdzieści parę lat. Usiadł przede mną po drugiej stronie biurka. Westchnął i uśmiechnął się do mnie.  
-Nie bój się dziecino. Wszystko ci wytłumaczę. - oparł się. -Ale na początek kilka zasad. Po pierwsze… -wstał. -Nie bijesz moich ludzi, nie krzyczysz i nie płaczesz bo nie masz się czego bać. -stanął obok mnie i pogładził po głowie. -Po drugie uśmiechaj się bez przerwy aż zacznie boleć cie buzia. -zacisnął w pięści moje włosy i odchylił mi głowę. Milczał wyczekująco aż moje kąciki ust się uniosą. Zamknęłam oczy i mimowolnie uśmiechnęłam się. -Brawo… Po trzecie, od dziś dla mnie pracujesz. Nie chcę słyszeć sprzeciwu. -puścił moje włosy i obszedł biurko siadając na swoim krześle.  
Uśmiech zszedł mi z twarzy.
     Wytłumaczył mi dlaczego ja, po co poparzenie na moim ramieniu oraz pracę, którą mam wykonywać.  
Od początku… Dlaczego ja? Okazało się, że był właścicielem budynku, w którym moja siostra miała imprezę urodzinową. Na kamerach od samego początku mnie obserwował, spodobało mu się jak tańczę, jak wyglądam, jak się zachowuję. Doskonale wiedział kiedy zaatakować, wiedział gdzie i o której godzinie jestem.  
Poparzenie na moim ramieniu okazało się czymś na zasadzie sygnetu jego klubu wypalonego na mojej skórze. Właśnie… Klubu. Nie byle jakiego, klubu ze striptizem. Moją pracą, którą miałam tu podjąć było tańczenie temu zboczeńcowi.  
-Teraz wystarczy, że złożysz tu swój podpis. - pokazał palcem miejsce na imię i nazwisko. Dobrze wiedział, że bym tego nie zrobiła więc wyciągnął pistolet i położył na drewnianym blacie. Chwyciłam długopis i trzęsącą ręką wydałam na siebie wyrok.  

     Dziś kończę osiemnaście lat i pierwszy raz mam zatańczyć dla mojego szefa. Ubrana w skąpe wdzianko i wysokie buty, zestresowana czekam aż mnie poprosi. Chce mieć to już z głowy, chce zatańczyć i znów zamknąć się w „moim” pokoju.  
Gestem ręki zaproszono mnie na scenę. Moją widownią był jedynie mój szef ubrany w czarny garnitur a w ręku trzymał szklankę z alkoholem. Na krześle obok, w zasięgu jego ręki leżał pistolet. Na twarzy malował mu się szeroki uśmiech a oczy błyszczały mu w świetle reflektorów. Stanęłam przy rurze, złapałam ją w dłoń i po całej sali rozległa się muzyka. Był to utwór zespołu Hooverphonic pod tytułem „2 Wicky”. Tą melodie zapamiętam do końca życia. Najpierw nieśmiało tańczyłam w rytm muzyki, później starałam się nie myśleć że ogląda mnie ten jeden człowiek. Wyobrażałam sobie pustą salę. Tylko ja i muzyka. Gdy skończyłam bez słowa wyszedł zabierając ze sobą pistolet. Odetchnęłam z ulgą i również opuściłam salę. Zamknęłam się a raczej, zamknięto mnie w „moim” pokoju.  
     Przez kilka dni sytuacja wyglądała tak samo, tańczyłam wciąż do tej samej piosenki a on w pod koniec wychodził bez słowa. Nie wiedziałam dlaczego i szczerze cieszyłam się, że tak szybko mogłam wrócić do pokoju.  Jednak pewnego wieczora został dłużej.  
     Zeszłam z rury, stanęłam obok i popatrzyłam z nadzieją na krzesło, na którym zawsze siedział, że już go tam nie ma. Jednak ku mojemu zdziwieniu sączył alkohol i patrzył na moje półnagie ciało. Gestem ręki zaprosił mnie bliżej siebie. Nogi miałam jak z waty ale podeszłam.  
-Klęknij i zrób mi loda. - patrzył na mnie pustym wzrokiem. Przestraszona uklękłam przed nim i trzęsącymi rękami rozpięłam spodnie. Zawiesiłam się chwilę i popatrzyłam na pistolet. Taka okazja mogłaby się już nie powtórzyć. Jedną ręką wyciągnęłam z majtek penisa i poruszałam po nim dłonią na co mój szef odchylił głowę i jęknął głośno. Wykorzystałam chwilę nieuwagi i drugą ręką chwyciłam pistolet. Szybko wstałam i wycelowałam w tego zboczeńca. Zdezorientował się i poprawił na krześle. Bez wahania strzeliłam do niego, złapał się za ranę i jęczał. Rozejrzałam się, nikogo nie było więc biegłam do wyjścia. Potykałam się o własne nogi a wysokie buty na pewno nie ułatwiały ucieczki. Gdy wybiegłam na zewnątrz usłyszałam za mną krzyki i strzały. Gonili mnie. Znów się rozejrzałam i dobiegłam na parking. Sprawdziłam oba auta i tylko van był otwarty. Wsiadłam za kierownicę ale nie mogłam znaleźć kluczy. Strata czasu. Wysiadłam ale porywacze byli za blisko więc ucieczka przez główny wjazd była niemożliwa. Ogrodzenie też było wysokie ale nie niemożliwe do pokonania. Ściągnęłam buty i wyskoczyłam na ogrodzenie przeskakując je. Biegłam ile sił w nogach boso przez długą trawę rozłożystych pól. Gdzieś po drodze wyrzuciłam broń i biegłam do miasteczka, które widziałam z okna „mojego” pokoju.  

     Od mojej ucieczki minęły dwa lata. Mieszkam w Chicago w małym mieszkaniu na obrzeżach miasta. Nikt nie był w stanie uwierzyć w moją historię ale na potwierdzenia miałam bliznę na ramieniu. Policja ich szuka ale wiem, że im się nie uda ich znaleźć. Codziennie budzę się szczęśliwa, że nikt w nocy mnie nie zabił i zasypiam w strachu, że na spaniu ktoś włamie mi się do mieszkania i strzeli mi w głowę. Tak jest od dwóch lat.  
Siedziałam w psychiatryku kilka miesięcy bo bałam się wyjść z pokoju. Teraz chodzę do psychologa trzy razy tygodniowo, czasami cztery. Biorę masę leków ale jakoś żyję. Wciąż chcę uciekać, biec w nieznane jak najdalej i jak najgłębiej żeby mnie nie znaleźli. Nie chce umierać, uciekłam po to żeby żyć.  
Dziś, jak zawsze z rana wstałam i zrobiłam sobie herbatę. Usiadłam w salonie przy oknie, zawinęłam się w koc i sączyłam napar patrząc na ulicę. Każdy czarny van przypominał mi ten spod klubu mojego byłego szefa, na widok tego auta momentalnie się spinałam. Dziś jednak nie zauważyłam żadnego niepokojącego auta. Dziś dzień miał być lepszy.  
Południem miała przyjechać moja siostra, opiekowała się mną, gotowała mi i siedziała przy mnie do momentu aż nie zasnęłam. Kochałam ją najbardziej na świecie, tylko ona mnie rozumiała i jako pierwsza uwierzyła w moją opowieść.  
Włączyłam telewizję i serwowałam po kanałach nagle usłyszałam piosenkę, TĄ piosenkę.  Hooverphonic – 2 Wicky. Myślałam, że to w telewizorze więc szybko go wyłączyłam. Mimo to muzyka wciąż grała, jakby z mieszkania nade mną lub obok mnie. Przełknęłam głośno ślinę i odłożyłam kubek herbaty na stolik. Okej… Może sąsiad jest fanem tego zespołu. Starałam się uspokoić i oddychać. Nagle ktoś zapukał w drzwi mojego mieszkania. Może to moja siostra? Niepewnie i powoli podeszłam do drzwi, miałam złe przeczucia. Nie miałam wizjera w drzwiach więc nie mogłam sprawdzić kto jest po drugiej stronie. Przekręciłam klucz i nacisnęłam na klamkę. Towarzyszyło mi milion emocji i myśli naraz. Powoli uchylałam drzwi ze łzami w oczach. I po drugiej stronie stał zamaskowany mężczyzna. Nie był to Ares, Posejdon czy Hefajstos. Nie był też to mój były szef. Tego faceta nie znałam. Wymierzył do mnie pistolet.  
-Z pozdrowieniami od szefa. - nacisnął spust. Umarłam.  

***

Hej, przygotowałam one-shota dla was. Mam nadzieję, że wam się spodoba. Jest to moje pierwsze tego typu opowiadanie więc wszelkie uwagi chętnie przyjmę.  
I.K.

InnaKobieta

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użyła 3445 słów i 18529 znaków. Tagi: #porwanie #śmierć #ucieczka

Dodaj komentarz