Z bocianiego gniazda - Sen

Antymałpa ze złośliwym uśmiechem w oczach, z nieopisaną radością na swojej antymałpiej gębie, nacisnęła przycisk anihilatora. Obłok gorącej pary i swąd spalonego ciała powiedział mi, że stojącego obok starego Kulawiaka już nie ma... Nie musiałem nawet odwracać głowy, żeby przekonać się o tym naocznie. W stanie śmiertelnego zagrożenia, wszystkie moje zmysły stały się tak hiperczułe, że przez spoconą ze strachu skórę odczułem jego ostatnie tchnienie. Antymałpa radośnie fiknęła koziołka. Koziołek zszedł był.  
   Musiałem coś zrobić, jakoś zareagować, coś powiedzieć! "Zajęczałem". Czułem to. Strach trzymał mnie w swoich objęciach żelaznymi obcęgami, a ja stawałem się coraz bardziej malutkim, leśnym szarakiem. Antymałpa potrząsnęła koziołkiem jak starą, bezwładną szmacianą lalką i znudzona brakiem reakcji, zaczęła obierać ze skórki banana, podpierając się na anihilatorze.  
   W desperackim akcie rozpaczy, z szybkością kobry, wyrzuciłem ramiona do przodu, chwytając niczym w imadła kępy brązowej sierści. Obrazy całego życia przemknęły mi przed oczami potęgując stalowy uchwyt. Ciemność wypełniła całą moją jaźń, gdy zadawałem cios głową w zaskoczony kompletnie, roześmiany czerep. Świat zawirował i usunął mi się spod stóp. Nie zwolniłem uścisku, przygniatając swoją masą bezkształtne futro. Tumany pyłu wzniecone przez dwa tarzające się w konwulsjach i trzymające się w śmiertelnym uścisku ciała, zapierały dech i raniły krtań. Poczułem słodki smak krwi sączący się z kącików moich ust i trzymając głowę nieludzia, skręciłem nią z całych, uciekających błyskawicznie sił. Usłyszałem głuchy trzask i otworzyłem oczy. Antymałpa jadła banana podpierając się na anihilatorze.  

   Ło Boże!... Ludziska, nie uwierzyta. Alem sen mioł!... Dyć takich to i pewnie nawet sołtysy, juha, nie mają, ani kolejorz Cmyć, co to nie z jednego dworca chleb jodł. Bym wom łopowiedzioł, ale taki sfiksowany, że najpierwej musielibyśta jakie szkoły pokończyć, żeby se w swoim rozumie to pojońć. Prowde godała staro, żeby się na noc kapuśniakiem nie obżerać. Ale jak tu się nie obżerać, jak te świńskie uszy tak wystawają z gorczka, że ślina, aż się sama w gembie zbiero.  
   Grzelakowo staro, lunatykujonc w nocy z nożem, do chlewa zawendrowała i pozbawiła aparatów słuchu dwa swoje tuczniki ulubione. Jak się łobudziła, to tak zmarkotniała z tego co narobiła, że nom uszy te łoddoła. No to staro, szybko na jesiennej, dobrze udeptanej kapuście zupe jak ta lala urychtowała. Może jest i łona cienżkostrawno, ale wole trawić cienżko niźli wcale.  
   Stary Poruch tyż już bez płot wyniuchoł naszom smakowitość kulinarnom i zapowiedziol się na łobiod z wizytom towarzyskom. Łajza jedno. Hmm... Ciekawość, czy Poruch mo sierść... Co jo godom? Fiksuje, czy co?  
   No, trza się zbieroć, co by u Balona przed obiadem dokonać zakupu podobno wyjontkowo smacznego, jak na swojom cene, nowego wina apetycznego. Musze się pośpieszyć, bo u nas we wiosce naród bardzo łasy jest na wszelkie delikatesy i zabraknonć może zanim dojde, a bez napitki, to kapuśniaku i Porucha naroz, już na pewno nie strawie. Po drodze zerkne do Kulawiaka, bo jakosik mi tak po głowie chodzi, juha, nie wiedzieć czemu. Trzymta się ludziska.
   Oho... Poruch już lizie, gadzina jedna.  
   Antymałpa wykrzywiła usta w szerokim uśmiechu...

Zmariusz

opublikował opowiadanie w kategorii komedia, użył 615 słów i 3505 znaków.

Dodaj komentarz