Nieco inny świat (IV) — Dawno temu i nieprawda

Nieco inny świat (IV) — Dawno temu i nieprawdaTo już ostatnia część cyklu „Nieco inny świat”. Niektórzy pewnie się ucieszą, a niektórzy zmartwią. I jednych i drugich zachęcam do komentowania, tam na dole pod tekstem. W tej części jest może nieco mniej humoru, za to więcej nostalgicznych wspomnień, szkoda, że nieprawdziwych ;) .

Uwaga. Opowiadanie nie trzyma pionu historycznego. Obawiam się, że poziomu również.



     – Szyyymeeek, otwórz drzwi!!! – Nagle na podwórzu, tuż przed wejściem do bloku, wydarła się nastolatka.
     Anna aż drgnęła od tego wrzasku, gwałtownie otwierając oczy. Mimo że jej mieszkanie znajdowało się na drugim piętrze, przez uchylone okno, wysoki, donośny głos dziewczyny w jednej chwili nieprzyjemnie przywrócił jej pełną świadomość. A tak błogo i miękko zapadała już w sen. Pech. I to podwójny. Była na z trudem wyżebranym od szefa urlopie. I co? Dopadło ją przeziębienie i to tak mocno, jak chyba nigdy dotąd. Na szczęście wszystko już stopniowo wracało do normy. Jednak potrzebowała jeszcze dwóch, trzech dni, aby odzyskać siły. I właśnie, gdy zamierzała zdrzemnąć się, ta dziewucha zaczęła się drzeć.
     – Szymek, otwórz!!! – ponownie głośno zawołała zniecierpliwiona nastolatka.
     Durna pizda! Czego tak się drze?! – mruknęła do siebie poirytowana Anna. Nie może zadzwonić domofonem? Zuza ma smartfona, może zadzwonić, wysłać SMS-a, a nie się drzeć. Fakt, mieszkają na parterze, a okno pokoju brata jest zaraz obok drzwi wejściowych i jeśli Szymek słucha jakiejś muzyki przez słuchawki, to tylko wrzask może usłyszeć.
     Ledwo słyszalne brzęczenie zamka domofonu, świadczyło, że Szymon po raz kolejny otworzył zapominalskiej siostrze. Ciągle zapominała klucza od drzwi wejściowych na klatkę. Żeby tylko! Nierzadko brat musiał ratować ją z jakiejś opresji, bo tego czy tamtego zapomniała. Anna znała dość dobrze rodzeństwo, bo ich rodzice byli jej i męża dobrymi znajomymi.
     Swoją drogą cierpliwy chłopak – pomyślała. – Ja na jego miejscu przełożyłabym taką siostrę przez kolano i wklepała w gołą dupę! Na pewno już niczego by nie zapomniała! Jest dwa lata starszy, poradziłby sobie z takim chucherkiem, jak Zuza. – Zdenerwowanie nie opuszczało Anny. Pisk dziewczyny pozbawił ją snu. – Ile ona ma lat? Jeszcze nie ma piętnastu. Ja w jej wieku byłam bardziej dojrzała, w ogóle młodzież kiedyś była bardziej dojrzała… a może nie? – Anna nie była tego pewna, były to wszak już odległe czasy dla niej. – Kiedy ja miałam piętnaście lat? – zastanowiła się. – Ech, to było czterdzieści… nie, już czterdzieści dwa lata temu. Jak ten czas szybko przeleciał… młodość… jak mgnienie oka.
     Myśli kobiety niespokojnie zaczęły przeskakiwać między jej młodością a czasami Zuzy.
     Może to tylko takie moje wrażenie? – spróbowała sobie uprzytomnić. – Dawniej też słychać było darcie się dzieci, tyle że nie w sprawie drzwi, bo domofonów kiedyś nie było, a przynajmniej w zwykłych domach. No i raczej chłopców niż dziewcząt. Po prostu kiedyś dziewczynkom pewnych rzeczy nie wypadało. Tyle że nie dotyczyło to mnie. Ja nieświadomie przełamywałam ówczesne standardy, co dziewczynkom wypada, a co nie wypada.
     Zuzanna… teraz chyba co druga dziewczynka ma tak na imię. Co ja robiłam w jej wieku? Ach tak… Urządzałam z koleżankami „spódniczkowe powitanie wiosny”, gdy tylko po zimie pojawiały się ciepłe, typowo wiosenne dni. Spraszałyśmy się w taką sobotę u którejś z nas, w osiem, dziesięć, dziewczyn, po czym zabawą i tańcami witałyśmy wiosnę. A jeszcze wcześniej… tego się nie zapomina, mimo że to już szmat czasu... a tak jakby było to wczoraj – westchnęła z nostalgią i uśmiechem Anna. To były inne czasy, inna epoka, inni ludzie…

* * *

     Odkąd mogłam sama czytać książki, zaczęły mnie intrygować te z biblioteczki rodziców. Szczególnie na górnej półce za szybą zamykaną na kluczyk. A już naprawdę szczególnie taka jedna, zaraz pierwsza z brzegu, bardzo gruba. Chyba zawsze, gdy wchodziłam do pokoju rodziców, zerkałam na nią. Jednak była niedostępna dla mnie. Za wysoko i zamknięta. Zakazany owoc jednak kusi, a ja byłam sprytna, nieustępliwa i bardzo samodzielna. Umiałam wyznaczyć sobie jakiś cel i dążyłam do niego. Nie zniechęcały mnie pierwsze niepowodzenia.

     Rodzice byli lekarzami, więc często, gdy wracałam ze szkoły, nie było ich w domu. Wówczas opiekę nade mną sprawowała sąsiadka, niepracująca, bo wychowująca gromadę własnych dzieci. Jej opieka nade mną polegała na tym, że gdybym czegoś potrzebowała, to miałam biec do niej i poprosić.
     Tata był ginekologiem, a mama stomatologiem lub jak wówczas się mówiło, dentystką. Można więc powiedzieć, że jako dziewczyna miałam pod względem medycznym „pełną obsługę”. Jednak miało też to swoje minusy.

     Tak, byłam bardzo samodzielną dziewczynką i zawsze pod nieobecność rodziców potrafiłam znaleźć sobie zajęcie. Sama lub z zaproszonymi koleżankami. Próbowałam też zapraszać kolegów, ale trudno było mi ich przekonać, bo jak mówili, „dziewczyny są głupie i nic nie można z nimi robić”.
     Wcale nie uważałam się za gorszą. Wręcz byłam pewna, że mogę robić to samo, co chłopaki. Może z wyjątkiem siusiania. Tu musiałam przyznać, że chłopcy są lepsi od dziewczynek. Mogą siusiać, jak chcą, nawet do góry, a dziewczynki tego nie mogą. Uważałam za niesprawiedliwe, że chłopcy mają siusiaki, a dziewczynki nie. Poza tym zauważałam, że chłopcy są jacyś inni, tak w ogóle, i chciałam się dowiedzieć dlaczego.
     W końcu, w wieku ośmiu, prawie dziewięciu lat, wyczaiłam, gdzie rodzice chowają kluczyk od zamkniętej części biblioteczki. Pozostał problem wysokości. Przytargałam z kuchni taboret, wlazłam na niego i wtedy mogłam otworzyć szklane drzwi do tajemnicy. Zanim jednak wyciągnęłam grubą i jak się okazało bardzo ciężką książkę, dokładnie przyjrzałam się, jak stoi, aby odstawić ją w identyczny sposób. Doskonale wiedziałam, że rodzice nie mogą się zorientować, że ją oglądałam.

     Książka okazała się opisem osobniczego rozwoju człowieka od zapłodnienia do późnej starości, z podziałem na role społeczne kobiet i mężczyzn. Z tych ról społecznych wywnioskowałam, chociaż w książce wprost tego nie napisano, że dziewczynki są jednak głupsze od chłopców. Ponieważ nadal z tym się nie zgadzałam, na tym rozdziale zakończyłam czytanie. Zresztą starość mnie nie interesowała. Nie zamierzałam się starzeć, bo i po co miałabym to robić?
     Tymczasem pierwsze rozdziały były intrygujące, bo otwierały przede mną nowy, nieznany świat. Początkowo czytanie szło mi bardzo wolno. Wielu słów nie rozumiałam, ale po co są słowniki i encyklopedie, prawda?
     Za to zrozumiałam głęboki sens braku siusiaków u dziewczynek.
     Pamiętam, jak uderzyłam piąstką o tapczan, na którym leżąc na brzuchu, czytałam „zakazaną księgę”, z okrzykiem „tak!”, gdy dowiedziałam się, skąd naprawdę biorą się dzieci. Czułam, że z tymi bocianami to jakaś ściema, bo wystarczyło pomyśleć. Skoro bociany przynoszą dzieci z Afryki, to te dzieci powinny być czarne. A nie są. Niemniej byłam lekko zszokowana odkryciem prawdy. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić, by jakiś chłopak wkładał mi tam siusiaka. Byłam pewna, że na coś takiego się nie zgodzę i musi być inny sposób.

     Swoją wiedzą zapragnęłam podzielić się w szkole, gdy omawiane były różnice między chłopcami i dziewczynkami. Dodam, że w czasach mojej „głębokiej młodości” na ogół przestrzegano różnic w ubiorze dzieci. Dziewczynki rzadko widywało się w spodniach i jeśli nawet nie budziło to niesmaku wśród dorosłych i koleżanek, to na pewno zdziwienie. Ciekawe, że chłopcy raczej nie mieli nic przeciwko takiemu strojowi koleżanek.
     Po omówieniu różnic w ubiorze ja wyrwałam się do odpowiedzi:
     – Bo proszę pani, różnica jest jeszcze taka, że dziewczynki mają jajniki i pochwy, a chłopcy jądra i penisy! – dumnie pochwaliłam się przed całą klasą swoją rozległą wiedzą.
     Chciałam jeszcze dodać, że mogę na tablicy narysować, jak to wygląda i co do czego służy, jednak widok nagle spąsowiałej pani i chichot kilku dziewczynek i chłopców powstrzymał mnie od dalszej wypowiedzi. Reszta klasy gapiła się na mnie, chyba nie rozumiejąc, o czym mówię.
     – Natychmiast zamilcz dziecko i usiądź w ławce! – poleciła mi spanikowanym głosem nauczycielka. – Dwója! – dodała.
     Incydent oparł się o rodziców. Tata jednak twardo interweniował w sprawie dwói, gdyż jak stwierdził, w świetle współczesnej wiedzy medycznej, moja wypowiedź była całkowicie poprawna. Ostatecznie dwója została mi anulowana, jednak ku mojemu rozczarowaniu, piątki też nie dostałam.
     Od czasu do czasu zdarzało mi się szokować rodziców, szczególnie mamę, bo tato moje szaleństwa przyjmował na ogół ze stoickim spokojem. Tak było, gdy w wieku dziesięciu lat przyciągnęłam do domu kolegę i bez cienia zażenowania przedstawiłam go mamie: „mamo to mój chłopak…”. Chodzenie jednak polegało tylko na tym, że „mój chłopak” po lekcjach zanosił mi do domu tornister z książkami. Cóż, miałam dziesięć lat… Dwa miesiące później chłopak mi się znudził, więc go rzuciłam. Miałam już inny pomysł. Znacznie ciekawszy.

     Postanowiłam wstąpić do podwórkowego gangu. Jednak nie takiego „dziewczyńskiego”, z różowymi kokardkami we włosach, a prawdziwego, w którym byli tylko chłopaki. Nie widziałam powodu, dla którego nie miałyby być też dziewczyny. Nie czułam się gorsza i postanowiłam udowodnić, że dziewczyna może to samo, co chłopak. Oczywiście cały czas pamiętałam, że oni mają penisy, a ja pochwę, ale wówczas nie wydawało mi się to istotną różnicą.
     Wiedziałam, że nie będzie łatwo i byłam przygotowana. Dlatego nie zraziły mnie śmiechy i drwiące miny chłopaków, gdy oznajmiłam im, że chcę wstąpić do ich bandy.
     – Dziewczyny są za głupie! – zawołał jeden.
     – I tchórzliwe! – dodał drugi z drwiącym śmiechem.
     – Nie potrafią się bić! – zadrwił któryś.
     – Nie dadzą rady! – odezwał się następny.
     – Możecie mnie poddać próbie! – buńczucznie odkrzyknęłam.
     – Daj spokój, idź bawić się lalkami – rzucił ten od „głupich dziewczyn”, po czym towarzystwo gruchnęło śmiechem.
     – Teraz to wy tchórzycie! – warknęłam wściekła, aż tupnęłam nogą.
     – Dobrze – odezwał się ich szef, ironicznie spoglądając na mnie. – Wejdź na to drzewo. Na czubek.
     Spojrzałam na wskazane drzewo i zmroziło mnie. To było drzewo wysokości czteropiętrowego budynku.
     – Mówiłem – odezwał się jeden lekceważąco – baby nie dadzą rady.

     Na te słowa znowu poczułam wściekłość. Nabrałam powietrza w płuca i ruszyłam w kierunku drzewa. Panicznie się bałam, ale nie mogłam stchórzyć. Nie teraz. Zostałabym na zawsze pośmiewiskiem chłopaków na podwórku. Gdy zaczęłam się wspinać, skoncentrowałam się tylko na zadaniu, świat na zewnątrz jakby przestał istnieć, Tak samo strach, nie do końca, ale gdzieś uleciał.
     W okolicy trzeciego piętra chłopaki zaczęli wołać, że już wystarczy i żebym złaziła. Chyba się przestraszyli, że coś mogłoby mi się stać, drzewo robiło się coraz cieńsze. Tyle że byłam lżejsza od nich, to mogłam w miarę bezpiecznie wejść wyżej.
     Zejście zajęło mi chyba trzy razy tyle czasu co wejście, bo musiałam patrzeć w dół. W końcu stanęłam drżącymi nogami na ziemi, spocona jak mysz, ze strachu.
     – No dobrze – odezwał się z niechęcią w głosie ich szef – na razie możesz się z nami bawić.
     Tak zostałam członkiem „prawdziwej” bandy.
     Szybko zdobyłam uznanie, gdy okazało się, że potrafię się bić. Nie jak baba, ale tak samo, jak oni. Na początku miałam w tym spore sukcesy. To były czasy, gdy dziewczynek się nie biło. Chłopaki z konkurencyjnej bandy nie wiedzieli, jak mnie traktować, więc każdemu, który mi się nawinął, przywalałam. Potem gdy zorientowali się, że biję tak samo, jak oni, bywało różnie. Byłam lżejsza i słabsza fizycznie od nich, ale ratowało mnie to, że byłam bardzo zwinna i większość ciosów chłopaka nie docierała do mnie. Za to moje tak. Niemniej jak trafiłam na równie zwinnego, to już dostawałam lanie. Nigdy jednak nie płakałam, chociaż bolało. Nie mogłam sobie pozwolić na taką kompromitację. Jako jedyna dziewczyna w bandzie, musiałam być twardsza od nich.
     Nieraz, gdy wracałam do domu posiniaczona albo z podbitym okiem, mama załamywała ręce:
     – Córeczko, dziewczynki się nie biją, to nie wypada. A z chłopcami to już w ogóle nie do pomyślenia!
     Czasami odpowiadałam półgębkiem, ale buńczucznie:
     – On dostał bardziej!
     Początkowo pewnym problemem dla mnie było sikanie. Nie mogłam przecież przerwać zabawy i pobiec do domu. Chłopaki stawali pod drzewem, wyciągali ptaszki i sikali. Ja z oczywistych powodów niczego nie mogłam wyciągnąć. Musiałam zsunąć majtki i ukucnąć. Trochę mnie krępowało, gdy wszyscy stawali wokół i się gapili. Jakoś jednak wytrzymywałam te spojrzenia. Mówiłam sobie, że skoro oni nie wstydzą się wyciągać przy mnie ptaszków, to też nie muszę się wstydzić. Na szczęście szybko przestali się tak ostentacyjnie gapić. Zerkali tylko dyskretnie. Pewnie byli ciekawi, jak sika dziewczyna.

     Jak wspominałam, w tamtych czasach dziewczynki nosiły spódnice lub sukienki i mnie też tak ubierała mama. Z tym wiązał się jeszcze jeden problem. Gdy właziłam na drzewo, a w łażeniu po drzewach też miałam sukcesy, chłopaki na dole gapili się na mnie z głupimi uśmieszkami, trącając nawzajem. Nie wiedziałam, o co im chodzi. Pewnego razu, gdy już rozchodziliśmy się do domów, zatrzymałam jednego i gdy zostaliśmy sami, zapytałam go o to.
     – Ale nie pobijesz mnie? – przestraszył się.
     – Jasne, że nie. Chcę tylko wiedzieć – odpowiedziałam zdumiona. Nie zamierzałam nikogo bić.
     – No bo – odezwał się niepewnie – jak tak siedzisz na drzewie, to widać ci majtki.
     Znowu się zdziwiłam. Bo co ciekawego może być w majtkach? Majtki jak majtki, normalne.
     – Ale dlaczego tam się gapicie? – drążyłam temat.
     – Nie wiem. – Na potwierdzenie wzruszył ramionami. – To tak jakoś… samo…
     Podziękowałam i zrobiłam kilka kroków w kierunku domu, gdy chłopak, widać ośmielony tym, że mu nie przywaliłam, rzucił za mną:
     – Masz fajną dupę!
     Odruchowo obróciłam się, odpowiadając „dzięki”, chociaż tak naprawdę nie wiedziałam, czy powinnam dziękować, czy się obrazić.

     W domu stanęłam przed dużym lustrem w przedpokoju, zadarłam spódnicę, usiłując dojrzeć tyłek. Nigdy się nad nim nie zastanawiałam. Tyłek to tyłek i już. Wyglądał zwyczajnie, co w nim miałoby być fajnego? Przypomniałam sobie, że są rzeczy, które widzą dziewczyny, a których nie dostrzegają chłopcy. A co, jeśli są rzeczy, które widzą chłopcy, a których nie widzą dziewczyny? Ta myśl zaniepokoiła mnie. Westchnęłam głęboko. Do tej pory wydawało mi się, że chłopcy to takie nieskomplikowane stworzenia i już rozgryzłam ich całkowicie. Teraz okazało się, że jeszcze muszę się o nich sporo nauczyć. Opuściłam spódnicę i poszłam do kuchni, bo zgłodniałam od zabawy na podwórku. Wcześniej jednak musiałam załatwić z mamą jedną sprawę.
     – Mamo, chcę mieć spodnie – odezwałam się z zaskoczenia.
     – Dziecko! – mama załamała ręce – co ci przyszło do głowy? W spodniach chodzą chłopcy, a nie dziewczynki, jak ty będziesz wyglądać???
     Wiedziałam, że nie będzie łatwo, więc miałam już obmyśloną ripostę. Nie mogłam oczywiście powiedzieć, że gdy włażę na drzewo, to chłopcy zaglądają mi pod spódniczkę, bo mama zabraniała mi łażenia po drzewach, więc powiedziałam:
     – No bo jak bawię się na trzepaku i tak zwisam, to chłopaki się śmieją ze mnie, bo widać mi majteczki.
     Moja argumentacja okazała się chyba celna, bo mama westchnęła głęboko i po dłuższym zastanowieniu powiedziała z rezygnacją w głosie:
     – No dobrze, pomyślę.
     Kilka dni później zaprowadziła mnie do krawca, który uszył od razu dwie pary spodni, abym miała na zmianę.
     Gdy pojawiłam się w nich po raz pierwszy na podwórku, chłopaki z bandy aż zagwizdali z podziwu na mój widok. Chyba dopiero wtedy całkowicie mnie zaakceptowali.
     Spodnie okazały się tak wygodne i praktyczne, że od tej pory nie chciałam w niczym innym chodzić. Jedynie na jakieś uroczystości czy spotkania rodzinne, mamie udawało się zmusić mnie do założenia sukienki czy spódnicy.
     Niestety, rok później rodzice postanowili przenieść się do dużego miasta. Mieszkaliśmy w niespełna 40-tysięcznym mieście. Przeprowadzka do 270-tysięcznego miasta, prawie sto kilometrów dalej, otwierała przed rodzicami nowe horyzonty kariery zawodowej, jak mi wyjaśnili. Zamykała jednak moją tak dobrze rozwijającą się karierę w bandzie.
     Byłam niepocieszona, bo oznaczało to zerwanie ze wszystkimi znajomymi, a szczególnie z chłopakami z bandy. Na zawsze.

     Gdy przyszło do pożegnania, chłopaki ledwo powstrzymywali łzy.
     – Mamy dla ciebie prezent na pożegnanie, żebyś o nas pamiętała. Wszyscy się zrzuciliśmy – odezwał się szef, wręczając mi małe zawiniątko.
     Gdy rozpakowałam i zobaczyłam piękny, czerwony scyzoryk wieloostrzowy, nie dałam rady i się rozpłakałam.
     – Dziękuję – tylko tyle zdołałam przez płacz wydukać. Żal, smutek rozstania, ściskał mi gardło jak nigdy dotąd.
     Wiem, że zachowałam się jak zwyczajna baba, ale nie potrafiłam inaczej. Wiedziałam też, że chłopcy tego nie lubią, ale o dziwo, tym razem żaden się nie opierał, gdy chlipiąc, po kolei każdego przytulałam i całowałam w policzek. Na koniec kilku z nich też zaczęło mrugać zaszklonymi oczami i pociągać nosem.

     Wieczorem, leżąc w łóżku, znów chciało mi się płakać. Cóż jednak to by mogło pomóc? Byłyby to tylko łzy bezsilności. I tak rozpamiętując niedawne wydarzenia, zrozumiałam, albo raczej poczułam całą sobą, jedną prostą rzecz: każda bajka, każda zabawa, każde przyjemne wieczory – na pewno kiedyś się skończą. Pamiętacie, jak o letnim zmierzchu wołają was do domu, a wy błagacie: „No, jeszcze tylko pięć minut”. Ale pięć minut mija jak jedna i, mimo wszystko, trzeba odejść od wesołej zabawy pod gwiazdami do nudnego mieszkania. I zasypiając, wiemy, że takiego wieczoru już nie będzie. Będą inne dobre i złe, ale takiego, nie będzie już nigdy.*

     Nieprawda! – Coś we mnie się zbuntowało, aż uderzyłam piąstką o poduszkę. Nic się jeszcze nie skończyło! Nie pozwolę na to! Wszystko będzie na nowo nieraz i może nawet piękniejsze. Z tą myślą i delikatnym uśmiechem na twarzy, usnęłam.

     Do dziś mam ten scyzoryk i do dziś jest to jedna z najcenniejszych moich pamiątek. Karawela odpłynęła, pozostawiając na zawsze cień dziecięcych wspomnień na duszy.

     Po przeprowadzce poprawiły się i to znacznie nasze warunki mieszkaniowe. W starym domu była tylko wanna z ręcznym prysznicem. W dodatku, aby była ciepła woda, trzeba było ją podgrzać w bojlerze, rozpalając węglem w kuchni. Tutaj, w nowym budownictwie, była już bieżąca ciepła woda i prawdziwy prysznic na stojaku. Raj na ziemi. Mogłam włazić pod prysznic, kiedy tylko chciałam!
     Zaczynałam powoli wchodzić w okres dojrzewania i wtedy „pierwiastki żeńskie” we mnie zaczęły brać górę nad „męskimi”. W nowej szkole szybko zdobyłam grono dobrych koleżanek. Wkrótce chłopcy poszli w odstawkę. Na jakiś czas.

     Pewnego dnia, gdy tylko skończyłam czternaście lat, tato poprosił mnie na rozmowę. Powiedział o zagrożeniach, jakie czyhają na młodą dziewczynę i stwierdził, że powinnam wybrać sobie ginekologa, u którego będę się regularnie badać. I jeszcze, że byłoby mu miło, gdyby to on został moim lekarzem, ale rozumie, że mogłoby to być dla mnie krępujące, więc jeśli wybiorę sobie kogoś innego, nie będzie miał o to do mnie żalu. Dodał też, że w gabinecie będzie lekarzem, a nie moim tatą i w związku z tym obowiązuje go tajemnica lekarska.
     Miałam z tym ogromną zagwozdkę. Mogłam wybrać ginekologa, który mi się spodoba, ale co, jeśli w czasie badania się podniecę albo co gorsza, dostanę orgazmu? Nawet nie mogłam sobie wyobrazić, jaki to byłby wstyd. A do lekarza, który mi się nie podoba, przecież nie pójdę. Teoretycznie mogłam pójść do kobiety ginekologa, ale jednego byłam pewna: żadna baba nie będzie gapiła mi się w pizdę. Ostatecznie ze smutkiem skonstatowałam, że nie mam wyjścia. To może być tylko tata.
     Tata jeszcze raz przypomniał mi, że w gabinecie lekarskim jest lekarzem i w związku z tym mam do niego zwracać się „panie doktorze”, a nie „tato”. Mimo tej wiedzy, w ostatniej chwili, gdy już zdjęłam spodnie, opadł mnie wstyd i niepewność, czy dobrze robię. Zrobiłam się czerwona, aż policzki zaczęły mnie piec i czułam, jak robi mi się gorąco, jakbym nagle znalazła się w piekarniku. Przez moment opadło mnie wrażenie, że nie dam rady. Przypomniały mi się wtedy słowa mamy, która, gdy odwlekałam zrobienie czegoś, na co nie miałam ochoty, mówiła: „Szybciej zaczniesz, szybciej skończysz”. Mimo obezwładniającego wstydu, graniczącego z paniką, wzięłam się w garść. Powiedziałam sobie w duchu: „raz kozie śmierć”, po czym szybkim, zdecydowanym ruchem ściągnęłam majtki.
     Po raz kolejny okazało się, że strach ma wielkie oczy.

     Korzyść z tego wyboru była taka, że wszystkie moje koleżanki, przynajmniej te najbliższe, również wybrały tatę na swojego ginekologa. Pewnie znaczenie miało też to, że tato był przystojniakiem, robiącym wrażenie na dziewczynach. Na niektórych nawet bardzo mocne. Taka Baśka, później coraz biegała do taty, bo wydawało jej się, że coś jest nie tak. Robiła to tak często, że nabrałam podejrzeń, że nie tylko o zdrowie intymne jej chodzi. W końcu w przypływie szczerości przyznała mi się:
     – Twój tato jest taki fantastyczny! Prawdziwy mężczyzna. – Lubieżnie się oblizała. – Nie miałabym nic przeciwko temu, aby zbadał mnie i to dogłębnie swoim prywatnym przyrządem, gdy tak leżę rozłożona na fotelu ginekologicznym i jeszcze najlepiej związana, abym czuła, że nic nie mogę zrobić, taka bezbronna… Podniecona bezbronnością… – westchnęła rozmarzona. – Zresztą i tak nawet nie próbowałabym się bronić – zakończyła równie zdecydowanym, co zadowolonym głosem.
     Na szczęście tato mocno kochał mamę.

     Rok wcześniej, czyli w wieku trzynastu lat, zaczęłyśmy urządzać „spódniczkowe powitanie wiosny”. Po prostu w jedną z pierwszych ciepłych wiosennych sobót spotykałyśmy się u którejś z nas i urządzałyśmy „party”. Regulaminowym wymogiem party, było założenie spódniczek. Nie lubiłam chodzić w spódnicach, normalnie zawsze byłam w spodniach albo krótkich spodenkach, gdy było gorąco, ale na tę okazję musiałam założyć spódnicę. Pierwsza impreza była udana, jednak rok później doszłyśmy do wniosku, że bez chłopaków jest trochę nudno. Dlatego do regulaminu „spódniczkowego powitania wiosny” wprowadziłyśmy punkt, mówiący, że należy przyjść ze swoim chłopakiem. Gdyby któraś nie miała, można przyjść z bratem, ale uwaga – nie swoim. Tak stanowił regulamin. Niektóre dziewczyny, by być w zgodzie z regulaminem, wymieniały się braćmi. Na to spotkanie z chłopakami, Baśka przyszła, nie uwierzycie, w spódniczce tak krótkiej, że nawet nie zakrywała jej tyłka! Tak może cztery piąte, a że była doskonale rozwinięta, czego wszystkie jej zazdrościłyśmy, rozpraszała tym swoim widokiem dosłownie wszystkich chłopaków.
     Konieczne stało się wprowadzenie do regulaminu zapisu, że spódnice muszą być nie krótsze niż do połowy ud. Równocześnie z tą zmianą wpadłyśmy na pomysł, aby w następnym roku na „spódniczkowym powitaniu wiosny” urządzić „majteczkowy konkurs”. Było to tak: wszystkie stawałyśmy w rzędzie, naprzeciwko nas chłopaki, i na raz, unosiłyśmy spódnice. Na dwa, odwracałyśmy się, wciąż z zadartymi spódnicami i wypinając tyłeczki, pokręcałyśmy nimi, po czym na trzy, znów odwracałyśmy się w stronę chłopaków z uniesionymi spódnicami. Stałyśmy tak przez jakiś czas, aby chłopcy mogli się dobrze przyjrzeć i wtedy odbywało się głosowanie.

     Konkurs odbył się tylko dwa razy, bo za pierwszym i drugim razem sto procent głosów zdobyła Baśka.
     Pierwszym razem wszystkie miałyśmy zwykłe białe majtki, najwyżej w grochy, czy jakimś delikatnym wzorkiem lub koronką. Baśka za to założyła doskonale przylegające do ciała czerwone figi i to takie błyszczące w jaskrawym odcieniu, że aż kłuły w oczy. W połączeniu z czarną spódnicą musiało to zrobić piorunujące wrażenie na chłopakach. Taka diablica!
     Za drugim razem, nauczone doświadczeniem, miałyśmy na sobie czerwone lub czarne figi. Wszystkie prócz Baśki. Ta założyła białe, ale z rysunkiem korniszona na szparce, z oczami, do złudzenia przypominającego penisa, a wyżej w okolicy wzgórka łonowego był napis: Ale kurwiszon! Tymi majtkami wygrała przez aklamację. Chłopaki aż zagwizdali i bili brawo. Nawet nie było potrzeby odwracać się i kręcić tyłkami. A ta małpa tylko się wdzięczyła.
     Na tym samym party, u mnie odbywającym się, miałam jeszcze jeden problem z Baśką. Zaraz, gdy przyszła, jęknęła do mnie z rozpaczą:
     – Ania, musisz mnie pilnować cały czas. Nie zostawiaj samej nawet na chwilę, bo nie dam rady. Po prostu puszczę się z twoim tatą… nie ma siły…
     I rzeczywiście, gdy tylko spuściłam ją z oczu na trochę, ta od razu polazła do pokoju, gdzie był tato. Zagadywała go i tylko kręciła tym swoim tyłkiem piruety. Na szczęście tato od razu rozszyfrował jej zamiary, bo tylko zerkał i się uśmiechał. A i tak musiałam ją wyciągnąć z pokoju siłą. Flądra jedna.
     Jeszcze wydarzyła się pewna śmieszna sprawa. Marysia, od zawsze długowłosa „słodka blondynka” obchodziła tydzień wcześniej piętnaste urodziny. Z tej okazji zmieniła całkowicie swój imaż. Ścięła włosy na krótko i przefarbowała na czarno. Zrobiła ciemny, mocny makijaż. W dodatku założyła czarną sukienkę i tak ubrana przyszła na nasze „spódniczkowe party”. No i tato jej nie poznał i nie chciał wpuścić! Potem śmiałyśmy się z niej, że przy wejściu powinna była pokazać cipkę. Wówczas mój tato od razu by ją rozpoznał. Przyznam się, że poczułam się trochę dziwnie, gdy te żarty uświadomiły mi, że tato widział wszystkie moje koleżanki bez majtek. One jednak nic sobie z tego nie robiły.

     „Majteczkowy konkurs” od następnego sezonu zastąpił konkurs „znajdź swoją drugą połowę”. Chodziło o to, że pary chłopak – dziewczyna ustawiali się naprzeciwko siebie pod jedną i drugą ścianą. „Mistrz ceremonii” ustawiał budzik na siedem minut, po czym gaszone było światło, okno też oczywiście szczelnie zasłonięte. Dalej „mistrz ceremonii” przez dwie minuty, na oko, przestawiał w rzędzie chłopaków i dziewczyny, tak, aby nie wiadomo było, gdzie kto stoi. Po czym chłopak w tej ciemności musiał odnaleźć swoją dziewczynę i na odwrót. Zabawę kończył dźwięk budzika, po którym „mistrz ceremonii” zapalał światło. I wtedy okazywało się, jakie pary się odnalazły, a jakie nie. Było przy tym trochę śmiechu. Regulamin mówił, że można było się wąchać, dotykać, ale nie wolno było dziewczyny dotykać we wrażliwych miejscach, czyli łapać za cycki i wkładać ręki pod spódnicę.
     Niestety, regulamin nie przewidywał żadnych sankcji za jego łamanie, więc chłopaki, jak to chłopaki, w ciemności się nie krępowali. Macali po biuście, a ci bardziej śmiali, bez ceregieli wkładali rękę pod spódnicę, łapiąc dziewczynę za majtki i w dodatku macając w tym najbardziej kłopotliwym dla niej miejscu.
     Ciekawe, że żadna nie poskarżyła się na łamanie regulaminu. Skąd więc wiem o jego łamaniu? Coraz w ciemności słychać było krótkie, często stłumione piski dziewczyn. Zresztą ja też nieraz zostałam wymacana, przeważnie łapczywie, po cyckach, a i pod spódnicą też się zdarzało. To była bardzo ekscytująca zabawa. Wszystkich chłopaków się znało, ale nie wiadomo było, który cię wymacał! To chyba było w tym najbardziej podniecające. Chłopak raczej też tego nie wiedział, która była taka „chętna”, chociaż jeśli miał dobry węch, to kto wie, czy nie rozpoznawał po perfumach. Tyle że pewności raczej nie mógł mieć.
     I pomyśleć, że gdyby tak jakiś przy świetle podszedł do którejś i chciał złapać za biust, albo sięgnął pod spódnicę, to dostałby od razu w twarz, a w ciemności nic się nie działo… może z wyjątkiem pisków obmacywanych panienek.

* * *

     Ech… westchnęła sennie Anna. Kiedy było się młodą, różne głupoty przychodziły do głowy. Wówczas, gdyby ktoś się dowiedział, byłby wstyd. Teraz wspomina się to z rozbawieniem. Beztroskie lata, kiedy przeszłość i przyszłość nie miała znaczenia. Liczyło się wyłącznie tu i teraz. Rozmowy, spojrzenia, dotyk rąk, gesty, miny, intensywność uczuć, siła przyjaźni.
     Od razu lepiej na duszy się robi, gdy o tym pomyślę – ponownie westchnęła Anna. No dobrze, weź się w garść kobieto, dość chorowania, bo zwariujesz całkiem – mruknęła do siebie. Jednak pamięć o szczenięcych latach nie dawała jej spokoju.

* * *

     Dwanaście, prawie trzynaście lat. Znów miałam chłopaka, w moim wieku, którego wykorzystywałam bez skrupułów. Może trochę źle wybrałam, bo od początku zaczął czepiać się do niego o różne rzeczy, przeważnie związane z jego starszym bratem, miejscowy chuligan. Miał osiemnaście, najwyżej dwadzieścia lat, jak dobrze pamiętam. Lepiej zapamiętałam jego mocną, umięśnioną sylwetkę. Oczywiście był znacznie wyższy ode mnie i aby spojrzeć mu w twarz, musiałam zadrzeć głowę. Staraliśmy się unikać go, jednak stawał się coraz bardziej natarczywy. Któregoś razu, gdy wracaliśmy ze szkoły, przestąpił nam drogę. Wywiązała się krótka sprzeczka między „mięśniakiem” a moim chłopakiem, po czym ów mięśniak uderzył pięścią mojego w klatkę piersiową tak mocno, że ten zrobił krok do tyłu, by nie stracić równowagi, odruchowo zasłaniając się rękami.
     Na ten widok zrobiłam się chyba czerwona z wściekłości. „Nikt nie będzie bił mojego chłopaka!!!” – pomyślałam, po czym bez namysłu zwinęłam dłoń w pięść i z całej siły uderzyłam agresora w nos. Ten złapał się za niego, poleciała krew, a ja złapałam swojego oniemiałego chłopaka za rękę i biegiem oddaliliśmy się „z miejsca zdarzenia”.
     Od tej pory mój chłopak miał już spokój. Nie myślałam o konsekwencjach. Przecież gdyby gdzieś mnie ten chuligan dopadł, mógłby mi natłuc, jak tylko by chciał. Nic jednak się nie wydarzyło. Z drugiej strony co mógł zrobić? Gdyby przyznał się, że dostał lanie od dwunastoletniej dziewczynki, stałby się pośmiewiskiem. Gdyby mi spuścił lanie, zostałby „damskim bokserem”, a za co mnie pobił i tak by się wydało. Tak czy inaczej, byłoby pośmiewisko. W tej sytuacji po prostu nie miał ruchu.

     Czas płynął. Akurat, gdy kończyłam studia administracyjne, w naszym mieście otworzono nową firmę produkcyjną. Ponieważ w tamtych czasach trudno było o pracowników, aby zachęcić ich, proponowano wyższe stawki płacy niż zwykle, również dla osób bez doświadczenia. Zobaczyłam w tym swoją szansę. Poszłam już pierwszego dnia rekrutacji. Zaraz przy wejściu była portiernia. Sympatyczny pan wskazał mi numer pokoju na piętrze, gdzie odbywała się rekrutacja. Byłam przygotowana na długą kolejkę, ale przed drzwiami były tylko dwie osoby. Nie czekałam nawet trzydziestu minut.
     Wchodzę do pokoju i struchlałam! Okazało się, że rekrutacją zajmuje się ten chłopak, któremu kiedyś przywaliłam w nos! Teraz to oczywiście już mężczyzna. Widzę, że mi się przygląda i co gorsza, rozpoznaje. „No to już sobie popracowałam…” – pomyślałam z rezygnacją.
     Facet pytająco wymienia moje imię i nazwisko. Potwierdziłam. Tląca się nadzieja, że jednak mnie nie rozpozna, prysła jak bańka mydlana. Tymczasem mężczyzna wyciągnął przed siebie rękę z rozczapierzonymi palcami i pokręcając dłonią, zawołał:
     – Dobrze, masz tę pracę, tylko nie bij!
     Roześmiałam się i on też. Byłam ciekawa, czy nie ma do mnie żalu o tamto.
     – Wiesz – powiedział – wówczas trochę łobuzowałem. Ten cios dał mi sporo do myślenia. Kto wie, może dzięki tobie wyszedłem na ludzi? – Uśmiechnął się na koniec.
     I jak to można niechcący wyświadczyć komuś przysługę.

     Wówczas jeszcze było dobrze, chociaż szaleństwa wieku dziecięcego i nastoletniego minęły. Atmosfera w pracy była doskonała, firma się rozwijała, sądziłam, że będę tam pracowała do emerytury... Jednak przyszedł 1989 rok, przemiany ustrojowe, prywatyzacja... Nowy niekompetentny zarząd. I półtora roku po prywatyzacji upadek firmy. Czasami zaglądam na peryferia miasta i żal serce ściska, gdy widzę zdewastowane, ślepe i martwe budynki, kiedyś tętniące życiem i pracą. Spoglądam wtedy na okno, jedno z jeszcze mniej zniszczonych, za którym było moje miejsce pracy. Czasami wydaje mi się całkowicie niewiarygodne, że tam byłam, siedziałam, pracowałam, rozmawiałam… Dziwne uczucie. Aż ciarki przechodzą.
     Po upadku firmy, dzięki wpływom rodziców znalazłam pracę w urzędzie miasta i chyba tam dotrwam do emerytury. To już jednak inne czasy, z rzadka obfitujące w niezwykłe wydarzenia i już z pewnością niedające nazwać się beztroskimi. A później, o wiele później...

     Tuż przed przeprowadzką tato zrobił mi znienacka zdjęcie na tle naszej kamienicy. Kiedyś nie lubiłam tego zdjęcia, nawet chciałam je zniszczyć. Stoję na nim z tymi krótko, „na chłopaka” obciętymi włosami i głupią miną, patrząc gdzieś w bok. Wyglądam po prostu jak chłopak. Tylko spodnie układające się charakterystycznie w kroku zdradzają, że jestem dziewczyną. Teraz gdy tato nie żyje, stało się moją cenną pamiątką. Cenną, bo przedstawia mnie i tatę, chociaż nie ma go w kadrze, w młodzieńczych, szczęśliwych czasach. Zdawałam sobie sprawę, że kiedyś to nastąpi, taka jest kolej rzeczy. Mimo że jestem dorosła, sama mam dzieci, i mimo upływu już czterech lat od śmierci taty, nadal mi go brakuje. Jego uśmiechu, żartów, pokrzepiającego przytulania, życiowych rad... Wielu, bardzo wielu rzeczy…

     Niezapomniana studniówka i potem matura… Nie cierpiałam spódnic i sukienek, odkąd w dzieciństwie założyłam spodnie. Nie uwierzycie, ale jako nastolatka, w szafie nie miałam żadnych tego typu ubrań. Wyłącznie spodnie i na upały krótkie spodenki. Jedyna spódnica, jaka u mnie wisiała i kurzyła się w szafie, to ta na „spódniczkowe party”. Przy tej okazji nie miałam już wyboru. Nawet na szkolne uroczystości, takie jak rozpoczęcie czy zakończenie roku szkolnego, przychodziłam w spodniach. Przez pierwsze dwa lata liceum, jako jedyna albo prawie jedyna, później inne dziewczyny też się odważyły, ale i tak byłyśmy w zdecydowanej mniejszości. Oczywiście uparłam się, że na studniówkę pójdę w spodniach, przyprawiając mamę o ból głowy.
     – Dziecko – mówiła z troską, załamując ręce – jak ty będziesz wyglądać? Wszystkie panny będą w pięknych sukniach, a ty co?
     Mama jednak wiedziała, że potrafię być uparta i jak coś już postanowię, to nawet końmi nie da się mnie odciągnąć.

     Poszliśmy do krawca. Mama najpierw wyżaliła się, jaki to ma ze mną kłopot. Krawiec cierpliwie wysłuchał tych żali, po czym kilkukrotnie uważnie zlustrował mnie od góry do dołu. Potarł palcem wskazującym grzbiet nosa, zastanawiając się, po czym powiedział:
     – Mam coś dla pani córki. Proszę się nie martwić, będzie pięknie wyglądać.
     I uszył mi czarne spodnie o luźnym kroju, nawet bardzo, do złudzenia przypominającym współczesne „biznesówki”, takie, w których obecnie kobiety sukcesu chadzają na ważne czy ekskluzywne spotkania. Do tego biała koszula z koronkami. Mimo to na studniówce koleżanki w większości przyjęły mój strój dość chłodno. Inaczej chłopcy. Oczywiście przyszłam ze swoim chłopakiem, ale widziałam, jak wielu z nich zerkało na mnie z całą pewnością z pożądaniem. Wydarzył się wtedy śmieszny incydent. Teraz śmieszny dla mnie, bo wtedy nawet trochę się wystraszyłam. W pewnym momencie wyciągnęła mnie na bok Baśka.
     – Wiesz – odezwała się podekscytowana – muszę ci powiedzieć, że świetnie wyglądasz w tych spodniach, naprawdę super, taka seksi… – Po czym niespodziewanie łapsnęła mnie za krocze.
     – Co ty wyprawiasz! – syknęłam, robiąc wielkie oczy ze zdziwienia, zarazem wykonując pół kroku wstecz i gwałtownie uwalniając swoje intymności z uścisku jej dłoni.
     – Przepraszam – jęknęła zawstydzona – ale naprawdę wyglądasz tak seksownie i tak słodko, że nie potrafiłam się powstrzymać… Nie gniewaj się.
     – Nie gniewam – odpowiedziałam – tylko nie rób tego więcej – dokończyłam całkiem poważnie.
     I proszę, jaka to była z tej Baśki świntucha. Niemniej miło, że pochwaliła mój strój.
     Zawsze uśmiecham się, gdy oglądam zdjęcia ze studniówki. Mnie od razu można zauważyć, bo jako jedyna z dziewcząt jestem w spodniach. Z perspektywy czasu muszę jednak przyznać, że wyglądam elegancko.

     Na rozdaniu świadectw maturalnych, ogarnęło mnie te same dziwne uczucie, jak wówczas, gdy uświadomiłam sobie, że tato widział wszystkie moje koleżanki nago.
     Rozejrzałam się po naszej klasie, koleżankach, kolegach. Od czterech lat spotykaliśmy się praktycznie codziennie w tym samym gronie, tworząc mniej lub bardziej zgraną paczkę, a teraz co? Widzimy się tak ostatni raz. Nie spotkamy się ani jutro, ani za tydzień, ani od nowego roku. Od tego momentu każde z nas pójdzie swoją drogą. Nadal patrząc na szkolnych jeszcze kolegów i koleżanki, dopadła mnie niepewność. Zerknęłam na ładnie wykaligrafowany dokument, który trzymałam w ręce. I zrozumiałam, że nie jest to tylko symboliczne świadectwo dojrzałości. Jest to zarazem przepustka do nowego świata, przepustka na nową samodzielną już drogę, która teraz jawiła mi się niepewnie, napawając lękiem. Czy dam radę? Czy ominę szczęśliwie ostre rafy życia? Nie znałam na to odpowiedzi i nie chciałam teraz tego roztrząsać, więc tylko westchnęłam głęboko i podeszłam do grupki dziewcząt i chłopców wymienić spostrzeżenia z tej uroczystości. Pomyślałam, że przyszłością zajmę się później, teraz liczy się właśnie to „teraz” i to, że jeszcze jesteśmy razem.

* * *

     Jak by nie patrzeć, przyjemnie jest wrócić myślami do czasów młodości – z zadowoleniem skonstatowała Anna, wzdychając sentymentalnie, zarazem szczelniej otulając się lekką kołderką. Jednak bardziej niż kołderka, Annę w tym samym momencie otulił Morfeusz. Nie ten z „Matrixa”, ale ten od snu. Później, zanim wróci mąż, wstanę i wezmę solidny prysznic, zdążyła jeszcze pomyśleć, zanim zasnęła.


— — — — —
* Władysław Krapiwin, Cień karaweli, Nasza Księgarnia, Warszawa 1974, s. 96.

Indragor

opublikował opowiadanie w kategorii komedia i erotyczne, użył 7188 słów i 40463 znaków. Tagi: #humor #nostalgia #bez_seksu

4 komentarze

 
  • Somebody

    Ty wiesz, że się nie oprę urokom nostalgii... Szczególnie nostalgii zmieszanej z prozą rzeczywistości. Świat nieco inny, a jednak tak łudząco podobny do naszego. Dziękuję za lekturę  :)

  • Indragor

    @Somebody Miło, że się podobało :)

  • MrHyde

    Wesołe te twoje skosy historyczne, i sentymentalne.  :bravo:

  • Indragor

    @MrHyde No i dobrze, że wesołe ;) Zmartwień i tak na co dzień bywa za dużo. Dzięki za komentarz :)

  • iMoje3grosze

    Fajnie napisałeś. Opowiadanie mnie zainteresowało i rozbawiło. Ach, te czasy młodości. Dobrze, że dziś też nie jest nudnie. Zawsze można przeczytać twoje opowiadanie.  :bravo:

  • Indragor

    @iMoje3grosze Ha, ha, dzięki :D

  • Eosforos

    Pomyśleć, że założyłom tu konto specjalnie po to, żeby dodać komentarz, co w zasadzie jest komentarzem samym w sobie - mojego ogromnego lenia nie tak łatwo zwalczyć, drania jednego. Co do opowiadania: napisane wprost rewelacyjnie. Widać ogromną łatwość pióra (edytora tekstu?). Erotyki zaledwie ociupinka, ale prawdę mówiąc nawet tego nie zauważyłom. Je suis enchanté, czyli bardziej po słowiańsku: Евительно!

  • Indragor

    @Eosforos No tak :) Dziękuję za tak mocne wyrazy uznania :)