Mędrzec wędrowny

Prawie dawno temu, a w skrócie to kiedyś w przyjaźniejszych czasach. Zanim wyścig szczurów wystartował na dobre, zanim przyszła UE i przepędziła jaskółki z chlewni. Istniał odcinek na linii czasu, w którym ludziom żyło się łatwiej.  
Internetu nie było jeszcze (bez przesady, po prostu był tak mało popularny, jakby nie istniał, znało się go z filmów, tak jak komputery), a w telewizji można było uchwycić tylko dwa kanały, emisji których zaprzestawano zazwyczaj około północy.
W tych cudnych czasach, wczesnego przełomu po podziale władzy. W naszym wówczas piękniejszym, bo: mniej zatrutym, mniej nachemizowanym, z nieprzekarczowanymi jeszcze bandycko lasami, z dziurawym asfaltem i niewielką ilością samochodów w wioskach. Był moment, w którym zakwitły lokale nocne, (dzienne również) na skalę dotąd nie byłą, a alkohol przestano sprzedawać po trzynastej, za to sprzedawano go przez całą dobę.
Skrycie, ale jawniej niż wcześniej, prężnie także wciąż działały meliny. Konkurencja jeszcze nie była im straszną, bo ludzie odwiedzając knajpy, melin po drodze nie zaniechali, a najczęściej na odwrót.
Żyli na wówczas mędrcy, których podciągano pod legendy okolicy – byli magiczni.
Nie można było powiedzieć, że chce się zostać legendą okolicy i nią zostać, bo legendą okolicy się po prostu było. Należało mieć ten pewien boski dar wybrańca.
Ludzie nie inwestowali jeszcze w nic zazwyczaj i nie tracili pieniędzy na luksusy, a część czekała na swoje obiecane sto milionów, nie martwiąc się odkładaniem i nie licząc każdej złotówki, bo przecież i tak mieli być bogaci. Więc siedzieli w nocnych knajpach i pili –  różne rzeczy, ale zasadniczo był to alkohol, a czasem dodatki. Często jednak tak pijąc, byli w sztok znudzeni.
Tam gdzie pojawiał się ktoś spośród legend okolicy, nuda znikała natychmiast. Kiedy wchodził wszyscy doznawali *satori, względnie ten kto był trzeźwy, zaraz się uśmiechał.  Okrzyk Ooooo! – wybrzmiewał i nawet klaskano. Bar knajpa, melina – wypełniały się radością.
Po rytualnym przywitaniu z każdym, poprzez: podanie ręki, poklepanie, uściskanie się, wykonanie rzymskiego gestu… Rozpoczynał ów wybraniec świata mroku i ludzi cienia, swoje opowieści, tudzież dyskusję z każdym prowadził w przerwach, które ku temu czynił, a potem wracał do dalszego ciągu snutej opowieści.
Panowała radość tym stanem wykreowana.
Na końcu wypijał co nie co magicznego trunku przetrwania i ruszał do następnego lokalu, w którym także panował smutek, przybywając – gasił go.
W lokalu zaś opuszczonym przez niego, dobry nastrój panował zwykle aż do zamknięcia i jeszcze przez kilka dni wspominano wizytę, a po kilku kolejnych, znów przybywał.
Historia miała moc się powtarzać i zataczać koła w obrębie lokali, w zasięgu strefy jego  marszu.
Jednej nocy ów magiczny wędrowiec pokonywał zazwyczaj, kilkanaście ciężko wydartych rzeczywistości kilometrów a punktami zaczepienia, były mu kolejne podobne tym, w jakich bywał –  meliny i knajpy.
Nad ranem znikał, bo życie prowadził nocne.
– Oto skrócona historia przybycia, jednego z tych magicznych mędrców, zapisana specyficznie, zamknięta w styl dziwny:
Oczekiwany. Znów przybył. Legenda go wyprzedzała.  
Gdy wstąpił na melinę, z ciemności się wyłaniając, a tam wiedzieli już, że wstąpi. Zaczynał swój monolog i kto profanem nie był, to cichł a kto nie cichł, to mu mordę bili, ci co słuchać oracji byli w zamiarze.  
Jak już snuł mówienie, to i psy bandyckie łagodniały, i kobiety się mocno kochliwe robiły. Wódkę przestawano polewać na czas mowy jego, dopóki nie skończył i jeszcze trochę po, względem zadumy tak trwającej, wespół z zachwytem towarzyszącym jej. Każde z tych zdarzeń, gdy przybył, wydarzeniem zwano, kiedy to zjawiał się i przemawiał.  
Potem pito dalej. Dniami kolejnymi mowę wspominano. Picie też, bo i to, i to kwalifikację miało do wspominania.  
Po lasach, polach i kamieniołomach wieść od melin, do melin wędrowała.  
Działał na istnienia świadome jak prastary wizerunek bóstwa. Zjawiwszy się powodował iż działo się co w mowie o nim i co jego legenda.
Czar mądrości roztaczał, którego tylko głupi i po ból za głupi, odczuwać w niemocy byli i ci tylko onego nie szanowali, i policja z władzą, bo policja i władze nigdy mądre nie były, tylko chciwe i złe, i dużo głupsze od księży, ale tyle samo w głupocie, co fanatyzm wiary i o tym też mawiał.  
Znikał nim słońce wstawało, boskość nocy go zabierała, by przed profanacją czynioną przez świt, chronić.

  

(*satori - oświecenie i wyzwolenie duchowe w buddyzmie zen)

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarze. Nie masz konta? Załóż darmowe konto