Miłość sensem życia cz. 2

Miłość sensem życia cz. 2Przede mną stało czworo mężczyzn odzianych w czarne szaty. Ich przywódca wyglądał obrzydliwie. Czerń idealnie pasowała do jego brązowych włosów. Jasne oko przykrywała... piracka przepaska. Wyglądali, jakby chcieli ze mną pomówić, ale.. o czym mamy rozmawiać?! Przecież ich nie znam, na Boga!
-Edyta Estreicher?- odezwał się szatyn.
-Kim... jesteście?- wyjąkałam przerażona i upuściła materiał, który jeszcze niedawno uprałam.
-To ty, czy nie? Mów!- odezwał się stojący za nim chłopak o długich blond włosach.
-Ja...a może...nie?- powiedziałam niepewnie.
-Nie wiesz jak się nazywasz, dziewko?- warknął stojący na czele zgrupowania i podszedł do mnie szybkim krokiem- Mam rozkaz, idziemy!- zaczął ciągnąć mnie w stronę reszty mężczyzn.
-Przestań! To na pewno nie ja! Puść, to boli!- krzyczałam, próbując mu uciec, ale na próżno... Przerzucił mnie przez ramię, niczym worek z ziemniakami i ruszył w stronę dużego, bogato zdobionego wozu. Reszta bandy bezwstydników, którzy mnie porywali, szli za nami zwartym krokiem i śmiali się ze mnie, jakbym była klaunem na dworze władcy.
-Jaki rozkaz? Od kogo...i i czego... ode mnie chcecie?- spytałam próbując się wyrwać z silnej ręki szatyna.
-Ojojoj...-zaśmiał się w odpowiedzi- za dużo chcesz wiedzieć, moja panno, za dużo!
-Jaka "twoja"?- zaczęłam płakać bardziej z powodu niewiedzy, aniżeli tego, iż gdzieś mnie zabierają.
-Masz rację, nie moja- odparł i... wrzucił mnie do wozu, jakbym była piłką do koszykówki. Zamknęli drzwi na klucz. Nie miałam jak uciec, gdyż okno również było szczelnie domknięte. Bezsilnie zaczęłam walić w odrzwia, an co tylko oni wybuchali śmiechem.
-Musze wracać do domu!- wrzasnęłam przerażona- Matka kazała mi tylko uprać tę nieszczęsną, brudna szmatę! Co ja wam zrobiłam?!
-Krzycz, krzycz i tak cię nie usłyszą- powiedział przywódca grupy i kazał koniowi jechać. Upadłam boleśnie na podłoże karocy, gdy zwierze ruszyło przed siebie, niczym strzała, ciągnąc nasza piątkę... GDZIEŚ. Tylko gdzie?! Zaczęłam się gorączkowo modlić, wznosząc oczy ku górze:
-Boże, dlaczego mi to robisz? Za co? Jakie grzechy Popełniłam?!
   Woda w Oceanie Spokojnym to nic w porównaniu do tego, ile łez wtedy wylałam ja...

*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#

   Do stolicy Królestwa Wartonów przyjechała żona księcia Chrystiana. Bardzo tęskniła za tym miejscem. Długo mieszkali w Fantylii, gdzie postawiony był zamek, który królewicz im powierzył. To tu poznała miłość swego życia. Królewicz nie widział świata po za ta piękną, rudowłosą kobietą o jasnozielonych oczach. Uwielbiał jej piegi, pokrywające delikatne rumieńce. Książę szeptał Emmie wiersze, mógł tak codziennie, aż umarłby z braku wody. Z tej miłości, która trwa już 7 lat, narodził się ich syn- Oskar.
   Chłopiec miał pięć lat. Był zabójczo podobny do ojca: te same oczy i nieco jaśniejsze, równie gęste włosy. Piegi rozsiane na policzkach, odziedziczył po matce.
   Gdy Emma wraz z synem wysiedli z karocy, chłopiec od razu spytał z radością:
-Mamo, czy tu mieszka tata?
-Tak, książę- księżniczka uśmiechnęła się do swego jedynego dziecka- Tu mieszka król wraz z rodziną.
-Ten zamek jest większy, niż nasz- stwierdził pięciolatek, zadzierając głowę do góry, by obejrzeć dom monarchy.
-Więc na pewno wystarczy dla was miejsca- usłyszeli męski głos za sobą.Odwrócili się i zobaczyli Chrystiana. Emma skłoniła mu się, a Oskar podbiegł i rzucił się ojcu w ramiona, krzycząc:
-Tato!
-Mój najukochańszy, synu!- królewicz ucałował syna w czoło- Jak minęła podróż?
-Wlekło się i wlekłoooo...- marudził brązowowłosy chłopiec.
-Oskarze- skarciła go matka- Wybacz, wasza miłość. Poprawi się.
-Nie wątpię, moja wiosno- uśmiechnął się Chrystian i podszedł do żony. Zielonooka dziewczyna ucałowała jego dłoń i odwzajemniła uśmiech.  
-Cieszę się, że Bóg dał nam szczęśliwie tu przyjechać.
-Ja również. Pewnie jesteście zmęczeni. Przekażę ojcu, że przyjdziecie wieczorem, a teraz idźcie odpocząć.

*#*#*#*#*#*#*#*#*#*#

-Jesteśmy na miejscu, szambelanie!- usłyszałam niski, męski głos.
-No, wreszcie!- odpowiedział drugi z wyraźnym zniecierpliwieniem- Król nie mógł się was doczekać.
   Otwarły się drzwi pojazdu, a ja zalana łzami nawet na nie nie spojrzałam. Przed karocą stanął szatyn, ten sam, który tak bezczelnie mnie potraktował. Obok niego był niski, blondyn mężczyzna odziany w brązowe szaty sięgające za kolana.  
-To ona, szambelanie- wskazał na mnie mój porywacz.
-Widzę, idealnie...ona- mężczyzna piastujący owe stanowisko pokiwała głową z zadowoleniem, patrząc na kartkę, którą przed chwila wręczył mu stojący obok chłopak- Patrz, jesteś tutaj- pokazał mi wytwór z drewna, na którym widniał... mój portret?!- Chodźcie, król nie może czekać!- machnął ręką do swoich sług, którzy natychmiast bezlitośnie wyciągnęli mnie z karety. Zmierzaliśmy w stronę zamku.
-Jaki król?- odezwałam się, nadal łkając- Czekajcie!
-Nie ma na co czekać!- odparł szambelan.
   Szliśmy krętymi korytarzami, na których gęsto paliły się świece. Mury budynku były szare, na białej podłodze gdzieniegdzie  leżały czerwone dywany, wyszywane w kolorowe wzory.
   Minęliśmy jakąś ogromną salę, w której siedziały piękne dziewczyny. Zachwycały urodą i wspaniale wyglądały w kolorowych, zwiewnych sukniach. w pewnym momencie usłyszałam czyjeś kroki. Spojrzałam przed siebie. W naszym kierunku szedł wysoki mężczyzna, któremu wszyscy się kłaniali. Ludzie, którzy prowadzili mnie w tylko im znanym kierunku, schylili się przed nim nisko. Kiedy był bliżej nas, rzucili mnie na kolana... Upadłam boleśnie, na co załkałam cicho.
-Co wy robicie?- chłopak podszedł do szambelana i zmarszczył brwi.
-Wybacz, książę. Ona jeszcze nie zna zasad- odparł z dumą blondyn.
-Milcz, Fryderyku!- Chrystian podniósł dłoń- Nie wstyd wam w ten sposób traktować kobietę?!
-Wasza...- zaczął, lecz syn króla przerwał mu z wściekłością:
-Przekaż władcy, że dziewczyna jest już w zamku.
-Jak sobie życzysz, wasza wysokość- szambelan skłonił się i odszedł wraz z strażnikami, którzy mnie prowadzili.
   Odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam za nimi z radością w sercu, że w końcu dali mi spokój. Jednak nadal płakałam. To było dla mnie za dużo. O wiele za dużo... Otarłam łzy i poprawiałam włosy, opadające mi na twarz, gdy książę schylił się ku mnie. Przykucnął przede mną i rzekł:
-Nie bój się. Już poszli.
  Te słowa wywołały u mnie jeszcze większy płacz.
-Nie płacz...- uniósł mój podbródek do góry, bym spojrzała mu w oczy. Tak też zrobiłam.
   Był niezwykle przystojnym mężczyzną o zniewalającym spojrzeniu...
-Nic ci tu nie grozi- uśmiechnął się, patrząc mi głęboko w oczy.
-Skąd wiesz?- spytałam cichutko, na co on odparł:
-Mieszkam tu od urodzenia i mogę cię zapewnić, że nic złego ci się nie stanie.
-Tak?
-Szczególnie teraz, gdy jesteś pod moja ochroną...



****************
Oto i kolejna część! Udało mi się ja napisać po raz drugi, gdyż miałam pewne problemy z mym jakże imponującym i wspaniały... EKHEM... Urządzeniem. Miłego dnia, kochani!  :D
                                                          ~Duygu

Duygu

opublikowała opowiadanie w kategorii przygoda i miłosne, użyła 1336 słów i 7398 znaków.

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AuRoRa

    Biedna dziewczyna, nie dokończyła prania ;) Ciekawe po co ją porwali  :woot2:   , czytam dalej i łapka

  • Duygu

    @AuRoRa Och, szkoda!  :lol2:  Aaa, zobaczy się  ;)  Dzięki!

  • Margerita

    łapka w górę Co za bydlaki tak porwać biedną dziewczynę bez słowa wyjaśnienia nie ładnie  :dancing:

  • Duygu

    @Margerita Dziękuję. No, wstydu nie mieli  :sad:

  • Somebody

    Widzę, że akcja się rozkręca :danss:

  • Duygu

    @Somebody Oj tak, a to dopiero początek!  :zjem: