Cogito ergo... - rozdział 7 - część 2

Stał nad krawędzią. Otulony płaszczem, spoglądał w głąb własnego ja.  
Nie pamiętał kim był, kim jest, ani jaki jest cel tego, co przed nim. Wiedział niewiele. Czuł rosnącą rozkosz, z faktu, że ów niewiele, stanowiło esencję egzystencji.  
Spojrzał w dół.  
Czarna otchłań, nawiedzająca człowieka, kilka razy do roku, zdawała się uśmiechać. Przyjął to ze spokojem. Bez najmniejszej oznaki lęku.  
Wyciągnął ręce ku górze. Uśmiechnął się.  

Jestem jak ogłuchły. Nigdy w to nie zwątpię. Tylko jeden mógł dokonać ofiary. Ale czym ona jest pośród tylu setek ofiar? Jaki jest jej sens? Czuję się jak pijany. Żegnaj, przyjacielu. Do zobaczenia.  

Skoczył.  

I.  

Kobieta i mężczyzna. Siedzący na ławce. Patrzący sobie w oczy.  
Nad nimi, jasny obłok.  
Całują się. Namiętnie. Z uczuciem. Pragnący poczuć siebie wzajemnie, na każdej płaszczyźnie.  
Mijają godziny.  
Kobieta wyciąga lusterko, z leżącej nieopodal torby. Spogląda.  
Mężczyzna zaczyna intonować pieśń.  
Po chwili, pada na kolana.  

Obłok zanika.  
Kobieta leży nieopodal. Martwa. Z dłońmi zaciśniętymi na lusterku.  
Mężczyzna otworzył oczy.  
Pierwszy raz, od dawna.  
Płacz.  
Niebo ryczy. Piekło wiwatuje. Donośny głos oznajmia.  

Obojętność. Ludzka przywara, niszcząca, paradoksalnie, to co najbardziej ludzkie. Nieistotne, czy wychodzi od religijności, czy świeckiej pogoni za sławą. Obojętność, do tego dążymy.  

II.  

Sceptyk obudził się.  
Wokół śnieg i stos ciał. Nie wiedział, skąd się wziął, w tym konkretnym miejscu.  
Wstał. Rozejrzał się.  
Rynek, bliżej nieokreślonego, miasta. Ruszył powolnym krokiem. Bez celu. Bez nadziei.  
Chciał uzyskać odpowiedzi.  
Chciał pozostać sobą, w czasach, kiedy bycie indywidualnością, nie jest popularne.  

Objawił mu się duch.  
Wskazał trzy uliczki, do których miał zerknąć.  
Zrobił to.  

Pierwsza. Prawda dziedziczna. Miłość.  
Dwóch mężczyzn, czyniących to, co niemoralne.  
Obok wąż. Pełzający. Szepczący.  

Czyńcie to. Miłość jest miłością. Niech nikt nie wmawia wam, że jest inaczej. Nie zważajcie na tych szarlatanów. On przegrał. Jest nic nie wart.  

Mężczyźni kiwali głowami. Oplatani cierniową wstęgą.  
Nadeszły dwie kobiety.  
Niosły misę.  

W tym tkwi nasz sekret. Gorzki napój. Dla tych, co sądzą, że przejrzeli. Miłość jest miłością. Dalej, czyńcie to, co kocham, moje dzieci.

Cztery osoby, namaściły się, świętą wodą. Nastąpiła orgia.  
Uścisk namiętności.  
Sceptyk zapłakał.  
Odwrócił się. Ruszył do kolejnego zaułka.  

Druga. Nadzieja.
Skandujący ludzie, krzyczący o braku poszanowania.  
Ścierający się wzajem, ze sobą. Bijący. Walczący.  
Do ostatniej kropli krwi.  
Niedaleko, pod ścianą, siedzące dziecko. Dziewczynka.  
Rozglądała się.  

Mamo! Tato! Gdzie jesteście?!  

Wstała.  
Biegnący mężczyzna, przewraca ją. Nie zważa nic.  
Goniący go tłum, przebiega po ofierze.  
Z nadzieją, walczący o wolność. Bojownicy sprawiedliwości.

Tym jesteśmy. Tym się staliśmy. Zatraciliśmy zdolność patrzenia. Krzywda przemieniona, w synonim egoizmu.  

Sceptyk spojrzał za siebie.
Filozof ze smutkiem spoglądał na obraz.  

Musisz pójść dalej, przyjacielu.

Sceptyk przełknął ślinę.

Dalej? Czym jest dalej?

Trzecia. Wiara, pokorna i służąca społeczeństwu.  
Dwóch kapłanów, tulących złotą figurkę, przedstawiającą byka.  
Co godzinę, paszcza przedmiotu, otwiera się, wydając niespotykanie piękne, perły.  
Wystarczy poprosić. Pomodlić się.  
Kapłani robili to zatem. Niepomni, że z minuty na minutę, modlących przybywało.  
Wreszcie, zauważywszy spory tłum, pierwsi właściciele złotego byka, opracowali szczegółowy system.  
Byli z siebie dumni, wszak nawet martwy przedmiot można włożyć, w ryzy religijności.  
Wybrano najwyższego, spośród wszystkich. Tego, co miał dostęp do pereł.  
Mawia.

Wiara to potęga. Chwalmy siebie, za naszą niezachwianą potęgę.  

Sceptyk zamknął oczy, padając na ziemię.  
Nie mógł znieść bólu, jaki odczuwał.  
Bólu duszy.

III.

Ona i On. Na skraju wszechświata.  
Skaczący po piedestałach życia.  
On, wisielec spośród setek rannych. Niepowstrzymany wojownik. Przegrany z samym sobą.  
Ona, spalona spośród setek wybranych. Niezachwiana dobroć. Przegrana z ludzką naturą.  
Trzymający się za ręce.  
Zwykłe istoty.  
Z nadzieją patrzący na to, co przed nimi.  
Z wiarą czuwający na to, co z nimi.
Z miłością patrzący na to, co za nimi, z nimi i przed nimi.
Tak więc, te trzy, splecione strefy życia.  
Nienaruszalne.  

Sceptyk i Filozof, kroczyli nieznanym szlakiem.
Połączeni rozumem; walczący o odpowiedzi.  
Jeden z nich, utracił to, co nazywamy szczęściem.
Drugi, walczył z demonami własnej egzystencji.  
Warto zatrzymać się. Ochłonąć.  

EP (1) (2)

To koniec.  
Jeszcze dwie rzeczy nam zostały!
To prawie koniec.  
Jeden. Odwiedzić górę. Dwa. Spojrzeć.  
Ruszajmy zatem.  
Chwileczkę. Zmęczyłem się.  
Ruszajmy zatem... później.  
Jestem za.

Johnny2x41

opublikował opowiadanie w kategorii inne, użył 838 słów i 4987 znaków.

1 komentarz

 
  • Kocwiaczek

    Mocne. Wali po głowie, naśmiewa się z przywar, obnaża grzechy. Po przeczytaniu wiem, że nic nie wiem. Maleńka jak kropka nad "i" – jest, bo jest, musi być ale nie można jej przypisać wielkiego znaczenia. Co innego niż kropka na końcu zdania. Wszyscy chcą być taką kropka. Mieć władzę, by coś zakończyć i dać pole do popisu ciągowi dalszemu. Tylko czy wtedy sodówa nie uderzy do głowy? No właśnie...