Cogito ergo... - rozdział 3

I zeszliśmy w głąb rozpadliny. Dwaj podróżnicy. Dwaj „Szukający”. Szukający? Czego? A tak, odpowiedzi, ale czym jest odpowiedź? Jest to reakcja na postawione pytanie, tezę. Ale czy tylko tyle? Czy jest tylko jedna i ta sama odpowiedź? To samo znaczenie? Nie wiedziałem. Szukałem czegoś, ale czego? Czy jest sens? Czy jest wartość? Nie wiedziałem. Spojrzałem na Filozofa. Jak zawsze zachowywał spokojną twarz, bez żadnych nerwów. Postanowiłem zapytać:

- Starcze, czego my tak właściwie szukamy?
- Odpowiedzi - odparł krótko.
- Ale czym są odpowiedzi?

Filozof zamyślił się, ale nie przestawał iść przed siebie.

- Odpowiedzi to pragnienia ludzi.
- Pragnienia ludzi? Jakich ludzi?
- Tych, którzy szukają.

Tym razem ja się zamyśliłem. Pragnienia? Jakie pragnienia? Przecież odpowiedzi to tylko recepta na brak wiedzy. Tylko to, nic więcej.
Filozof jakby czytał w moich myślach, nagle rzekł:

- Patrzysz, a nie widzisz, a jak już widzisz to za mało.
- Za mało? A jest coś więcej?
- Jest - zapewnił Filozof.
- Co takiego? - dopytywałem się.
- Nie wiem.
- To skąd wiesz, że istnieje?
- Ponieważ szukam. Ponieważ szukamy.

Nie wiedziałem. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Sam nie posiadałem odpowiedzi na to, co było, a co dopiero na to, co będzie.
Schodziliśmy coraz głębiej schodami z prawdziwego złota. Byłem w szoku. Skąd w tunelu wydrążonym w litej skale schody ze złota?

- Te schody muszą być wiele warte - zagadnąłem Filozofa.
Starzec spojrzał pod nogi, potem przed siebie, tym swoim wzrokiem, jakby znów widział dalej. Widział dal. Po chwili rzekł:
- To tylko metal. Prawdziwą wartość, jest to, co przed nami.

W końcu byliśmy na samym dole. Od razu pomyślałem, że mój mózg, jak i narząd wzroku mnie oszukuje. To, co widziałem, nie mogło być realne. Wszędzie pełno postaci przypominających ludzi. Nie wyglądali jednak normalnie, a raczej jak cienie, duchy. Snuły się, to tu, to tam. Bez celu, bez siły, bez życia. Nie robiły nic. Były, a jednocześnie jakby ich nie było. Ulotne i prawie przezroczyste jak powietrze.

- Filozofie, ty też ich widzisz? - spytałem nagle.
- Tak.
- Czym są?
- Wydają się być bytem nie z naszego świata.
- Więc dlaczego je widzę?
- Widzisz je, gdyż ujrzałeś moją duszę. Gdy raz ujrzysz taki byt, innych nie przeoczysz.

Przypomniałem sobie swoją wizję. Jednak to, co wtedy ujrzałem, było zupełnie inne od tego, co widzę teraz. Tam widziałem światło i ciemność. Szarość. Tutaj widzę tylko ciemność. Cienie.

- Czy to inne byty niż dusza?
- Nie wiem - odparł Filozof.

Znów popatrzeliśmy po sobie. Tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi. Wielki głód i pragnienie. Niewiele sposobów zaspokojenia. Jednak był jeden, chociaż jeden i aż jeden. Wiedzieliśmy to, wiedzieliśmy co zrobić.

Musimy wiedzieć.

***

Wędrowaliśmy dalej pośród ciemności i cieni. Jedne stały w miejscu, inne wędrowały krokiem powolnym i ociężałym, jakby nie wiedziały, czy chcą się poruszać, czy jednak stać. W pewnym momencie ciemność rozbłysła tysiącami światełek. Razem z Filozofem spojrzeliśmy w to miejsce. Trafiliśmy do komnaty. Komnaty pełnej złotych monet i drogocennych kamieni. Całe ogromne stosy. Jednak nie to było najbardziej niezwykłe. To, co naprawdę przyciągało uwagę, to zachowanie cieni. Bowiem w tym miejscu stały one przy stosach najróżniejszych kosztowności i próbowały je podnieść. Spojrzałem na Filozofa. Patrzył ze spokojem. Postanowiłem się odezwać:

- Jak myślisz? Co one robią?
- Pragną.
- Pragną? - powtórzyłem zdziwiony.
- Tak, pragną, lecz nie widzą.
- Nie widzą?
- Owszem, nie wystarczy tylko pragnąć. Trzeba również wiedzieć czego. Bez tego, to tylko pustka.

Zastanowiłem się nad jego słowami. Czy ja wiedziałem, czego pragnę? Tak, wiedziałem. Nie, nie wiedziałem, wiem. Chcę wiedzieć. Pragnę. Pragnę odpowiedzi. Tak, to jest to, co wypełnia pustkę.

- Czy ty też pragniesz odpowiedzi? - spytałem Filozofa.
- Tak, pragnę ich razem z tobą.
- Czy tutaj je znajdziemy?
- Nie wiem - odparł.

Opuściliśmy komnatę i powędrowaliśmy dalej. Ponownie powitała nas ciemność. Otchłań. Szliśmy i szliśmy. Do tej pory nie znaleźliśmy odpowiedzi, lecz jeszcze więcej pytań. Czy uda nam się osiągnąć cel? Czy to w ogóle możliwe? Nie wiedziałem.

- Starcze, czy uda nam się osiągnąć nasz cel?
- Jaki cel?
- Znalezienie odpowiedzi.
- A jak myślisz.
- Nie wiem, mam wątpliwości.
- Jak możesz mieć wątpliwość odnośnie do tego, czy osiągniesz cel, jeśli jeszcze nie poniosłeś porażki?
- A czy nieodnalezienie odpowiedzi, to nie porażka?
- Tak mówią ci, którzy nie widzą. Prawdziwą porażką jest nieszukanie odpowiedzi, a nie ich nieznalezienie.

Ponownie się zamyśliłem. Przecież ja widzę, już widzę. Lecz czyżby cel nie był najważniejszy? Przecież to koniec, to osiągnięcie tego, czego się chciało, czego się pragnęło. Co jest od tego ważniejsze? Nie wiedziałem, nie mogłem dostrzec odpowiedzi. Myślałem nad tym jeszcze długi czas.

Nadal, nadal wędrowaliśmy. Nadal naszymi jedynymi towarzyszami były cienie i ciemność. Otchłań. Myśleliśmy, że to koniec, że już się zgubiliśmy. Lecz ciągle, ciągle i nieodparcie coś pchało nas do przodu. Zmuszało do szukania drogi. Pragnienie. Tak, pragnienie. Prawdziwy głód wiedzy i odpowiedzi. Nie mogliśmy zawrócić. Jedyna droga. Naprzód. Szliśmy tak, gdy nagle otchłań się rozświetliła. Płomienie. Płonienie pochodni. Komnata. Olbrzymia komnata z potężnym kamiennym tronem. Siedziała na nim wielka postać. Miał na sobie płaszcz z kapturem. Zasłaniał mu twarz. Na głowie miał koronę z kamienia. Odezwał się potężnym głosem, niosącym echo po całej komnacie:

- Kto śmie zakłócać mój spokój!?

Nie wiedziałem co myśleć. Potężna postać, która mogłaby nas zmiażdżyć jednym uderzeniem. Spojrzałem na Filozofa. Znów opanowany i patrzący w dal. Trzeba się odezwać jak najszybciej. Odezwać się, powiedzieć coś. Może nawet spytać? Spytać o odpowiedzi? Tak, odezwałem się:

- Jesteśmy podróżnikami, „Szukającymi” - rzekłem do kolosa.
- „Szukającymi”? Dawno tu takich nie było - powiedział enigmatycznie.
- Nie? - zdziwiłem się. - A te wszystkie cienie chodzące w tej otchłani? Kim są?
- Cienie? Hmm, to „Zrezygnowani”.
- „Zrezygnowani”?
- Tak, ludzie, którzy się zatracili i zagubili.
- Zatracili? W czym?
- W materii. Zatracili się, dlatego teraz sami stracili prawie całą materię. Są przezroczyści jak powietrze. Niewidoczni. Są, a nie są.

W materii? Przecież materia, to wszystko to, co nas otacza. Wszystko to, co widać. Jak można się w tym zatracić? Czy to nie normalne, że lubimy materię? To co widać? Nie wiedziałem, ale może on wie. Musiałem zadać kolejne pytanie:

- Zagubili? Jak to?
- Tak, zagubili cel. Kiedyś też byli podróżnymi, „Szukającymi”, jednak zagubili się, zapomnieli. Teraz chodzą i szukają, lecz już nie widzą.

Olbrzym wyglądał na zdołowanego, ale również jakby zadowolonego. W końcu postanowiłem zadać pytanie, które powinno paść na samym początku:

- Kim jesteś?
- Ja? Jestem strażnikiem - odpowiedział donośnie.
- A nie jesteś przypadkiem królem? - to mówiąc, spojrzałem na jego koronę.
- Nie, jestem strażnikiem.
- Ale dlaczego nie masz korony ze złota, gdy w tej otchłani pełno złota? I dlaczego jesteś tu, a nie w komnacie z kosztownościami.
- Już wolę kamień od tego parszywego złota - oburzył się kolos.
Przestraszyłem się, że może nas zmiażdżyć. Spojrzałem na Filozofa. Stał spokojnie. Nadal patrzył w dal i tylko słuchał.
- Czemu nie cenisz złota? - spytałem zaciekawiony.
- Są rzeczy cenniejsze od złota. Jednej z nich właśnie strzegę.
- Czego takiego strzeżesz?
- Drogi.
- My szukamy drogi. Chcemy nią podążać.
- A macie cel? - spytał strażnik.
- Tak.
- Jaki?
- Szukamy wiedzy. Odpowiedzi.
- Tak, to z pewnością cel. Ale czy chcecie iść dalej? Droga, której strzegę, jest jeszcze trudniejsza, jeszcze bardziej wymagająca. Chcecie iść? Chcecie wiedzieć.

Razem z Filozofem spojrzeliśmy na siebie. Obaj widzieliśmy w swych oczach ten sam błysk. Pragnienie. Pragnienie, tego, co dalej.
Wielkolud poparzył na nas i rzekł:

- Tak, to dobre oczy. Dobre spojrzenia. Widzące, pragnące, żywe. Przejdziecie i poznacie to, co dalej, to co będzie.

To powiedziawszy, wstał, odłożył koronę na bok i zdjął kaptur. Zobaczyliśmy oczy. Oczy czarne jak ta otchłań. Po chwili jednak jedno oko się rozjaśniło. Było z niego najprawdziwsze światło. Kolos skupił wzrok na ścianie. Nagle z jego oczu wydostały się promienie. Światło i ciemność. Połączyły się ze sobą, tworząc spiralę. Uderzył w ścianę, na której po chwili pojawił się szary portal. Olbrzym nagle się odezwał:

- Idźcie przez portal i odnajdźcie to, czego pragniecie. Odnajdźcie cel, a może i coś więcej.

Więcej? Nie musiał powtarzać dwa razy.
Zdecydowanym krokiem ruszyliśmy w stronę portalu.
Po wiedzę.
Odpowiedzi.

Po więcej.

Johnny2x41

opublikował opowiadanie w kategorii inne, użył 1646 słów i 9199 znaków.

1 komentarz

 
  • Kocwiaczek

    Kolejna dobra lekcja z życia :)  Nie wystarczy pragnąć. To za mało. Trzeba jeszcze znać przedmiot pragnienia.