Apokryf

Możecie się ze mną nie zgodzić, możecie mieć inną wersję opisanych zdarzeń, możecie mnie nawet oskarżyć o herezję, ale niczego to nie zmieni. Nic na to nie poradzę, że było akurat tak:

Owego dnia Ayram, co w starodawnym języku, zapomnianym już przed wieloma wiekami, znaczyło "piękna", wdziała na głowę czerwoną chustę, która miała chronić jej kruczoczarne włosy przed palącymi promieniami słońca i drobinkami piasku i samotnie udała się na pustynię. Pogniewała się była na swych rodziców za to, że ci nie kupili jej nowego zestawu glinianych tabliczek, na których młodzież onego czasu z upodobaniem pisała krótkie wiadomości tekstowe. Uboga to bowiem była rodzina i ani na gliniane tabliczki w nadmiernej ilości, ani tym bardziej na znacznie droższe, a przez to znacznie bardziej pożądane skrawki papirusu, nie mogła sobie pozwolić. Ayram była roztropnym dziewczęciem i doskonale rozumiała przyczyny oszczędności swych czcigodnych rodziców. Owego dnia poczuła jednak wielki smutek w sercu i nagłym opuszczeniem domu chciała całemu światu wykrzyczeć, że jest niesprawiedliwy i zły, rodzicom że powinni jej bardziej współczuć, oraz Stwórcy, że bardzo pomylił się każąc urodzić się Ayram córką prostego rzemieślnika zamiast, na przykład, wrodzić ją w dom złotnika tudzież kupca handlującego drogocennymi suknami i czy wonnymi olejami z dalekich, zapustynnych krajów.

Ayram przeszła przez pierwszą wydmę i przez drugą, a gdy wspięła się na wierzch trzeciej wydmy i odwróciła się za siebie ze zdziwieniem i przerażeniem spostrzegła, że wokół niej, jak wzrokiem sięgnąć, zalegał piasek, a rodzinna oaza Ayram nieoczekiwanie zniknęła z pola widzenia. Przelękła się zatem nieziemsko piękna Ayram i poczęła biec w kierunku z którego przyszła. Lekki wiatr wiejący nie wiadomo skąd ani dokąd zdążył jednak zatrzeć ślady jakie dziewczyna była zostawiła, tak że podążać dokładnie tą samą drogą stało się niemożliwe. Kiedy słońce zaczęło już chylić się ku zachodowi, legła Ayram na rozżarzonym piasku i ostatkiem sił wyszeptała: "Co ja żem narobiła!". Była bowiem zmęczona całodniową wędrówką oraz oślepiającym światłem kończącego się dnia. Była też ogromnie spragniona. "Wody, dajcie wody." - pomyślała i była to jej ostatnia myśl owego wieczora.

Pan, Wielki Stwórca pustyni i oaz, dalekiego morza i wszystkich krain owianych legendami, władca wszego stworzenia i ludzi wszech ziem jest złośliwym Panem. Ujrzawszy niesamowitą swawolę pięknej Ayram i usłyszawszy jej skargę na jej wcale nienajgorszy los postanowił zadrwić sobie z nieostrożnej dziewczyny i ukarać ją za niepokorne myśli. Po jego woli miała Ayram powrócić nie kiedy jej się znudzi, a dopiero dnia czterdziestego, czyli po trzydziestu dziewięciu nocach. Dlaczego Pan upodobał sobie tę akurat liczbę - trzydzieści i dziewięć, nie pytajcie proszę, bo tego nie wiem.

Nie od razu pozwolił Pan wrócić Ayram do swej oazy i nie na własnych nogach, lecz na nogach rudego wielbłąda, a będąc Panem dowcipnym - na sposób pański, a nie człowieczy - nie powstrzymał się Pan od drobniutkiej drwiny. I tak sprawił Pan, że we śnie ujrzała Ayram wilka, a wilk ten był straszny. Stał na tylnych łapach, szczerzył wielkie srebrzyste kły, gapił się obleśnie wielkimi oczyma i oblizywał się lubieżnie ogromnym czerwonym jęzorem, a ślina mu ciekła po owłosionych polikach.

I przemówił wilk do przelękniętej Ayram: "Widzę, że chcesz pić dziewczynko. Dam ci wody, ile zapragniesz. Wpierw obiecać mi jednak musisz, że mi będziesz posłuszna i że mi będziesz służyć aż po kres twego życia." I pokazał wilk Ayram zieloną oazę pełną rosłych palm i rozległych pól wpółdojrzałej pszenicy, a w środku oazy lśnił lazur dużego jeziora, nad którym unosiła się filigranowa chmurka skondensowanej pary wodnej uniesionej podad taflę jeziora ognikami potężnego słońca. "Niedoczekanie twoje." - odparła hardo Ayram i zakryła łokciem twarz, by nie wystawiać się na kuszący widok życiodajnej wody i w strachu przed okropnym wilkiem.

I przemówił wilk po raz drugi: "Widzę, że zgubiłaś drogę, dziewczynko, i że brzuszek masz pusty. Jak chcesz, wskażę ci drogę do twej wioski, a byś nie opała z sił po drodze nakarmię cię soczystą marchewką. W zamian nie chcę wiele. Wystarczy, że mi będziesz posłuszna przez zaledwie jeden miesiąc. We dnie będziesz wolna. Jedynie pod osłoną nocy spełniać będziesz moje życzenia." I ukazał wilk Ayram slady jej sandałów odciśnięte w piasku prowadzące aż do oazy, a w łapie dumnie dzierżył wielką różową marchewkę oczyszczoną z gleby, starannie wymytą, z której wyrastała okazała kiść zielonych, długich liści. "Niedoczekanie twoje." - Ponowni odparła Ayram i skryła oczy pod łokieć.

I przemówił wilk do Ayram po raz trzeci: "Widzę, że tęsknisz do swoich." I ujrzała Ayram dwunastu młodzieńców wspaniałej urody kąpiących się w jeziorze w środku oazy. "Zabiorę cię do nich, dziewczę miłe, i pójdą oni wszyscy, każdy z dwunastu w ślad za tobą i będą cię słuchać i wielbić nad życie. Wystarczy tylko, że podarujesz mi swą czerwoną chustę, pozwolisz mi patrzeć na twe długie czarne włosy i siądziesz na mym grzbiecie, bym mógł cię zanieść do wsi." "Niedoczekanie twoje wilku." - odpowiedziała Ayram - "Prędzę zginę niż pokażę ci swą nagą głowę i nie siądę ci na grzbiecie, bo nie wiem dokąd mnie zaniesiesz."

Tak oto Ayram trzy razy odmówiła pokusom wilka i spodobała się Panu jej godna postawa. W nagrodę obdarzył ją Pan snem dobrym i rozkosznym. I natchnął Pan wodza nomadów - lud to był półdziki, który w bezustannej wędrówce przemierzał niezmierzone pustynie - by pokierował wielbłądy w stronę, gdzie leżała Ayram. Ruszyli więc nomadzi w kierunku wskazanym przez wodza i ledwie palące promienie słońca rozproszyły mrok nocy, nomad jadący z przodu ujrzał czerwoną chustę Ayram. I zabrali nomadzi Ayram ze sobą. Nakarmili i napoili. Nauczyli ją swojego języka i nie mogli nadziwić się niezwykłej urodzie dziewczyny. Ayram wędrowała z nimi przez wydmy i skały, a gdy dopełnił się czas król wędrownego ludu wybrał najbardziej rudego wielbłąda ze swojego stada - ruda maść wielbłąda uchodziła owego czasu za szczególnie piękną - i podarował go Ayram. I czterdziestego dnia od wyjścia z domu triumfalnie wkroczyła Ayram do wioski siedząc wysoko na garbie rudego zwierzęcia, które było jej absolutnie posłuszne. I radował się lud oazy z cudownego ocalenia zaginionej Ayram, którą jej rodzice zdążyli już byli opłakać i symbolicznie pochować w piasku i swój ból po stracie najstarszej córki ofiarować Panu.

Trzydziestej dziewiątej nocy po triumfalnym powrocie do domu usłyszała Ayram głos we śnie, który objawił jej, że powije syna. Zerwała się Ayram na równe nogi i skoczyła do drzwi, które były niskie, i w roztargnieniu uderzyła głową o grubą belkę ponad progiem. Huk rozległ się gromki, lecz nikt z domowników się nie obudził. Ayram natomiast oprzytomniała do reszty, rozerzała się w mroku nocy, przebiegła kilka razy wokół domu wołając: "Kto tu jest? Co ty mówisz?" Lecz nikt się nie odezwał.

Wróciła więc Ayram do swego łoża i nie zasnęła aż do świtu pogrążona w myślach: Jak bym miała powić syna skoro nie skakałam nigdy na żadnym mężczyźnie, ani nawet nie mam męża? Wspomniała wprawdzie Ayram miłe jej sercu i ciału zabawy z synami wodza wędrownego ludu, w czasie których chłopcy kładli się na niej, podciągali jej suknię i kłuli ją czymś twardym w miejsce, które według przykazań Pana, jak uczą oazowi kapłani, należy przemywać pięć razy dziennie czystą wodą. Lecz te zabawy nie mogły przecież zasiać potomstwa do łona dziewicy.

Wiedzieć bowiem należy, że w owym czasie, mąż i żona żyli ze sobą tylko tak, że żona była na mężu a mąż pod żoną. I musieli być oboje całkiem nadzy i na cały czas wspólnego życia musieli się przykryć dużym płótnem, by nie sprawiać przykrości swemu Panu i Stwórcy. Każde odstępstwo od tej reguły uważane było owego czasu za poważny występek przeciw woli Pana. Ciężkim grzechem było samo wspomnienie o innych wariantach, a o tym, że mąż może też lec na żonie i że ten straszny grzech praktykują tylko dzikie ludy nie znające nakazów i zakazów Pana, niewinne panny dowiadywały się dopiero podczas specjalnej biesiady z nauczycielem-kapłanem w jedną z nocy poprzedzających ceremonię wydania za mąż. Tak więc pobożna Ayram nie wiedziała jeszcze, że możliwe jest życie męża i żony, podczas którego mąż jest na górze a żona na dole, gdyż rodzice nie wybrali jej jeszcze kawalera i nie posłali na nauki do domu kapłanów.

Na koniec wspomniała Ayram o dziwnych bólach w brzuchu jakie czuła już od dłuższego czasu i o tym, że przez trzy miesiące ani razu nie doświadczyła dziewczęcego krwawienia. I wtedy uwierzyła. I poszła nazajutrz z matką do domu arcykapłana i opowiedziała mu o dziwnym głosie we śnie i powiedziała o braku miesięcznego krwawienia, a arcykapłan dotknął jej łona i również uwierzył. I zaprosił arcykapłan wszystkich kapłanów niższej rangi do siebie do domu, i powtórzył im słowa Ayram, i oni dotknęli jej łona i wszyscy uwierzyli.

A gdy nadszedł czas, powiła Ayram syna i nazwała go Suzej, co w starożytnym języku znaczyło "pustynny wiatr" albo "dar" - oba słowa miały wówczas to samo brzmienie. I rzekł tedy arcykapłan: "Na początku było słowo, i słowem było słowo, aż stało się ciałem." (to przyczynek do dyskusji o momencie poczęcia)

I rósł Suzej wśród kapłanów, a gdy spełniło mu się dwanaście wiosen, podniósł bunt przeciw kapłanom, ogłosił się synem Stwórcy, po czym uciekł przed gniewem ludu na pustynię. I rozpaczała Ayram po utracie syna, tak jak dwanaście lat wcześniej rozpaczali jej rodzice. A powiedziane było w dawnym Piśmie, że historia musi zatoczyć koło, a gdy zatoczy koło, czas spowolni i minuta będzie dniem, a dzień rokiem. Lecz nie rozumieli tych słów ani kapłani ani lud prosty. Czekała więc Ayram czterdzieści dni i trzydzieści dziewięć nocy, lecz syn jej nie wrócił. Kupcy pytali wędrowców przybywających do oazy by napoić zwierzęta i sprzedać drogocenne towary o samotnego młodzieńca, lecz nikt nie widział Suzeja na pustyni. Pytali kapłani nomadzkiego króla, którego gościli od czasu do czasu wraz z jego najdzielniejszymi towarzyszami w przyświątynnych łaźniach obsługiwanych przez kapłanki cudownego źródła ofiarowanego wybranemu ludowi przez Pana, lecz i on, ani nikt z jego ludzi nie spotkał Suzeja.

I czekali tak trzydzieści dziewięć lat i czterdzieści wiosen, aż przybył Suzej do rodzinnej oazy. A przybył on na czele ogromnej armii. I rozkazał Suzej swym wojom zabić wszystkich kapłanów, wszystkich mężów zakuć w kajdany i zmusić do najcięższej pracy, a żony ich i córki wziąć jako nałożnice. I w trzy dni zburzył Suzej stare świątynie i w trzy lata zbudował nową. Tak oto wypełniło się stare pismo. Umarł stary Pan - złośliwy Stwórca, a jego miejsce zajął nowy Pan - dobry Suzej.


PS. Wszelkie podobieństwa i różnice do postaci i zdarzeń fikcyjnych są zamierzone.

MrHyde

opublikował opowiadanie w kategorii inne, użył 2160 słów i 11726 znaków, zaktualizował 20 wrz 2015.

1 komentarz

 
  • nienasycona

    I rzekł Pan " Zaprawdę powiadam wam, oto słowo moje, płynące spod palców świętego MrHydea, moją wola natchnionego". Tekst fantastyczny, jestem zachwycona! Tylko takie rozważania mnie dosięgły: czy mogła wspiąć się na spód wydmy? Czy nie lepiej byłoby jej jechać na grzbiecie wielbłąda, niźli na nogach?:) Mój ulubiony apokryf, zdecydowanie najlepszy wśród wszystkich. I dziękuję za użycie czasu zaprzeszłego, który uwielbiam- jest piękny, lecz coraz rzadziej stosowany

  • nienasycona

    @MrHyde, rozumiem i świecę zapalę w intencji nawrócenia niewiernych:)

  • MrHyde

    @nienasycona na potrzeby narracji wielkrotnie retrospektywnej przydałby się jeszcze czas pozaprzeszły. Nie wiesz przypadkiem, czy jakiś język ma go w ofercie?

  • nienasycona

    @MrHyde, niestety nie wiem...

  • MrHyde

    @nienasycona Trzeba będzie samemu stworzyć ;-)

  • nienasycona

    @MrHyde, najwyraź
    niej, tylko nie wiem, jak taka konstrukcja miałaby wyglądać:)