Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Midnight Mercury V

Midnight Mercury V- "Powinnaś je zniszczyć" - szept, który rozległ się nagle przy jej uchu, był niczym wystrzał z armaty — prawie dostała zawału.
- Ty! - jęknęła, cofając się pod samą ścianę i wpatrując w mężczyznę z przerażeniem w oczach. - Jak się tu dostałeś?
- Być może nigdy stąd nie wyszedłem — powiedział, wzruszając ramionami. W przeciwieństwie do ich ostatniego spotkania sprzed niespełna godziny teraz miał na sobie ciemnobrązową, aksamitną koszulę, rozpiętą do połowy. - Przestań się bać, bo w końcu nas dopadną.
- Kto? - zapytała szeptem. - Nicość?
- Nicość jest wybawieniem... A oni... Gdy cię dopadną, będziesz umierać tysiąclecia, by nigdy nie umrzeć... Tak samo, jak wszyscy, którzy wyszli na zewnątrz...
- Więc... Stąd da się wyjść?
- Nie — pokręcił głową. - Już od dawna nie... Julian o to zadbał... Dam ci jeszcze jedną radę, mała dziewczynko — nachylił się do niej i wyszeptał. - Nigdy się nie poddawaj, inaczej Mercury znajdzie cię nawet w najgłębszym rynsztoku.
Ledwo przebrzmiały jego ostatnie słowa, a w sypialni znów była sama. Wtedy rozległo się pukanie do drzwi.
- Kolację podano, panienko — powiedział ktoś zza drzwi. Rozległ się szczęk zamka i stanął w nich ten sam kelner-wędrowiec, którego widziała dzień wcześniej. Tym razem jednak jego twarz była trupio blada.
Kelner postawił tacę na stoliku z mechaniczną precyzją. Jego skórzany płaszcz, niegdyś dumny atrybut rewolwerowca, teraz wydawał się na niego za duży, jakby mężczyzna znikał w oczach. Odstawił posiłek, a jego błękitne, wyblakłe oczy na ułamek sekundy spotkały wzrok Elary. Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale metalowe gwiazdki przy jego butach brzęknęły ostrzegawczo o podłogę. Skłonił się sztywno i wyszedł, zostawiając na tacy kremową kopertę.

"Moja droga Elaro, pociąg bywa męczący, gdy nawałnica uderza w jego boki. Zapraszam cię jutro o świcie do Wagonu Ogrodowego. Świeże powietrze i zieleń pomogą ci odzyskać spokój. Julian uważa, że to miejsce dobrze ci zrobi. Twoja, Serafina."

Rankiem Elara ruszyła we wskazanym kierunku, a karminowa suknia szeleściła o ściany korytarza. Kiedy szklane drzwi się rozsunęły, uderzył w nią zapach, którego nie czuła od lat – wilgotna ziemia i kwitnące jaśminy.
Wagon był ogromny. Pod szklaną kopułą, za którą kłębiła się nienaturalna, perłowa mgła, rozciągał się gęsty, duszny ogród. Purpurowe kwiaty zwieszały się z sufitu, a mosiężne kolumny oplatały egzotyczne pnącza. To był luksus, który wydawał się niemożliwy pośrodku lodowego piekła. Serafina siedziała w ażurowej altanie. W swojej zielonej sukni, z czarnymi włosami upiętymi wysoko, wyglądała jak królowa tego sztucznego raju.
— Wejdź, kochana — powiedziała Serafina, a jej głos był głęboki i kojący. — Tutaj lód nas nie dosięgnie. Julian stworzył to miejsce, byśmy mogli pamiętać, jak wyglądało życie przed mrozem.
Elara zrobiła krok na żwirową ścieżkę, czując, jak wilgoć natychmiast osiada na jej skórze.
— To niesamowite — szepnęła Elara, rozglądając się z nabożnym podziwem. — Jak on to utrzymuje? Przecież na zewnątrz nie ma słońca...
— Julian poświęca wiele, by utrzymać ten blask, moja droga — Serafina nalała herbaty do filiżanek z najcieńszej porcelany. - I bardzo jest rad, że możesz go podziwiać razem z nim.
Serafina przysunęła filiżankę w stronę Elary, a jej długie palce, ozdobione pierścieniami z czarnym kamieniem, musnęły dłoń dziewczyny. Zapach herbaty był oszałamiający – słodki, przypominający dojrzałe owoce, ale gdzieś w głębi Elara poczuła tę samą metaliczną nutę, która towarzyszyła magii Juliana. Elara odsunęła filiżankę o centymetr, nie dając się skusić słodkiemu aromatowi. Czuła na sobie wzrok Serafiny – intensywny, niemal głodny, ukryty pod maską troski. Gdzieś w oddali, między liśćmi monstery, mignęła jej sylwetka mężczyzny z tatuażami. Pracował w milczeniu, a jego ruchy były gwałtowne, jakby wyżywał się na roślinach, które musiał pielęgnować. Sam jego widok, choć budził lęk, był dla niej dziwnie kotwiczący – był jedyną rzeczą w tym wagonie, która nie wydawała się sztuczna.
- Dziękuję za tę troskę i... luksus — skinęła lekko głową, udając, że nie zauważyła mężczyzny. - Prawdę powiedziawszy, nie przywykłam do takich wygód... Nadal nie czuję się tu... cóż, w pełni sobą — dodała z przepraszającym uśmiechem. - Ale muszę przyznać, że to miejsce robi wrażenie. Nie jestem w stanie pojąć, jak te wszystkie rośliny tutaj w ogóle ze sobą koegzystują, tym bardziej że nie ma tu słońca...
- Ah, tak, tak... Słońce. Piękne i jakże nam wszystkim potrzebne — kobieta pokiwała głową z nostalgią. - Wiesz, i ja je pamiętam, Elaro, choć zgasło tak dawno temu... Pamiętam... Ale tutaj... Nasz nowy dom daje schronienie każdemu, kto jest tego wart — uśmiechnęła się ciepło. - I tak samo dał schronienie tym roślinom. Są tutaj, bo nasz drogi Julian postanowił uchronić je od zapomnienia. I dzięki temu mamy te wspaniały zakątek, który obok salonu jadalnego i biblioteki jest jednym z niewielu miejsc na pokładzie, gdzie można prawdziwie wypocząć.
- Czym dokładnie jest pociąg? - Elara znów spojrzała w szybę wagonu, ale mgła nie odpuszczała nawet na sekundę. - Tak bardzo chciałabym wiedzieć, gdzie jesteśmy.
- Powinna wystarczyć ci świadomość, że w Midnight Mercurym po prostu wszyscy jesteśmy bezpieczni.
Kilkanaście minut później, po skończonej rozmowie, gdy Elara została sama z nietkniętą, choć wciąż parującą herbatą i tysiącem pytań w głowie, nieznajomy mężczyzna pojawił się na fotelu obok niczym duch.
- Mgła nie zawsze jest najniebezpieczniejszym punktem na naszej trasie — mruknął, bawiąc się łyżeczką. - Nie pij niczego, co serwuje Serafina — szepnął i odszedł, by po chwili zniknąć w plamie cieni.
Westchnęła nagle zirytowana jego półsłówkami i nagłymi pojawieniami i się zniknięciami i wstała od stołu. Ogród, tak nienaturalnie nienaturalny w tym miejscu wydawał jej się o wiele ciekawszy. Zaczęła więc zwiedzać, a nazwy roślin odczytywane z niewielkich plakietek sprawiały, że zaczęło jej się kręcić w głowie od natłoku niespójnych informacji — połowa tych roślin wyginęła na początku istnienia lodu, gdy padały pierwsze cywilizacje. Jak to więc możliwe, że Julian zdołał je ocalić. I ta kobieta. Dystyngowana, nienaganna w manierach... Jak mogła żyć tu i teraz, pamiętając śmierć słońca sprzed tysiącleci?!
Przychodząc do tego niezwykłego miejsca, miała nadzieję usłyszeć odpowiedzi na swoje pytania. Tymczasem znaków zapytania otrzymała więcej, niżby chciała. Musiała to sobie poukładać.

Wychodząc z ogrodu była rozkojarzona i jakby nieobecna duchem do tego stopnia, że wpadła na Lenę. Naręcze białych ręczników rozsypało się u stóp obu kobiet, co przywiodło Elarze na myśl morze śniegu, do którego tak bardzo przywykła. Przez chwilę wpatrywała się w nie z mieszaniną fascynacji i przerażenia.
- Ja przepraszam — bąknęła dziewczyna, rzucając się, by pozbierać ręczniki.
- Nic się nie stało — odparła Elara, również kucając, by pomóc w naprawianiu bałaganu, którego stała się mimowolnym ogniwem.
- Pan będzie zły, gdy dowie się, że rozsypałam ręczniki...
- Nie musi o niczym wiedzieć lub po prostu powiedz mu, że to moja wina, w końcu faktycznie nie patrzyłam, gdzie idę.
- Nie, ja nie mogę skłamać — szepnęła i uciekła, nim Elara zdołała ją zatrzymać. Wstała powoli z dywanu i spojrzała w okno. Mgła kłębiła się za szybą, gęsta i nieprzenikniona, raz po raz uderzając lekko w ściany pociągu, jakby naprawdę chciała dostać się do środka. Przywodziła Elarze na myśl najgorsze zawieje na równinach czy huragany w górach. A mimo to było w niej coś...fascynującego. Czy to, jak w spirale układały się jej kolejne fale, czy może to, że pęd pociągu zdawał się kompletnie na nią nie wpływać? Przycisnęła nos do szyby, chcąc dojrzeć coś, cokolwiek materialnego, co pozwoliłoby jej na jakiekolwiek określenie położenia. Ale zamiast tego dostrzegła, jak we mgle, równolegle do pociągu, z tym samym zawrotnym tempem coś się przemieszcza. Na pewno miało długie łapy i poruszało się, dość niezgrabnie zresztą, na czterech kończynach. Ale czy aby na pewno? Stworzenie wyglądało jak część mgły, zwiewne, niezwykle lekkie i ulotne. Gdy przetarła zaparowaną własnym oddechem szybę, już go nie dostrzegła. Zniknęło, gdy na moment oderwała od niego wzrok. A więc może to w ogóle nie było stworzenie? Bo co mogłoby przetrwać w takich warunkach? Bez jedzenia i wody?
- Tak, mgła potrafi przybierać rozmaite formy, zwłaszcza przy tym pędzie pociągu — powiedział Juliusz, gdy przy obiedzie zwierzyła mu się z tego, co widziała wcześniej za oknem. - A ty najwyraźniej jeszcze nie odpoczęłaś wystarczająco, by wierzyć własnym zmysłom...
- Nic mi nie jest — burknęła, przerywając mu rozzłoszczona, że jej nie uwierzył.
Pociągiem szarpnęło nieznacznie, a światła lamp zamigotały w ten sam rytm. Zauważyła, że barman i kelner cofnęli się mimowolnie. Spojrzała na Juliana i dostrzegła na jego twarzy...gniew? Rozgoryczenie?
- Czyżbyś właśnie kwestionowała moją opinię o tobie, Elaro? - zapytał chłodno, a ona miała wrażenie, że temperatura w pomieszczeniu spadła nagle o kilka stopni. - Wieczorem wjedziemy w serce mgły, czy naprawdę znów mam zamknąć cię w twojej sypialni?
Spojrzała mu hardo w oczy, po raz pierwszy bez strachu czy zmęczenia, odkąd się tu znalazła.
- Doskonale znam własne słabości i ograniczenia, Julianie — powiedziała twardo. - Nie jestem zmęczona, dziękuję za... troskę. Sama nie wiem, co dokładnie wiedziałam we mgle, dlatego miałam nadzieję, że mi pomożesz. Ty jednak zlekceważyłeś moje obawy i obraziłeś, insynuując, że jestem słaba. Czy to poprzez to, że jestem kobietą?
Przez chwilę panowała między nimi mroźna cisza. Julian przyglądał się jej w napięciu i z zainteresowaniem. W końcu jednak odchylił się w fotelu i wybuchnął śmiechem. Szybkim i urywanym, jakby sytuacja w ogóle go nie bawiła.
- Ależ, Elaro... Nie mówię tego dlatego, że jesteś kobietą, twoja płeć nie ma tu kompletnie nic do rzeczy. Oczywiście, jesteś niezwykle atrakcyjna, ale swoimi słowami chciałem jedynie wyrazić moją chęć ochrony ciebie. Próbujesz dostrzec we mgle coś, czego nigdy tam nie było. Mgła nie jest obiektem fascynacji, moja droga... To niebezpieczna strefa.
- Powiedziałbym raczej, że to śmiertelne zagrożenie — powiedział wytatuowany mężczyzna, gdy tylko zamknęła za sobą drzwi swojej sypialni, wychodząc jej na spotkanie z łazienki. Znów miał na sobie tylko spodnie. Na ten widok przewróciła oczami zirytowana.
- Czego chcesz? - zapytała cierpko, siadając na łóżku.
- Mówiłem ci: niczego.
- A jednak ze mną rozmawiasz... A ja nie mam nawet pojęcia, jak masz na imię...
- Imiona dają potężną władzę, Elaro, a moje kompletnie nie jest warte uwagi... Julian ma rację, ostrzegając cię przed mgłą, lepiej się nią nie interesować zbyt intensywnie... Twój strach sprowadził nam na głowy jednorazowe niebezpieczeństwo. Strach pomyśleć, co może się stać, gdy coś tam jednak dostrzeżesz...
Westchnęła cicho, nie mogąc zasnąć i odrzuciła kołdrę. Podłoga była chłodna, gdy dotknęła jej bosymi stopami. Na moment zawahała się przy drzwiach, ale ciekawość była silniejsza. Korytarz o tej porze był prawie pusty. Lampy wzdłuż ścian świeciły przygaszonym światłem, a ich blask odbijał się w czarnych szybach, za którymi wciąż kłębiła się mgła. Pociąg pędził tak szybko, że wydawało się, jakby świat za oknem stał w miejscu. Elara ruszyła przed siebie powoli. Po kilku krokach usłyszała coś dziwnego. Szept. Zatrzymała się. Nie był to jeden głos. Było ich wiele. Dziesiątki. Może setki. Ciche, zlane w jeden niewyraźny szum, jak rozmowa prowadzona za grubą ścianą. Obejrzała się przez ramię, ale korytarz był pusty.
— Halo? — odezwała się niepewnie. Szepty nie ustały. Dobiegały z wagonu salonowego na końcu przejścia. Drzwi były uchylone, więc Elara podeszła bliżej i delikatnie je popchnęła. W środku ktoś siedział, przy jednym ze stolików, pochylony nad talią kart. Mężczyzna w ciemnym płaszczu. Jego dłonie poruszały się powoli, układając karty w równy wachlarz. Naprzeciw niego stała filiżanka, z której nie unosiła się para. Elara zrobiła krok, a podłoga skrzypnęła. Mężczyzna nawet nie zareagował.
— Przepraszam… — zaczęła ostrożnie, lecz wtedy zauważyła jego ręce. Były półprzezroczyste. Nie całkiem, tylko trochę — jakby ktoś rozmył je w powietrzu. Serce zabiło jej szybciej. Mrugnęła. I w tej samej chwili stolik był pusty. Karty zniknęły, i filiżanka. Elara cofnęła się o krok. Dopiero teraz zobaczyła, że w wagonie nie była sama. Przy innych stolikach siedziały kolejne postacie. Jedna opierała łokcie o blat. Inna patrzyła w okno. Jeszcze ktoś stał przy barze. Wszyscy nieruchomi, milczący. Szepty, które słyszała wcześniej, nagle ucichły. Jedna z postaci powoli odwróciła głowę w jej stronę. Twarz była niewyraźna. Jak odbicie w wodzie. Elara poczuła lodowaty dreszcz.
— Co… — zaczęła cicho, a wtedy postać rozpłynęła się, jak dym rozwiany przez wiatr. Następna również. I następna. W ciągu kilku sekund wagon znów był pusty.
— Nie powinnaś tu być o tej porze. - głos za jej plecami sprawił, że aż podskoczyła, odwracając się gwałtownie. Przy wejściu stał barman. Jego zwykle spokojna twarz była napięta, a dłonie ściskały ścierkę tak mocno, że aż pobielały mu knykcie.
— Ja tylko… — Elara zawahała się. — Byli tu ludzie.
Barman przez chwilę milczał. Potem powoli pokręcił głową.
— Pociąg bywa… pełen wspomnień — powiedział cicho, ruszając do swego miejsca pracy.
— Widziałam ich — upierała się. — Siedzieli przy stolikach.
Mężczyzna spojrzał na nią uważnie. I wtedy powiedział coś, co sprawiło, że poczuła chłód w całym ciele.
— Niektórzy pasażerowie… już dawno wysiedli.
— Ale pociąg się przecież nie zatrzymuje — wyszeptała. Nie odpowiedział. Drzwi wagonu skrzypnęły, a gdy Elara obejrzała się przez ramię, on już zniknął. Jakby nigdy go tam nie było.
— Zaczynasz widzieć… - ten głos poznała natychmiast.
Stał oparty o ścianę korytarza, częściowo ukryty w cieniu lamp. Tatuaże na jego ramionach zdawały się ciemniejsze niż zwykle, jakby w półmroku poruszały się pod skórą.
— Kim oni byli? — zapytała, przełykając ciężko ślinę.
Nie odpowiedział od razu. Podszedł powoli do jednego ze stolików i przesunął po nim palcami.
— Pasażerami.
— Nie byli prawdziwi.
— Byli kiedyś.
Elara poczuła, jak w gardle rośnie jej ciężka kula.
— Co to znaczy?
Mężczyzna spojrzał na nią uważnie.
— Midnight Mercury nie jeździ pusty.
Przez chwilę w wagonie panowała cisza. Gdzieś daleko pociąg zawył przeciągle, jakby tor przecinał ogromną pustkę.
— Dokąd oni jadą? — zapytała w końcu.
Wytatuowany strażnik uśmiechnął się ledwo widocznie.
— Nigdzie — zerknął w stronę czarnej szyby, za którą mgła pulsowała jak żywa. — Już dawno dojechali.
W tej samej chwili pociąg gwałtownie przyspieszył.
- Teraz, moja droga, musimy porozmawiać o tym, dlaczego twój przyjaciel wciąż ma język, skoro tak bardzo lubi go używać… - odezwał się głos za ich plecami.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii horror i inne, użyła 2846 słów i 16016 znaków, zaktualizowała 17 kwi o 21:13.

Dodaj komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.