
— Patrz na mnie, Elaro — powtórzył, a jego głos był teraz głębokim mruczeniem, które zdawało się zagłuszać grozę na zewnątrz. — Nie pozwól im cię poczuć. One karmią się strachem, a ty... ty masz go w sobie zbyt wiele.
Położył dłoń na jej dłoni. Jego skóra była gładka, ale pod nią Elara wyczuła napięcie, jakby on sam był gotowy do skoku.
W tym samym czasie kelner stojący przy barze powoli uniósł głowę. Brzęk jego metalowych gwiazdek był ledwo słyszalny, stłumiony przez gruby dywan, ale w tej ciszy brzmiał jak wyrok. Mężczyzna w skórzanym płaszczu nie patrzył na Juliana. Patrzył prosto w okno, za którym kłębił się mrok, a jego usta poruszały się bezgłośnie, jakby odmawiał jakąś zapomnianą modlitwę wędrowców.
Nagle, coś uderzyło w dach wagonu. Raz. Drugi. Ciężki, głuchy łomot, od którego zadrżał żyrandol. Kryształy zadzwoniły o siebie, a pianista przy fortepianie zacisnął palce na kolanach tak mocno, że jego smoking napiął się na plecach.
— Już prawie przeszły — szepnął Julian, nie spuszczając wzroku z Elary. — Jeszcze chwila...
- Co... co to dokładnie było? - zapytała drżącym głosem, gdy pociąg z wolna zaczął przyspieszać.
- Lepiej nie sprawdzać osobiście — mruknął, popijając z kielicha. Zauważyła, że był spięty. - Krążą legendy, że kiedyś ktoś spróbował... Podobno, jeśli wsłuchasz się dostatecznie uważnie, usłyszysz jego wrzaski niosące się przez wiatr...
- Czy to ten wrzask słyszałam w nocy? Brzmiał tak przerażająco ludzko...
- Nie — pokręcił stanowczo głową. - Ten dźwięk to było coś innego. I już się nie powtórzy, zapewniam cię.
Julian odstawił kielich na stół z nieco zbyt głośnym stuknięciem. Jego dłoń, dotąd tak spokojna, przez ułamek sekundy drżała, co nie umknęło uwadze Elary.
— Zjedz, proszę. Pieczeń stygnie, a marnowanie jedzenia w tym świecie to niemal zbrodnia — powiedział, zmieniając ton na lżejszy, choć jego oczy wciąż były czujne. — W Midnight Mercury nocami pociąg „pracuje”. Metal się rozszerza, ciśnienie w kotłach szuka ujścia... To, co wzięłaś za krzyk, to tylko dusza maszyny, która nas niesie.
Elara spojrzała na swój talerz, ale jedzenie straciło cały urok. Przeniosła wzrok na kelnera. Mężczyzna w skórzanym płaszczu wciąż stał sztywno przy barze, ale teraz jego dłoń spoczywała na czymś, co wystawało spod blatu — czymś długim, owiniętym w ciemną skórę. Czy to był sztucer? A może po prostu kolejna część jego „zapętlenia”?
Pianista znów położył palce na klawiszach. Tym razem melodia była szybka, nerwowa, pełna ostrych cięć, które zagłuszały narastający szum przyspieszających kół.
— A teraz, Elaro... — zaczął Julian, a w jego głosie powróciła ta aksamitna pewność siebie. — Skoro najgorsze mamy za sobą, chciałbym, abyś jutro rano odwiedziła mnie w moim prywatnym wagonie. Mam coś, co chciałbym ci podarować. Coś, co należało do kogoś, kto potrafił docenić ciszę tak bardzo, jak ty.
Uniósł kieliszek w niemym toaście, a blask świec odbił się w jego nienaturalnie błękitnych oczach.
Pociąg gnał teraz przez ciemność, połykając kolejne kilometry nicości, a Elara czuła, że z każdym obrotem kół oddala się od wszystkiego, co znała, w stronę czegoś, czego nie da się już cofnąć.
Julian nie puścił jej dłoni, dopóki ostatnie drżenie żyrandola nie ustało. Elara czuła, że czas w tym wagonie płynie inaczej – jakby jego wzrok wyciągał z niej całą wolę walki, zostawiając jedynie czyste, pierwotne pragnienie bezpieczeństwa.
— Już po wszystkim, moja droga — szepnął, a jego głos, teraz gdy pociąg znów huczał miarowo, wydawał się najpiękniejszą muzyką. — Widzisz? Jesteś tu ze mną. Cała i bezpieczna.
Elara skinęła głową, wciąż oszołomiona. Kiedy wstali od stołu, kelner w skórzanym płaszczu skłonił się nisko, a brzęk jego ostróg brzmiał teraz jak pożegnanie z resztkami jej rozsądku. Julian poprowadził ją w stronę wagonów, których dotąd nie widziała.
Przeszli przez ciężkie, wyciszone drzwi, za którymi zapach dymu i starego srebra ustąpił miejsca woni egzotycznego drewna i...czegoś jeszcze, o czym zapomniała, że istnieje.
Przekroczenie progu jego prywatnego wagonu było jak wejście do innego świata. Zniknął stukot kół, zniknął zapach smaru i metalu. Tutaj powietrze było ciepłe, przesycone wonią drzewa sandałowego i wanilii, a podłogę wyścielały dywany tak puszyste, że stopy Elary niemal w nich tonęły.
Julian nie zapalił górnych świateł. Pomieszczenie tonęło w bursztynowym blasku dziesiątek świec, których płomienie ani drgnęły, mimo że pociąg pędził przez nicość.
— Tutaj czas nie ma znaczenia, Elaro — szepnął, pomagając jej zdjąć ciężki materiał sukni z ramion, by mogła swobodniej oddychać. — Tutaj jesteśmy tylko my i to, co udało mi się ocalić przed zapomnieniem.
Wzdłuż ścian ciągnęły się podświetlone, szklane gabloty. Nie było w nich jednak złota ani klejnotów. Elara podeszła bliżej, zafascynowana.
W jednej spoczywała wysuszona róża, która wciąż zachowała intensywną, krwistą barwę, jakby czas zatrzymał się dla niej w chwili najpełniejszego rozkwitu. W innej leżała pozytywka z pękniętą szybką, w której mała, porcelanowa baletnica zastygła w połowie piruetu. Dalej Elara dostrzegła ręcznie pisaną partyturę, pożółkłą i nadpaloną na brzegach, oraz starą, mosiężną lunetę, przez którą niegdyś ktoś musiał oglądać gwiazdy.
— To są fragmenty świata, który zniknął — wyjaśnił Julian, stając tuż za nią. Czuła ciepło jego ciała, choć nie dotykał jej bezpośrednio. — Ludzie budowali katedry, pisali symfonie, a potem pozwolili, by lód to wszystko zabrał. Ja tylko zbieram okruchy tej wielkości.
- W jaki sposób je tu zebrałeś, skoro pociąg nigdy się nie zatrzymuje? - zapytała cicho, dziwnie zafascynowana różą.
- Te relikty udało mi się pozyskać, nim otrzymałem ten pociąg — powiedział, stając nieopodal.
- A więc...musiałeś sporo podróżować. Widzieć...
- Owszem — przytaknął z pełną powagą. - Widziałem wiele rzeczy, o których istnieniu wielu się nie śniło.
Spojrzała na niego ukradkiem. W dłoniach trzymał niewielkie, aksamitne pudełeczko, tak bardzo podobne do tego, które ukryła w łóżku w swoim przedziale.
- To prezent — powiedział miękko, łagodnie, wpatrując się w nią tak intensywnie, że aż zabrakło jej tchu.
- Prezent? Dlaczego?
- Byś czuła się tu miło. Jak w domu.
- Mój do spłonął lata temu — mruknęła ze smutkiem w głosie. - Dziękuję... - przyjęła podarunek, ale nie otworzyła go. Zainteresowały ją inne drzwi, niż te, którymi weszli.
- To moje prywatne apartamenty — powiedział, delikatnie odwracając ją w swoją stronę. - Proszę, byś o nich zapomniała.
Wkrótce potem wyprowadził ją z sanktuarium, kładąc dłoń na jej plecach — gest był opiekuńczy, ale Elara czuła w nim siłę, której nie dało się sprzeciwić. Zapach wanilii i ciepło świec zostały za ciężkimi drzwiami, które zasunęły się z sykiem, znikając w ścianie korytarza. Elara stała przez chwilę w wąskim korytarzu, opierając się o chłodną ścianę. Jej serce biło o wiele za szybko jak na zwykłą wycieczkę po pociągu. W dłoni zaciskała małe, aksamitne pudełko, którego wciąż nie odważyła się otworzyć. Sama nie wiedziała, czy chce wiedzieć, co znajduje się w środku. I choć wcześniej miała już do czynienia z różnego rodzaju arystokratami, Julian wydawał się jej wręcz nierealny. W świecie, gdzie każdy walczył o przetrwanie wszelkimi dostępnymi metodami i środkami, jego stać było na ten luksus. Zadziwiające. I ta strefa milczenia. Nigdy wcześniej nie słyszała o tym miejscu, a miała wrażenie, że zwiedziła już każdy zapomniany przez ludzkość i światło kawałek ziemi. Gdzie więc się znajdowała? Odpowiedzi postanowiła szukać w bibliotece, skoro ta oferowała takie zbiory. Złapała suknię w dwa palce, by móc się swobodniej poruszać i ruszyła w stronę wspomnianego przedziału. Nie miała tylko pojęcia, że drzwi będą po prostu zamknięte. Przez pewien czas siłowała się z mosiężną gałką, ale ta ani myślała ustąpić. I wtedy usłyszała głos:
- Nie wejdziesz tam, dopóki sam ci na to nie pozwoli...
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.