
- Nic ci nie zrobią, chyba że o to poprosisz — znów ten głos. Ochrypły, zabarwiony kpiną i żalem. Odwróciła się powoli, chowając dłonie za siebie, by nieznajomy nie dostrzegł pudełka.
- Czego ode mnie chcesz? - wykrztusiła, przylegając plecami do drzwi, gdy potężny cień przed nią przybrał postać rosłego człowieka. Miał na sobie tylko skórzane, znoszone spodnie i buty sięgające kolan. Jego wielkie dłonie skryte były pod wymyślnymi rękawicami, a każdy potężny mięsień napięty, jakby nieznajomy szykował się do ataku, mimo niedbałej, wręcz nonszalanckiej pozy. Z założonymi na piersi ramionami, opierał się barkiem o winkiel wagonu, obserwując ją z nutą rozbawienia w swoich niemal czarnych, błyszczących niebezpiecznie oczach. Włosy miał długie, byle jak związane w kucyk na karku.
- Od ciebie? A czegoż ja mógłbym chcieć od najnowszej pasażerki? - wychrypiał, a jego głos przypominał dźwięk tarcia metalu o metal, tak jakby dawno go nie używał. - Po prostu daję ci życiową radę — trzymaj się z daleka od drzwi, które nie chcą cię przepuścić, byś nie wpadła w jakieś tarapaty...
Powoli skinęła głową. Uśmiechnął się drapieżnie i po prostu zniknął — cienie wchłonęły go w siebie, jakby były jego częścią. Zaskoczona zacisnęła dłoń, czując w niej zwitek pergaminu: "Nie ufaj nikomu."
Gdy tylko przeczytała ostatnią literę, pergamin spłonął w jej ręce, a popiół rozwiał się na niewidzialnym wietrze.
Elara stała nieruchomo, wpatrując się w miejsce, gdzie jeszcze sekundę temu opierał się o ścianę nieznajomy. Powietrze w tym miejscu wciąż wydawało się chłodniejsze, przesycone zapachem ozonu i starego metalu.
W jej głowie huczało. "Nie ufaj nikomu."
Ruszyła przed siebie, niemal biegnąc w stronę swojego przedziału. Każdy brzęk kryształów w żyrandolach, każdy szum klimatyzacji wydawał jej się teraz szeptem Juliana, a każdy cień pod drzwiami – sylwetką nieznajomego.
Gdy wpadła do swojego pokoju, natychmiast zasunęła rygiel. Dopiero tutaj, w bezpiecznej samotności, spojrzała na aksamitne pudełko. Położyła je na pościeli, wpatrując się w nie intensywnie, jakby chciała dojrzeć zawartość, bez otwierania.
W końcu jednak wzięła głęboki oddech i drżącymi palcami podważyła wieczko prezentu, który wręczył jej Julian w swoim sanktuarium.
Wewnątrz, na czarnym atłasie, spoczywało coś, co zaparło jej dech w piersiach. Nie był to klejnot, lecz szklany fiol, w którym wirowała gęsta, srebrzysta mgła. Gdy tylko Elara zbliżyła do niego twarz, usłyszała... śpiew. Bardzo cichy, odległy, jakby tysiące głosów nuciło tę samą, zapomnianą kołysankę.
Niemal natychmiast poczuła przytłaczającą senność. Jej powieki stały się dziwnie ciężkie. Westchnęła, kiwając się nad grubym materacem. "Nie ufaj nikomu" - te słowa znów zawirowały w jej głowie. Spojrzała na flakonik przytomniej i zatrzasnęła wieczko. Śpiew ustał, a wraz z nim odeszła senność.
Tym razem o poranku czekała na nią karminowa suknia, która w zewnętrznym świecie byłaby już tylko przeżytkiem minionej epoki, a tu...tutaj pasowała idealnie. Założyła ją, czując, że raczej nie ma wyboru w doborze odpowiedniego stroju i wyszła na korytarz. Tym razem nie usłyszała żadnej melodii granej przez sztywnego pianistę, towarzyszył jej jedynie miarowy stukot kół. Spojrzała w okno, zastanawiając się, gdzie obecnie są, ale ta dziwna wszechobecna mgła nie dała się przeniknąć. Choć miała przez chwilę dziwne wrażenie, że tam na zewnątrz coś ją obserwuje... Odskoczyła od okna, prosto w ramiona Juliana. Zjawił się za nią niczym widmo — kompletnie nie usłyszała, jak nadchodził.
- Jeśli nie chcesz się śmiertelnie przerazić, sugeruję, byś nie wyglądała za okno zbyt intensywnie, moja droga — wyszeptał jej tuż przy uchu. Jego ciepły oddech sprawił, że mimowolnie zadrżała.
Julian nie puszczał jej ramion. Jego uścisk był lekki, niemal czuły, ale Elara czuła pod palcami twardość jego dłoni. Karminowy materiał sukni szeleścił przy każdym jej oddechu, wydając się nienaturalnie głośny w tej nagłej ciszy.
— Co tam jest? — zapytała, starając się, by jej głos nie drżał. — W tej mgle... miałam wrażenie, że coś widzę.
Julian uśmiechnął się półgębkiem, ale jego oczy pozostały chłodne, skupione na jej twarzy. Delikatnie odwrócił ją od okna, zasłaniając widok własnym ciałem.
— Cienie... Wspomnienia, o których lepiej nie rozmawiać głośno, jeśli nie chce się wybudzić ich ze snu... Ta mgła nie jest nam przychylna, sama słyszałaś... Dlatego pociąg po prostu musi jechać.
Kiwnęła głową, zastanawiając się nad jego słowami. Nie zauważyła, nawet kiedy skierował ją w stronę wagonu restauracyjnego. Tym razem jednak nie było tam zastawionego stołu. Pianino stało zamknięte, a zapach jedzenia zastąpił ostry, niemal medyczny aromat.
— Zauważyłem, że nie otworzyłaś swojego prezentu do końca — zagadnął, nie zwalniając kroku. — Szkoda. Śpiew zawarty w tym flakonie pomaga przetrwać najtrudniejsze odcinki trasy. A dzisiaj... dzisiaj Midnight Mercury wejdzie w sam środek serca zimy.
Przeszli przez jadalny i po chwili zatrzymali się przed drzwiami, które poprzedniego wieczoru były dla niej zamknięte. Tym razem Julian wyciągnął z kieszeni kamizelki ciężki, srebrny klucz.
— Chciałaś zobaczyć bibliotekę — powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała nuta wyzwania. — Proszę. Ale pamiętaj o jednym: wiedza w tym pociągu jest jak ogień. Może ogrzać, ale może też spalić wszystko, co do tej pory uważałaś za prawdę.
Klucz zgrzytnął w zamku, a ciężkie, dębowe skrzydła rozwarły się z cichym jękiem. Julian zostawił ją samą, kłaniając się jej lekko i zamykając za nią drzwi.
Elara podeszła do regału, gładząc dłonią karminową suknię. Czuła się tu jak intruz. Wyciągnęła pierwszą z brzegu książkę – była ciężka, oprawiona w zielone płótno. Otworzyła ją na chybił trafił. Tekst był napisany w języku, którego nie znała, pełen dziwnych, kanciastych liter, które przypominały pęknięcia na lodzie. Przerzuciła kilka stron, trafiając na ryciny przedstawiające skomplikowane mechanizmy, których przeznaczenia mogła się tylko domyślać.
Nie szukała niczego konkretnego. Chciała tylko... poczuć, że ma nad czymś kontrolę. Że może wybrać książkę, usiąść w głębokim fotelu i po prostu nie być „najnowszą pasażerką” przez choćby pół godziny.
Jednak cisza w bibliotece nie była kojąca. Była nienaturalna. Nawet stukot kół pociągu brzmiał tu inaczej – głucho, jakby dochodził z innego wymiaru. Elara usiadła przy jednym z dębowych biurek, kładąc na nim dłonie. Czuła chłód drewna. A potem poczuła coś jeszcze — spojrzenie. Ktoś najwyraźniej ją obserwował. Wyprostowała się w fotelu, niby skupiając się na książce, ale tak naprawdę nieznacznie rozejrzała się po pomieszczeniu. Czuła mrowienie na karku, jej instynkt przetrwania dawał teraz o sobie znać. Odetchnęła głęboko, żałując, że nie ma przy sobie przynajmniej sztyletu, a suknia, choć piękna, krępuje jej ruchy. Czuła się odsłonięta i bezbronna. Aż nagle uczucie zagrożenia zniknęło tak samo nagle, jak się pojawiło. Odetchnęła cicho, a jej ramiona opadły, choć dłonie wciąż kurczowo zaciskały się na krawędzi dębowego blatu. Rozejrzała się raz jeszcze, tym razem odważniej. Regały stały nieruchomo, a kurz tańczył w smugach zielonkawego światła lamp.
Była sama. A przynajmniej tak podpowiadał jej wzrok. Próbowała znów skupić się na książce, mimo że nie rozumiała znaków w niej zapisanych, ale jej myśli i serce były zbyt rozbiegane. Wstała powoli, karminowa suknia zaszeleściła, drażniąc jej uszy w tej sterylnej ciszy. Jej uwagę przykuł dolny rząd półek w najdalszym, najciemniejszym kącie biblioteki. Książki tam nie były złocone ani oprawne w drogie skóry. Wyglądały na stare, zniszczone, niektóre miały grzbiety powiązane zwykłym rzemieniem. Klęknęła, by mieć lepszy widok, w duchu klnąc na niewygodę sukni. Gdy sięgnęła dłonią do jednego z cieńszych tomów, pod jej palcami uniósł się obłoczek kurzu, który drażnił nos. Nie było w nim druku – tylko ręczne pismo, gęste i drobne, przeplatane szkicami. Niezwykle eleganckie, a rysunki dokładne, bogate w szczegóły, przykuwające wzrok — nie rozpoznawała jednak tych miejsc. Daty... były tak odległe, że nawet ona ledwo je pamiętała. A jednak ktoś wtedy prowadził ten dziennik. Starannie i metodycznie. Niestety, nie potrafiła go odczytać, powstał w języku, którym, gdy się narodziła, władali tylko nieliczni, najodważniejsi z mędrców, a i oni używali go oszczędnie. Przełknęła nerwowo ślinę, oglądając się za siebie, ale była sama i przekartkowała notatnik. Na ostatniej stronie, w języku, który rozumiała, ktoś pośpiesznie nabazgrał jedno słowo: "Patrzą". Czuła, jak adrenalina, gorąc i strach uderzają w nią w tej samej sekundzie. Zaschło jej w ustach, gdy drżącymi rękami wpychała czyjeś wspomnienia z powrotem na swoje miejsce. A gdy się obróciła, by wyjść, drogę zasłaniał jej czarny cień — mężczyzna z tatuażami.
Elara zastygła w bezruchu, wciąż na kolanach, z dłońmi brudnymi od pyłu starych dzienników. Karminowy materiał sukni rozlał się wokół niej niczym plama krwi na ciemnym dywanie. Mężczyzna stał tam, niewzruszony, wypełniając sobą niemal całe przejście między regałami. W półmroku biblioteki jego tatuaże zdawały się pulsować, jakby żyły własnym, podziemnym życiem.
Nie uśmiechał się już drapieżnie. Jego twarz była maską skupienia, a czarne oczy lustrowały każdy centymetr jej twarzy, szukając śladów obłędu lub zdrady.
— Mówiłem, żebyś nie szukała drzwi, które nie chcą cię przepuścić — wychrypiał, a jego głos w tej sterylnej ciszy brzmiał jak kruszący się lód. — A ty poszłaś o krok dalej. Zaczęłaś grzebać w grobach.
Zrobił powolny krok w jej stronę, a Elara poczuła bijący od niego chłód – ten sam, który czuła, gdy patrzyła w okno na mgłę. Nie pomógł jej wstać. Czekał, aż sama znajdzie w sobie siłę, by stanąć przed nim twarzą w twarz.
— Co to za język? — wykrztusiła, wskazując drżącą ręką na dolną półkę, choć wiedziała, że nie powinna przyznawać się do tego, co widziała. — I kto... kto patrzy?
Nie zdążył jednak odpowiedzieć. W tej samej sekundzie, w której otwierał usta, rozległ się świdrujący, bolesny dla uszu dźwięk dartego metalu, a oczy mężczyzny zrobiły się okrągłe ze strachu. Błyskawicznym ruchem poderwał ją z ziemi, zamykając w uścisku ramion silnym jak imadło, przykładając jej swą dłoń do ust. Jego oczy wyrażały tylko jedną komendę: milcz! A więc milczała, podczas gdy pociąg przyspieszał. Nie wiedziała, ile czasu tak stali w śmiertelnej ciszy, ale dla niej była to wieczność. Zauważyła jednak, że cienie, które wcześniej go zabrały, teraz otaczają również ją samą, tak jakby miały za zadanie ją chronić... Gdy wreszcie ją puścił, jego twarz wyrażała już tylko gniew.
- Pociąg się nie zatrzymuje, ale to wcale nie znaczy, że jest niezniszczalny. Twój strach sprowadził nam na głowy ogromne niebezpieczeństwo. Nigdy. Więcej. Tego. Nie. Rób — wycedził przez zęby i zniknął. Najwyraźniej była to jego stała metoda przemieszczania się, choć nigdy nie słyszała, by jakakolwiek znana światu istota była do tego zdolna. Powoli wypuściła wstrzymywane powietrze, gdy drzwi biblioteki otwarły się z hukiem. W progu stał ubrany w nieskazitelną biel Julian. Wyglądał na wstrząśniętego.
Julian stał w wejściu do biblioteki, a jego zwykle nienaganna twarz była teraz maską skrajnego napięcia. Biel jego garnituru zdawała się świecić w półmroku pomieszczenia, tworząc upiorny kontrast z karminem sukni Elary, która wciąż stała w miejscu, gdzie przed chwilą trzymał ją mężczyzna z tatuażami.
— Elaro... — wychrypiał Julian, a jego głos, zazwyczaj aksamitny, teraz drżał. Zrobił kilka szybkich kroków w jej stronę, chwytając ją za ramiona i niemal potrząsając. — Nic ci nie jest? Ten dźwięk... czy coś widziałaś? Czy ktoś tu był?
Jego oczy gorączkowo przeszukiwały bibliotekę, zatrzymując się na moment na dolnych półkach, gdzie leżały stare dzienniki. Elara czuła, jak jej własne serce próbuje przebić się przez żebra. Wciąż czuła na ustach chłód skórzanej rękawicy nieznajomego i echo jego gniewnego szeptu.
— Nie wiem, co to było... — skłamała, a jej głos brzmiał słabo i obco. — Pociąg... zadrżał. Jakbyśmy w coś uderzyli.
Julian odetchnął głęboko, starając się odzyskać panowanie nad sobą, ale jego dłonie wciąż zaciskały się na jej ramionach zbyt mocno.
— To tylko... lód — powiedział, choć nie brzmiało to przekonująco. — Napotkaliśmy twardszą barierę. Musimy przyspieszyć, by wyrwać się z objęć tej nawałnicy. Chodź, nie możesz tu zostać. To miejsce... bywa zdradliwe, gdy pociąg walczy o kurs.
Wyprowadził ją z biblioteki, niemal ją niosąc. Elara szła posłusznie, ale w głowie wciąż dźwięczały jej słowa nieznajomego: "Twój strach sprowadził nam na głowy ogromne niebezpieczeństwo".
Julian nie puszczał jej ramion, dopóki nie znaleźli się w głównym korytarzu, z dala od dusznej atmosfery biblioteki. Jego oddech był szybki, a na wysokim czole perlił się pot, którego wcześniej u niego nie widziała. Ten widok – niemal skruszonej maski idealnego gospodarza – był dla Elary bardziej niepokojący niż sam hałas.
— Musisz mi zaufać, Elaro — powiedział, gwałtownie przystając i zmuszając ją, by na niego spojrzała. — Ten dźwięk... to była anomalia. Lód bywa agresywny, a pociąg, choć potężny, musi walczyć o każdy metr torów. Twój pobyt w bibliotece... to był błąd. Nie jesteś jeszcze gotowa na te prawdy.
Elara milczała, wciąż czując na plecach echo chłodu tych ochronnych cieni nieznajomego. Wiedziała już jedno: Julian boi się tego, co jest na zewnątrz, podczas gdy ten drugi zdaje się to rozumieć i potrafi przed tym chronić.
— Odprowadzę cię do przedziału — uciął Julian, odzyskując resztki swojej chłodnej dominacji. — Zostaniesz tam, dopóki nie miniemy tego odcinka. Kolacja zostanie podana do twoich drzwi. Midnight Mercury musi teraz skupić całą energię na przetrwaniu nawałnicy. Nie opuszczaj pokoju. Pod żadnym pozorem.
Gdy zamknął za nią drzwi i usłyszała szczęk zamka, Elara nie rzuciła się na łóżko. Podeszła do lustra i spojrzała na swoją karminową suknię. Była pognieciona tam, gdzie nieznajomy ją trzymał. W miejscu, gdzie on przyłożył jej dłoń do ust, skóra wciąż mrowiła.
Pociąg pod ich stopami wył, a pęd, z jakim teraz się poruszali, sprawiał, że meble w przedziale wpadały w lekkie wibracje. Julian kazał jej czekać, ale słowa mężczyzny z tatuażami o tym, że to jej strach sprowadził niebezpieczeństwo, nie dawały jej spokoju.
Usiadła przy małym stoliku, starając się odzyskać spokój. Nie było to łatwe, zwłaszcza będąc zamkniętą w tej metalowej puszce, jaką był pociąg i bez możliwości ucieczki. I to słowo "Patrzą". Ale kto? Było tyle istot, które obserwowały, a z żadnym wolała nie wchodzić w konflikt. Zwłaszcza teraz, gdy sama musiała oswoić się z całą sytuacją i... Pudełko! Rzuciła się ku łóżku, nerwowo rozgrzebując pościel. Było dokładnie tam, gdzie je zostawiła, bezpieczne i nienaruszone. Nikt z pozostałych pasażerów nie mógł się dowiedzieć o jego istnieniu. I wtedy to do niej dotarło, oprócz obsługi, gospodarza, Serafiny i tajemniczego władcy cieni, nie widziała nikogo innego. Jak to w ogóle możliwe?!
1 komentarz
Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż konto za darmo.
Shadow1893
Dobra część! Jej strach ma ogromny wpływ na to, co się wokół dzieje. Nikt nie mówi niczego wprost… Elara ma trudną zagwozdkę do rozwiązania, poza tym, jak się wyciszyć, skoro, gdzie nie spojrzy, jest coś, czego nie rozumie. Ciekawi mnie, co by się stało, gdyby pociąg stanął? Niewykluczone, że z czasem do tego dojdzie, bo bohaterka pociąga za struny, których wszyscy się obawiają. Pozdrawiam!
elenawest
@Shadow1893 wiele może się stać, jeśli pociąg stanie 😁