Wojna z Willym

Wojna z WillymOpowiadanie nie jest mojego autorstwa.  

Jakiś czas temu wpadła mi w ręce książka będąca zbiorem opowiadań autorstwa Stanisława Sępa-Szarzyńskiego pod tytułem: "W służbie latającego smoka". Sęp-Szarzyński w czasie II wojny światowej był lotnikiem 301 Dywizjonu Bombowego "Ziemi Pomorskiej". Książkę wydano w Londynie w 1957 roku, więc z oczywistych względów w PRL-u nie było mowy o jej publikacji, a z kolei w dzisiejszych czasach raczej mało kto już o tym pomyśli, więc w efekcie rzecz jest prawdopodobnie dość słabo znana. No i z tego powodu pomyślałam sobie ostatnio, że może choć jedno z opowiadań z tej książki podrzucę, żeby może trafiło do większego grona odbiorców, zamiast zostać całkiem zapomniane.

Zostawiłam oryginalną pisownię, jaką opowiadanie jest napisane. Odstaje ona od dzisiejszych standardów, ale taki już urok starych książek. ;)

Co do czasu samego opowiadania. Wspomniany w nim lot na bombardowanie Essen, w którym brała udział załoga, w której latał Sęp-Szarzyński, a który według opowiadania miał miejsce niedługo przed Wielkanocą, mógł być jednym z dwóch, które w tym czasie miały miejsce: albo był to lot w nocy z 25 na 26 marca 1942, albo lot w nocy z 26 na 27 marca 1942.

Na zdjęciu zaś, samolot Vickers Wellington polskiego 301 Dywizjonu Bombowego "Ziemi Pomorskiej" na lotnisku w RAF Station Hemswell (na którym ma miejsce akcja opowiadania) w hrabstwie Lincolnshire, 1941 rok.



Stanisław Sęp-Szarzyński
Wojna z Willym


Wojna, która zwycięzcy daje sympatię i zaufanie zwyciężonych jest wydarzeniem tak niezwykłym, że zasługuje na upamiętnienie choćby była nawet wojną zupełnie małą. W takiej maleńkiej wojnie, której rys historyczny tu skreślam na wiecznej rzeczy pamiątkę, stronami walczącymi byli Group Captain Willy, komendant jednej z wielkich stacji bombowców, uzbrojony w cztery paski na rękawie, grube księgi królewskiego regulaminu, arsenał zarządzeń, szczegółowych przepisów i wielu innych papierowych środków walki. Z drugiej my, załogi dwóch polskich dywizjonów, uzbrojeni w wielkie i nie znoszące tam umiłowanie wolności.

Wojna, jak to bywa, zaczęła się od drobiazgów, stopniowo nabierała mocy, by wreszcie toczyć się, jakby jakiś nieodzowny dodatek, obok niemrawego walca wielkiej wojny. Ta mała wojna przybierała chwilami już to postać groteskową, to znów zgoła dramatyczną. Zaczęło się więc bodaj od futrzanych butów przeznaczonych wprawdzie tylko do latania, ale w których chodziło się od rana do wieczora.

Willy, poza wyraźnymi przepisami, miał za sobą tę gorszą z ludzkich racji, tak zwaną rację obiektywną. Futrzane buty prędko niszczą się przy chodzeniu, a ponadto, gdy są wilgotne, stają się na wysokości przyczyną odmrożeń – obwieścił nam znaną prawdę, wbrew naszej prawdzie, mówiącej, że w tych właśnie butach chodzi się bardzo wygodnie, a kiedy parują na nogach, wspartych o krawężnik buzującego kominka, miłe ciepło rozchodzi się po całym ciele jakby po kieliszku starego węgrzyna.

– Będę ciągle buty zmieniał – obruszył się każdy z nas, gdy tylko sprawa butów znalazła się na tablicy ogłoszeń i rozkazów.
– Dobrze mu mówić, on ma tylko jeden but do zmiany – zauważył ktoś na marginesie dyskusji, w której rezultacie rozkaz Willego dotyczący butów został załatwiony przez nas odmownie. Słuszną uwagę że Willy ma tylko jeden but do zmiany powitano, jako wcale niezły żart, bo Willy jedną ze swoich dolnych kończyn postradał gdzieś w Indiach, więc tylko o pozostałą musiał się troszczyć.

Brak nogi bynajmniej nie powiększał autorytetu naszego komendanta. Chyba to jasne, że człowiek bez nogi powinien mieć w sobie odpowiednią ilość pokory w stosunku do ludzi, którzy posiadają wszystko w komplecie. Tymczasem Willy nie posiadał w sobie pokory ani za ćwierć pensa, więc choćby tylko to wystarczyło, żeby go nie lubić. Ale gdyby było tylko to! Od butów się zaczęło, ale za butami przyszedł zakaz chodzenia do messy w battle dressie, zakaz chodzenia w kożuszkach do latania i zupełnie nietaktowne napomknięcie, że benzyna lotnicza nie jest przeznaczona do samochodów.

Nasza pozycja była mocna. Willy przecież – gdyby doszło do poważnej awantury – mógł tylko teoretycznie oddawać nas pod sąd. Wielka wojna, losy cywilizacji i w ogóle święta sprawa walczącej demokracji wymagała byśmy tymczasem pouczali bombami o czym należy zbłąkaną część ludzkości, nie zaś, czego zapewne pragnął Willy, przekonywali się w areszcie o słuszności jego zarządzeń dotyczących butów, kożuszków i tym podobnych spraw.

W tej sytuacji poprzestanie na biernym oporze byłoby nudnym umiarem, którego urok znajduje człowiek dopiero wtedy, kiedy umiar staje się cnotą z potrzeby, lub – czego dziś trudno wymagać – kultywuje tak zwane cnoty rycerskie z epoki średniowiecznego barbarzyństwa. Oba te motywy były dla nas zgoła nieaktualne, a pragnienie zalania Willemu gorącego sadła za skórę nakazywało nie tylko paradować w futrzanych butach i kożuszkach, ale również dokuczyć mu jak tylko nadarzy się ku temu sposobność.

Stało się to tym bardziej potrzebne, kiedy Willy wyciągnął z lamusa przepisy dotyczące kar pieniężnych i tak uzbrojony zaczął na nas polować z zasiadką na ambonie, jak to się u nas praktykuje na dziki. W tych łowach rolę dziczej ambony spełniał gabinet Willego, mieszczący się na pierwszym piętrze budynku komendy. Przez okna tego niedobrego pokoju można było obserwować drogi prowadzące z mess do hangarów. Wprawdzie z okien tych nie padały strzały, ale gdy tylko nawinął się taki w futrzanych butach lub kożuszku, z budynku komendy wypadał podoficer policji lotniczej, szybkim krokiem przecinał zwierzynie drogę, z przytupem stawał na baczność, salutował na dwa tempa i był bardzo sorry ale komendant kazał na chwileczkę prosić "sera" do siebie.

Cóż, trzeba było iść... Nigdy bestia nie stał przy oknie a zawsze wypatrzył! Czaił się widać w głębi pokoju. To nie było ładnie, a już zupełnie nie pasowało do powagi wysokiego stanowiska.

Willy na pierwszy rzut oka robił wrażenie raczej dodatnie: taki sobie pan w średnim wieku, średniego wzrostu, średniej tuszy, o cerze czerwonej i oczach niebieskich. Kiedy szedł lekko utykając, wyprostowany, błyszczący starannie wyczyszczonymi guzikami, wieszczący z dala swoje dygnitarstwo złotymi liśćmi na daszku czapki – to co tu gadać – budził respekt.

Zato w messie, wyzbyty dygnitarskiej postawy, zupełnie niknął gdzieś w ustronnym fotelu. Niedostrzegalny, milcząc sączył swoje whisky, ssał swoją fajkę, a prawie zawsze odgradzał się od świata płachtą gazety i trwał za nią godzinami, zapewne w głębokim przeświadczeniu że ten wzniesiony przez niego mur z papieru zupełnie dobrze zastępuje ściany prywatnego domu.

Willy był pilotem początkującym. W Indiach służył pono w jakiejś zajęczej i bardzo kolorowej formacji. Teraz, po całej parady wojennych kursach pilotażu, bez "nabicia ręki" i bez O.T.U. chciał koniecznie wojować choćby jako drugi pilot.

U nas tacy starsi panowie ze złotem na daszkach, jeżeli już koniecznie chcieli obdarzyć swoje gapy zielonymi wiankami, latali jako przedni strzelcy i to rozumie się wyłącznie ze starymi wygami. Do tego nie potrzeba było wielkich umiejętności: ostatecznie wystarczyło żeby jegomość nie grzał do własnych samolotów i nie krzyczał w chmurach: "zawracać bo obmarzamy", a nad celem miał szczęście nie oberwać jakim kawałkiem żelaza. Willy piastował jednak ambicje większe i do ich realizacji brał się z uporem nie mniejszym niż do tępienia objawów naszego umiłowania wolności: Willy trenował. Trenował nocne lądowanie i start z piaskowymi bombami i bez bomb, wchodzenie na wysokość i Lorentza, no i co dzień z dobrą godzinę Lingtrainera. Wreszcie którejś tam nocy poleciał na wojnę. Była to Ostenda czy jakiś tam inny cel dla niedoświadczonej młodzieży. Wkrótce potem poleciał bestia na Ruhrę. Kto w tym czasie bywał nad Ruhrą, musi przyznać że taka wycieczka nie należała do przedsięwzięć bezpiecznych. Trzydzieści tysięcy dział pracowało nie na żarty. W powietrzu wyrastały coraz to nowe haszcze i z dołu bez przerwy wędrowały szeregi różnobarwnych świetlików tworząc nad całym zagłębiem zaporę – jakby na zdrowy rozum wyglądało – niepodobną do przebycia. Po prostu zliczyć trudno ilu zestrzelili. Jak się wracało, to często z dziurami a bywały dziury jak przerębel.

Willy zaraz po tym locie dotknął nas bardzo boleśnie. Ni mniej nie więcej tylko śmiał, on, fresher z zajączego wojska, powiedzieć nam, podziwianym, hołubionym, co raz to odznaczanym, że latamy zbyt wysoko! Jakby ten czarci młyn nad Ruhrą, w którym ginęły jak ćmy w ogniu najlepsze załogi, pozwalał na stosowanie z aptekarską dokładnością zarządzeń panów siedzących sobie w wygodnych fotelach wysokich dowództw.
– Poczekaj, zającu, będziesz teraz latał nisko – mruknął na to pilot, z którym Willy odbył swój ogniowy debiut, a gdy to mówił z jego miny można było wnosić że nie mówi na śmiech.

No i rzeczywiście Willy zaczął latać nisko. Odbywało się to mniej więcej w ten sposób: dochodzą do celu, jak zwykle mało co widać, a tylko wszędzie ognie, błyski, naświetlone przesłony chmur i dymów...
– Widoczność mała, trzeba zejść – stwierdza chłodno leżący nad celownikiem nawigator.
– Schodzimy – wyrokuje pierwszy pilot.

Willy nic, siedzi cicho. Odłamki bębnią raz po raz. Trzasło po szybie – wiatr tnie po oczach. W uszach wzbiera ciśnienie, szybkość rośnie, wysokość maleje, maleje, maleje...
– Widzisz Ren? –pyta pierwszy pilot Willego.
Willy kiwa głową, że widzi.
– A mosty widzisz?
Willy znów kiwa głową.
– Zato Anglii, strusiu głupi, już nie zobaczysz! – mówi pilot po polsku, niby żartobliwie, ale przecież zły, że tamten jakoś nie taje, a w chwilę potem wyprowadza maszynę z piki i kładzie w wiraż.
– Co to? – pyta Willy wreszcie trochę ożywiony.
– Trzeba dobrze naprowadzić na cel – otrzymuje rzeczową odpowiedź.

Zapewne jednak Willy pożyczył sobie z diablego banku więcej niż uncję szczęścia, bo choć wracał na maszynach poszarpanych jak ineksprymable dziada po spotkaniu ze stadem rozsierdzonych kundli, ale przecież wracał zdrów i cały i uparcie – choć to wcale do niego nie należało – kazał się wpisywać na dalsze loty.

Taka była pierwsza faza naszej wojny z Willym. Skończyła się dla nas niepomyślnie. Co tu owijać w bawełnę – skończyła się naszą klęską. Mianowicie gazety zamieściły fotografie Willego i artykuły o nim jako o "człowieku który najniżej lata nad Ruhrą"... Potem dostał krzyż.

Od tego czasu Willy chodził jeszcze sztywniej, jeszcze szczelniej odgradzał się w messie murem z gazety i dalej sobie polował na futrzane buty i kożuszki.

Czyż mieliśmy pogodzić się z losem zwyciężonych?  

Wkrótce zaczęła się druga faza wojny z Willym. Zaczęła się Willego przegraną a zakończyła się jego prośbą o zawieszenie broni! A było to tak: Jak wiadomo w dobie wojennych ograniczeń benzyny nawet specjalnie uprzywilejowani dostawali jej o wiele mniej niżby chcieli. My, lotnicy bojowi, dostawaliśmy kartki na sześć galonów miesięcznie i na pięćset mil co sześć tygodni na urlop.  

Sześć galonów to bardzo mało, zwłaszcza gdy na wycieczkę do najbliższego miasta trzeba było zużyć dwa galony. Według bezdusznych obliczeń każdy z nas, posiadaczy nierzadko pięknych, za psie pieniądze w tym powszechnym głodzie benzynowym nabywanych wozów, mógł sobie pojechać do miasta – no, już licząc z czubem – raz na tydzień. Tymczasem w każdy bezlotny dzień, a takich dni była w tej zimie gruba większość, pędziły nasze wozy przez ciche wioski, buńczucznym warkotem budząc w sercach tubylców uczucia brzydkiej zazdrości a w umysłach nietrudne do odpowiedzi pytania: "Skąd u licha ci cudzoziemcy mają aż tyle benzyny?".

Kontrole na drogach stwierdzały jednak zawsze naszą niewinność, choć do znudzenia często, z czarującym uśmiechem, zatrzymywano nasze wozy celem pobrania, ot tak dla zasady, próbek benzyny. No i zawsze, w 100%, nasza benzyna była najprawdziwszą benzyną przeznaczoną do prywatnego użytku. Nigdy ani kropli benzyny lotniczej. Skądżeby? Z Wellingtonów? My?!

Mogę zapewnić wszystkich jak najbardziej uroczyście że na naszej stacji nie praktykowano takich brzydkich rzeczy jak filtrowanie zabarwionej benzyny lotniczej przez pochłaniacze masek gazowych, węgiel drzewny, płatki kartoflane i t. p. Te wszystkie uciążliwe i w rezultacie kiepskie sposoby były u nas w głębokiej pogardzie. Czy mogę jednak, zważywszy na wrażliwość sumienia, zapewnić choćby już mniej uroczyście, że geniusz naszej młodej rasy nie rozwiązał problemu benzyny w jakiś inny sposób, dziecinnie prosty i dlatego pewny? Ha, trudno... ludzie są grzeszni, więc nie każdy nadaje się na głodnego sługę w domu pełnym obfitości. Pamięć mnie zawodzi jak to z tym było, dość że za każdym razem z kontroli drogowych wychodziliśmy, a raczej ruszaliśmy, czyści i z podniesionym czołem.

Trwało to aż do pewnego dnia, kiedy przed hangar zajechał Willy swoim wozem służbowym w towarzystwie dwóch cywilów o czujnych i budzących czujność minach legawców wiedzionych w pole. Widząc te miny, trudno było wątpić że przybyłe towarzystwo żywi wobec nas jakieś złe zamiary.
– Pewno zwąchali świnię – przestraszył się młody sierżant, z cywila czeladnik rzeźnicki, a obecnie właściciel świni, która – jako że Wielkanoc była za pasem – przyleciała z wyspy Man, w cichości zakończyła życie i właśnie z wielką ostrożnością wędziła się w postaci szynek i kiełbas w zaimprowizowanej w pobliskim lasku wędzarni.

Nie chodziło jednak o świnię.
– Wszyscy panowie, którzy posiadają wozy zechcą oddać kluczyki od swoich garaży – oznajmił nam na powitanie Willy.

A bodajby cię. Teraz nas mają w saku! Willy patrzył na nas jak gdyby nigdy nic, ale w pewnej chwili poprzysiągłbym że z jego oczu pokazuje rogi mały diablik poczęty z tchu okrutnika, a zrodzony z mosiężnej trąby głoszącej jego triumf.  W tej właśnie chwili za Willym uchyliły się drzwi i stanął w nich młodziutki i dziewczęco nieśmiały podporucznik Boćko. Stał kilka sekund i z twarzą pełną zgrozy bezszelestnie zniknął.

Dalszy przebieg wypadków znam już tylko z opowiadania. Bo cóż my?... Składaliśmy te kluczyki od garaży z uczuciem takim jakbyśmy składali na stos własne i własnoręcznie ucięte głowy.

Tymczasem Boćko... Któżby się spodziewał godnego podziwu ducha w tym chłopcu o oczach sarny. Kiedy pędził do garażu na wziętym od mechaników rowerze, zapewne był opanowany jedyną myślą, a mianowicie czy zdąży usunąć ze zbiornika swego samochodu lotniczą benzynę, a z garażu wynieść gdzieś w krzaki właśnie świeżo naszykowaną bańkę z czterema galonami fatalnego płynu.

Często w rzeczach wielkich rolę bardzo dużą, niekiedy rolę decydującą, odgrywają drobne przypadki zdumiewające nieodzownym wydarzeniem się akurat w porę. Taki właśnie przypadek sprawił, że podporucznik Boćko mógł dokonać czynu naprawdę wielkiego. Trzeba bowiem trafu że w owym pamiętnym dniu automatyczna kłódka w drzwiach garażu Willego nie była zatrzaśnięta. Po prostu Willy nie docisnął kabłączka.

– Doznałem chwili olśnienia, nie wierzyłem własnym oczom – opowiadał nam później Boćko, wlewając w siebie którąś tam z rzędu dubeltową miarkę whisky na chwałę wielkiego dnia. Wzrok jednak nie zawodził naszego bohatera. Spróbował – kłódka była niedomknięta. Dalej potoczyło się wszystko gładko jak w scenariuszu filmowym: Prędko do swojego garażu, łaps bańkę z benzyną lotniczą, szybki rzut oka czy nikt nie widzi. Dobra! Ani żywego ducha. Teraz prędko do garażu Willego i cztery galony benzyny lotniczej znajdują pomieszczenie we wnętrzu sportowego "Jaguara", który tak rzadko bywał syty.
– Truchlałem że nadjadą, ale modliłem się do św. Antoniego i zdążyłem akurat w porę – wzdychał Boćko, wspominając krytyczną chwilę.

Group Captain Willy, dwóch tropicieli i jeden z naszych zabrany w charakterze świadka, niebawem nadjechali.
– To jest mój garaż, panowie zechcą zacząć od mojego – rzekł, wysiadając z samochodu pewny siebie Willy.
– Ależ, sir, to zupełnie zbyteczne – uprzejmie zapewniał starszy z legawych.
– Proszę panów zacząć kontrolę od mojego wozu – przeciął dyskusję Willy i osobiście otworzył drzwi swego garażu.

Stało się. Chwila, a wszyscy obecni zakrzepli w słupy soli. Nie dziwota – benzyna w zbiorniku Jaguara była w trzech czwartych najprawdziwszą benzyną lotniczą! Willy podobno miał minę taką jakby z własnej kieszeni wyciągnął zamiast chustki do nosa żywego lorda majora Londynu w jego uroczystym stroju. Legawi też mieli miny, wyrażające całkowity paraliż ośrodków myślenia.

Pierwszy ocknął się Willy, sięgnął po kopciuch, schował go z powrotem i rzekł:
– Proszę spisać protokół, nie mam nic do oświadczenia.

Później już doprawdy było bagatelą, że w tym i owym wozie znaleziono lotniczą benzynę.

Czy Willy sam spowodował tę tak niefortunną dla siebie kontrolę? Trudno na to pytanie odpowiedzieć z całą pewnością, w każdym razie byliśmy przekonani że tak. Później mówiono że nasz biedny komendant bez najmniejszej próby wyjaśnień zapłacił grubą karę. Jedni mówili o stu funtach, inni o pięciuset. Nasi zapłacili grzywny raczej symboliczne, bo jeżeli sam komendant stacji...

Willy chodził teraz z mniejszym dostojeństwem, ale łypał złym okiem. Policja lotnicza czepiała się szeregowych o byle głupstwo, a oficerowie raz po raz musieli słuchać cierpkich pouczeń. Napięcie rosło. Wreszcie bomba pękła. Pewnego dnia, a raczej pewnego wieczoru, miało być przedstawienie Ensy. Sala pełna, po pierwszym dzwonku zjawia się Willy i lekko utykając kroczy do swego miejsca. Polacy jak na komendę wstali. Willy  na ten objaw szacunku odpowiedział łaskawym gestem "że on tego nie wymaga". Kiedy już zasiadł, Polacy hurmem ruszyli do wyjścia. Za Polakami, jak owce, dziewczęta z W.A.F., a strusie z obsług za nimi na wyprzódki, snać wyznając zasadę, że zawsze jest dobrze, a w wojsku najlepiej, bez mędrkowania robić to co robią inni. Cios był potężny, nawet jak na mocne nerwy Willego. Spontaniczna, a tak solidarna manifestacja niechęci ze strony podwładnych. Z takiej sytuacji niełatwo znaleźć dobre wyjście. Bo cóż? W łeb sobie strzelić? Owszem może i ładnie ale bardzo głupio. Podać się do dymisji? Też głupio, choć już trochę mądrzej.

Willy znalazł trzecie wyjście, zupełnie niespodziewane. Mianowicie zaprosił wszystkich oficerów na whisky pojednania, wymamrotał ciepłych kilka słów jak to on nas sobie bardzo ceni... Nasi oczywiście zmiękli, boć na dobre słowo zawsze łowi się Polaków nieporównanie łatwiej niż pstrągi na sztuczną muchę. Następnego dnia Willy odwiedził messę sierżancką i ojcowskim przemówieniem przytłumił żar.

Nastało zawieszenie broni. Trwało krótko. Chyba nie więcej niż kilka dni. Zakończyła je trzecia, ostatnia faza wojny z Willym. Ta faza trwała ledwie kilka godzin.

Miało się na wiosnę. Jak to na przedwiośniu szły od Atlantyku nieskończone zwały deszczowych chmur. Ciągnęły nisko, spowijając raz po raz gęstymi welonami czuby co wyższych drzew i szczyty kominów fabrycznych. O lataniu ani marzyć. Po kilku dniach rozdął się wiatr, przejaśnił trochę przy ziemi, ale na przemian lało, siąpiło, mżyło, grzbiety Wellingtonów ociekały wodą, brezenty mokły, a wiatr porywał krople wody, skłębiał, wiązał w olbrzymie miotliska, by nieść nimi po polach i łomotać w okna domów. Lotnisko rozmiękło tak, że można było w nim buty zgubić. Brać lotnicza ziewała po hangarach, powtarzając nudne cokpitryl, ćwicząc Linktainera, bombardowanie na niby i wystukując na brzęczyku ti, ti, tii, tii. Jak tylko kto mógł wyrwać się przed końcem zajęć, pomykał do messy, bokami, przezornie omijając okna "ambony" Willego.

Któregoś dnia tej pluchy – rżnęliśmy akurat w pokera, czekając na lunch w dobrze ogrzanej messie – staje przy nas pilot mej załogi i mówi: – Lecimy dziś na wojnę, odprawa o drugiej.

– Nie przeszkadzaj i tak odwołają – zbył go któryś i otworzył w ciemno coś z dziesięciu szylingów. Przygrzałem i funta, bo miałem – pamiętam – dwie asowe. Towarzystwo w krzaki, więc wziąłem pulę psim swędem i na tę intencję zamówiłem pod obiad pięć dubeltowych, uczciwie, po polsku, to znaczy bez sody. Właśnie wypiliśmy tę whisky kiedy wszedł Willy. Obrzucił nas żabim okiem i powiedział: – Dziś mamy loty operacyjne.

– Nic z tego nie będzie, lotnisko rozmiękłe – zapewniłem go.

Willy nie zaszczycił mnie odpowiedzią, tylko zaczął nabijać fajkę, przy czym nastroszył się jak zmarznięty wróbel.

Odprawa przeszła w nastroju aby zbyć – przecież z lotniska dosłownie miska porydżu, kaczka by ugrzęzła.

"Cel na tę noc Essen. Przewidywana widoczność jedna mila. Nad celem pokrycie chmur średnie. Kolory dnia podadzą o osiemnastej i może będą już i nieprzyjacielskie kolory. W razie kłopotów proszę pamiętać D.F.F. na zaczep trzeci". Oficer "Met" nieufnie spoglądał na zapłakane szyby, a siedzący obok mnie Boćko szkicował główkę wampirzycy o zdumiewająco długich rzęsach i półgłosem deklamował:

Oto naszych nocy sen:
Jarzy się Essen łuną,  
Błyska żyłą rtęci Ren,
W pożarny dym otulon.

– Po licha to zawracanie głowy, kiedy i tak odwołają – zrzędził nasz nawigator, człapiąc wraz ze mną do budynku odpraw. Obok przemknął służbowy wóz Willego z dufnym siebie sykiem prując łaty wody pokrywające wklęsłość betonowej jezdni.
– O, skręca na szosę, może jedzie do grupy przywieźć nam runway – zauważył jakiś dowcipniś. Mówiąc nawiasem, brak betonowych rozbieżni stanowił wadę, ale i zaletę naszego lotniska. Wadę, bo na rozmiękłym lotnisku można się było głupio zabić, zaletę, bo gdyby były rozbieżnie ganialiby nas na wojnę co noc. Niemniej utyskiwanie że to tu i tam są runwaye a u nas nie, należało do przyjętych zwyczajów.

Mimo całkowitej pewności, że loty zostaną odwołane, trzeba się było przygotować. Dzień był popsuty. Pod wieczór przerzedziły się chmury, a chwilami przecierał się gdzieniegdzie anemiczny błękit, czego nie bywało chyba od tygodnia. Na lotnisku mew ani posiał, więc było pewne, że pogoda szła. Mała pociecha, bo żeby nawierzchnia jako tako przeschła, trzeba było pogody ze dwa trzy dni.

Nadeszła pora kolacji. Jakoś w głośnikach ciągle nie odzywało się oczekiwane "Attention, please! Attention! Operational flying for to-night is cancelled". Wyglądało na to, że Willy uparł się zagrać z losem w orła i reszkę. Zagrać nami, nie sobą, bo sam miał nie lecieć. Jeżeli, gdy doszliśmy do tego wniosku, Willy nie został nazwany kanalią, to zawdzięczał to nietyle względom kurtuazyjnym ile temu, że słowo kanalia rzucone na niego przy tej właśnie okazji mogłoby stawiać maleńki znak zapytania nad odwagą tego, który by to słowo rzucił.

Po kolacji czas było zbierać się.

W ów wieczór ciągnęło bractwo do hangarów niby to beztrosko, ale na pewno niejeden odczuwał w gardle mdły smak niepokoju. Przecież nie tak dawno, chociaż lotnisko nie było tak rozmiękłe, choć nie miała bomb i w zbiornikach dwóch ton paliwa, zginęła przy starcie jedna z załóg. Żar od płonącej benzyny był taki, że nawet służba ogniowa w azbestowych pancerzach nie mogła podejść, a z wnętrza tego piekła na przekór rozumowi, straszliwie długo, wzbijał się i opadał, nie ludzki i już nawet nie zwierzęcy, świdrujący mózg i szpik w kościach – krzyk. Gdy wreszcie zamarł, poczęły trzaskać kastaniety wybuchających pocisków, huczały płomienie, a czerwone blaski tańczyły na milę wokół. Jak to czasem trudno coś zapomnieć. Niby minęło, zapadło się w przeszłość, a tu nagle, czy się chce czy nie, staje tuż, nie odstępuje. Może to dobra rada w różnych bajkach żeby, gdy się idzie na szklaną górę,  nie oglądać się, iść naprzód i patrzyć tylko przed siebie. Cóż, kiedy zwykle łatwiej jest radzić, niż do rad się stosować.

Przed północą w słabo oświetlonym pokoju ciągle jeszcze czekały załogi wyznaczone do lotu. Wszyscy byli w tych dziwacznych strojach na poły nurków na poły Eskimosów, które wdziewaliśmy na bojowy lot. Żółta kamizelka ratunkowa, szerokie i grube szelki spadochronowe podkreślające swoją moc potężnymi hakami karabinierek i stalowym kręgiem zatrzasku. Pod tym ciężkie futrzane kombinezony.

Taki strój nie sprzyja ruchliwości, ale sprzyja wędrówce myśli i obrazów. Mówiło się mało, a dym z papierosów tłumił ostrość światła dwóch słabych żarówek. Z czarnej tablicy już dwukrotnie zmazano cyfry oznaczające godzinę startu i w ich miejsce wpisano nowe, podające czas o godzinę późniejszy. Dowódca dywizjonu badał nawierzchnię lotniska i ugrzązł swoim wozem w gęstym i lepkim błocie. Teraz rozmawiał przy oknie z sierżantem Somą, doskonałym pilotem, który miał startować pierwszy. Soma coś mówił, rozkładając raz po raz ręce bezradnym gestem, a nasz Stary stał pochylony, z opuszczonymi wąsiskami, jakby pozował do obrazu wyrażającego strapienie.  Ich słowa ginęły w sennym pogwarze, równie bezdźwięcznym jak cisza.

Soma... kiedy to ja poznałem Somę. Chyba kiedyś na Okęciu. Dlaczego na Okęciu powietrze tak często pachniało polami a tutaj nie? Czy pachniało polami wtedy kiedy odbyłem swój pierwszy lot? Jakie to mocne, pamiętne przeżycie ten pierwszy lot. Powietrze niosło gładko jak ciśnięta w niebo droga ze szkła. W dole sunęły domy i maleńkie ludzkie mrówki. Ujęta klamrami mostów taśma Wisły była koloru cyny. Rdzewiały na niej piaszczyste łachy... Czy wielu ludzi wie o tym, że w słoneczne ranki Wisła czesze swoje wody grzebykiem z blasku? Albo, że stary zamek Warszawski lubi patrzeć na Wisłę, a co dnia o zachodzie odmawia z nią różaniec minionych lat?

Prąd chłodnego powietrza buchnął przez otwarte drzwi. W drzwiach ukazał się Willy. Podszedł do "Starego" i coś chwilę mówili, po czym wyszli wszyscy trzej, to jest Willy, Stary i Soma.

– Będą kołować po lotnisku, Willy chce jeszcze sprawdzić, jak grzęźnie Wellington – rozeszło się z ust do ust.

Warto było popatrzeć. Ten i ów ruszył przed hangar, poszedłem i ja. Noc była szara, w powietrzu stała zawiesina dżdżu. Paciorki właśnie zapalonego flarepasu tkwiły w bladych otoczkach.

– Już nam zapalili aleje na cmyntorz – rzekł ktoś głośno, wyzywająco.

Lekki powiew musnął mi twarz, był nim oddech wiosny. I tu pachną pola, jakże mogłem przed chwilą myśleć że nie. Za miesiąc będzie zielono. Przed messą, z mokrej ziemi już wyglądają zielone łebki kłączy, a pąki na żywopłocie wypuszczą lada dzień.

Gdzieś u dna mroku zachrapał silnik, chwycił rytm, rozbuczał się. Zawtórował mu drugi. Zgodnym duetem oba silniki śpiewały monotonną pieśń. Dżdżysta noc tłumiła daleki dźwięk i bladymi dłońmi nakrywała dalekie światła. Wróciłem do pokoju załóg.

Wellington ma potężne koła. Te grube i wysokie koliska nawet przytłoczone ciężarem dwóch ton bomb i dwóch paliwa, wbrew przewidywaniom dawały sobie radę w rozmiękłej na kilka cali nawierzchni lotniska. Start był ciężki, ale na upartego można było próbować. Z załogą Somy postanowił startować Willy. Dał rozkaz, że jakby z nimi co, loty z jego rozkazu mają być odwołane. Jeżeli pójdzie dobrze, reszta maszyn ma za nimi startować w wyznaczonej kolejności.

– Co myślisz, wyciągną? – zapytałem naszego pilota.
– Struś sam się pcha do rondla, ale szkoda chłopaków – odrzekł sceptycznie – możecie być pewni – dorzucił po chwili – że jeśli wystartuje Soma, wystartuję gładko i ja.

Mówił to z pewnością siebie nie znaczącą najmniejszej wątpliwości, czy jednak rybi chłód nie miał dostępu do jego serca?

Podjechały autokary.
– Panowie, proszę do samochodów – zawołał dowódca dywizjonu głosem wytrawnego wodzireja.

W autokarach półmrok. Ten i ów silił się na dowcipy. Jeden z naszych gołębi tłukł się o pręty klatki chcąc koniecznie wylecieć na wolność. Siedź, psi synu, upominał go łagodnie radiotelegrafista. Na dispersalu chlupała pod butami woda. Mechanicy mówili mało. Wnętrze Wellingtona czuwało dziesiątkami fosforowych spojrzeń – to zegary i wskaźniki strzegły tajemnicy zaklęć, ujarzmiających moce ognia i wichru. Gotów był do służby nasz latający Smok. Wkrótce odsapnął i zawarczał lewy silnik, potem prawy. Posłusznie warkot zmieniał się w ryk – tysiąc pasji, tysiąc głodów grozi, grzmi. Jeszcze próba wewnętrznych telefonów i mechanik zdjął drabinę. Zatrzaśnięto właz. Byliśmy teraz zamknięci w przedsionku świata pełnego innych spraw niż naziemne.  

Gdzieś w dali dwa małe światełka wędrowały przez noc, by wreszcie zatrzymać się u wylotu alei lamp.

– Więc załoga Somy już przykołowała na start – dziwię się że tak prędko leci czas. Nie wiem dlaczego właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że Willy jest zupełnie kimś innym, niż tym, którego widziałem dotychczas. To niespodziewane odkrycie miało w sobie urok ale i niemy wyrzut cennej miniatury właśnie co znalezionej gdzieś na strychu w pokrytych kurzem i tylko zawadzających rupieciach.

Nie było czasu na rozmyślania. Światełka stały chwilę, ruszyły, biegły coraz prędzej, prędzej... Całą siłą woli starałem się dopomóc im w tym ciężkim biegu. Prędzej, prędzej... Już są na końcu flarepasu. Już minęły czerwone światła... za chwilę błysk ognia. Nie. Biegną dalej, maleją, są coraz wyżej...  

– Kołujemy na start – rzucił do mikrofonu nasz pilot.

Wkrótce potem zielone światło dla nas. Uuuu... ryczą silniki, aaa... odpowiadają stalowe ścięgna latającego Smoka. Jeżeli za minutę... Zwolnione z uwięzi hamulców wielkie cielsko rusza naprzód.
– Zdrowaś Mario, łaskiś pełna... – coraz prędzej mkną bokami światła. – Pan z Tobą, błogosławionaś Ty między niewiastami... – czerwone światła z dalekiego końca lotniska pędzą naprzeciw... W moim dziecinnym pokoju paliła się czerwona lampka przed obrazem Częstochowskiej. – Błogosławiony owoc żywota Twojego... – Czy sekundy mogą tak rosnąć? Czerwone światła tuż. Przeleciały. Ziemia tonie, uciekają w ciemną przepaść groźne drzewa, czarne jak bajkowe strachy. W triumfalnym rżeniu mechanicznych koni niosą nas moce wichrów, nareszcie stężałe i posłuszne. Silniki cichną, łagodnie szumią. Z nocy wypływa maleńka aleja świateł i maleńkie czerwone światła.

Zachrobotało w słuchawkach – to włączył się beniaminek załogi, strzelec, hrabiątkiem przez nas zwany. Willy górą! – Wołał z nieprzystojną emfazą – wygrał teraz na dobre, a z tą benzyną to on też był górą!
Nacisnąłem włącznik i sprostowałem. – Głupstwa gadasz, młodzieńcze, beknął najmniej sto funtów.
– Spokój tam, panowie radcy – przerwał nam pilot dalszą wymianę myśli.


Wyjaśnienie terminów.

Cokpitryl – właściwie: cockpit drill – lista czynności do wykonania przed startem samolotu.

Dispersal - miejsce rozstawienia  w rozproszeniu (dla utrudnienia celnego zbombardowania) samolotów na lotnisku, często z barakiem dla pilotów i mechaników.

D.F.F. – "tajna radiostacja" – aparat radiowy nadający nad własnym terenem znaki rozpoznawcze samolotu, zaś rozstrajany nad terenem nieprzyjaciela celem zmylenia obrony przeciwlotniczej. Aparat był wyposażony w ładunek wybuchowy, mający w przypadku zestrzelenia samolotu ochronić szczegóły jego konstrukcji.

Ensa – właściwie: ENSA – Entertainments National Service Association (Narodowe Stowarzyszenie Usług Rozrywkowych). Była to organizacja założona w 1939 roku w Wielkiej Brytanii, której celem było dostarczanie rozrywki dla personelu armii brytyjskiej. Organizowała rozmaite występy dla wojska z udziałem ówczesnych "gwiazd show-businessu".

Group Captain – pułkownik RAF. Najczęściej dowódca grupy lotniczej lub bazy RAF.

Hrabiątko – chodzi tu o pochodzącego z arystokratycznej rodziny Krzysztofa Grabowskiego ( https://pl.wikipedia.org/wiki/Krzysztof_Grabowski_(żeglarz) ), który w tamtym czasie latał w 301 Dywizjonie Bombowym w tej samej załodze (na samolocie Vickers Wellington z literami kodowymi GR-U, od ostatniej litery tego kodu nazwanym "Ustianowa" na cześć popularnej przed wojną miejscowości, w której odbywały się szkolenia szybowcowe) co autor opowiadania (obaj na stanowiskach strzelców pokładowych).

Lingtrainer – właściwie: Link Trainer – stworzony pod koniec lat dwudziestych XX wieku przez amerykańską firmę Link Aviation Devices symulator lotu.

Lorentz – stosowany w ówczesnych samolotach RAF "System Lorenza". Najstarszy z systemów naprowadzania samolotów na lotnisko w czasie złych warunków pogodowych i ograniczonej widoczności.

Nabić rękę – zdobyć praktykę w pilotażu.

O.T.U. – Operational Training Unit – Jednostka Szkolenia Operacyjnego RAF.

Porydż – właściwie: porridge (ang.) – owsianka.

W.A.F. – właściwie: WAAF (Women's Auxiliary Air Force) – Kobieca Służba Pomocnicza (Brytyjskich/Królewskich) Sił Powietrznych.  

Zajęcza formacja – piechota (czyli ci, którzy "odstawiają zająca po polach" ;)).

MEM

opublikowała opowiadanie w kategorii historia i inne, użyła 5965 słów i 34749 znaków, zaktualizowała 4 kwi o 0:00. Tagi: #lotnictwo #wojna #RAF #PSP #Wellington #historia

Dodaj komentarz