Major – Rozdział 3

Pozostawiłem truposza i ruszyłem dalej, jego towarzysz czekał zapewne na zaśnieżonym i oblodzonym dachu. Nie uśmiechała mi się wizja potyczki na bliską odległość, cały czas w głowie wybierałem między nożem a pistoletem. Rękę przeniosłem na kolbę ulubionego Walthera, osiem naboi to lepsze rozwiązanie od pojedynczego ostrza.
     Wiatr, jak na złość ucichnął, przynosząc nienormalną ciszę. Pchnąłem metalowe drzwi, mając nadzieję, że nie wydadzą z siebie żadnego dźwięku. Niestety przeciągły, skrzekliwy dźwięk rozdarł okolicę, momentalnie schowałem się za ścianą, czekając na strzały. I nic... Westchnąłem głośno i lekko wychyliłem się, pocisk musnął delikatnie policzek, przypominając mi o większej ostrożności. „Cholera”, zakląłem w myślach, wracając do bezpiecznej osłony. Dotknąłem dłońmi rany, nie wiedziałem, jak głęboka, czy niebezpieczna była, jednak minimetry i straciłbym wiele ze swej twarzy, nie wspominając o możliwości utraty życia.
— Głupi złom.
Usłyszałem zdanie w języku rosyjskim. Smutek zalał moje serce, gdy rozpoznałem wroga, jako płeć piękną. Nie cierpiałem strzelać do kobiet, w nich i dzieciach widziałem osoby do chronienia, a nie zabijania. Przeklęty świat. Zacisnąłem zęby i poprawiłem hełm, kolejny raz miałem zamiar przetestować swoje szczęście. Używając kończyny dolnej, otworzyłem drzwi i po zlokalizowaniu nieprzyjaciela, oddałem celny strzał w jego kierunku. Karabin upadł bezgłośnie tuż obok, a ciało legło pod jedyną ocalałą ścianą. Gdy adrenalina lekko opadła, spojrzałem na swe dzieło. Dziewczyna mogła mieć ledwo ponad dwudziestkę, nadal oddychała, choć po ilości krwi, którą nasiąkł mundur, obstawiam, że nie zostało jej zbyt dużo życia. Ukląkłem, by sprawdzić jej stan i lekko ulżyć w bólu. Rosjanka, czy nie, była kobietą. W odpowiedzi dostałem tylko oplucie.
— Parszywy szkop — rzuciła z nienawiścią w oczach.
— Może i prawda, ale raczej nie należy obrażać nieprzyjaciela, jeśli jest się na jego łasce — odpowiedziałem w jej języku.
— Mówisz po naszemu? A może jesteś zdrajcą? — Jak zwykle stosunek do ojczyzny był ważniejszy od stanu ciała.
— Jestem Niemcem z krwi i kości. — Schowałem broń do kabury i odpiąłem kieszeń, skąd wyciągnąłem ostatniego papierosa.
— Możesz być sobie nawet dziadkiem mrozem. Zbliż się, to rozszarpię ci gardło, dotknij mnie, to wydrapię ci oczy... Zabiję, choćb... — Nie dokończyła, śmierć zdążyła zabrać jej duszę. Ochota na tytoń przeszła natychmiast, ze smutkiem schowałem z powrotem papierosa. Długo wpatrywałem się w piękną, choć brudną i zaniedbaną twarz. Mogła wyjść za mąż, zaznawać życia, a umarła w zniszczonym przez bomby domu. Parszywa wojna, okraszona wspaniałymi sloganami, zabawa ludzi na wysokich stołkach. Dla zwyczajnych ludzi pozostaje tylko to... Delikatnie zamknąłem zmarłej powieki, pragnąc, by jej twarz nie dołączyła do orszaku z koszmaru. Spojrzałem na karabin, w którym tkwiła łuska, zapewne tylko dzięki niej, nie było kolejnego wystrzału. Przeżyłem, ktoś inny ujrzał wylot lufy.
     W głębi budynku usłyszałem gorączkowe głosy, rozejrzałem się za drogą ucieczki. Byłem w pułapce, jak kretyn stałem tutaj, zamiast uciekać. Na domiar złego wiatr wzmógł się i zaczął zniekształcać dźwięki. Nie wiedziałem, ilu i jak daleko byli ode mnie. Chwyciłem mocniej za pasek karabinu i zacząłem szukać drugiego wyjścia.
     Niestety gruzy nie ułożyły się tak, bym szybko uciekł. Dolne piętra straszyły kikutami ścian i resztkami mebli. Skacząc w dół, w najlepszym wypadku połamałbym sobie nogi. Zabrzmiał terkot pistoletu maszynowego. Byli już na schodach. Obróciłem się w stronę drzwi, sięgnąłem do kabury, gotów posłać, choć kilku czerwonych do piachu. Najgłupsza rzecz, jaką mogłem zrobić na ledwo stojącym dachu, pokrytym grubą warstwą śniegu.
      Materiał nie wytrzymał mojego ciężaru i runąłem do tyłu. W ułamku sekundy zauważyłem obraz Stalina, wiszący na dolnej kondygnacji. Wąsaty „wujaszek” spoglądał na mnie, jakby śmiejąc się, że dopuściłem do takiej sytuacji. Sięgnąłem dłonią, by złapać wystający kawałek muru. Wyciągnięta kończyna napotkała na wystający kawałek jakiegoś żelastwa. Boże, którego zawsze ignorowałem, jak bardzo musiałeś być wściekły na mnie, zsyłając takiego pecha na biednego żołnierza? Krzyknąłem głośno z bólu, jednocześnie lądując z trzaskiem na podłogę. Biały puch lekko zamortyzował upadek, jednakże moje plecy miały inne zdanie na ten temat.
     Jęk desek przypomniał mi, że nie mam czasu na odpoczynek. Przegryzłem wargę do krwi i czołgając się, ruszyłem jak najdalej od krawędzi. Zniszczone drewno zaczęło powoli ulegać grawitacji, w porę znalazłem bezpieczne schronienie pod ścianą. Odetchnąłem z ulgą, wzbijając parę z ust. Nawet nie chciałem sprawdzać, w jakim stanie była ręka. Zdjąłem karabin z ramienia, właściwie żelastwo. Pogięta lufa, kolba praktycznie w drzazgach. W gniewie rzuciłem to daleko od siebie. Wszystko w tej cholernej wojnie nie szło po niemieckiej myśli. Skierowałem wzrok na uszkodzoną kończynę. Nie widziałem krwi ani wystającej kości, jednakże każdy ruch powodował ból. Całe szczęście, że była to lewa... Sięgnąłem po jedną z wystających desek, wybierając tą, która nie miała gwoździ, czy innych wystających, niebezpiecznych elementów. Używając jej i jakieś szmaty unieruchomiłem kość. Głosy z daleka ponownie zaczęły przybierać na sile. Czas, czas... Jak przeżyje tę wojnę, nigdy nie będę się spieszył, spędzę całe życie choćby w górach, byle nie być na łasce tykającego oprawcy. Ze śmierdzącej ostatniej tkaniny stworzyłem prowizoryczny temblak, zarzuciłem na szyję i spróbowałem wstać.
     Plecy paliły i promieniowały bólem, jednak nie było chwili, by ponarzekać, czy przekląć. Lekko chwiejąc się, zacząłem szukać schodów, innej klatki od tej, którą wszedłem. Na górze wciąż dudniły kroki ciężkich żołnierskich butów. Przeklęty sztab z durnym rozkazem. Jak jeden człowiek bez wsparcia mógł siać zamęt i zabijać oficerów wroga? To durna loteria szczęścia oraz pecha. Z jednym pistoletem przedzierać się do naszych i mieć nadzieję, że przemkniesz między komunistami oraz nie dostaniesz kulki od swoich.
— Widziałem, jak spadał. Ten przeklęty fryc gdzieś tu jest. — Znienawidzony język zabrzmiał donośnym echem. Przeklęte fatum, tak bardzo chciałem się mylić i zobaczyć rodaków. Zacisnąłem zęby i powolnym truchtem ruszyłem w kierunku drugich schodów. Minąłem wejście do jednego pomieszczenia, potem do drugiego. Wszystko wyglądało tak samo, gruzy i meble albo ich części. Moją uwagę jednak przykuła kołyska, bujana przez silny wiatr, wpadający przez ogromną dziurę. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że tu, gdzie teraz padają strzały i wojna zbiera swoje krwawe żniwo, żyli normalnie ludzie. Z głowami wypełnionymi codziennymi troskami, dbający, tylko by mieć co zjeść i przeżyć kolejny dzień. A co jeśli takie samo gruzowisko oraz identyczne pustki spotkają moje rodzinne miasto? Co, jeśli dane mi będzie przemykać pod gradem kul znajome ulice? Czy będę wstanie, przebiec obojętnie, widząc znajomą twarz, wpatrującą się pusto w nieboskłon? Miałem wrażenie, że przyjdzie nam zapłacić krwawą cenę za egoizm jednego i głupotę wielu.
     Wystrzelona kula mignęła mi o włos od głowy. "Zdążę wyciągnąć broń? Czy może lepiej uciec?". Myśli, jak ekspres przelatywały przez głowę, a wizerunek rosyjskiego żołnierza, przeładującego broń wydawał się opóźniony w czasie. Wytężyłem wszystkie mięśnie i wykorzystałem ułamek sekundy na dobiegnięcie do celu. Czułem wysiłek mojego organizmu, wszystkie komórki wołały o odpoczynek. Niestety do salwy karabinowej dołączył występ maszynowy. Całe szczęście, że celność pepeszki nie dorównywała jej szybkostrzelności.
     Już wyobrażałem sobie swoją egzekucję. Wiatr ustaje, oddając swoje miejsce ciszy. Mróz wpełza wprost do wyczerpanych płuc, a kolana dotykają zmarzniętej drogi. Naprzeciwko tylko czerwoni, jeden z nich podchodzi bliżej, po czym uderza mnie kolbą w twarz. W ustach czuje smak krwi oraz wybitego zęba. Spoglądam bez emocji na oprawców. Żołnierz z automatem podnosi swoją broń, głośne terkotanie kończy me życie.
     Niestety tak łatwo śmierć po mnie nie przyjdzie. Wicher nie cichnie, dołącza do niego gęsto padający śnieg. Temperatura spada, tak jakby mogłoby być jeszcze zimniej. Potykam się o wystający gruz, tylko dzięki refleksowi nie pogarszam stanu drugiej ręki. Spoglądam ze strachem za siebie, tylko biała, lotna ściana. Modlę się do Boga, abym przeżył, choć w nie wiem, po co. Nawet jeśli tam był i tak nie odpowie. Nie dziwi mnie to, ciężko komuś pomóc, gdy ten całe życie ignorował go i nie uznawał jego istnienia. Wpełzam pod niestabilne reszki jakiegoś małego budynku, kosztuje mnie to naprawdę wiele. Sam nie wiem, skąd tyle sił w tym zmęczonym ciele.
     Przez okrojony punkt widzę przebiegających. Oczy zamykają się, już nie daje rady powstrzymywać snu. Muszę, choć na chwile przymknąć powieki...

1 komentarz

 
  • Almach99

    Dobrze piszesz, szkoda tylko, ze tyle ciekawych opowiadan nie skonczonych

  • krajew34

    @Almach99 próbuje  sił  a wielu projektach. Zobaczymy może  po murze wezmę  się  do starszych.