Major

Wiatr, niczym piekielne licho głośno zawodził, jednocześnie mrożąc swym oddechem do szpiku kości. Spoglądam wokół. „Ile już siedzę w tym piekle?”, pytam w myślach samego siebie, choć dobrze znam odpowiedź. Zakrywam szczelnie usta zieloną tkaniną, by ukryć parę z oddechu i ochronić się od lodowatego pocałunku tutejszej zimy. Bezsensowna próba, jednakże daje pocieszenie.
     Przytykam oko do lunety, również ona nosi ślady tej wstrętnej pogody, przesuwam krzyżyk po kikutach, zrujnowanych budynków. Zamykam oczy i przez chwilę wyobrażam sobie dźwięki miasta, samochody pędzące po ulicach, ludzi z wieloma twarzami, zmierzających w swoją stronę, czy też dzieci próbujące z ożywieniem powiedzieć coś swym rodzicom.
     Powoli podnoszę powieki, wszędzie gruzy i cisza, przerywana co jakiś czas świstem nadlatującej bomby, czy też pocisku artyleryjskiego. Miasto zostało obdarte z godności, narażone na stal i ołów, przesiąknięte dramatami i oceanem krwi. Czy żal mi? Nie. Już dawno straciłem serce, oddając je bezmyślnie ojczyźnie. Czy żałuje? W żadnym wypadku. Nieważne, ile razy miałbym zdecydować, uczyniłbym to samo. Powoli tracę czucie w dłoniach, nie zostało zbyt wiele czasu.
     Bez pośpiechu przenoszę wąską wizję na ulicę. Pozorny brak ruchu, czy czegokolwiek, ale doskonale wiem, że ktoś tam jest. Za tramwajem, a raczej za jego resztką zauważam futrzaną czapkę. Kąciki ust same unoszą się do góry, a palec na spuście mimowolnie drży, z niecierpieniem oczekując rozkazu z mózgu. Jeden strzał, jeden trup. Brzmi tak łatwo, lecz nie mące ciszy i pozostaje w bezruchu, a nakrycie głowy znika w następnym budynku. Czerwony miał dzisiaj szczęście, z tym wiatrem hulającym na wszelkie strony prędzej strzeliłbym w górę, niż człowieka.
     Zabezpieczam ulubionego Mausera i wycofuję się, nie wstając. Sowieci również uwielbiają zabawę w chowanego i strzelanego. Dopiero gdy wyczuwam betonową klatkę schodową, ociężale przechodzę do pozycji stojącej. Otrzepuję mundur ze śniegu i poprawiam hełm. Ten garnek nie raz, nie dwa uratował moje życie. Zarzucam karabin na ramię i schodzę, aż do piwnicy, robię to dość głośno, by chłopaki nie wzięli mnie za wroga. W obecnych czasach i po wielu walkach o każdy pokój, dom, czy ulice, potrafią być pochopni i skorzy do strzelania. Bywało, że rozbijali obóz w gruzowisku, a sekundę później z piwnicy wybiegali bolszewicy, atakując bagnetami i kolbami. Nikt nie mógł być pewny, że akurat w danym miejscu przebywają sami.
W ułamku sekundy dostrzegam wymierzoną we mnie lufę Kar98k.
— Schultz... — rzucam delikatnie do młodego chłopaczka w naszym mundurze, kierując jego broń w bezpieczną stronę. Zdejmuje z twarzy osłonę, by pokazać mu swoją twarz.
— To pan major. Myślałem, że to wróg... — W błękitnych oczach znajdował się tylko ogrom przerażenia.
— Odłóż karabin i odpocznij przy ognisku. — Czułem wstręt wobec tego, kto wysłał tego dzieciaka tutaj. Powinien przeżywać pierwszą miłość, zaznawać młodości, a nie siedzieć w tym przeklętym przez Boga kraju. Wojna to sprawa dorosłych, a nie dzieci.
— Ale sierżant... — Z niepokojem spojrzał na śmiejącego się oficera, siedzącego przy źródle ciepła.
— To jest rozkaz, młody — odparłem, wiedząc, że tylko oficjalne polecenie skłoni go do posłuchania mnie. — Gunter! — powiedziałem na tyle głośno, by mnie usłyszeli, w tym samym czasie młody skulił się, ukrywając twarz.
— Tak, majorze? — rzekł po chwili, odchodząc niechętnie od reszty.
— Dlaczego żółtodziób siedzi na warcie? — Ponownie znam odpowiedź, jednak wojsko to ciąg powtórzeń.
— Melduje, że młody musi nabrać doświadczenia... — Poprawił zawieszony na szyi pistolet maszynowy MP40.
— Prędzej zacznie strzelać do biegnącego szczura... — Mimo zniszczeń te paskudne stworzenia przetrwały, irytując każdego wojaka w tym mieście. — Chcesz, by sprowadził na nas czerwonych?
— Według wywiadu komuniści są kilka ulic dalej, walczą z inną jednostką.  
Gdybym nie był snajperem, zapewne nie miałby tyle butności w sobie. Co mogłem mu zrobić, oprócz próby złożenia skargi? Kto wie, gdzie w tym cholernym mieście znajduje się jego przełożony. Zignorowałem jego pyszałkowatość, oficerskie gierki to marnotrawienie czasu i energii.
— Wywiad myli się, właśnie widziałem jednego przy tramwaju z północnej strony — Dłonią wskazałem na kierunek, skąd przyszedłem. Żołnierze po usłyszeniu tych wieści ucichli, ścisnęli mocniej swój oręż, tępo wpatrując się w płomień. — Sprawdź lepiej, jak się ma drużyna z ckm-em. Nie mogą ich zaskoczyć.
— W razie czego wystarczy, by Hans nadał sygnał. Nasze Sztukasy raz, dwa zmiotą ich uderzenie. — Optymizm tego żołnierza niemal mnie rozbawił. Zanim tu dolecą, będziemy albo martwi, albo przytłoczeni przez ich przewagę. Co by nie mówić o wyszkoleniu komunistów, nadrabiali niesamowitą liczebność, rzucając się jedną chmarą na nasze pozycje. W jedną noc tracili dywizję, a na następny dzień mieli kolejną, a nawet dwie. I gdzie to szybkie zwycięstwo?
— Co tu robi ta Rosjanka? — Wskazałem na dziewczynę w łachmanach, siedzącą na kolanach jednego z żołnierzy. Dopiero teraz ją zauważyłem, kolejny przykład na to, co nędza może zrobić z człowiekiem.
— Żołnierze potrzebują rozrywki... Ta dziwka zrobi wszystko dla naszych racji żywnościowych. Jak major chce to też może skorzystać. — Jego usta wykrzywiły się w paskudnym uśmiechu. Machnąłem dłonią i odszedłem. Mają szczęście, że nie było tu SS, inaczej musiałby im wystarczyć jeden zbiorowy gwałt, nim zginęłaby od pocisku z pistoletu. Oni nie bawią się w uprzejmości, likwidacja podludzi to ich jedyny cel.
     Spróbowałem zapiąć ciaśniej mundur, ale ten cholerny chłód przechodził przez naszą odzież, jak nóż przez masło. Nie pomyśleli o zimowym ekwipunku dla Wermachtu, brakowało ciepłej odzieży. Spojrzałem w zaciemniony kąt, od którego każdy odwracał wzrok. Był tam jeden z nas, nawet nie znałem imienia, siedział z otwartymi oczyma, z rękoma na nogach, zamarznięty i nieruchomy. Żołnierze mówili mi, że usiadł zaledwie na kilka godzin. To wystarczyło, by zasnął i zginął. Gdybyśmy go ruszyli, pewnie pokruszyłby się na części. Przynajmniej tak podpowiadała wyobraźnia.
     Ta wojna nie przypominała krótkiego spaceru do Moskwy i z powrotem. Na początku rzeczywiście biliśmy Rusków aż miło, w nasze ręce wpadła cała masa sprzętu, aż w końcu doznaliśmy prawdziwego oblicza tego przeklętego kraju. Śnieg i mróz, tak powinni witać każdego. Temperatura spadała do minus dwudziestu, ale i tak odczuwaliśmy o wiele mniejszą. Zamarzało wszystko, silniki w czołgach, ciężarówkach, samoloty spadały, jak kłody, ludzie nie budzili się po nocy, a budynki trzaskały, strasząc nas niemiłosiernie. Na dodatek wszystko kończyło się w zastraszającym tempie. Walka z bolszewikami i tak była trudna, a uciążliwa pogoda doprowadzała ją do granicy absurdu. Odpadające powieki, odmrożone palce u kończyn... Trzeba było zebrać o wiele więcej informacji, niż liczyć na koszmarną sytuację w Armii Czerwonej.
     I to miasto... Przeklęta pułapka, nienasycona naszej krwi, wiecznie pragnąca i więcej, i więcej, czerwoni wyłaniający się z każdej możliwej nory, tylko po to, by zabić choć jednego z nas. Pozostawiłem oddział i wróciłem na schody, nic tu po snajperze. Intuicja podpowiadała mi, że nie mogłem tu zostać. Rozkaz brzmiał: Ciągle w ruchu, poluj na oficerów. Wiedziałem, że tamten czerwony nie był tu przypadkowo, oni nigdy nie chodzą sami. Jutro zapewne to miejsce zmieni się w pole krwawej łaźni, młody Schultz zginie jako pierwszy. Szkoda przez te kilka dni polubiłem chłopaka. Żółtodzioby z uzupełnień giną zawsze w pierwszych minutach.
     Po dotarciu na samą górę delikatnie ułożyłem się na brzuchu i zacząłem czołgać w stronę drugiego budynku, połączonego dachem z tym, na którym się znajdowałem. Niebo powoli ciemniało, należało rozbić obóz, ale nie tu. Ręce cały drżały, zapomniałem o ogrzaniu ciała. Czort z tym, z bronią w dłoniach kontynuowałem wędrówkę. Noc spędzę daleko stąd, zapowiadała się długa przeprawa do nowej kryjówki.

krajew34

opublikował opowiadanie w kategorii historia i inne, użył 1470 słów i 8518 znaków, zaktualizował 30 lis 2019. Tagi: #wojsko #wojna #armia #walka #snajper

2 komentarze

 
  • Almach99

    Ciekawy pomysl. II wojna swiatowa z punktu widzenia zolnierza niemieckiego

  • krajew34

    @Almach99 dzięki  za wizytę.

  • emeryt

    Obiecałeś najpierw dokończyć te rozpoczęte, lecz i nam przyda się ten przerywnik. serdeczne pozdrowienia ,  chyba idzie chłód, a więc dużo ciepła w domu.

  • krajew34

    @emeryt to akurat musiałem napisać, wena mnie złapała. :) Ale ze spokojem, nie zaczynam nowej serii. :)