WF, czyli marnotrawstwo

WF, czyli marnotrawstwoŚwiatem rządzą utarte schematy, poza które ludzie nie chcą wychodzić. Nie chcą, bo generalnie ludzie nie lubią myśleć. Tak jest po prostu prościej i wygodniej – zawsze lepiej usiąść z piwem i chipsami przed byle odmóżdżającą papką w TV niż robić cokolwiek, co wymaga myślenia. Dlatego na ogół, żeby coś się zmieniło potrzeba zdarzeń, które na tyle wstrząsną społeczeństwem, że przyklaśnie zmianom, albo nawet samo będzie się ich domagało. A bywa i tak, że nawet i te zdarzenia nie są w stanie nic zmienić, bo po prostu ogółowi się nie chce nawet w najmniejszy sposób wysilać. Także i szkoły, które, żeby było śmieszniej, mają za zadanie edukować i uczyć myślenia, nie są tu wyjątkiem. To w gruncie rzeczy mocno skostniałe instytucje, które jadą utartym od wieków schematem i nikomu nawet nie przychodzi do głowy, żeby cokolwiek faktycznie w nim zmienić.

Początki współczesnego zorganizowanego szkolnictwa sięgają XVIII wieku (na marginesie: pierwszą w Europie państwową instytucją oświatową, która spełniała zadania dzisiejszych ministerstw edukacji, była polska Komisja Edukacji Narodowej powstała niedługo po I rozbiorze Polski). Od tamtego czasu pomimo różnych kosmetycznych poprawek, jakie mają miejsce od czasu do czasu, system skostniał i opiera się na nauce w klasach według stworzonego i nadzorowanego przez państwo programu nauczania oraz egzaminowania. I nic się nie zmieniło w kwestii tego, według jakich schematów szkoła pracuje od ponad 250 lat (choćby tego opisanego przez "3Z" – "zakuj, zalicz, zapomnij") pomimo tego, że wtedy szczytem techniki była bryczka zaprzężona w konie, a dziś się przymierzamy do kolonizacji innych planet. Oczywiście są w tym systemie rzeczy, które się nie zmienią z uwagi na to, że na świecie obowiązują konkretne warunki, które takie zmiany uniemożliwiają, lub nie byłyby to zmiany na lepsze, ale jest też sporo takich, które dawno powinny odejść do przysłowiowego lamusa. I do tych ostatnich rzeczy należy też WF, czyli wychowanie fizyczne, który swymi korzeniami również sięga aż XVIII wieku, a który jest jednym z najgłupszych, najmniej potrzebnych (a tak właściwie to w ogóle niepotrzebnych) i w dodatku najdroższych przedmiotów, jakich naucza się w obecnej polskiej szkole.  

W teorii wszystko brzmi pięknie... Wychowanie fizyczne ma na celu wspieranie rozwoju fizycznego i społecznego człowieka, co ma korzystnie odbijać się na jego zdrowiu, a poza tym ma dodatkowo wpływać na rozwój zainteresowań sportowych uczniów. Praktyka jest jednak nie tylko wprost przeciwna do tych celów, ale jeszcze dodatkowo demoralizująca oraz niebezpieczna dla zdrowia, a czasem i życia, tych, dla których ten wymysł, jakim jest WF miał nieszczęście kiedykolwiek powstać.

Dlaczego...

Wszyscy chyba pamiętają z własnej edukacji lekcje WF oraz to, jak one wyglądały. W moim przypadku miały on miejsce co prawda spory kawał czasu temu, ale mieszkam blisko jednej z miejscowych podstawówek i choćby z racji tego widuję dzieci na lekcjach WF..., na których najwyraźniej kompletnie nic się nie zmieniło od moich szkolnych czasów, choć ten patologiczny system sięga pewnie jeszcze głębiej w przeszłość. Lekcje WF, które w teorii mają dbać o ten "rozwój fizyczny i społeczny człowieka", nie wypełniają żadnego celu, jaki mają wypełniać.  

Po pierwsze, jest kompletnym bezsensem założenie, że te wymagane przepisami 3-4 godziny lekcyjne WF w tygodniu w ogóle coś dają, jeśli chodzi o zapewnienie minimum sprawności fizycznej. Gdyby jakakolwiek fizyczna aktywność dzieci i młodzieży obejmowała tylko ten czas, jaki spędzają na WF, mielibyśmy tylko same łamagi z wszelakimi problemami zdrowotnymi związanymi z brakiem ruchu i wysiłku fizycznego. A co gorsze, nie dość, że lekcje wychowania fizycznego to zwykła, choć bardzo kosztowna "para w gwizdek", to na dodatek ewidentnie ministerialnej biurokracji się pogorszyło od czasów, gdy chodziłam do szkoły, bo za moich czasów lekcje WF obejmowały tylko 2 godziny tygodniowo – nadal było to głupie, ale przynajmniej zabierało mniej czasu i pieniędzy.

Po drugie, jest wręcz szkodliwym, a niestety powszechnym, idiotyzmem sytuacja, w której dzieciarnia na WF-ie przez ileś tam miesięcy nie robi praktycznie nic, co w jakikolwiek sposób mogłoby fizycznie przygotować ją do zaliczenia ustawowego minimum programowego stworzonego w myśl jakiegoś tam kolejnego ministra i jego mniej lub bardziej przygłupich pomocników z łapanki (chyba wszyscy wiemy, jakie "elity" nami od dekad na zmianę rządzą), lub nawet jeśli cokolwiek robi w celu poprawy sprawności fizycznej, to te kilka godzin jakiegoś ruchu w tygodniu to jest za mało na to, by przygotować je do zaliczania testów sprawnościowych, a potem nadchodzi dzień, w którym belfer pogania tą nieraz kompletnie zastaną dzieciarnią jak dzikimi osłami gdzieś po bieżni boiska, bo dla zaspokojenia jednej czy drugiej poronionej biurokratycznej normy, w daną kratkę musi wpisać oceny i wyniki z jakiegoś rodzaju "testu sprawnościowego". I pół biedy, gdy tylko pogania tymi dzieciakami po tej bieżni... Może się zdarzyć, że będą musiały one wykonywać rozmaite ćwiczenia, o których – obok słabej kondycji fizycznej – wykonywaniu mają niewielkie albo nawet żadne pojęcie i kończą się żarty, gdy przez to któryś z uczniów ucierpi na zdrowiu z powodu złego wykonania danych ćwiczeń, a sporadycznie zdarzają się nawet i zgony.

Po trzecie, bezsensowne jest również zmuszanie dzieci do wysiłku fizycznego w trakcie szkolnych zajęć. Zmęczenie fizyczne powoduje bowiem chwilowy spadek możliwości intelektualnych, których potrzeba dziecku zaraz potem na zajęciach innych niż wychowanie fizyczne. A że nie da się tak ułożyć planów lekcji, by wszyscy mieli WF jako ostatnią lekcję danego dnia, to w efekcie utrudnia się dzieciom, które po lekcjach WF-u mają zajęcia z innych i dużo bardziej sensownych przedmiotów, naukę.  

Po czwarte nieprawdą jest, że się dzieci czegokolwiek na lekcjach WF nauczą. Począwszy od samego wykonywania ćwiczeń, przez różnego rodzaju gry zespołowe, a skończywszy na tym "wsparciu rozwoju społecznego człowieka". Albo może inaczej..., nie nauczą się niczego, jeśli chodzi o fizyczną część tego, czego ma uczyć WF, a co do kwestii "rozwoju społecznego", to jedynym osiągnięciem WF-u w szkołach jest to, że tworzy się po prostu szkolną "kastę" dzieci, którym z racji lepszych osiągnięć na lekcjach wychowania-fizycznego często uderza woda sodowa do głowy, co skutkuje w różny sposób, ale m.in. tzw. bullyingiem, czyli różnego rodzaju prześladowaniem i przemocą wobec tych dzieci, które na WF-ie akurat z dowolnego powodu są słabsze. Nie nauczą się zaś niczego konkretnego dotyczącego aktywności fizycznej, bo nauczyciele WF, mając gromadę uczniów o zróżnicowanych możliwościach i fizycznych i tempa przyswajania sobie wiedzy, najzwyczajniej w świecie nie są w stanie poświęcać np. połowy lekcji na indywidualne nauczanie któregoś z nich, by podciągnąć dane dziecko do niezbędnego minimum umiejętności, nawet gdyby chcieli, a na ogół im się zwyczajnie nie chce. Najczęściej wygląda to tak, że nauczyciel WF raz bardzo krótko przedstawi dane ćwiczenie czy zasady gry i więcej tego nie zrobi, uważając, że sprawa załatwiona, a jak dzieciak nie nadąża, to jest to jego problem. Z tak prowadzonym WF-em stykała się w przeszłości i styka się obecnie większość, o ile nie wszyscy. Ja w ciągu swojej "szkolnej kariery" widziałam tylko jeden jedyny raz sytuację, w której na sali gimnastycznej nauczyciel zauważył, że jedno z dzieci sobie nie radzi z piłką, bo ewidentnie nie ma nawet pojęcia o elementarnych podstawach gry nią, i poświęcił kilkadziesiąt minut na to, by temu dziecku wszystko wytłumaczyć, a potem z nim to przećwiczyć do momentu, aż załapie ono te podstawy. Jeden jedyny raz na te kilkanaście lat nauki w szkole podstawowej i średniej. A dlaczego ten nauczyciel to wtedy zrobił? Bo to był student AWF na praktyce... Miał więc z jednej strony na to czas, bo etatowi nauczyciele mogli wtedy nadzorować resztę uczniów, z drugiej – był jeszcze na tym etapie, że jemu się jeszcze chciało cokolwiek. Etatowe grono pedagogiczne zajmujące się WF-em miało to centralnie w czterech literach, a do tego częstym było (i pewnie do dzisiaj jest) wyśmiewanie przez nich tych, którzy z czymś sobie na lekcjach WF nie radzili. Podsumowawszy: takie realia nie tylko niczego nie uczą, ale też i nie zachęcają do aktywności sportowej w ogóle. Rezultat jest więc dokładnie przeciwny do założeń, jakie WF ma spełniać.

Po piąte. Z 28-31 godzin lekcyjnych tygodniowo, na WF przypadają 3-4 godziny. I to są te 4 godziny tygodniowo mniej z przedmiotów, które są bez porównania ważniejsze (za wyjątkiem takich wynalazków jak religia w szkołach) niż to czy uczeń Kowalski przebiegnie kilometr w 2,5 minuty czy w 5 minut. Bo kogo to obchodzi czy uczeń Kowalski będzie drugim Zatopkiem, czy nie. Na całym świecie coraz większą wagę przywiązuje się do przedmiotów ścisłych, dużą do praktycznej znajomości języków obcych, a przedmioty takie jak historia czy język rodzimy (w tym wypadku polski) są niezbędnymi dla zdrowego rozwoju narodu. I zamiast kłaść na to wszystko nacisk, przez cztery godziny w tygodniu w ramach WF-u oraz mniej lub bardziej poronionych zajęć na nim wesolutko i bezmyślnie poganiamy dzieciarnią jak baranami na pastwisku. A potem się dziwimy, że szkoła nie przynosi takich rezultatów, jakie powinna.

Po szóste. Wiele dzieci w ten czy w inny sposób WF-u unika. Choćby przy pomocy zwolnień z niego, ale nie tylko w ten sposób. Za moich czasów najpopularniejszą, wręcz masową, aktywnością na lekcjach WF było odrabianie oraz przepisywanie od koleżanek i kolegów zadań domowych. Praktycznie nikomu nie chciało się ćwiczyć, a belfrom i tak było wszystko jedno, bo z WF-u oblać właściwie nie mógł (Bo za co? Za to, że ktoś tam jest np. łamagą czy że ma zły czas wykonania jakiegoś ćwiczenia?), interesowało go tylko wypełnienie narzuconych przez ministerstwo norm (czyli raz na x czasu musieliśmy przebiec ileś tam metrów czy przeskoczyć przez kozła itp., żeby było czym rubryki wypełnić), wypłata na koniec miesiąca i tak była ta sama. I gdy gdzieś widzę dziś czasami dzieci w ramach lekcji WF, to mam przed oczami dosłownie ten sam obrazek, co przed ponad trzema dekadami, gdy do szkoły zaczęłam chodzić. Nie zmieniło się pod tym względem nic oprócz tylko tego, że lekcji WF przybyło.

No a poza tym wszystkim jest jeszcze jedna rzecz, która tym bardziej przemawia za tym, że wychowanie fizyczne w szkołach powinno się zlikwidować. To po prostu kosztuje. I to kosztuje znacznie więcej, niż by się wydawało. A przede wszystkim jest to forsa wywalona całkowicie w błoto.  

Dane za koniec 2018 roku mówią bowiem, że najliczniejszą grupę nauczycieli w szkołach w Polsce stanowią... nauczyciele WF-u. Jest ich ponad 82 tysiące! Na około 400 tysięcy nauczycieli szkół podstawowych i ponadpodstawowych. To jest o kilkanaście tysięcy więcej niż np. nauczycieli języka angielskiego, nie mówiąc już o nauczycielach innych przedmiotów. I taki prosty rachunek dla zorientowania się w skali wydatków. Od 1 stycznia 2024 minimalne wynagrodzenie nauczycieli początkujących wynosi 4 908 zł brutto. Jeśli – dla uproszczenia – nawet założyć, że wszyscy nauczyciele WF-u w polskich szkołach dostają tylko to minimum początkującego nauczyciela (a w praktyce tak oczywiście nie jest, bo wielu zarobi więcej) i jest tych nauczycieli te 82 tysiące, to miesięcznie wykładamy na te pensje w zaokrągleniu 402,5 mln zł. MIESIĘCZNIE. Rocznie jest to 4 miliardy 830 mln zł. I to licząc, optymistycznie, "gołą" minimalną pensję początkującego nauczyciela. A dodatkowo kosztuje nas wyposażenie oraz utrzymanie sal gimnastycznych. A szkół podstawowych i ponadpodstawowych jest w Polsce – dane GUS za 2022 rok – 20 822, wydatek również idzie więc w ciężkie miliony rocznie.

I nic, kompletnie nic z tego nie ma. Mało tego, jest gorzej, niż było te kilkadziesiąt lat temu. Potwierdza to statystyka. Choćby ta zebrana w ramach programu "WF z AWF", według której 88% uczniów klas 1-3 nie potrafi zrobić przewrotu w przód, 78% nie umie pokonywać przeszkód w biegu, 74% nie wie, jak kozłować piłką, a 57% nawet nie umie skakać na skakance. A wszystko to za zmarnowane setki godzin i grube miliardy zł rocznie...

No dobrze. Nie ulega jednak wątpliwości, że aktywność fizyczna oraz jej rozwój dzieciom jest potrzebna. Więc co w zamian lekcji WF-u?  

Nic.  

Dlaczego?

Z prostego powodu... Bo jakiekolwiek zinstytucjonalizowanie via ministerstwo edukacji tej części ludzkiego działania, jaką jest aktywność fizyczna dzieci oraz jej rozwój, nie jest potrzebne. I nigdy nie było. Można to zupełnie inaczej i znacznie lepiej, jeśli chodzi zarówno o efekty jak i o oszczędność pieniędzy z budżetu, rozwiązać. Ba, nawet nie trzeba tych nauczycieli zwalniać. A przynajmniej nie wszystkich. Zaś jeśli jakąś część z tej ponad 80-tysięcznej armii WF-istów trzeba by było zwolnić ze szkół, to również nie jest to jakaś tragedia w kraju, w którym brakuje rąk do pracy w różnych branżach, o potrzebach planowanego zwiększania stanu etatowego wojska – niezbędnego w dzisiejszych parszywych czasach – któremu bardzo przydaliby się ludzie sprawni fizycznie, nie wspominając.

Po pierwsze, jak wcześniej już wspomniałam, lekcje WF-u, a także sam jakikolwiek wysiłek na nich, były w "moich" czasach w miarę możliwości (całkiem sporych jak się okazywało) unikane. A mimo to tamto pokolenie było znacznie sprawniejsze fizycznie od dzisiejszego. Czemu? Bo z taką samą, a nawet i większą, gorliwością, z jaką unikaliśmy WF-u, spędzaliśmy czas na podwórkach (nie licząc innych form fizycznej aktywności, choćby na działkach ogrodniczych, podczas wyjazdów za miasto czy wakacji poza miastem itd.). Całymi dniami, często od rana do nocy. Największą karą był dla nas szlaban na wychodzenie na dwór. Ciągły ruch, sporo sportu w różnej formie i świeże (nie licząc smogu) powietrze. Niemal nie było dzieci z nadwagą, która dziś jest plagą, o czymś takim jak alergie się w ogóle nie słyszało, a nawet największe łamagi jakoś tam sobie radziły z aktywnością fizyczną. WF był naprawdę ostatnią instytucją, jaka mogła nas czegokolwiek nauczyć (tym bardziej że nauczyciele nie wysilali się z tą chęcią nauczania zbytnio, olewali nas niemal tak samo, jak my ich przedmiot) w kwestii, powiedzmy, sportu, ale nie tylko, bo także i w kwestii relacji społecznych. Mało tego – jedyne, dlaczego te wypełniane na polecenie ministerstwa rubryki z testów sprawności fizycznej uczniów w ogóle jakoś trzymały poziom, to właśnie tylko i wyłącznie dlatego, że tę sprawność wyrabiała nam nie szkoła, a codzienna duża fizyczna aktywność poza nią. Nie ma różnicy pomiędzy np. graniem w piłkę na lekcji WF a graniem w piłkę na podwórku. Poza może taką, że to drugie jest przez dzieci robione bardziej chętnie, niż wtedy, gdy ma być robione pod przymusem połączonym często z drwinami nauczyciela. I do tego rodzaju aktywności fizycznej dzieci po prostu należy na masową skalę wrócić. Ponadto. W dobie powszechnego dostępu do internetu z wszelakimi filmami instruktażowymi, czego dawniej nie było, tym bardziej kto tylko chce, może ćwiczyć we własnym zakresie, mając jak na tacy merytoryczną i w większości darmową pomoc z tego właśnie źródła, oraz, często nawet darmowe i znacznie lepsze jakościowo niż dawniej, obiekty sportowe w swoich miejscowościach.

Po drugie. Część nauczycieli oraz istniejąca infrastruktura sportowa w szkołach mogłaby nadal być wykorzystywana do celów sportowych dla dzieci i młodzieży, ale już nie w ramach lekcji WF-u, a w ramach dobrowolnych i płatnych pozaszkolnych treningów dla tych dzieci, które chcą ćwiczyć lub chcą trenować jakąś dyscyplinę sportu. To powinno pokryć koszty utrzymania obiektu oraz pensje dla trenerów, którymi mogliby zostać najlepsi z nauczycieli dzisiejszego WF-u (i nawet dobrze, że jest ich te 82 tysiące, bo konkurencja odsiewająca przysłowiowe ziarno od plew to dobra rzecz i ona by się przełożyła także i na zaangażowanie w merytoryczną opiekę nad tymi, którzy na te zajęcia by chodzili). A jeśli nawet, by nie pokryło wszystkich kosztów, to koszt dofinansowania ze strony budżetu państwa byłby znacznie, znacznie niższy niż te miliardy bezsensownie wydawane na dzisiejszy WF w szkołach i na utrzymanie obiektów przeznaczonych do tego celu.  

Po trzecie, poza samą aktywnością fizyczną bardzo ważna jest też nauka oraz promowanie zdrowego trybu życia i związanych z tym odpowiednich nawyków (typu zdrowe odżywianie się, higiena itd.). Dopiero połączenie wiedzy o tym oraz aktywności fizycznej daje pożądane rezultaty (no bo nie mają sensu nawet najbardziej wymagające i intensywne ćwiczenia i nic one nie dadzą, jeśli zaraz po nich ktoś się np. nażre fast foodu czy innego faszerowanego chemią śmieciowego jedzenia i taką będzie miał dietę, do tego oleje sobie np. mycie zębów i wizyty u dentysty, a na dokładkę poprawi to wszystko dowolnymi używkami). I tu pole do popisu ma m.in. szkoła, ale nie w formie lekcji WF-u, tylko np. biologii czy godzin wychowawczych, a nawet i jakichkolwiek innych lekcji, na których przy okazji w różnej formie przypomni się uczniom o tego rodzaju rzeczach. To nie kosztuje ani złotówki więcej, nie zajmuje wiele czasu (wzorem tu powinien być internetowy trend, jakim jest nagrywanie bardzo krótkich filmików – liczy się regularność tego rodzaju edukacji, w możliwie krótkiej formie przedstawianej, a nie ględzenie dzieciakom za uszami całymi godzinami, bo nic z tego marudzenia nie wyniknie; dawno temu w mojej podstawówce był nauczyciel ZPT, który chyba przez całą swoją karierę nauczycielską, dobre pół wieku, każdy rok szkolny zaczynał od godziny lekcyjnej zmarnowanej na dyktowanie przepisów BHP, co musieliśmy zapisać w zeszytach, a co robiliśmy mechanicznie, nie zastanawiając się nad treścią ani w sumie nie mając o niej pojęcia, i po napisaniu tego, co podyktował, po prostu nigdy nie zaglądaliśmy do tego, takie mieliśmy skutkiem tego rodzaju "edukacji" pojęcie o BHP, ale co z kolei bardzo dobrze docierało do nas, zwłaszcza gdy się w jakiś sposób ucierpiało, to rzeczy przedstawione w prostej krótkiej formie, że np. "jak będziesz trzymać młotek i gwóźdź w ten sposób, to porządnie przyłożysz sobie tym młotkiem po palcach", i na nauczenie tego rodzaju rzeczy nie trzeba było 45 minut corocznego monotonnego pierdzielenia za uszami, na które gość marnował połowę "przepracowanego" przez siebie tygodnia, bezsensownie dyktując te przepisy w 25 klasach z osobna, plus koszty utrzymania obiektu przez ten czas, przez który się produkował, pomnóżcie to sobie przez te ponad 14 tysięcy podstawówek..., i tak rok po roku, dekadami...) a wpojenie pewnych zasad będzie przynosiło rezultaty (dodatkowo poprawiłaby się nam z czasem sytuacja w służbie zdrowia, bo dobre nawyki i profilaktyka powodują spadek liczby chorych).

Podsumowawszy: można osiągnąć nawet i dużo więcej niż daje, czy raczej niż powinno dawać, szkolne wychowanie fizyczne przy najwyżej ułamku kosztów, jakie ponosimy jako społeczeństwo na tę część wydatków na edukację. To byłby zdrowszy i wydajniejszy system, lepsza kondycja fizyczna i zdrowotna dzieci, niż obecnie, gdy zdecydowana większość nie potrafi zrobić podstawowych ćwiczeń, a otyłość jest plagą, i to są miliardy zł zaoszczędzone co roku oraz możliwość rozwoju za te pieniądze wielu innych dziedzin życia czy różnych gałęzi gospodarki, który to rozwój również zaprocentuje kolejnymi korzyściami (W wielu dziedzinach gospodarki – choćby w rolnictwie czy w przemyśle – przyjmuje się, że żeby wytworzyć złotówkę dochodu potrzeba 3 lub 4 zł kapitału. Sami sobie policzcie, ile to by wychodziło dodatkowego dochodu choćby z tych szacunkowych, i zaniżonych, około pięciu miliardów zł obecnie wydawanych rocznie tylko na pensje nauczycieli WF... I co więcej. Oprócz tego, że w kolejnym roku zaoszczędzone zostaje kolejne pięć miliardów zł, które w podobny sposób można spożytkować na inne cele, kwota z poprzedniego roku plus ten zysk z niej nadal pracuje na wytworzenie dodatkowego dochodu – i tak w kółko..., rok po roku całość tych bezsensownych rocznych wydatków na WF w szkołach by się w ten sposób w gospodarce kumulowała w dziedzinach przynoszących wymierne korzyści. Zwłaszcza dzisiaj, gdy z powodu niestabilności politycznej świata i bezpośredniej groźby wojny będziemy dekadami ponosić olbrzymie wydatki na wojsko i zbrojenia, dodatkowe pieniądze – czy to zaoszczędzone na czymś, czy wydane w znacznie bardziej racjonalny sposób, poprawiający stan naszej gospodarki – będą bardzo potrzebne, nie stać nas na ich marnowanie na idiotyczne cele, takie jak ten nieszczęsny WF w szkołach, istniejące tylko dlatego, że się przez pokolenia mocno zakorzeniły i w systemie i w świadomości ludzkiej, przez co wydają się być potrzebne i być nie do ruszenia.). To wszystko dzisiaj, i od bardzo dawna, tracimy na rzecz tylko tego, że utrzymujemy spore stado belfrów (które dodatkowo znacznie urosło w ostatnich dekadach i to pomimo tego, że dzieci coraz mniej), raz na kilka miesięcy poganiających dzieciakami bezmyślnie oraz z narażeniem ich życia i zdrowia na bieżnię boiska, czy gdzieś tam indziej, dla wypełnienia jakiejś zakichanych rubryczek tylko dlatego, że te 200+ lat temu ktoś ten system w ten sposób stworzył i do dziś nikomu nie przychodzi do łba, że dawno temu powinno się to zmienić, bo nie tylko od dawna nie przystoi do realiów, ale w ogóle nigdy nie miało w sumie żadnego sensu.

MEM

opublikowała opowiadanie w kategorii felieton i inne, użyła 3911 słów i 22715 znaków. Tagi: #szkoła #edukacja #WF #marnotrawstwo #ekonomia #sport

3 komentarze

 
  • Lucjusz

    Całkowicie się nie zgadzam. Po wf-ie na następnej lekcji chciało nam się tylko bardzo pić, ale dotlenieni byliśmy wybornie i świetnie się myślało.

    15 lutego

  • MEM

    @Lucjusz "Całkowicie się nie zgadzam. Po wf-ie na następnej lekcji chciało nam się tylko bardzo pić, ale dotlenieni byliśmy wybornie i świetnie się myślało."  

    Owszem, jest tak, że generalnie aktywność fizyczna pozwala spalić kalorie, dotlenić organizm i utrzymać go w formie, co koniec końców przekłada się także na lepszą pracę mózgu. Ale myk jest w tym, że to w ten sposób działa na dłuższą metę. Czyli gdy aktywność fizyczna jest regularna, to organizm, w tym mózg, jest zdrowszy i działa sprawniej. Natomiast zaraz po samych ćwiczeniach, czy innego rodzaju wysiłku fizycznym, potrzebny jest odpoczynek, i to tym dłuższy, im intensywniejsze one były. I bez niego, z powodu zmęczenia spada koncentracja i możliwości intelektualne. A już tym bardziej, jeśli po takim "intensywnym WF-ie" ma się np. ileś tam godzin lekcyjnych do końca szkolnego dnia (a na dokładkę po lekcjach jeszcze naukę w domu). Czyli pomimo że ćwiczenia pomagają człowiekowi w utrzymaniu i rozwoju m.in. zdolności umysłu, to nauka bez odpoczynku po ćwiczeniach jest złym pomysłem, bo zmęczony mózg się "wyłącza" (a dodać do tego można też i to, że dzieci są często niewyspane, że młode organizmy potrzebują więcej snu, że z przyczyn własnych uwarunkowań nie wszyscy są rannymi ptaszkami, i przez te rzeczy zmęczenie jeszcze bardziej wzrasta, tym bardziej, że często to niewyspanie i przemęczenie utrzymuje się przez np. cały szkolny tydzień, więc efekt się kumuluje). I każdy z nas od czasu do czasu chyba ma i miał styczność z takim fizycznym zmęczeniem, które powoduje, że chwilowo mamy bardziej ograniczone możliwości myślenia, więc to, że dzieci w szkołach po intensywnym wysiłku (gdyby WF-y im go w ogóle dostarczały, bo to, że nie dostarczają go często w ogóle, to też jest problem, stąd tragiczne statystyki sprawności fizycznej dzieciaków) też mają ten problem, powinno być dla wszystkich zrozumiałe.

    A z kolei jeśli po ćwiczeniach nie ma zmęczenia, to znaczy, że się na tym WF-ie obijało. :) Czyli, że nie spełnia on swoich celów.

    I to jest jedna sprawa. Natomiast druga jest taka, że czy ćwiczyłbyś na WF-ie, czy w innym czasie i miejscu wykonywał te same ćwiczenia, albo prowadził dowolną inną aktywność fizyczną, skutki dla organizmu byłyby te same – nadal chciałoby się tylko bardzo pić, ale dotlenieniony byłbyś wybornie i świetnie by Ci się myślało. Różnica jest jednak taka, że nie kosztowałoby to z budżetu iluś tam miliardów złotych rocznie. I o to chodzi. :)

    15 lutego

  • Lucjusz

    @MEM Nie wiem, czy się obijaliśmy na wf-ie, ale na boisku był sam piach, ani jednej trawki.

    16 lutego

  • MEM

    @Lucjusz "Nie wiem, czy się obijaliśmy na wf-ie, ale na boisku był sam piach, ani jednej trawki."  

    Na podwórkach mojego osiedla z dzieciństwa było kilka trawników, które były samą gołą mocno udeptaną ziemią z powodu dzieci grających tam w piłkę nożną. :) Zajęło to trochę czasu, ale nie wynikało jedynie z wysiłku włożonego w ten rodzaj sportu, lecz również z powodu regularności używania tego miejsca do takiego celu.  

    I kwestia jest taka: czy gdybyś zamiast grać w tę piłkę na WF, grał w nią na podwórku, albo na boisku, poza szkolnymi zajęciami, to by to coś zmieniło w kwestii uzyskanej w ten sposób sprawności fizycznej? Przecież tak samo się biega, tak samo się męczy, tak samo się dotlenia...

    Tylko że jedna metoda jest darmowa, a druga kosztuje 5+ mld złotych rocznie.

    PS. Lata temu, gdy panowało u nas bardzo duże bezrobocie, moja szkolna koleżanka, nie chcąc po jakiejś policealnej szkole zasilać kolejki w pośredniaku, wpadła na pomysł, że wstąpi do wojska. Był tylko mały problem – trzeba było zdać testy sprawnościowe, a pod tym względem ona niemal całkowicie leżała jeszcze w czasach szkolnego WF-u. Ale się zawzięła (tym bardziej że nic tak nie motywuje jak bieda) i przez ileś tam miesięcy dzień w dzień sama ćwiczyła, m.in. bieganie na pobliskiej bieżni boiska. Wyrobiła sobie przez ten czas taką kondycję, że zdanie tych testów sprawnościowych to był pryszcz. Żadnego profesjonalnego trenera, żadnych kosztów finansowych, żadnego doładowywania się dopingiem czy choćby suplementami (choćby dlatego, że na te potrzeba kasy), nawet żadnej diety. Wystarczało regularne wykonywanie tych ćwiczeń i przyłożenie się do tego, by były efekty. I każdy, o ile nie jest niepełnosprawny, może we własnym zakresie o to zadbać (a tym bardziej, jeśli dodatkowo poszuka sobie czy to informacji na temat tego, jak prawidłowo wykonywać ćwiczenia/trening i jaką mieć dietę, a tego zwłaszcza dziś w dobie internetu jest na pęczki, czy nawet profesjonalnego trenera, który mu doradzi), nie potrzeba nikomu żadnego WF do uzyskania efektów z tego.

    16 lutego

  • Lucjusz

    @MEM Dzisiaj nie zagonisz młodzieży do wysiłku sportowego, wf jest zatem jedyną formą aktywności. Dlatego wf jest potrzebny.

    16 lutego

  • MEM

    @Lucjusz "Dzisiaj nie zagonisz młodzieży do wysiłku sportowego,"

    To mnie jeszcze nie znasz... ;) Zapierdzielaliby, ino by gwizdało na zakrętach. :lol2: Marchewka i kij. ;)

    Zresztą, podobnie jak w przypadku wielu innych rzeczy (choćby regularnego czytania) to w sporej mierze jest kwestia wpojenia im nawyków, tak, by potem sami odczuwali potrzebę ponoszenia jakiegoś wysiłku, za nagrodę mając coś (i to są różne rzeczy, ot choćby jakaś frajda z gier i zabaw z innymi dziećmi na podwórku na dobry początek), co dzięki temu wysiłkowi uzyskali. A możliwości tu są niemal nieograniczone, od zwykłych spacerów począwszy.

    "wf jest zatem jedyną formą aktywności. Dlatego wf jest potrzebny."

    Jeśli 3/4 dzieciarni pomimo tego WF-u ma problem z podstawowymi ćwiczeniami, to wniosek z tego taki, że WF wcale tej aktywności fizycznej im nie dostarcza. I koło się zamyka. Gdyby było inaczej, to problem by nie istniał i wtedy istnienie tego WF-u  jeszcze od biedy jakoś dawałoby się przełknąć. Ale nie jest inaczej, i nigdy nie będzie, bo samo podejście do tej sprawy w ten sposób, że zwalimy problem na WF w szkole, jako na tę jedyną aktywność fizyczną, który w dodatku z racji swojej specyfiki jest niezdolny do jakiejkolwiek realizacji celów, i niech on go rozwiąże, jest z gruntu złe.

    A zaganianie do uprawiania sportu... A po co zaganiać? Trzeba wyrobić w ludziach – już na skalę społeczeństwa – potrzebę i nawyk wykonywania różnej aktywności fizycznej. Nie na siłę, jakimś narzuconym obowiązkiem, a dobrowolnie (a przynajmniej, żeby to wyglądało na dobrowolne). W tym celu potrzebna jest edukacja pod tym kątem, ale nie na jakimś WF-ie, a przy pomocy różnych kampanii społecznych promujących sport i ogólnie zdrowy tryb życia, przy pomocy tworzenia "mody" na uprawianie sportu (w ostatnich latach bardzo modny był np. nordic walking i bieganie – nikt nikogo nie zmuszał, a wielu zaczęło w ten sposób zażywać ruchu; podobnie jest zresztą np. z tym, że ludzie zaczynają zwracać coraz większą uwagę na to, jak się odżywiają, i odchodzić od różnych szkodliwych używek, choćby od papierosów – to też nie wzięło się znikąd), przy pomocy innych przedmiotów istniejących w szkołach tłumaczących potrzebę aktywności fizycznej itd.

    A jeśli do kogoś to nie dotrze? A to mówi się: trudno, i żyje się dalej... To jest już zmartwienie tych, do których nie dotarło. Nikt nie ma obowiązku ich w żaden sposób niańczyć, i im prędzej społeczeństwo zacznie się z powrotem uczyć i przyzwyczajać do tego, że sami muszą o siebie zadbać i sobie radzić, tym lepiej, bo szybciej będą tego efekty. Jeśli zaś do kogoś nie dociera, że musi zadbać o ruch, bo inaczej będzie miał np. problemy ze zdrowiem, to już jest jego brocha i zmartwienie, że się tych problemów nabawi. To najzwyczajniejszy pod słońcem ewolucjonizm zresztą – słabi (a w tym wypadku ta słabość objawia się głupotą danego osobnika) eliminują się sami. Natomiast zmiana przyzwyczajeń na szeroką skalę, na skalę całego społeczeństwa, nie nastąpi od razu, minie pokolenie lub dwa. Ale z upływem tego czasu, po pierwsze: zaczną się wykruszać (na swoje własne życzenie) ci, którzy nie dbali zapewnienie sobie potrzebnej dawki ćwiczeń i przez to "przedwcześnie" zawalili swoje zdrowie, a ich miejsce zajmą coraz liczniejsi ci, którzy od x lat już będą tego nauczeni i swoje dzieci też tego sami już nauczą, po drugie: po latach stanie się to normą społeczną przez wieloletnie systematyczne wpajanie tych nawyków społeczeństwu.
    __________
    Zresztą. Jest bardzo prosty sposób na to, by ludzi zmusić do ćwiczeń i utrzymania sprawności fizycznej... :) Wystarczy ogłosić, że można będzie dostać ileś tam złotych zwrotu z podatku, jeśli co roku zaliczy się testy sprawnościowe wedle jakiejś ustalonej normy. Dla kasy ludzie zrobią wszystko. ;)

    18 lutego

  • ToM123

    Absolutnie się nie zgadzam. Zasada w zdrowym ciele zdrowy duch jest nadal aktualna. Zrezygnowano z oceny czy uczeń spełnia minima sprawności fizycznej wymagane dla jego wieku i mamy tego efekty.Należy  dopracować i prawidłowo realizować program zajęć fizycznych, ponadto przywrócić oceny okresowe sprawności fizycznej u uczniów, rozbudowywać i zwiększać dostępność obiektów sportowych. Oszczędzać to można na czasie spędzanym przez dzieciaka na FB, a nie na aktywności fizycznej, która wspomaga prawidłowy rozwój dziecka. Ma wrażenie, że ten artykuł powstał na kanwie pomysłu: likwidacja prac domowych i jest tak samo "trafionym" pomysłem.

    15 lutego

  • MEM

    @ToM123 "Absolutnie się nie zgadzam. Zasada w zdrowym ciele zdrowy duch jest nadal aktualna."

    Oczywiście, że jest nadal aktualna. Nawet bardzo aktualna. Tylko... Po pierwsze, kto powiedział, że ma być ona wprowadzana przy pomocy lekcji WF, bo są one  jakąś cudowną "jedynie słuszną" drogą do tego celu? A po drugie, skoro WF jest – wedle realiów i statystyk – przedmiotem kompletnie niewypełniającym swoich zadań, to utrzymywanie takiego czegoś kosztem miliardów zł rocznie jest bezsensowne – to jest właśnie marnotrawstwo: wywalanie miliardów na rzecz nieprzynoszącą żadnych rezultatów, a gdy tych rezultatów nie ma, to jeszcze bardziej kretyńskie "reformowanie" tego przy pomocy zwiększania ilości topionej w tym kasy o kolejne miliardy. Błędne koło i idiotyczne trzymanie się czegoś tylko po to, by ten stan rzeczy trwał. Trzeba zmienić podejście na "biznesowe" – gdzie uzyskuje się możliwe maksimum przy zracjonalizowanych, uzasadnionych, dobrze przemyślanych i jak najmniejszych wydatkach (I tak zresztą się powinno podchodzić do całości tego, co finansuje budżet państwa i budżety samorządowe – nie dość, że byłyby kolosalne oszczędności, to zwiększyłby się poziom rozwoju gospodarczego, społecznego i ogólnie mówiąc dobrobytu. Prosty przykład. Głośne dzisiaj lotnisko w ramach CPK ma kosztować około 50 mld zł. Dużo? To jest mniej niż nasze dziesięcioletnie wydatki na WF w szkołach, z którego nie ma żadnych rezultatów poza utopioną w tym WF-ie forsą. Czyli tylko za ostatnie 35 lat od upadku PRL-u można by za te pieniądze postawić cztery takie lotniska i budżet by nawet nie poczuł, że coś wydał. A tak to mamy gówno..., a do tego stan zdrowia i sprawności fizycznej społeczeństwa jest jeszcze gorszy niż był bez tych wydatków. I przykładów racjonalnego wydatkowania takich, a czasem i większych, pieniędzy jest na pęczki. To gdzie sens i logika?). Jeżeli aktywność fizyczną można z powodzeniem prowadzić i w niemal całości przypadków prowadzi się poza lekcjami WF-u, to ewidentnie jest on zbędny. I kropka.

    "Zrezygnowano z oceny czy uczeń spełnia minima sprawności fizycznej wymagane dla jego wieku i mamy tego efekty."

    Nie, nie w tym leży przyczyna. Bo przed tą rezygnacją z tej oceny było tak samo. Było tak, bo nikt normalnie myślący nie każe przecież dziecku powtarzać klasy (i do tego może ileś tam razy), bo nie radzi sobie z ćwiczeniami fizycznymi. A skoro tak, to praktycznie nie ma bata. No a jak nie ma bata, to nie ma też i efektów. I nie będzie. A nawet jeśli, dajmy na to, poprawi się ta statystyka i zamiast tych 78% uczniów niepotrafiących zrobić fikołka, nie będzie umiało go zrobić tylko 50%, to nadal WF nie spełnia swoich celów i te przykładowe 28 punktów % różnicy nie jest warte topienia 5+ miliardów zł rocznie. Po prostu.

    "Należy dopracować i prawidłowo realizować program zajęć fizycznych, ponadto przywrócić oceny okresowe sprawności fizycznej u uczniów, rozbudowywać i zwiększać dostępność obiektów sportowych."

    Nie. I już pisałam z jakiego powodu: nie ma najmniejszego sensu topienie coraz większych pieniędzy w system, który nie działa. To zresztą – topienie coraz większych kwot w WF – robione jest regularnie. Dawniej w szkołach były 2 godziny WF tygodniowo, teraz są 4 godziny, czyli kosztuje to, w uproszczeniu, raz tyle za sam koszt wypłaty dla nauczycieli, a skutek jest taki, że stan fizyczny uczniów się pogorszył. No to co należy zrobić? Jeszcze bardziej zwiększyć wydatki? Taaaa... :rotfl: Przypomina to jako żywo żart z czasów komuny o kartoflach i stonce...: "Towarzysze kołchoźnicy! W zeszłym roku obsialiśmy dwa hektary ziemi kartoflami. Stonka zżarła wszystko. W tym roku obsialiśmy pięć hektarów kartoflami. Stonka zżarła wszystko. W przyszłym roku obsiejemy dziesięć hektarów kartoflami. Niech się stonka udławi!". Typowa komuna walcząca z problemami nieznanymi innym ustrojom. Idiotyzm takiego rozwiązania sprawy chyba widać jak na dłoni, nie?

    I żadne "dopracowywanie programu" tego nie zmieni. System jest z gruntu zły i jest nie do naprawienia, a nie da się stworzyć niczego na jego miejsce, co by działało zgodnie z oczekiwaniami. Wraku nie da się naprawić, a na pewno nie ma ta naprawa sensu. Jedyne co można, to nauczyć społeczeństwo tego, by samo dbało o swoją sprawność fizyczną i pojęło, że to jest ich biznes. Na dokładnie tej samej zasadzie, jak zabieranie tego typu socjalu, który jest niepotrzebnym i szkodliwym wydatkiem, zmusza ludzi do zadbania o siebie, pójścia do roboty, i ogranicza patologię.

    15 lutego

  • MEM

    @ToM123  

    A obiekty sportowe? Oczywiście, że mogą być dostępne, a nawet i w miarę uzasadnionych potrzeb powinny być stawiane kolejne. Ale to już nie ma nic wspólnego ze szkołą oraz lekcjami WF. Zaś szkolne obiekty sportowe mogą być płatne lub częściowo płatne. Jeśli dajmy na to w jakiejś podstawówce jest 500 dzieci, to wpłacenie przez każde np. 20 zł raz na semestr (nie jest to jakaś nieosiągalna kwota – to mniej niż minimalna stawka za godzinę pracy), daje rocznie 20 tysięcy zł. I za taką składkę można co parę lat wyremontować taki obiekt lub go wyposażyć.

    "Oszczędzać to można na czasie spędzanym przez dzieciaka na FB, a nie na aktywności fizycznej, która wspomaga prawidłowy rozwój dziecka."

    Nie przeczytałeś tekstu "felietonu" ze zrozumieniem. Ja tam nigdzie nie napisałam, że dzieciaki mają siedzieć na czterech literach przed komputerem zamiast lekcji WF... Mało tego, ja właśnie wyraźnie napisałam, że należy wrócić do czasów, kiedy dzieci zażywały w wielkich ilościach aktywności fizycznej m.in. na podwórkach, i w każdych warunkach pogodowych przez okrągły rok. Ale to już jest gestia rodziców, by dzieciaki zostały nauczone, nakłonione i przypilnowane w tej kwestii oraz ewentualnie posłane na jakieś dodatkowe zajęcia sportowe, jeśli ktoś tam ma akurat ochotę. Szkoła nie musi i nawet nie powinna mieć tu nic do powiedzenia. Proste jak konstrukcja cepa.

    "Ma wrażenie, że ten artykuł powstał na kanwie pomysłu: likwidacja prac domowych i jest tak samo "trafionym" pomysłem."

    Nie. Akurat nie powstał na tej kanwie, choć w sumie... być może powstanie kolejny m.in. o tym, bo czemu nie, skoro faktycznie już na ten temat zeszło.

    A likwidacja WF pomysłem jest jak najbardziej trafionym. Uzasadnienie masz w treści felietonu oraz w komentarzu tutaj. To daje oszczędności, to jest racjonalne gospodarowanie dostępnymi zasobami, i to daje szereg korzyści w kwestii sprawności fizycznej i prozdrowotnej dzieci i w ogóle całego społeczeństwa. Wymaga w tej konkretnej kwestii jedynie nauczenia z powrotem ludzi tego, czego zdążyli zapomnieć przez tzw. państwo opiekuńcze (o mniej lub bardziej poronionych objawach tej jego opiekuńczości, jakie są reliktami sprzed wieków lub z czasów słusznie minionego ustroju) robiąc z siebie nieżyciowe sieroty – że mają dbać o siebie (w tym wypadku o zdrowie i sprawność), bo to jest przede wszystkim ich biznes i nikogo innego.

    15 lutego

  • pH07

    W jednej z moich szkółek sala gimnastyczna była otwarta cały czas, nie tylko na potrzeby lekcji. Kto chciał, biegł na przerwie popykać sobie w kosza. Na lekcję ważnych rzeczy wracał zziajany albo uspokojony, każdy po swojemu, zrealizowany towarzysko, wypoczęty umysłowo i zadowolony. Zdolny przyjmować poważne treści. Chętnych nie brakowało.
    W innej szkółce, bardzo podstawowej, potrzebę ruchu kanalizował stół do ping-ponga dostępny na przerwach.  
    Ruch jest potrzebny, także pomiędzy aktywnościami mózgowymi. Nie wiem, skąd bierzesz przekonanie, że "zmęczenie fizyczne powoduje bowiem chwilowy spadek możliwości intelektualnych" upośledzający pracę na innych lekcjach, i nie muszę wiedzieć. Chyba się zagalopowałaś.
    Jasne, że WF w formie przedmiotu szkolnego i w ramach sztywnego planu lekcji jest nieefektywny, kontraproduktywny i pod różnymi względami szkodliwy. Minimum programowe, ocena na świadectwie, obowiązek obecności — do likwidacji. (Pani ministro edukacji, zagląda pani na lol24? Proszę uwzględnić wniosek potencjalnych wyborców.)  
    Tu przerwę i wrócę do tradycyjnej trollerki:
    "do dziś nikomu nie przychodzi do łba" — człowiek ma głowę,
    "jakiegoś tam kolejnego ministra i jego mniej lub bardziej przygłupich pomocników z łapanki (chyba wszyscy wiemy, jakie "elity" nami od dekad na zmianę rządzą)" — nazywając przygłupami, nie dodajesz mądrości samej sobie. Poniżając, nie robisz się wielka.

    15 lutego

  • MEM

    @pH07  

    Miał troll mówione, żeby się odpieprzył i spierdalał? Miał. To czego nie zrozumiał? Prostym tekstem przecież było...  

    Pojąłeś wreszcie (bo już któryś raz ci to piszę w odpowiedzi na twoje zaczepki)? Czy nadal za trudne?

    A skoro nawet to, o czym tuż powyżej, jest dla ciebie za trudne i zrozumienie tego cię przerasta, to liczenie na to, że cokolwiek zrozumiesz z dowolnego tematu, który byłby choć trochę bardziej skomplikowany niż to, co ci ileś tam razy już powtarzałam, a przytoczyłam tuż powyżej, jest całkowicie pozbawione sensu. Tym bardziej więc nie mamy sobie nic do powiedzenia i idź w końcu w cholerę, zająć się czymś na swoim poziomie umysłowym, zamiast atencji ciągle szukać.

    15 lutego

  • pH07

    @MEM Dziękuję za kulturalną odpowiedź.

    15 lutego

  • MEM

    @pH07 "Dziękuję za kulturalną odpowiedź."

    Nie dziękuj, tylko w końcu pojmij.

    15 lutego