Mój przyjaciel, mój wróg, mój upadek, moja porażka.

Mój przyjaciel, mój wróg, mój upadek, moja porażka.Cześć, jestem Rien i mam dwadzieścia jeden lat...  

Nie, nie brzmi to dobrze. To takie sztuczne. Co Wam powie moje przybrane imię, czy wiek? Uproszczę i przedstawię odpowiedź na tacy – gówno Wam da. Nie odda mojej natury i problemu, którym chcę się z Wami podzielić. Rzecz, o której mam zamiar napisać jest niejednokrotnie bagatelizowana. Milczy się, kiedy zaczyna się ów temat. Ucieka od sprawy. Ciągle słyszę, że mam się wziąć w garść – bo w końcu to takie banalne, czyż nie? Nie. Nie jest.  

Cześć, jestem wariatką. Dopiero od niedawna potrafię to przyznać. Samookaleczam się i nieustannie myślę o śmierci. Mam napady niekontrolowanego płaczu i agresji. Nienawidzę siebie i swojego ciała. Czasem uważam, że nie powinnam się w ogóle urodzić. Często się izoluję i mam problemy z zaufaniem.  

Mam ciało pełne blizn. Na lewej ręce zaprzestałam dzieła destrukcji z powodu tatuaży. Mam dwa. Niewielkie, ale przypominające mi o czymś. Boję się, że kiedyś przesadzę i wjadę ostrzem na dziarę. Za to lewa ręka jest – jak to określił kiedyś ktoś mało istotny – jak peklowana szynka. Blizna na bliźnie i wciąż pojawiają się nowe. Jedni piją, inni ćpają – a ja się tnę. Uzależnienie takie jak każde. Niszczy cię, powoli zabija i rzuca z przepaści. Spadasz, ale wciąż się podnosisz. Jesteś jak Prometeusz, któremu ptaki ciągle wydłubują wnętrzności. Przykuty do skały bez możliwości ratunku. Z góry skazany na potępienie. Z biegiem czasu pojawiają się myśli samobójcze. Boisz się śmierci? Spoko – one i tak przybędą. Godzinami siedzisz na oknie i rozważasz - "Być albo nie być, skoczyć albo nie skoczyć.” Wysypujesz tabletki i przygotowujesz wodę, by to popić. Zastanawiasz się. Lęka Cię pryzmat niewiadomej. Mimo wszystko to robisz.  

Mam za sobą dziesięć prób samobójczych. W tym dwie – może trzy, krytyczne. Zabawny jest fakt, że kiedy matka znów dzwoni po karetkę ty przyjmujesz to z chłodną obojętnością. Przyjeżdżają sanitariusze, wstępnie cię badają i wsadzają do karetki. Potem szpital, pseudo płukanie żołądka i jedziemy na toksykologię. Ostatnio prócz standardowej kroplówki dostałam maskę tlenową. Chyba byłam na krawędzi. Mało pamiętam. Jasne przebłyski mam dopiero z chwili, gdy obudziłam się na tak zwanej ostrej terapii, czyli oddzielnej sali, gdzie trafiasz zaraz po przyjęciu. Przespałam ponad dobę. Bolał mnie żołądek, chyba. Nie wiem, wymazałam to z pamięci. Znali mnie, w końcu trafiłam tam już piąty raz. Potem szybka rozmowa z psychiatrą, stan depresyjny i wywóz do psychiatryka. Jestem żałosna – w ciągu trzydziestu dni byłam raz na oddziale zatruć i dwa razy w domu wariatów.  

Pierwsze objawy zauważyłam w gimnazjum. Zaczęłam się podcinać już wtedy. Przyszły pierwsze myśli samobójcze. Myślałam, że to normalne, przejściowe – podobnie jak moja mama. W liceum to się spotęgowało. Zaczęłam do tego nienawidzić sama siebie. Izolowałam się. Nie czułam przynależności do grupy. Po pierwszej pseudo próbie samobójczej, która była w grudniu roku końca świata mama zapisała mnie do psychiatry. Kobieta nie potrafiła mi pomóc – odesłała mnie więc do innej. Od tamtego czasu z sześc razy zmieniłam psychiatrę. Zaczynałam też terapię. Najdłużej wytrzymałam na niej miesiąc. Nie lubię psychologów, rozgrzebują nieprzyjemne rzeczy. Pytają o drobiazgi – jednak trafiają tak celnie, wybierają gówna, które najbardziej bolą. Zazwyczaj rezygnowałam po pierwszym spotkaniu. Nie moja wina. Nie chce tego. Potrzebuję, ale nie chcę. Nie umiem się przekonać i zaufać jakiejś kasiastej babce, która na moim nieszczęściu dorobiła się małej fortuny. Najnowsze samochody, drogie telefony i dobra pozycja materialna. Ona mnie nie zrozumie, ona jest dziwna, odpycha, obrzydza. Nie umiem się otworzyć. Jestem beznadziejna.  

Tak więc jestem Rien, mam dwadzieścia jeden lat, dziesięć prób samobójczych i pięć pobytów w psychiatrykach na koncie. Och i tak. Nie chcę się leczyć. Żyję w miarę normalnie tylko dzięki psychotropom. Lamotrygina, Chlorprotixen i antydepresant, którego nazwy nie pamiętam oraz czerwone Marlboro – to moi najwierniejsi kompani.  

Ten tekst ma na celu zmotywowanie Was. Ważne jest, żeby zareagować, kiedy widzi się pierwsze symptomy. Im szybciej się zdiagnozujecie tym szybciej możecie sobie pomóc. Nie dajcie się stłamsić, walczcie o siebie.

rienschen

opublikowała opowiadanie w kategorii felieton, użyła 771 słów i 4542 znaków.

4 komentarze

 
  • meme

    Twój blog został usunięty?

  • rienschen

    @meme ja go usunęłam

  • rienschen

    Madierka - depresja jest chorobą, więc jak w wypadku każdej choroby - musisz się skonsultować z lekarzem, by ją stwierdzić.

  • Madierka

    Mam większość z tych objawów, jednak nie okaleczam się. Mam depresję? Raz się uśmiecham, raz płaczę. Często mała pierdułka wyprowadza mnie z równowagi... Najgorsze jest to że nikt tego nie widzi...

  • LittleScarlet

    Świetny tekst, bardzo prawdziwy. Nie wiem tego z autopsji, ale moja przyjaciółka ma stwierdzoną depresję, chociaz ostatnio jest chyba lepiej - chodzi do psychologa i tak dalej. Mam nadzieję, że sobie radzisz i że ktoś wreszcie sprawi ze poczujesz sie lepiej. Trzymam za to kciuki z całej siły.