Romans z czasów szkolenie (fanfiction - Winter Widow) 7

Zimowy Żołnierz odwrócił się powoli, patrząc, jak w jego stronę zmierza młoda, nieco zalękniona dziewczyna, którą wczoraj zgodził się trenować. Otaczało ją czterech agentów KGB. Spojrzał wymownie na zegarek, gdy podeszli bliżej.
- To ona miała tu na mnie czekać, a nie odwrotnie! – warknął, wskazując ją niedbałym ruchem głowy, ale słowa kierując do jej ‘opiekunów”.
- Mieliśmy z nią pewne problemy – wyjaśnił niechętnie jeden z nich, popychając Natalię stronę Żołnierza. Ten natychmiast schwycił ją za ramię i usadził w miejscu, po czym spojrzał krytycznie na postawnych Rosjan.
- Tym gorzej to o was świadczy – prychnął. – Przekażcie Madame B., że jeśli raz jeszcze spróbuje wywinąć mi taki numer, to gorzko tego pożałuje…
- Grozisz nam? – syknął natychmiast jeden z nich, ten najpotężniejszy, robiąc krok w stronę James’a.
- Dokładnie tak – odparł Żołnierz spokojnie, jednocześnie lewą ręką wyprowadzając silny cios w brzuch przeciwnika. Mężczyzna jęknął i padł na ziemię. – Spieprzajcie stąd! – warknął w stronę pozostałych, nachylając się lekko do przodu, gotowy do odparcia ewentualnego ataku. Agenci spojrzeli najpierw na niego, potem na powalonego kolegę i wymienili ze sobą szybkie spojrzenia. Dwóch z nich podniosło z ziemi powalonego kompana i ruszyli szybko w dół zbocza. Żołnierz patrzył za nimi przymrużonymi oczami, dopóki nie znikli im z oczu. Dopiero wtedy puścił jej ramię.
- Dziękuję – bąknęła nieśmiało. Spojrzał na nią zimno i oddalił się o kilka kroków.
- Nie dziękuj… Dopiero teraz czeka cię ciężka praca…
Kiwnęła mu głową, robiąc krok w bok i oczekując od niego poleceń. Odwrócił się w jej stronę i w jego jasnych oczach pojawiła się czysta ciekawość.
- Swoją drogą, co tam się właściwie stało? O jakich problemach oni mówili? – zapytał.
Zagryzła wargę, nie wiedząc, czy powinna mu odpowiadać.
- Spokojnie, to zostanie między nami… No? Jak to było?
- Jeden z żołnierzy przyszedł do mojej kwatery – przełknęła nerwowo ślinę. – Próbował mnie zgwałcić… Złamałam mu kość udową…
- Udową? Gratuluję… - przyznał z podziwem, patrząc na nią jakoś inaczej. Jakby z szacunkiem. Choć nie widziała jego ust, bo nosił jakąś idiotyczną maskę, miała wrażenie, że się uśmiechał. Przez chwilę. Potem jego oczy znów stały się zimne jak stal, z której wykonane było jego ramię. To tej pory nie rozgryzła, czy była to swego rodzaju nakładka, montowana na ramię, czy jakaś proteza lub coś innego równie śmiercionośnego. Nie miała jednak bowiem możliwości, że czymkolwiek to ramię było, stanowiło śmiertelną broń… - A teraz się skup! – polecił jej sucho. Uśmiechnęła się do niego łagodnie, co jego nieco zaskoczyło. Ale jej dało przewagę, o którą od samego początku jej chodziło. Ruszyła w jego stronę biegiem, pokonując dzielący ich dystans w zaskakująco krótkim czasie i skoczyła. Wysoko. Oplatając nogami jego barki. Jej atak wyraźnie go zaskoczył, bowiem już po chwili leżał na ziemi, gdy nagłym zrywem w dół, powaliła go na trawę. Szarpnął się jednak, dosięgając ją dłonią. Uderzył nieco na oślep, jako że leżał twarzą do dołu, ale i tak trafił ją dość mocno w bok. Jęknęła, zrywając się na równe nogi i odskakując od niego, by nie mógł przydusić jej tak, jak wczoraj. Sam poderwał się niespodziewanie sprawnie i kopnął ją mocno w pierś. A przynajmniej próbował, bo kiedy on wyprowadził cios, ona wykonała prawidłowe salto w tył. Z miejsca. Bez rozbiegu. Jej stopa dosięgła jego podbródka. Zachwiał się mocno i wyszarpnął cienki nóż z ukrytej w cholewie buta pochwy. Zauważył, jak oczy kobiety zwęziły się natychmiast, obserwując dłoń zbrojną w ostrze. Cofnęła się jeszcze odrobinę i dobyła pistolet. Zdumiało go to lekko, bo nie sądził, że jakkolwiek ją uzbroją. Oczywiście nie miał jej zabić, czy skrzywdzić, tylko pokazać jej, jak może walczyć z nią przeciwnik… Ruszył powoli w jej stronę, robiąc krok za krokiem i obserwując ją uważnie. Zauważył, że jej początkowe zakłopotanie już gdzieś zniknęło. Teraz była skupiona, najwyraźniej pewna siebie i spokojna. Obserwowała go, przez cały czas utrzymując odpowiedni dystans między nimi…

- Przyznaję – powiedział powoli, oddychając ciężko. – Posiadasz potencjał…
- Dziękuję – szepnęła, siedząc na trawie i patrząc przed siebie. Podniosła jednak głowę, gdy stanął przy niej. Z ciekawością zerknęła na jego ramię. – Co ci się stało? – zapytała. Wiedziała już, że ręka ta nie może być żadną nakładką. Spojrzał na nią ostro i najpewniej chciał jej odpowiedzieć niezbyt przyjemnym tonem, lecz zauważył, że patrzy na niego ze współczuciem. A ludzie z zasady spoglądali na niego ze złością lub pogardą.
- Nie wiem – powiedział w końcu. – Podejrzewam, że musiałem jakoś ją stracić…
- To przykre – wyszeptała. – Czy mogę wiedzieć, jak masz na imię?
- Po co ci to wiedzieć? – zapytał ostro. Wzruszyła ramionami.
- Z ciekawości – odpowiedziała. Poza tym chciałabym wiedzieć, jak mam się do ciebie zwracać w czasie naszych treningów…
- To nie są treningi, tylko szkolenie! Zapamiętaj to sobie! – warknął. – A co za tym idzie, jestem tu twoim przełożonym, więc tak właśnie masz mnie traktować, zrozumiano?!
- Tak jest! – zerwała się natychmiast na równe nogi, stając przed nim na baczność i salutując mu.
- Towarzyszu sierżancie Barnes… - dokończył za nią chłodno, patrząc na nią z góry, co wcale nie było takie trudne. – I zapamiętaj. Jestem od teraz twoim mentorem. Do mnie przychodzisz po instrukcje i z pytaniami. To mnie będziesz się zwierzać! Czy to jasne?
- Tak jest, towarzyszu sierżancie!
- Dobrze… A teraz opowiedz mi coś o sobie…

Dwa miesiące później.
- Skup się, Romanova! – warknął poirytowany, gdy po raz kolejny nie trafiła w dziesiątkę na tarczy. – Jesteś naprawdę świetnym strzelcem, więc co się dzieje, do cholery?!
- Nie wiem – przyznała smętnie, zabezpieczając broń. – Nie potrafię się skupić…
Spojrzał na nią z dezaprobatą, po czym syknął przez zęby:
- Pięć minut przerwy! I ostrzegam. Nie zaliczysz tego zadania, będziesz biegać do upadłego!
Natalia skrzywiła się nieco, odwracając od opiekuna. Choć miała naprawdę dobrą kondycję, nienawidziła tych niekończących się biegów, w czasie których miała wrażenie, że mężczyzna w ogóle się nie męczy. Nie raz bywało już tak, że pod koniec trasy, padała niemal bez życia i potrzebowała całkiem sporo czasu, by przyjść do siebie.
Aktualnie była zła na siebie za tę słabość, która ją dzisiaj ogarnęła. Zła była o to, że nie potrafiła skupić się dostatecznie na zadaniu, bo wiedziała, co ją najpewniej czeka w ramach kary… A przecież była już całkiem porządni zmęczona dzisiejszym dniem, więc podejrzewała, że bieg również nie pójdzie jej najlepiej. Czyli, że rozzłości Barnes’a jeszcze bardziej. A nie miała na to zbytniej ochoty. Chociaż szkolona była na świetną agentkę i bezwzględnego zabójcę, ten zimny, zawsze opanowany mężczyzna przyprawiał ją o dreszcze strachu. Nie lubiła, gdy się złościł. Potrafił być wtedy naprawdę nieprzyjemny… Raz nawet, w jakimś dziwnym dla niej napadzie szału, uderzył ją dłonią w twarz. Cieszyła się, że prawą, bo po lewej mogłoby nie zostać jej wiele z twarzy. A tak, policzek tylko spuchł i bolał cholernie, a krwiak, który tam również wykwitł, przez tydzień zmieniał swoje kolory, niż kameleon swe ubarwienie…

351 czyt.
100%4
elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii fantasy, użyła 1385 słów i 7839 znaków.

Dodaj komentarz