Praca zdalna to dno. Siedzę w domu od dwóch miesięcy, piję piątą kawę i patrzę w ścianę, bo excela mam już powyżej uszu. Mieszkam w takiej starej kamienicy w centrum, gdzie okna są tak blisko siebie, że jak sąsiad z naprzeciwka ma biegunkę, to ja czuję to w powietrzu. Ale on nie ma biegunki. On ma aparat.
Zauważyłam go tydzień temu. Siedział przy oknie, na trzecim piętrze, dokładnie naprzeciwko mojego biurka. Młody chłopak, pewnie przed trzydziestką, wiecznie rozczochrane włosy i ten wielki, czarny obiektyw, który ciągle wystawał zza szyby. Na początku myślałam, że robi zdjęcia architektury albo gołębiom na dachu. Potem zrozumiałam, że te gołębie to ja.
Wczoraj znowu siedziałam w samym szlafroku, bo mi się nie chciało ubierać. Przeglądałam coś na telefonie i w pewnym momencie podniosłam wzrok. On tam był. Nie schował aparatu, nie odwrócił głowy. Po prostu gapił się prosto na mnie przez to szkło. Czułam, jak mi się robi gorąco na karku. Nie zasłoniłam rolety. W sumie to nie wiem, czemu tego nie zrobiłam. Może dlatego, że w tym nudnym życiu wreszcie zaczęło się coś dziać.
Dzisiaj jest to samo. Wróciłam z kuchni z drinkiem, usiadłam przy oknie i specjalnie poprawiłam ramiączko szlafroka, żeby zsunęło się trochę bardziej na ramię. Widziałam, jak błysnęło światło w jego oknie. On tam jest. Obserwuje każdy mój ruch. Czuję się, jakbym była w jakimś durnym filmie, ale podoba mi się to, że ktoś mnie tak chce oglądać.
Wstałam z krzesła i przeszłam się po pokoju. Powoli, żeby widział dokładnie, jak poruszają się moje biodra pod tym cienkim materiałem. Podeszłam do okna, oparłam się o framugę i patrzyłam prosto w jego stronę. Miał teraz podpięty inny obiektyw, taki dłuższy. Widziałam, jak celuje prosto w moją twarz, a potem niżej.
Zrobiłam to celowo. Złapałam za pasek od szlafroka i lekko go poluzowałam. Tylko trochę, żeby krawędzie materiału się rozeszły. On nie drgnął. Stoi tam jak posąg, tylko ten obiektyw cały czas za mną podąża. Poczucie bycia obserwowaną tak mnie nakręca, że aż mnie brzuch boli z napięcia. To nie jest takie zwykłe patrzenie. To jest jakaś chora gra.
Wypiłam drinka jednym haustem i poczułam, jak alkohol uderza mi do głowy. Weszłam na krzesło, żeby być na wysokości jego wzroku. On cały czas tam jest. Widzę jego cień w głębi pokoju, widzę jak co jakiś czas przesuwa ręką po obiektywie. Ciekawe, czy on w ogóle wie, że ja widzę, co on robi? Pewnie tak. Skoro jest fotografem, to musi być dość bystry.
Zeszłam z krzesła i podeszłam do okna tak blisko, że czułam chłód szyby na czole. Przyłożyłam dłoń do szkła. On zrobił to samo z drugiej strony, chociaż dzieli nas jakieś dziesięć metrów podwórka. Jego dłoń była duża, męska. Przesunął nią po szybie, jakby mnie dotykał.
Nagle w całym mieszkaniu zrobiło się cicho, aż mi w uszach zadzwoniło. Usłyszałam dźwięk zamka w drzwiach wejściowych. Moje serce stanęło. Marek. Miał wrócić dopiero późnym wieczorem, ale pewnie znowu go wcześniej wypuścili z roboty. Szybko zawiązałam szlafrok, poprawiłam włosy i rzuciłam się w stronę kanapy, udając, że czytam papiery.
- Jesteś w domu? - rzucił Marek z przedpokoju, zrzucając buty z hałasem.
Nie odpowiedziałam, tylko dalej gapiłam się w te same linijki tekstu, których nawet nie widziałam. Kątem oka spojrzałam w okno. On tam nadal był. Stał w tym samym oknie, patrzył na moje drzwi, a potem na mnie. Wtedy zobaczyłam, że włożył coś do koperty i przykleił do szyby od wewnątrz. Napis na kopercie był gruby, czarny i wyraźny. Mój adres.
Marek wszedł do pokoju i stanął za mną, kładąc mi dłonie na ramionach. Zaczęły go łaskotać, a ja miałam ochotę go odepchnąć.
- Co robisz? - zapytał, nachylając się nad moim uchem.
W tym samym momencie telefon w mojej kieszeni zawibrował. Nowa wiadomość. Nieznany numer. "Zdejmij to teraz, chcę zobaczyć więcej".
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz