Wyścig ze śmiercią cz 11

William nie próżnował. Czegoś szukał na swojej służbowej komórce. Kiedy minąłem drzwi skrzydła C, zerknął tylko w moim kierunku. A kiedy podszedłem do niego, uśmiechnął się.
- Coś nie poszło tak. Masz Aronie taką smutną minę.
- Wiesz jak jest..., a właściwie nie wiesz. Kocham ją i z tego powodu jest mi bardziej przykro.  
- Prawdopodobnie nie żałowała, prawda?
- Nie. Nie zrobiła tego pod wpływem emocji. W jej przekonaniu usunęła rywalkę.
  William musiał być dobrym słuchaczem i  oczywiście umiał wyciągać wnioski.
- Nie bardzo rozumiem. Z tego co mówiłeś, Carry nie ma do ciebie uczucia. Dlaczego zatem usunęła rywalkę? Obaj wiemy, że pani Larson nigdy nie była obiektem twoich marzeń - uśmiechnął się subtelnie, prawie niewieścio.
- Musiałbym wejść do jej głowy by pojąć jej czyn. Ostrzegła mnie bym nie szukał innej, bo nie skończy tak dobrze jak Elle.
- Prawdopodobnie z twoją żóną nie jest wszystko dobrze. Jestem policiantem, a to prawdopodobnie nie jest moja działka. O poczytalności jej czynu zadecydują lekarze.Raczej tak szybko nie wróci, by mogła komus zrobic krzywdę.
  Nie chiałem wspominać o jej guzie. Zresztą czy lekarze połączą jej chorobę z czynem, którego dokonała, tego nie wiedziałem.
- Przecież to widać jasno, że nie jest poczytalna!
  Moja mina musiala go nieco zaniepokoić, bo dotknął delikatnie mojej dłoni.
- Aronie! Ja wiem i ty wiesz, ale żyjemy w takim świecie, że wszystko musi być udokumentowane.
  Popatrzyłem na niego uważniej. Wzbudzał we mnie coraz większe zaufanie, ale czekałem jak przyjmie moje powiązanie z tą sprawą. Od tego będzie zależało czy powierzę mu tajemnicę. A wiedziałem, że odkryje to szybko, o ile już nie odkrył...
- Chyba wracamy...
- Tak. Nic tu po nas.  
   Wyszliśmy nie zamieniając słowa. Otworzył drzwi pilotem i po chwili siedzieliśmy już w wozie. Oczywiście sprawdził wiadomości na ekranie. Nie spojrzał na mnie, ale odczułem, że chyba już wie.
- Sara nie chce odwiedzić mamy?
- Och z pewnością - odrzekłem bez chwili namysłu.
- Jest teraz w szkole?
  Wyczułem coś w jego głosie.
- Nie - odparłem sucho, ale z nieco ciepłym zabarwieniem.
- Och. A może wiesz gdzie jest teraz?
   Tym razem spojrzał krótko w moje oczy. Nie mógł dłużej, bo prowadził.
- Wiem gdzie powinna być i sądzę, że tam jest.
- Rozumiem.
  Poczułem się dziwnie. Czemu nie naciskał?
  Prowadził spokojnie, a na jego twarzy panował spokój.  
- Nie powiedziałeś mi wszystkiego.
  Czyli już wiedział. Tylko co? Nie przypuszczałem, że wie o moim udziale w zniszczeniu domu porywacza i mordercy...
- Nie wiem na ile mogę ci ufać - odparłem spokojnie.
- Do tej pory traktowałem cie jak przyjaciela. Masz coś w sobie, czego nie dostrzegłem u nikogo - dodał akcentując ostatni wyraz.
- Co wiesz?
  Dostrzegłem delikatny uśmiech na jego przystojnej twarzy.
- Spryciarz.
- To nie tak. Mam odczucie co do ciebie, ale muszę mieć pewność.  
  Zobaczyłem, że jego kości policzkowe poruszyły się nerwowo, ale trwało to dosłownie ułamek chwili.
- W zasadzie mógłbym cię aresztować - rzekl spokojnie.
- To czemu tego nie zrobisz?
- Bo ci ufam.  
  Znowu zaakcentował ostani wyraz. Odebrałem przekaz. To znaczyło nie mniej ni więcej tylko : Ja ci ufam, a ty mi nie, to nie w porządku.
  Musiałem zaryzykować. Jak gracz pokerowy kiedy gra o wielką stawkę.
- Hector Trenton - powiedziałem spokojnie.
  Przez chwilę nie zauwarzyłem nic, ani na jego twarzy ani po ruchach jego ciała. Po kilku sekundach dał sygnał, skręcił w prawo i zaparkował.  
- To bardzo dobrze zakonspirowany łajdak. Nie sądzę by ktoś w naszym pięknym mieście miał więcej dowódów przeciwko niemu niż ja. A ty skąd znasz to nazwisko?
  Uśmiechnął się.
- No tak, teraz już rozumiem. Gdybym powiedział, zastępca szefa policji. I tak dalej. Wierze ci. Dlatego powiedziałem ci to o czym nikt nie wie.
- To nie wygramy. Ktoś inny też coś musi wiedzieć.  
- Tak Aronie, ale żeby kogoś poznać nie wystarczy z nim spać. Trzeba pochodzic w jego butach i to długi czas. Sam muszę bardzo uważać, on ma swoich ludzi. Nawet nie wiem czy Mc Gregor nie jest jego wtyką. Chociaż czuję, że nie. Wyobraź sobie, że potajemnie sprawdzam wszystkich powyżej plutonowego. Ale nadal nie mam pojęcia skąd ty o nim wiesz. Jak?
- Nie powiem ci. Przynajmniej jeszcze nie teraz.  
- Rozumiem. Pewnie masz swoje powody. To nie Carry była powodem dla którego przyjechałeś.
- Głównie z tego powodu przyjechałem.
  Zabrzmiało to dość zdecydowanie, sam nawet tego nie chciałem tak mocno, ale przecież to była prawda.
Spojrzałem na niego spokojnie.
- Co wiesz?
- Kiedy rozmawiałeś z żoną, ja nie próżnowałem. Mam wiele informacji na mojej komórce. W mojej pracy pamięć jest niezwykle istotna. I oczywiście łączenie faktów. Miałem do ciebie zaufanie od poczatku. I traktowałem cię jak osobę, która znam długo. Raczej tak nie postęuje z innymi. Nigdy. Potem ta sprawa z pie własnej roboty. Uznałem, że jesteś bardzo bystry. Przypomniałem sobie nazwisko Jamesa Price. Praacował w jednej z fabryk Angelo Galetti. Potem już poszło szybko. Gabriella Galetti jest przyjaciółka Sary White. Możesz mi powiedzieć gdzie jest rodzina Galettich i twoja córka? Są bezpieczne?  
  Popatrzyłem na niego spokojnie.
- No tak. Oczywiście. Sam bym tak postąpił. Nie chcesz mi powiedzieć, że masz coś wspólnego z eksplozją - zapytał jakby już wszystko zrozumiał.
- Czy coś tam znaleźli?  
- Cholera! Jesteś sprzedawcą, a nie terrorystą!
- Nie jestem terrorystą. Jestem ojcem, meżem i... Will, ja naprawdę ci nie mogę powiedzieć.  
- Dobrze, nadal mam do ciebie zaufanie. Mamy dobrych fachowców. Miałem tam swojego człowieka. I coś znalazł zanim nie pojawili się federalni. Góra została zniszczona, ale piwnica nie całkowicie. Tam coś się stało. Prawdopodobnie się dowiem za kilka dni. Ustalamy kto tam zginął.
- Gdzie?
- Wiesz i to? Mówię o górze. Na dole w piwnicy były ślady krwi. Nie jednej osoby.
- Mówię o górze.
- Tego nie wiemy. DNA wykaże.
- To Leopoldo Casalanau, morderca, najemnik. Pracował dla Maria Alamando.
   Kraft słuchał uważnie. Drgnął na dżwięk nazwiska, Alamando.
- To gość powiązany z mafią z Nowego Jorku. Czysty jak łza. Czy jest czysty z powodu Hectora?
- Dokładnie, Williamie.
- Aron, na Boga. Kim ty jesteś!
- Zwykłym człowiekiem, któremu przydarzyło się coś niezwykłego. Niestey nie mam tego teraz. Może mam, ale nie działa. To ci mogę powiedzieć, ale rozumiesz, że nie możesz tego udostępnić nikomu. Nawet Lu.
- Nie żartuj. Lu nie jest od tych spraw.  
- Tak, ale wkrótce będzie dla ciebie najbliższą osobą. Nie powiesz mi, że nie wiesz nic o jej uczuciach...
- Właściwie czułem, ale sądziłem, że to zwykłe zauroczenie... Sądzisz, że...
- Wiem. Luisa jest w tobie zakochana. Ty w niej też, tylko stanowisko, obowiazki i tak dalej, nie pozwalaja ci tego sobie uświadomić. Ona nie traci nadziei, ale boi się zrobić pierwsze posunięcie.
- Tak, teraz mam pełny obraz. Dziękuję. Możesz powiedzieć wszystko? Oczywiście poza tym czego nie możesz.  
- Powiem ci. Ale od teraz musisz być jeszcze bardziej ostrożny. Przypuszczam, że Alamando zrobi błąd. I wówczas Hector będzie chciał zatrzeć ślady. I zrobi to, ale nie sam. Dlatego nie mogę powiedzieć nawet tobie gdzie jest teraz rodzina Galattich.  
- A co zrobisz kiedy Trenton to odkryje.
- Nie może. Wówczas jest szach-mat.  
  Doznałem olśnienia. On to zrobi sam. Poruszy niebo i ziemie, żeby odkryć gdzie jest główny świadek oskarżenia przeciwko niemu. Ciotka Felicja musi zniknąć. Czy mogłem o tym powiedzieć Wiliamowi? Nie przypuszczałem, że Trenton tak szybko znajdzie powiązania. Alamando nie powie mu wszystkiego od razu. Tamten facet może mieć więcej takich gangsterów w koło siebie. Że też się nie obawiał! Chyba, że nie był ostatnim ogniwem w maszynie. Jak zwykły sprzedawca ma wygrać z tym wszystkim? Wiliam Kraft będzie po mojej stronie, ale czy to wystarczy?
- Mam swoich zaufanych ludzi - powiedział Kraft, ale wyczułem, że nie jest tak naprawdę nikogo pewny.
- Ciężka sprawa. Skoro sam szukam powiazań Trentona z mafią, to mozże i oni szukają mnie?
- A ja się zacząłem zastanawiać, że może jest ktoś wyżej, kto kryje i samego Hektora.
- Może i masz rację, Aronie. Ktoś z kongresu?
- Raczej szukałbym w FBI lub CIA.
- To pewnie to drugie. I jeszcze pozostaje NSI. Aktywne szychy, albo ci co dopiero odeszli. Ale powiedz mi co się stało. Już czuję, że to zakrawa na coś niemożliwego.
- I dobrze czujesz. Jesteś pewny, że nie masz podsłuchu w wozie.
- Jak ma, to nie dożyjemy jutra.
- Wszystko w rękach opaczności. Dostałem coś i w związku z tym nie sądzę, że ten ktos pozwoli mnie skrzywdzić.
- Mówisz o Bogu?
- Tak, bo nie mam innego realnego wytłumaczenia. Powiem krótko. Po kłótni z żoną wyszedłem na dwór. Miałem wracać kiedy zobaczyłem coś w oddali, a własciwie kogoś. Raczej nie mogłem tego widzieć, ale widziałem. Ktoś porwał Gabriellę Galatti. Miałem kluczyki od samochodu i zacząłem śledzić porywacza. Potem stało się coś niemożliwego. W rezultacie wiedziałem kto i dlaczego. Kupiłem nielegalnie broń. Wpłynąłem mentalnie na Leopoldo by zamówił pizzę. Kiedy dostawca przyjechał rano, postraszyłem go i zaniosłem jedzenie zamiast niego. Kiedy porywacz otworzył, przestreliłem dwa kolana Casalanau i uwolniłem Gabriellę. Facet musiał mieć podminowaną chatę. Wiedział, że jest skończony i się rozwalił. Był wielokrotnym zabójcą. W domu miał mnóstwo ługu i w nim rozpuszczał ciała ofiar. Być może znajdziecie resztki środków chemicznych. Do tej pory Alamando zlecał mu robotę dla forsy. Zastraszali rodziny, by nie zawiadamiały policji. Tamci płacili i nigdy już nie widzieli swoich córek lub synów. Leopoldo zabijał, nigdy nie robił nic innego. Tym razem miało być inaczej. To była zemsta Alamando. Mieli jakieś rodzinne porachunki dwa pokolenia temu z rodziną Galetti. Keneth Price zwabił Gabriellę i podstawił ją Casalanau. Rozmawiałem z nim, bo chciałem mu dać szansę. Niestey okazał się całkowicie śłepym przez zemstę. Sądził, że Angelo nie pomógł jego ojcu, w rezultacie czego tamten stracił nogę. Prawdopodobnie Angelo nigdy nawet się nie dowiedział, że ojciec Kenetha chciał go widzieć.
- Wiesz kto zabił Prica?
- Nie. Widziałem z daleka. Czarne BMW. Prawdopodobnie człowiek Alamando. Na szczęście zabrałem mu komórkę, bo gdyby zabójca ją znalazł, ja byłbym następnym trupem.  
- Nadal nie wiem jak wiesz nazwiska i to wszystko, ale nie możesz mieć pewności, że Alamando nie wpadnie na twój trop. Ja powiązałem fakty więc Hektor też je powiąże.
- Ale Hector nic nie będzie na razie wiedział. Alamando sam postara się usunąć ślady. Trzeba uczynić staranie by nie padło nazwisko Leopoldo, a tym bardziej Maria Alamando, w prasie. Wówczas facet będzie bardziej spokojny. Dom z pewnościa nie był na nazwisko Casalnau.  
Jest jedna osoba, która musi zniknąć.  
- Chodzi ci o ochronę tej osoby?
- Nie. Musi zniknąć.  
  William zasępił się.  
- Komu możemy ufać? Jak Hektor wpadnie na trop, zrobi wszystko, by znaleźć tę osobę.  
- Mam pomysł. Tylko czy ta osoba się zgodzi. Wiesz, że są ludzie, którzy się niczego nie boją.
- Tak, wiem. Chyba mam miejsce.  
- Mam lepsze, że też od razu na to nie wpadłem. Ale muszę to załatwić jak najszybciej. Możemy szybko jechać na posterunek?
  Kraft widocznie podzielał moje zdanie, bo ruszył bezzwłocznie. Po kilkunastu minutach bylismy na miejscu.
- Załatw to i bądź ze mna w kontakcie.  
  Coś zapisał na kartce.
- To mój prywatny numer.  
- Lepiej spotkam cię. Podaj miejsce i godzinę. Jutro.
- W porządku. Gdzie zwykle chodzisz na kawę?
  Przypomniałem sobie ostatnią kawę z Sarą. Podałem mu adres.
- Niech będzie szósta po południu. Jeżeli nie dojadę, zastrzel Alamando i Hectora.
  William zrobił zdziwiona minę.
- Widzę, że działasz szybciej niż kobra.
- Nie jestem profesjonalistą. Nie miałbym z tobą szans, a tym bardziej z zawodowcami. Dlatego muszę być szybszy.  
- Czasem sam zastanawiam się nad systemem. Łapiemy kogoś, kto jest winny. Sąd go skazuje lub nie. A jesli nawet go zamkniemy, czasem ktoś mu pomaga i wychodzi. Wraca na wolność i dalej zabija czy kradnie. W tym pierwszym wypadku i oczywiście jezeli chodzi o gwałcicieli, szczególnie dzieci, powinno być inaczej. Prawo powinno mieć pewność, że taki człowiek już nikogo nie skrzywdzi.
- Taką pewnością jest tylko smierć - powiedziałem spokojnie.
  Will spojrzał na mnie.
- Ale sam nie zabiłeś tego zbira.
- Czasem zło obraca sie przeciwko temu co je czyni.
- Czy sądzisz, że to może dotyczyć Alamando i Trentona?
- Być może. Musimy zrobić wszystko co możemy, a  resztę pozostawić w rękach opaczności. Pozdrów Luisę.
- Zrobię to. Uważaj na siebie. Daj mi numer swojej komórki, zadzwonię gdyby była taka potrzeba.
  Podałem mu numer. Wiedziałem, że zrobi to tylko w konieczności. Pożegnaliśmy się szybko. Ruszyłem ostro. Czy Felicja zgodzi się pojechać? W jej wypadku nie chodziło tylko o to. A może to, co do tej pory stanowiło mur między nimi, stanie się pomostem do porozumienia? Miłem nadzieję, że starsza kobieta również to dostrzeże.

100%1
AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i kryminalne, użył 2431 słów i 13521 znaków.

Dodaj komentarz