Materiał znajduje się w poczekalni. Prosimy o łapkę i komentarz.

Trzy dni część 1

Trzy dni.

Inspiracją do tego opowiadania jest znana powieść doskonałego rosyjskiego pisarza Lwa Tołstoja ,,Anna Karenina” i prawdziwe wydarzenia z bliskiej przeszłości.  
                                                                    
                             Cześć pierwsza :Dzień drugi.

Przez grube, ciężkie kotary, utkane z przedniej bawełny, przedzierały się z trudnością, promienie słońca, dobrze rozbudzonego już dnia. Mężczyzna otworzył oczy i z jego świadomości zaczęły uciekać, jak z dziurawego wiadra woda, resztki snu.
Wiele razy rozmyślał, jak to jest z tym interesującym zjawiskiem, jakim niewątpliwie jest sen. Dlaczego czasem pamiętamy, to znowu innym razem przeciwnie i nawet wielki wysiłek pamięci i intelektu nie osiąga zamierzonych rezultatów, by przypomnieć sobie fantazje nocy.
Tym razem pamiętał trawę, zieloną i soczystą i ławkę, z której wstaje nieznajoma. Czy aby na pewno? Zaraz po obudzeniu przysiągłby, że zna ją przecież. Tylko z jawy, czy innego snu?  
Wszystkie zmysły już powróciły. Niespieszenie wysunął jedną, a potem drugą nogę spod cienkiej kołdry i postawił stopy na miękkim dywanie. Kupili go podczas wycieczki do Turcji, siedem lat temu.  
Wspomniał od razu, upalne noce Istambułu, perły środkowego wschodu. Jeszcze do dziś w uszach mu brzmiały przeciągłe śpiewy mułłów wzywające do pierwszej dziennej modlitwy, by sławić Allacha i jego wybranego proroka Mohameda.  
Oni już dawno wrócili, bo wybrali się wówczas wszyscy w czwórkę, do dawnego imperium otomańskiego, a dywan przedni i doskonale tkany, ukazujący kolory tak żywe, że w naturze nie spotykane, bez skazy, z całą duszą i zdolnościami artysty utkany, dopiero za trzy tygodnie mógł być odebrany w jednej z filii firm kurierskich, ponieważ Jonathan sam wolał go przywieść, na swoim trucku, niż by mu dostarczono przesyłką przez znaną firmę dostawczą, FedEx.  
Żona spała jeszcze, lub może nie chciał dać poznać, że również już pozostawiła z pewnością inne niż jego, realia swojego snu. Czyż jest możliwe, że zakochani, a nieznajomi prawie, czy choćby małżeństwo z czterdziestoletnim stażem mogą śnić ten sam sen?
Czy wiedziała? Pewnie tak, bo kobieta czuje. Nie pytała, wierząc może, że tak zdoła uniknąć zderzenia z rzeczywistością faktu, że jej mąż, któremu urodziła dwie córki, miał romans z inną kobietą.  
Zanim całkowicie wyprostował swoje dobrze utrzymane, prawie czterdziestoletnie ciało, mimowolnie i bez specjalnego zaangażowania wcisnął wystający, czarny przycisk budzika. W przeciwnym razie, w ciągu kilku minut, które planował spędzić w łazience, załatwiając wszystkie poranne czynności, z nieznośnym równomiernym dźwiękiem zacząłby dawać znać, że czas snu definitywnie się skończył. Brunet wyszedł bezgłośnie z sypialni i wsłuchał się w ciszę domu. Młodsza pewnie spała, starsza?
Czasami zaskakiwała go, oczekując już w kuchni ze świeżymi tostami, obdarowywała go uśmiechem, czasem podbiegała i przytulała, rzadziej całowała w policzek.  
Czyżby kochał ją więcej niż kobietę, która mu ją urodziła? Wielokrotnie łapał się na tym, że chyba poświęca Rooney więcej czasu, częściej posyła uśmiech i prowadzi rozmowy z nią niż z trzy lata młodszą, czternastoletnią Megan. Siostry, a jak różne!
Odkręcił wodę i spojrzał w odbicie lustra.
Zdrajca!
Czy naprawdę Tracy dała mu większą radość? Oczywiście, jak typowy samiec, przedstawiciel męskiego rodu, zwrócił uwagę na jej miękko poruszające się jędrne pośladki. Przechadzała się, pełniąc swoje biurowe obowiązki, a przecież czyniła to zalotnie i nieco zaborczo, mając pewność, że tym przykuje jego wzrok.
Jak długo ją znał? Rok, półtora? Dlaczego dopiero dwa miesiące temu złapał się, że ma utkwiony wzrok w jej kołyszące się biodra? Oderwał wówczas oczy, ale kobiety posiadają szósty czy siódmy zmysł. Zrobiła jeszcze dwa kroki, stukając rytmicznie wysokimi obcasami o drewniane klepki podłogi w biurze National Union Insurance. Obcasy sprawiały, że jej długie nogi wyglądały na jeszcze dłuższe. Odwróciła swoje uśmiechnięte oblicze, kierując spojrzenie błękitnych oczu, wprost na jego twarz.  
Podoba ci się, jakby pytała, bez oczekiwania odpowiedzi, bo przecież odpowiedź znała.
Namydlił twarz, zostawiając delikatne i niemające szans na przeżycie następnych minut, bąbelki piany utworzonej z mydła o delikatnym różanym zapachu. Dopiero wówczas nałożył mocną pianę do golenia i pieczołowicie rozprowadził palcami po odpowiedniej części twarzy.  
Kilka lat temu spróbował ortodoksyjnej, znanej od setek lat metody ścinania zarostu za pomocą brzytwy. Poprzedziły to długie dni treningu. Ktoś niezbyt dobrze przygotowany, poniesie porażkę i to już w pierwszej chwili kontaktu niezwykle ostrego ostrza brzytwy ze skórą policzka czy szyi. Kupił wówczas w sklepie z dobrej i doskonałej klasy akcesoriami do golenia, cały komplet, łącznie z pędzlem, miską i sztyftem do likwidowania przypadkowych nacięć. Brzytwę wykonano we Włoszech i kosztowała prawie dwieście dolarów. Chyba osiągnął sukces, bo skaleczenia zdarzały mu się raz na tydzień, ale rytuał golenia brzytwa przegrał z czasem, najbardziej cennej rzeczy we współczesnym świecie. Dlatego teraz zaczął ścinać całodzienny zarost nożykami z pięcioma ostrzami. Łatwymi w obsłudze, niewymagającymi od mężczyzny prawie żadnych umiejętności. Niestety nic w tym świecie nie jest doskonałe i podczas korzystania nawet z tak popularnego narzędzia do golenia, zdarzały się zacięcia. Dzisiaj jednak miał dodatkową dwie minuty i dlatego jego ruchy mogły być wolniejsze, dokładniejsze i bardziej precyzyjne.
W końcu zadowolony z rezultatu spłukał kilkakrotnie wodą twarz, upewniwszy się, że nie pozostał ślad piany, odwrócił się i wytarł prawie do sucha twarz. Otworzył szafkę i wyjął wodę po goleniu. Nigdy nie mógł przywyknąć do delikatnego bólu, a w końcu był mężczyzną i cierpienie, szczególnie o takim natężeniu, nie powinno robić na nim wrażenia.
Być może kolej czynności powinna być inna, ale Jonathan, brunet z kilkoma siwymi włosami na skroniach, uznawał od lat, że taki sposób porannych czynności jest właściwy. Zmieniał to tylko w czasie wolnym od pracy.  
Wszedł do kabiny i odkręcił kurek prysznica. To wszystko miało sens w jego mniemaniu. Mył całe ciało, ale starał się by strumień wody, rozbity na drobne pojedyncze strużki, nie spadał na twarz. Gdyby najpierw brał prysznic, musiałby potem czekać, aż para zejdzie z tafli lustra, by mógł dokładnie widzieć swój w nim odbicie, a czekanie kosztowało zbyt wiele. Podczas tej porannej kąpieli, jak zwykle w takich razach, jego dłonie musiały dotknąć głównego sprawcy zdrady. Zdawał sobie z tego sprawę i po raz pierwszy oskarżył waśnie tę część ciało o dokonanie przestępstwa, chociaż wiedział przecież, że to wszystko wyszło z głowy. Bo przecież nie serca. Czy czuł coś do Tracy? Lubił ją i rozmawiał od miesięcy, głównie w ramach pracy, dopiero ostatnio...
Zakręcił wodę, wyszedł z kabiny, ostro, lecz beznamiętnie, bez zbytniej egzaltacji, wytarł ciało bawełnianym, lekko szorstkim ręcznikiem, w kolorze wrzosu, założy bokserki i dopiero potem niebieski, prawie granatowy szlafrok. Delikatny jedwab łożył się posłusznie na umięśnionych ramionach, jego ulubiony podarunek od żony, który otrzymał na trzydziestodziewiąte urodziny. Dbał o swoje ciało, ale od wczoraj, całkowicie je ignorował, bo wszystkie jego wysiłki skupiały się na duchu i wyjaśnieniu, dlaczego wczoraj do tego doszło.
Włączył wentylator i wyszedł z łazienki. Nadal cisza, pomyślał kierując kroki z powrotem do sypialni.
–  Już siódma –  starał się, by jego głos niósł odrobinę ciepła i resztkę uczucia, z pewnością je jeszcze posiadł w swoim jestestwie.
–  Wyłączyłeś budzik, tak bym obudziła się sama – odrzekła chłodno.
–  Idę obudzić dziewczyny –  pominął jej uwagę, a może nawet małą skargę.
Czyżby się domyślała? Jak mogłaby? No tak, przeczucie. Wiedział jednak, że łatwo obali jej oskarżenie, jeżeli dojdzie do konfrontacji słownej. 
Opuścił sypialnię, nie zwracając uwagi na wyposażenie sypialni, białą garderobę, szafkę z bielizną, bliźniacza, z jej i jego akcesoriami, delikatny żyrandol z drobnych kryształków i hebanową, metrowej wielkości rzeźbę mieszkanki wyspy Bali, niosąca na głowie kosz z owocami.
Droga do kuchni zajęła mu mniej niż minutę, ale w tym czasie przebiegła w jego głowie istotna myśl, lub raczej pytanie. Kiedy przestał za nią szaleć, a może lepiej, kiedy ona przestała, bo w końcu miał jakiś powód, by wziąć w ramiona inną kobietę.
Spodziewał się jednak tam Rooney, a zobaczył plecy Megan. W odróżnieniu od niego miała na sobie spodnie od dresów I koszulkę z bawełny. Cholera, powinienem się ubrać i wyglądać jak mężczyzna i ojciec, pomyślał.
–  Hej skarbie – tym razem nie musiał wcale udawać, by jego głos miał ciepłą barwę.
Odwróciła głowę I spojrzała tak, że poczuł, jakby znalazła się w lodowatej wodzie.
– Hej – odpowiedziała tylko.
Żadne; jak się spało, ładny mamy dzionek czy cokolwiek innego.
–  Stało się coś? –  zapytał, jakby sam chciał siebie oszukać.
Och ty hipokryto, nie wiesz? Jeżeli ktoś powinien wiedzieć, że stało się i to coś niezbyt dobrego, to ty powinieneś to wiedzieć pierwszy. Powiedział tak, mając pewność, że jego młodsza córka nic nie może wiedzieć.
Upuściła talerz, a ten upadła do pustego zlewu i sądząc, bo dźwięku rozbił się na kilka kawałków.
–  Jak mogłeś! –  głos czternastolatki wskazywał, że jest pełna gniewu, straciła zaufanie i chyba wiele nie zostało w jej sercu, co mogło, chociaż przypominać uczucie dziecka do swojego rodzica.
Jonatan nie zamierzał się łatwo poddawać, bo cóż by tym osiągnął.
–  O co ci chodzi! Co zrobiłem?
Z pewnością nie mogła wiedzieć, gdyby nawet Sara się domyśliła i miała pewność, nie podzieliłaby się taką informacją ze swoją nastoletnią córką. Pewne sprawy pozostawały taboo dla dzieci.
–  Mama jest smutna i z pewnością ty jesteś temu winny.
Poczuł rozluźnienie, rozpoznał fałszywy alarm. Pochwalił się w duchu, że zachował zimną krew
–  Czasami mamy wahania temperamentu, pewnie mamie przejdzie za trzy dni. Zbiłaś talerz.
–  To tylko talerz – rzuciła okiem w kierunku zlewu – zaraz posprzątam.
Musiał ją uprzedzić. Jeszcze się skaleczy, pomyślał z troską.
–  Zaczekaj, tata sprzątnie. Czy Rooney nie wstaje?
–  Gada ze znajomymi.
–  O siódmej rano? – uniósł brwi w szczerym zdziwieniu.
–  Takie życie, tato – ton głosu czternastolatki znacznie podniósł swoją temperaturę.
–  Pójdę się ubrać I zrobię coś z twoją siostrą, jeżeli trzeba wezwę dźwig -- próbował zażartować.
Kiedy opuszczał kuchnie – usłyszał już nieco cichszy głos Megan.
–  Ona też jest na ciebie zła, więc uważaj.
No tak trzy na jednego, pomyślał. Zapomniała dodać słowa ojcze czy tatusiu, zauważył ten fakt, poczucie potrzeby respektu wbiło się niby klin w cały rdzeń sytuacji. Skoro tak reagują, nie mając podstaw, tylko odczucia, co stanie się kiedy nie daj Boże, prawda wyjdzie na światło dzienne? Nie może do tego dojść, ale...
Od jakiegoś czasu w ich złotej sielance zaczęły pojawiać się ciemniejsze pęknięcia, w końcu czarne plamki. Ciepło żarzących się węgli powoli zamieniało się w chłód jesiennego wiatru, by w końcu ostygnąć do lodowych kwiatów na szybie. Gdzieś zgubili rytm tanga, nie mogli znaleźć drogi do gorącego serca, zawsze wszechobecnej miłości.  
Znalazł się w sypialni. Zdjął jedwabny szlafrok i powiesił na drewnianym stojaku, otworzył szafę, wyjął i  założył czarne spodnie, po czym usiadł na łóżku, jeszcze ciepłym od jej ciała i otworzył szufladę swojej męskiej garderoby. Wybrał czarne skarpetki z fioletowym paskiem. Koszulę o śnieżnym odcieniu i w końcu zawiązał krawat, utrzymany w odcieniach różu i fioletu. Spojrzał w dół na swoje stopy. Co czyni faceta mężczyzną? Decyzja, prawdomówność, czy lśniące buty? Wyszedł z sypialni, doszedł do szafki z butami, lecz kiedy usłyszał szum wody w szklanej kabinie, zrobił krok w tamtym kierunku. Czyli nie do końca wszystko stracone. Przez chwile wyobraził sobie zamglony obraz smukłej sylwetki uwieńczonej koroną czarnych wodospadów loków, teraz smutno przyklejonych do nagich, wilgotnych pleców. Nie, Tracy nie miała lepszych pośladków. To gorycz, nieporozumienia i brak odpowiednich słów sprawiły, że pogubi perły i znajdowali teraz tylko zwykłe kamienie z plaży.
Energicznym krokiem skierował się do sypialni Rooney. Zapukał.
–  Wejdź tato – usłyszał.
Stała przed lustrem i kończyła czesać swoje brązowe włosy.  
–  Zaraz będzie śniadanie, kochanie. I to Megan je robi, wierzysz?
Miała luźne jeansy i zwykła bawełnianą bluzkę. Odwróciła się do niego, wciąż trzymając szczotkę do włosów w prawej dłoni.
–  Nie powinna być smutna, co zrobiłeś.
Nie postawiła pytania, raczej stwierdziła. Skulił się w środku, bo zrozumiał, że jeżeli ktoś zawinił, to on. 
Nie odnośnie samego aktu, bo w tym nie było kwestii, ale wszystkiego, co go poprzedziło.
–  Nie jest sprawiedliwie, jeżeli jesteście wszystkie przeciw mnie. –  męska duma i ego nie chciało łatwo się poddać.
Spojrzała smutno prosto w jego źrenice.
–  Mylisz się Jonathanie, my jesteśmy za tobą. 
Podeszła do niego szybko, jakby chciała nie dać sobie szansy na przemyślenie decyzji, którą już podjęła.
Stanęła blisko, stanowczo zbyt blisko i delikatnie pocałowała go w usta.
Zrobiła to już trzeci raz. Pierwszy gdy miała dwanaście lat i rozpalona gorączką przyszła do salonu i usiadła mu na kolanach.  
–  Jestem chora, tatusiu –  szepnęła
Położyła głowę na jego torsie, a on wtedy przejechał dłonią po jej zlepianych od potu włosach na skroni.
–  Będzie dobrze, skarbie. 
Wtedy go pocałowała w usta, wstała i wróciła do łóżka. Sara patrzyła na tę scenę i po chwili wytarła łzę z policzka.
Drugi raz stało się to rok temu. Siedzieli we czwórkę na skórzanej sofie i oglądali film.  
–  Idę spać, nie znoszę melodramatów. –  rzekła Rooney. 
Wstała i doszła do środka salonu, zatrzymała się i wróciła prosto do niego.
Dobranoc mamusiu – ucałowała policzek Sary.
–  Idziesz Megan?
Młodsza siostra oderwała oczy od dużego ekranu plazmowego telewizora.
–  Zostanę do końca.
–  To miejcie dobry czas – nachyliła się w jego kierunku i delikatnie, jak dotknięciem skrzydła motyla, musnęła mu wargi.
Sara odebrała właściwie ten dość subtelny i niemal intymny akt.
–  Bardzo cię kocha – szepnęła.
Wówczas poczuł się bezradny. Potem długo rozważał słowa żony i w końcu uznał, że zrobiła błąd, mówiąc to przy młodszej córce.  
Czy rzeczywiście rodzic kocha tak samo swoje dzieci? Powinien. To, że on wiedział, że o jakąś odrobinkę ma więcej serca do Rooney, nie stanowiło problemu. Niestety czuła to Megan, jednak ani wówczas, ani nigdy nie dała tego poznać, słowem czy zachowaniem.
Wówczas w jego życiu istniały tylko trzy kobiety i sądził, że tak już będzie wiecznie.  
Czy Tracy coś dla niego znaczyła? Musiała skoro wczoraj znaleźli się razem w jej sypialni.  
Przecież nie mogły tego wiedzieć, obronne myśli próbowały uciszyć samooskarżenie.
–  Rooney...
–  Zaraz przyjdę – nie dała mu otworzyć ust.
Sam nie wiedział, co chce jej powiedzieć. Że się myli, że nie powinna tak okazywać uczucia, chociaż wiedział, że to jest czyste. Miała jeszcze kilka dni szkoły, bal maturalny I zakończenie szkoły. Podobno wieczorem szła na party z najlepszymi koleżankami. Wrócił do kuchni. Po chwili weszła Sara w letniej, zwiewnej sukience.  
Dlaczego jestem takim idiotą, pomyślał, patrząc na zgrabne i ponętne ciało swojej żony. Gdyby nie czas, obecność córek, a przede wszystkim akt zdrady, jakiego się dopuścił, zerwałby ten delikatny materiał, wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka, w którym tyle razy dochodzili do szczytu uniesień, pośród cichych, ze względu na dzieci, westchnięć i szybkich oddechów.
To zaczęło się jakiś czas temu, powoli prawie niezauważalne. Potem coraz mocniej i częściej. Próbował i przegrywał. W końcu zakończyło się to ostrą wymianą zdań. Powinien iść do pubu, wypić trzy whiskey i potem wezwać taksówkę, jednak zrobił inaczej i poszedł do pracy. Jako manager miał klucze i znał kod alarmu. Otworzył drzwi biura o siódmej trzydzieści. Skąd mógł wiedzieć, że Tracy zdecydowała się też pracować przedwczoraj w godzinach wieczornych. Przypadek?
Nie wiedział, że córki słyszały ich rozmowę, może nie wszystkie pojedyncze słowa, ale rdzeń i kwintesencję.
Zaraz potem Rooney wyszła ze swojego pokoju i stanęła na środku salonu. Jonathan właśnie chwile wcześniej wyszedł z salonu, więcej załamany niż wzburzony, poszedł do garażu, odpalił auto i pojechał do pracy.
Sara rzuciła na nią okiem, wytarła szybko łzę i uśmiechnęła się sztucznie.  
–  Co się stało, kochanie? – zapytała, by rozładować napięcie i ciężkie chmury zebrane w salonie.
Czy to możliwe by siedemnastolatka miała tyle mądrości i doświadczenia?
–  Wiesz, że jestem zawsze za tobą z dwóch powodów. Jesteś matką i kobietą, ale tym razem nie masz racji – powiedziała szybko.
Sara otworzyła szerzej oczy, usta i w ułamku sekundy przyznała jej rację w duchu, ale nie wytrzymała w tej pozycji.
–  Nie powinnaś się wtrącać, to nasze sprawy.
–  Wasze sprawy? Jesteśmy rodziną, wasze sprawy są moimi sprawami.
–  Masz siedemnaście lat i co możesz wiedzieć o życiu –  powiedziała ostrzej Sara.
Roney stała, podpierając, pieści o biodra i patrzyła bez strachu na matkę.
–  Powiedz, że się mylę. Jestem może niedoświadczona, ale mam poczucie sprawiedliwości.
Sara patrzyła na nią bezradnie i ważyła w duchu czy przyznać jej rację, ale nie tylko mężczyźni mają ego.
–  Przepraszam, że nas słyszałyście. Chciałbym zostać teraz sama.
Sądziła, że wyraziła się wystarczająco jasno.
–  Zadzwoń do niego, powiedz, by wrócił. Powiedz, że MIAŁ RACJĘ – powiedziała to i szybko wyszła.
–  Kurwa – zaklęła cicho Sara w ekspresji.
W środku przyznała jej słuszność. Tym razem nie miała racji. Od kilkunastu dni jej nie miała. Odrzucała kilka razy jego oferty na pokój i powrót do miłości, która przez lata prawie ich topiła rozkoszą słów, uniesień w sypialni czy wspólnych rodzinnych spacerów. Wzięła komórkę do ręki.
i nacisnęła wskazującym palcem jego imię. Palec wisiał chwilę w powietrzu, nad ikonką słuchawki, ekran zgasł i odłożyła komórkę na stolik z lampką z małych bursztynów.  

Śniadanie dobiegło końca. Jonathan rozmawiał z córkami. Sara odpowiadała mu mechanicznie i chłodno. Uśmiechała się do swoich pociech i rozmawiała z nimi ciepło, chociaż nie radośnie.
–  Wychodzę o szóstej, będziesz w domu ...tato – zwróciła się do ojca.
Przez chwile sądził, że powie bez tego zwrotu. Zrobiła to raz, gdy była zdenerwowana. Co dziwne Megan zwracała się już do niego kilkakrotnie po imieniu lub częściej na ty i nigdy nie zwrócił jej na to uwagi.
W kraju gdzie od małego naucza się dzieci, by zwracały się per TY do dorosłych, trudno oczekiwać od dziecka by zawsze mówiło do swoich rodziców mamo i tato, ale w rodzinie Jonathana Lorenza, to się udawało.
–  Mam trochę pracy, prawdopodobnie wrócę dopiero o ósmej.
Posmutniała na sekundę.
–  Zbieraj się Megan. Odwiozę cię do szkoły.
–  Mam wolne do południa, ja was zawiozę – odrzekła Sara.
–  To lepiej się pospiesz, mamusiu. Ruchy mała – zwróciła się ponownie do siostry.
–  Jestem tylko mniejsza dwa centymetry od ciebie – Megan nie miała zbyt szczęśliwej miny.
–  Wiesz, ze cię kocham, mówiłaś ze ci nie przeszkadza.
–  Widocznie czasami tak.
–  Przepraszam, za ten talerz – zwróciła swoje zielono– brązowe oczy w kierunku ojca.
–  Drobiazg, skarbie. Każdemu się zdarza.
Macie pięć minut – rzuciła przez ramię Rooney i wyszła z kuchni.
Sara i Megan wstały prawie w tym samym czasie.  
–  Wrzuć wszystko do zmywarki, jeżeli możesz – Jonathan wiedział, że to do niego.
–  Dobrze – rzekł zbyt sucho, nawet jak na niego – może...
Sara chyba wyczuła, że próbuje po raz kolejny się pojednać.
–  Nie mamy czasu, by rozmawiać, muszę zawieść dziewczynki do szkoły, chyba słyszałeś.
Gdyby nie dodała tego...
Zacisnął pięści.
–  Tak, rozumiem. –  odrzekł i wstał, odsuwając głośno krzesło.
Jednak Megan nie spojrzała z wyrzutem na niego, a właśnie na mamę. Jednak nic nie powiedziała.

AlexAthame

opublikował opowiadanie w kategorii dramat i obyczajowe, użył 3675 słów i 21221 znaków, zaktualizował 16 lip o 23:29.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • kaszmir

    No, inspiracja klasyką Tołstoja jest bardzo ciekawa. Trzy dni? Zaciekawiłeś. Wartka akcja, jak na obyczajówkę jest tajemniczo. I te w tle wątki wschodu.

    Pozdrawiam

  • AlexAthame

    @kaszmir Dzięki.