To ja już sam zacznę płakać cz. 43

Cz. 43
Adam
Kocham swoją żonę, ale boli mnie to, że nigdy nie otworzyła się przede mną całkowicie. Wiem, po co chciała, abym dał wolne Marzenie i cenię jej osobę za to, że nie wydała jej. Nie wiem, może gdybym był innym mężczyzną już dawno wygarnąłbym jej, że odkąd się znamy nie wyznała mi jeszcze, że miała kiedyś dziecko. Nie wiem tylko w jakiś okolicznościach je straciła, ani kto był ojcem, jednak przynajmniej to mogłaby mi powiedzieć.
Że było.
Tak w sumie nie domyśliłbym się tego, gdyby nie Wojtek Krach. To on, jedyny lojalny wobec mnie pracownik, który teraz zarabiał tyle, na ile zasługiwał, wyznał mi, że widział Alicję jak przykucała przy jakimś grobie z małym zniczem. Gdy sobie poszła, podszedł tam i ujrzał maleńki nagrobek. Data wskazywała na to, że Ala straciła go zanim się ze mną związała, ale to wciąż było dziecko, o którym winna mi była powiedzieć. Ja sam …
Teraz już wiem, dlaczego nic mi nie powiedziała. Czyż nie złożyliśmy sobie przyrzeczenia, że przeszłość zostawimy w spokoju, a zajmiemy się tylko przyszłością? I to przecież nie nikt inny, jak tylko ona mnie o to poprosiła. Zgodziłem się, bo ją kocham, ale teraz nie wiem już czy było to takie dobre. Przez tą obietnicę ja sam nie mogłem porozmawiać z nią o moim synku, którego przecież też straciłem. Jego własna matka go zamordowała i teraz i jego ciałko spoczywało głęboko w ziemi całkiem samotne. Serce mi rwało, gdy do jego trumienki wkładałem małego misia, z którym nie rozstawał się na krok. I nikt mnie nie zapytał, dlaczego to zrobiłem.
Nikt z wyjątkiem Marzeny.  
To ona jedna podeszła do mnie.




            Pamiętam jak…





Ludzie stoją z daleka przyglądając się mojemu smutkowi. Jedni przychodzą, a drudzy odchodzą. Jestem taki samotny i taki zdruzgotany. Chowam swojego synka, którego kochałem nad życie własne, a nie ujrzałem jego krzywdy. Nie zasługuję na to, aby żyć, myślę cichutko łkając. W dłoniach wciąż ściskam małego pluszowego misia, do którego przyszyłem wczoraj urwane oko. Patrzę na niego i siłą woli staram się wpoić do niego swojego obrończego ducha. Chcę, aby wsiąknął w misia i zawsze tam był. W nim. A miś przy główce Kubusia. Pochylam się nad maleńką białą trumienką i ku zdziwieniu wszystkich kładę koło maleńkiej główki tego pluszowego misia, którego kupiłem Kubusiowi, gdy był jeszcze u Karoliny w brzuszku. Przypominam sobie tą chwilę i tak bardzo pragnę umrzeć razem z nim.
- Dlaczego, kładziesz mu tam misia?- Pyta Marzena pochylając się nad moim uchem. Ona, jako jedyna dotrzymuje mi bliskiego towarzystwa.
- Bo to był jego przyjaciel. Spał z nim, jadł z nim i bawił się zawsze z nim.
- Nie chcesz, aby jego duch po niego przyszedł?- Zapytała wciąż szepcząc.
- Nie. Nie chcę, aby był samotny. To ja mu kupiłem tego misia i wkładając mu go oddaję mu kawałek z siebie. Póki on z nim będzie, ja też będę.
- Nie płacz- szepnęła.- Bo ja też nie potrafię przestać płakać.





Tylko ty Marzenko mnie rozumiałaś. Jesteś mi przyjaciółką droższą od wszystkiego, co dobre w życiu. Gdybyś, choć tylko…
Życie nie potrafi być sprawiedliwe…



329 czyt.
100%41
Ewelina31

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat, użyła 609 słów i 3254 znaków.

1 komentarz

 
  • AnonimS

    AnonimS · 26 kwi 2019

    Pogmatwane. Pozdrawiam